/p0001.djvu

			* 


T'ryx Ail 


Nb 370. 


Dnia 10 lutego. 


Warszawa. 


1917 roku. 


, 
MVSL HIEPOULECŁA 


Rabbi Chija powiedział, że gdy dziś 
ktoś słyszy bluźnienie imieniowi boże- 
mu, nie potrzebuje szaty rozdzierać, bo 
inaczej cała szata składałaby się ze 
strzępów. 


SANHEDRYN 60 a. 


TA TRZECIA. 


Ponieważ pisarstwo winno być obrazem świadomości na- 
rodu, przeto wszystko, co się dzieje w jego obrębie, powinno 
nas żywo obchodzić. 
Mniej więcej przed dwoma dziesiątkami lat powstała 
w Warszawie instytucja, zwana krótko Kasą Literacką. To 
była ta pierwsza. 
Nieco później powstała w Warszawie instytucja pod na- 
zwą Towarzystwa Literatów i Dziennikarzy. To była ta druga. 
Obecnie powstała w Warszawie instytucja zatytułowana: 
Towarzystwo Miłośników Literatury. To jest - ta trzecia. 
Instytucji tej p. W. M. Kozłowski poświęcił artykuł "Nowa 
placówka życia duchowego" w Nr. 28 Kurjera Warszawskiego.
		

/p0002.djvu

			74 


Bieg myśli p. W. M. Kozłowskiego tak się przedstawia. 
Literatura cierpi na brak właściwej organizacji. Wywie- 
ra na nią wpływ zgubny duch współczesnego komercjalizmu. 
Wytwórczość i spożycie pozostawiono na los gry takich czyn- 
ników, jak interes, współzawodnictwo i przypadek. Potrzeba 
tedy "stanąć u samych źródeł twórczości literackiej i zbliżyć je 
do konsumentów, rozszerzając jednocześnie ich zakres, wytwa- 
rzając w nich poczucie wartości dzieł, dając im probierze do 
ich oceny". Takie zadanie stawiło sobie założone świeżo To- 
warzystwo Miłośników Literatury, które ma w jednym stowa- 
rzyszeniu zbliżyć literatów do czytelników. Misji tej nie mo- 
gły spełnić dwie dotąd istniejące instytucje. Kasa Literacka 
i Towarzystwo Literatów i Dziennikarzy, albowiem Kasa ma 
na oku pomoc materjalną, zaś Towarzystwo ma charakter klu- 
bowo-reprezentacyjny. N owa instytucja ma zdaniem p. Ko- 
złowskiego potrójne przed sobą zadanie: 1) wytworzenie opi- 
nji krytycznej , dobrze uzasadnionej i energicznie szerzonej, ku 
czemu środkiem służyć mogą zebrania dyskusyjne, poświęco- 
ne rozbiorowi nowych dzieł, 2) wyrobienie umiejętności wy- 
boru i metodyki czytelnictwa książek, 3) wytworzenie warun- 
ków, zwalniających poważnych autorów od poszukiwania sen- 
sacji a wydawców od pokusy ku niemu X). Towarzystwo zaj- 


i) Zwracamy uwagę na liczbę trzY, która tu wypływa tradycyjnie. li- 
czba ta miała wielkie znaczenie w filozofji, mistyce i magji. W traktacie 
Sanhedryn Talmudu Babilońskiego (fol 65 b) czytamy: "Rabin Chanina i ra- 
bin Oszaja zajmowali się w wilję każdego szabasu studjowaniem Sefer J eci - 
rah (Księgi Stworzenia) i stworzyli trzyletnie cielę, które następnie zjedli." 
Niektórzy komentatorowie tego ustępu mniemali, że trzecie cielę jest najbar - 
dziej smaczne. I rzeczywiście, najbardziej interesującym jest trzeci cel To- 
warzystwa Miłośników Literatury wytworzenie warunków, zwalniajqcych 
poważnych autorów od poszukiwania sensacji a wydawców od pokusy ku 
niemu. Wedle jednych warunki stwarza historja, wedle innych Bóg. Wy- 
padałoby więc, że Towarzystwo Miłośników Literatury przypisuje sobie kom- 
petencje albo historyczne, albo boskie. Niechaj nam wolno tedy będzie 
przytoczyć jeszcze jeden ustęp z wymienionej wyżej karty Talmudu. "Raba 
stworzył ongi człowieka i posłał go do rabina Żery. Gdy ten do niego prze- 
mówił a nie otrzymał żadnej odpowiedzi, rzekł: Pochodzisz tedy od towarzy- 
szów, wróć do swego prochu". Towarzyszami Towarzystwa Miłośników Li- 
teratury są dwa zrzeszenia poprzednie, które n i e p r z e m ó w i ł y. Z tych 
samych sfer powstaje zrzeszenie trzecie, które nic więcej od tamtych nie 
powie. Po pewnym czasie proch znajdzie się w rzędzie prochów.
		

/p0003.djvu

			TA TRZECIA. 


75 


mie się "podniesieniem literatury ojczystej na wyżyny, odpo- 
wiadające jej funkcji społecznej i roli dziejowej". 
Tyle autor słów o "Nowej placówce życia duchowego". 
Nikt chyba nie zaprzeczy, że usłyszano "tu zwiastowanie 
gromkie. Majaczeje przed nami N owy Synaj, który dymi 
chmurami, jak kadzielnica. 5 
Ale gdy powstawała Kasa Literacka, słyszeliśmy kubek 
w kubek to samo. Zarząd Kasy urządzał nawet dla literatów 
i publiczności prelekcje z dyskusją, które cieszyły się niezmier- 
nym powodzeniem. Niebawem jednak ci, którzy instytucję 
zorganizowali i którzy nią kierowali, rozwinęli skrzydła i ule- 
cieli ku innym placówkom społecznym. Kasa Literacka stała 
się tylko kasą przezorności, a nawet lepsze książki, które jej 
zapisano, rozdarowała. 
Wtedy powstało Towarzystwo Literatów i Dziennikarzy. 
Znowu usłyszeliśmy kubek w kubek to samo. Znowu urzą- 
dzano odczyty z dyskusją. Ludzi, nie mających nic wspólne- 
go z pisarstwem, nietylko zapraszano jako gości, ale przypu- 
szczono do zrzeszenia w charakterze członków rzeczywistych. 
Ale niebawem i tu skończyła się zabawa w robotę. Wreszcie 
Towarzystwo postanowiło mimo nader synkretycznego składu 
osobistego reprezentować na zewnątrz pisarstwo polskie. Czło- 
wiek stanął do konkurencji z dziełem. 
Teraz powstaje Towarzystwo Miłośników Literatury 
i ponownie słyszymy kubek w kubek to samo. Zabawa w ro- 
botę trwa. 
Gdy Henryk Sienkiewicz wziął po raz pierwszy pióro do 
ręki, może powiedział sobie w duszy, że zajmie się "podniesie- 
niem literatury ojczystej na wyżyny, odpowiadające jej funkcji 
społecznej i roli dziejowej". Ale podniósł tę literaturę bez 
towarzystwa i zyskał czytelników bez jego protekcji. Nie 
można też powiedzieć, aby "stanął u źródła twórczości", gdyż 
sam był tym źródłem a przeto nie mógł stanąć obok siebie, 
To samo da się powiedzieć o wszystkich, którzy weszli do 
panteonu naszego pisarstwa i pozostali w nim. 
Nie należy się łudzić. 
Żadne towarzystwo nie stworzy indywidualności i talen- 
tu. Raczej wyprowadza na plan pierwszy przeciętność drogą 
czteroprzymiotnikowego głosowania i stara się wyobcować
		

/p0004.djvu

			76 


z pomiędzy siebie talent, nie lubiący chodzić kupą. Jak wy- 
kazuje retrospekcja, do towarzystw takich garną się ludzie, 
którzy w inny sposób nie umieliby zdobyć sobie odpowiednie- 
go stanowiska i którzy przy pomocy tej dźwigni mogą na cza» 
swego życia wynosić się w oczach ogółu nad indywidual- 
ności i talenty. 
Kto zna stosunki, ten wie doskonale, że wszelkie stowa- 
rzyszenia, mające być rzekomo "placówkami życia duchowe- 
go", ulegają bardzo łatwo wpływom komercjalizmu, jeżeli 
komercjalizm panuje w sferach, z któremi łączy się życie du- 
chowe. A gdzież jest więcej grafomanów, o których p. W. M. 
Kozłowski wspomina, jak nie w zrzeszeniach literacko-dzien- 
nikarskich? Rzecz tę bardzo łatwo sprawdzić przy pomocy 
bibljografji. 
Wszak mamy dziennikarzy i literatów. Wszak istnieje 
recenzja i krytyka. Wszak nie wejdą w skład nowej instytucji 
inni ludzie nad tych, którzy są między nami. Czy p. W. M. 
Kozłowski przypuszcza, że nagle ci sami ludzie przez fakt na- 
leżenia do Towarzystwa Miłośników Literatury zmienią się 
i zaczną inaczej pisać swe recenzje i krytyki? Albo czy mnie- 
ma, że nowa instytucja, potrzebująca protekcji gazet, z której 
już dla zareklamowania się skorzystała, będzie tak potężna, 
iż zdoła podporządkować swym wyrokom kapitalistów-wy- 
dawców, księgarzy i prasę? I czy mniema wreszcie, że czło- 
wiek wiedzy i talentu zechce w jednej instytucji i na jednakich 
prawach kompetencji łączyć się z absolutnemi laikami, aby 
być przez nich pouczanym i poprostu przegłosowywanym? 
A gdyby wreszcie w takiej instytucji zarzucono p. W. M. Ko- 
złowskiemu Iogomanję i grafomanję, czy poddałby się tak 
śmiałemu wyrokowi i czy, może nawet znowu w Kurjerze 
Warszawskim, nie odsądziłby jej od prawa kompetencji? 
Jeżeli jednak chodzi o zabawę w robotę, albo o miłe spę- 
dzanie czasu, to niech Towarzystwo powstaje i niechaj się na- 
wet uważa za nową placówkę życia duchowego. Będzie to 
nawet lepsza zabawa, niż gdzieindziej zabawa w reprezentację 
pisarstwa polskiego, dość zresztą wesołą. Wobec istnienia 
już dwóch instytucji niech istnieje także -- ta trzecia.
		

/p0005.djvu

			KRAKÓW A CZTERDZIEŚCI CZTERY. 


77 


CO LEPIEJP 


Przed pewnym czasem wierszopis Gustaw Daniłowski 
wystąpił z wierszem "Co lepiej", który brzmi, jak następuje: 
Co lepiej: czyli wśród lekarstw zaduchu 
Umierać zwolna w pościeli i w puchu, 
Czy też na polu bitwy paść i w glorji 
Wejść w bohaterskie stronnice historji? 
Co lepiej? 


N a to inny wierszopis nadesłał nam odpowiedź taką: 
Co lepiej? Komu? Ojczyźnie, czy Tobie? 
Stawiasz pytanie w takowym sposobie, 
Jak żądny glorji, co nigdy nie przyzna. 
Ze różnych usług chce od nas Ojczyzna. 
Patrz! Tamten pisząc dla rycerstwa księgi, 
Oślepł, nie wziąwszy orderowej wstęgi. 
Ten znów, rycerstwu kując miecz do boju, 
Bez sławy w własnym utopił się znoju. 
A jeszcze inny stawał u kotliska 
W okręcie, ginąc za kraj bez nazwiska. 
Wreszcie ten, który padł w bitwy rozruchu, 
Bywał cucony i mrzeć musiał w puchu. 
Każdy swym drewkiem wspólny ogień krzepi, 
I tylko glorjant rachuje: co lepiej? 


KRAKÓW A CZTERDZIEŚCI CZTERY. 


W okresie zdarzeń przełomowych Kraków zajął się gorli- 
wie ponownemi próbami wyjaśnienia tajemniczej liczby 44 
z Dziadów Mickiewicza. Organem, w którym ześrodkowały 
się te nowe próby, jest "Illustrowany Kurjer Codzienny", reda- 
gowany przez pp Marjana Dąbrowskiego i dr. Tadeusza Kon- 
czyńskiego. Serja artykułów ma niekiedy momenty humory- 
styczne.
		

/p0006.djvu

			78 


Rzecz rozpoczyna się od listu specjalnego korespondenta 
pod nagłówkiem "Mickiewiczowskie 44 w oświetleniu rosyj- 
skim" w Nr. 242 z dnia 2 września 1916 r. Ow specjalny ko- 
respondent donosi, iż petersburska gazeta "Nowoje Wremia" 
z dnia 11 sierpnia wydrukowała list do redakcji, podpisany 
pseudonimem "Przyjaciel Polaków" tej treści: 
"Teraz, gdy sprawa polska jest przedmiotem dyskusji 
nietylko na łamach prasy, ale i w Radzie Ministrów, i gdy po- 
mimo pozornych wahań rządu stało się oczywistym, że wcześ- 
niej czy później, zgodnie z wolą monarchy rosyjskiego, będzie 
ona rozstrzygnięta w przychylnym dla Polaków sensie-mimo- 
woli chce się podkreślić, co następuje: 
"Poeta polski, Adam Mickiewicz, niejednokrotnie wypo- 
wiadał myśli, że odrodzenie Polski nastąpić może tylko po 
wojnie powszechnej. W 111-ą części Dziadów pomiędzy inne- 
mi przepowiada wskrzesiciela Polski, mówiąc, że imię jego 
będzie "czterdzieści cztery". 
"Jest to dziwne, trzeba jednak zwrócić uwagę, nawet bę- 
dąc dalekim od wiary w "prorocze" słowa poety, iż obecnie 
panujący cesarz Mikołaj 11, którego dążenia do ulżenia doli 
Polaków nie podlegają wątpliwości, jest akurat 44 królem Pol- 
skim, jeżeli rachować od pierwszego króla Mieczysława I. 
kończąc na pięciu ostatnich cesarzach rosyjskich, którzy ten 
tytuł nosili. 
"Uwaga: Z rachunku trzeba wyłączyć *) Henryka IV 
Probusa, powołanego w XIII wieku na tron Polski przez ku- 
piectwo krakowskie (inne dzielnice Polski za króla go nie 
uznały), i Fryderyka Augusta, księcia warszawskiego (po trak- 
tacie w Tylży), którzy wogóle nie są uznani za królów pol- 
skich" . 
Powyższa egzegeza jest zaiste koroną tego rodzaju egze- 
getyki i rekordem jej metody! 
Przy tak kapitalnej okazji warto podać do wiadomości 
publicznej fakt następujący. Jak wiadomo, przed opuszcze- 
niem Warszawy przez Rosjan istniało u nas Towarzystwo Sło- 
wiańskie, którego członkowie składali się przeważnie z urzęd- 


') Każdy egzegeta liczby 44 musi coś "wyłączać", aby mu się rachu- 
nek zgodził.
		

/p0007.djvu

			KRAKÓW A CZTERDZIEŚCI CZTERY. 


79 


nik ów rosyjskich z małą domieszką Polaków. Towarzystwo 
miało pracować nad wzajemnym zbliżeniem się Słowian, ale 
w gruncie rzeczy było tylko ekspozyturą polityki rządu rosyj- 
skiego. Otóż w Towarzystwie tym urządzono odczyty z dy- 
skusją- Pewien artysta dramatyczny, rodem z Krakowa, za- 
palony wielbiciel wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewirza, 
tak się zapędził, iż w pracowicie ułożonym traktacie udowodnił, 
że Wyspiański w swym " Weselu" przedstawił proroczo w po- 
staci Wernyhory wielkiego księcia! Tak był swym pomysłem 
zaaferowany, iż przybiegł do nas, odczytał nam ów referat 
i zapytał o zdanie. Gdy mu powiedzieliśmy, że jest to "ka- 
wał", zrazu stropił się, ale wnet popadł w pierwotne uniesie- 
nie. Po upływie kilku dni spotkaliśmy się z nim na ulicy 
i zapytaliśmy się go o losy odczytu. Powiedział, iż odczyt 
doznał przyjęcia entuzjastycznego, że urzędnicy rosyjscy byli 
zachwyceni, a jakiś "szlagon", należący do Towarzystwa, aż 
"zaryczał płaczem". 
Po tej dywersji wracamy do Illustrowanego Kurjera Co- 
dziennego. 
W Nr. 249 z dnia 9 września 1916 roku pojawił się artykuł 
"Jeszcze 44", podpisany literami "ss". Autor tak zaczyna: 
"Przepowiednia Mickiewiczowska nie daje spać ludziom- 
Tajemnicze 44 daleko więcej zajmuje umysłów w Polsce, 
niżby ktoś nawet przypuszczał. Najlepszym dowodem tego 
zainteresowania jest cała literatura, odnosząca się wyłącznie 
do kabalistycznej liczby 44. Rok rocznie prasa przynosi nowe 
pomysły w tej dziedzinie. He ich umiera w koszach redakcyj- 
nych, ile w domowych piecach! Rzecz naturalna, że rozwią- 
zanie zagadki jest pracą Danaid. Niemniej jednak ciekawość 
ogólna podrażniona będzie powracała stale do tego tematu, 
ponieważ wiąże się on z najgłębszemi intencjami narodowemi, 
z jego losem, z jego tęsknotami i nadziejami. Można być uty- 
litarystą krańcowym, a jednak z życia uczuciowego narodu 
nie wolno wykreślać bezkarnie jego poetycznych marzeń" i t. d. 
N astępnie autor zestawia widzenie Księdza Piotra z Dziadów 
z niektóremi ustępami Apokalipsy św Jana, zastanawia się nad 
proroctwami o przyjściu Antychrysta, przypomina głosy niektó- 
rych mistyków, wreszcie przychyla się do zdania, że Mickie- 
wicz chciał rzeczywiście przepowiedzieć zbawienie narodowe.
		

/p0008.djvu

			80 


W tym artykule, który właściwie nic nowego nIe przyno- 
si, jest jednak to ważne, iż autor każe się liczyć z faktem psy- 
chologicznym zainteresowania się proroctwem Mickiewicza. 
Niewolno, powiada, wykreślać bezkarnie z życia uczuciowego 
narodu jego poetycznych marzeń. To też zdaniem naszym 
polonistyka ciężko zawiniła wobec narodu, iż dotąd nietylko 
nie zajęła się naukowo zbadaniem mistyki Dziadów, ale 
wskutek iście karygodnego nieuctwa w zakresie filozofji i mi- 
styki chrześcijańskiej nie umie nawet pójść drogą badania, 
która jej została wskazana. 
Wyrazem tego nieuctwa są następne cztery artykuły pana 
dr. W. H. pod nagłówkiem" Czterdzieści cztery", pomieszczone 
w Nr. 261 z d. 21 września, w Nr. 263 z d. 23 września, w Nr. 264 
z dnia 24 września i w Nr. 271 z dnia 1 października 1916 roku. 
Pan dr W. H., przypominając interpretację liczby 44 
z r. 1903 doktora Erazma Krzyszkowskiego, wyraża następujące 
ubolewanie: "U nas pisze się rozprawy po to, by o nich nie 
pamiętano i by ich nie czytano. Otóż ten właśnie zarzut 
można i trzeba stawić doktorowi W. H. Jeżeli bowiem pisze, 
że wieszcz nasz "miał swoją prostą filozofję, jak to wykazał 
już (!) Piotr Chmielowski', to obowiązany był przeczytać, co 
nowsi badacze wygłosili o "prostocie" tej filozofji i o mniema- 
niu Piotra Chmielowskiego, który poprostu do traktowania 
tego przedmiotu nie posiadał żadnego przygotowania nauko- 
wego. A jeżeli dr. W. H. (czyżby dr. Wiktor Hahn??) doszedł 
w swych badaniach do innego rezultatu, to nie powinien był 
obchodzić milkliwie fortecy, ale zdobyć ją i strzałami swej eru- 
dycji obrócić w perzynę. Mamy na oku szkic "Filozofja Mic- 
kiewicza", pomieszczony w Nr. 182, 183 i 184 Myśli Niepo- 
dległej z r. 1911, dalej rozprawę "Czterdzieści cztery", pomie- 
szczoną w Nr. 266, 267, 268, 269 z roku 1914, wreszcie artykuł 
"Wierzbowski o Mickiewiczu", pomieszczony w Nr. 344 z dnia 
20 maja 1916 roku (z uzupełnieniem w Nr. 346 z 10 czerwca 
1916 na str. 366). W pracach tych wykazano, iż nie można 
zajmować się Dziadami Mickiewicza bez gruntownej znajo- 
mości literatury Ojców Kościoła i innych tego typu źródeł. 
Przypomnimy tylko jeden przykład. Tertulijan, pisząc "O du- 
szy", powiada w roz. 57, że w czasie egzorcyzmu duch zły 
często się podaje za gladjatora lub inną figurę, lecz wreszcie
		

/p0009.djvu

			KRAKÓW A CZTERDZIEŚCI CZTERY. 


81 


wskutek "dalszego stosowania łaski bożej zmożony, aczkol- 
wiek niechętnie, wyjawia istotny stan rzeczy". I oto w Dzia- 
dach zły duch podczas egzorcyzmowania przedstawia się księ- 
dzu Piotrowi jako "Lukrecy, Lewiatan, Voltaire, alter Fritz, 
Legio sum" Uak co do "legionu" zły duch w ewangelji), lecz 
wreszcie wyznaje, iż w klasztorze Dominikanów więziony 
grzesznik pragnie gorąco "Wina-Chleba". Jest to jeden z tak 
licznych przykładów, które dowodzą, że nasza rzekomo nau- 
kowa krytyka literacka zupełnie nie jest przygotowana do zaj- 
mowania się Dziadami. A wstyd doprawdy, że w kraju ka- 
tolickim uczeni poloniści tak bezprzykładną wykazują niezna- 
jomość źródeł, z których czerpał wieszcz narodowy. 
Dr. W. H. oburza się, iż Miczkiewiczowi przypisywano 
pewne wiadomości kabalistyczne, bezimiennie też atakuje Li- 
pinera za jego na ten temat rozprawę, tym śmielej, że, jeśli 
nas nie mylą wiadomości, Zygmunt Lipiner właśnie niedawno 
umarł, gdyż z żyjącym nie byłby dr. W. H - tak gołosłownie się 
załatwił. Należało nietylko wyjaśnić czytelnikom, co znaczy 
wyraz "Kabbalah" '). jak nazywają się księgi jej poświęcone, 
jakiemi tematami się zajmują, ale także i to, dlaczego w gre- 
czyżnie i hebrajszczyżnie tak zwana gematrja jest możliwa, 
a dlaczego w języku polskim niema podstawy. Mniemanie 
jakoby było rzeczą "niegodną" posądzać takiego wieszcza, jak 
Mickiewicz, o "zabawianie się" takiemi "łamigłówkami", jak 
kabalistyka liczbowa, jest wprost śmieszne wobec faktu, iż 
z kabalistyka liczbową spotykamy się w Biblji i u Ojców Ko- 
ścioła. Wystarcza przytoczyć znany powszechnie werset 
z Apokolipsy Św. Jana XIII, 18 oraz ustęp z dzieła "Tractatus 
in Joannem" św. Augustyna X, 12. 
Dr. W. H. pisze: ..Chcąc twierdzić, że cyfra 44 jest kaba- 
listyczną, trzeba najpierw udowodnić, że Mickiewicz znał się 
na kabale". Brzmi to tak, jak gdyby ktoś powiedział: chcąc 
twierdzić, że słowo trzy jest liczbą, trzeba najpierw udowodnić> 
że ten, który to słowo wygłosił, uczył się matematyki. Gdyby 
dr. W. H. trzymał się zasady, którą wygłosił, i rzeczywiście 
czytał źródła, które mu zostały ukazane, zrozumiałby wreszcie, 
że liczba 44 wcale nie jest odosobniona w Dziadach, że łączy 


i) Tradycja 


*
		

/p0010.djvu

			82 


się z mistyką liczby trzy i z całym szeregiem doskonale zna- 
nych orjentalistom pojęć mistycznych. Poloniści nasi, poczy- 
nając od Chmielowskiego, bardzo się u nas przyczynili do 
obniżenia w pokoleniu młodszym wyobrażeń o postaci, duszy, 
wiedzy i polocie Mickiewicza. Pokolenie młodsze ufało swym 
przewodnikom polonistycznym i - zawiodło się. Po profeso- 
rze Stanisławie Tarnowskim objął w Krakowie na Wszechnicy 
Jagiellońskiej katedrę literatury polskiej profesor Ignacy Chrza- 
nowski. Jemu tu rzucamy rękawicę. Niech ją podejmie. Jest 
przecież człowiekiem zacnym, myśli myślami własnemi, kocha 
piśmiennictwo polskie, niech weźmie się do pracy i niech 
skończy nareszcie z tym kompromitującym umysłowość polską 
nieuctwem, jak to w zakresie mistyki Słowackiego uczynił Jan 
Gwalbert Pawlikowski. Niesłychana to rzecz, aby dzieło tak 
pierwszorzędne, jak Dziady, w tak ignorancki sposób było trakto- 
wane przez oficjalną naukę polską, i aby profesorowie polscy, 
zajmujący się kształceniem młodzieży, tego nie wiedzieli, co 
już wie szanująca się publicystyka polska. 
Cały artykuł dr. W. H. jest tylko przeżuwaniem tego, co 
przez innych zostało napisane, a co dr. W. H. bezkrytycznie 
powtarza. 
Dodatek stanowi w Nr. 27 Illlustrowanego Kurjera Co- 
dziennego artykulik dr. W. H. o znanym manjaku krakow- 
skim, który podaje się za męża 44 i który jeszcze w r. 1895 
wydał broszurę: "Któż ten mąż? 44? Wskrzesiciel narodu? Na- 
miestnik wolności na ziemi widomy? Oto m Ja! Otom Ja!"- 
W Nr. 272 z dnia 22 października 1916 roku pan "ss" raz 
jeszcze pisze o "Czterdzieści cztery" i drukuje list p. Czesława 
Pieniążka, bawiącego czasowo w Zakopanem, który przypo- 
mina swą pracę "Mesjanizm i Towiańszczyzna". W pracy 
tej wyliczył dawne egzegezy. Więc przez 44 rozumiano ks. 
Czartoryskiego, Ludwika Napoleona, wreszcie samego Mickie- 
WIcza. 
W INr. 280 Illustrowanego Kurjera Codziennego z dnia 
10 października 1916 roku czytamy, iż w sali Towarzystwa 
Lekarskiego wygłoszono odczyt "Ostateczne rozwiązanie ta- 
jemnicy o Wskrzesicielu Narodu, czterdzieści cztery". Prele- 
gent miał mówić bardzo patrjotycznie, ale bardzo naiwnie. 
Oprócz tego przysłano nam notatkę o wyjaśnieniach nie-
		

/p0011.djvu

			SZKOLARSTWO NOWOCZESNE. 


1lI 


których postaci z Widzenia księdza Piotra i w ogóle z Dziadów 
przez p Józefa S1. Filonowicza. Przytoczymy kapitalniejsze: 
"Trzy źrenice -ożywiające światło wiary. 
"Przebita prawica-okazywanie krzywdy swojej. 
"Ksiądz Piotr-oświecona, bogobojna i patrjotyczna część 
narodu. 
" Wskrzesicielem N arod u - Mickiewicz. 
"Ślepa Rollisonowa- Polska. 
"Anioł pacholę-duch narodowy. 
"Trzy czoła -czoło człowieka, czoło nadczłowieka i czoło 
męczennika" . 
I tak dalej. 
Podajemy to wszystko jako ciekawy objaw czasu. 


SZKOLARSTWO NOWOCZESNE. 


Jedną z nauk, traktowanych najzabawniej w szkołach 
średnich, jest kosmografja. U czeń musi wykuć na pamięć, co 
to jest azymut, co to jest zboczenie gwiazdy, co to jest wzno- 
szenie proste, co to jest paralaksa, ale stanąwszy wobec noc- 
nego nieba, nie umie odróżnić gwiazdy od planety. Pierwszy 
lepszy owczarz albo stróż nocny mógłby go wyśmiać razem 
z jego wiedzą o układzie ekliptykalnym współrzędnych i ukła- 
dzie równikowym. Od czasów Kopernika inteligencja polska 
nie nauczyła się rozpoznawać na niebie innej konstelacji, 
prócz Wielkiego Wozu. Deklamując o ekliptyce, nie umie 
ukazać jej łuku na niebie, nie potrafi wymienić ani jednej 
gwiazdy, przez którą przechodzi łuk równika. Zupełnie nie- 
wiadomo, dlaczego u nas nazywa się metafizykę geografją 
drugiej strony księżyca, gdy nasza kosmografja jest w szko- 
łach traktowana metodą czystej spekulacji metafizycznej z zu- 
pełnym zaniedbaniem rzeczywistości gwiezdnej. 
Właśnie ukazała się książka "Zarys kosmografji, pod- 
ręcznik dla szkół średnich" Stefana Swiderskiego (część 
pierwsza, str. 126, Warszaw?, wydawnictwo M Arcta). 
Podręcznik ten nie jest ani lepszy, ani gorszy od "Kos-
		

/p0012.djvu

			84 


mografji" A. J. Stodółkiewicza (str. 207 , Warszawa 1907) i in- 
nych. Wartości jego jako zbioru wiadomości dla przyszłego 
astronoma nie myślimy wcale kwestjonować. Twierdzimy 
tylko, że w ten sposób traktowana kosmografja nie zbudzi 
w uczniu zamiłowania do astronomji, nie daje mu bowiem 
wiadomości podstawowych. Cóż warta byłaby nauka zoolo- 
gij- gdyby zaczynała się od układu nerwowego, a nie nau- 
czyła wychowańca szkół średnich odróżniać owcy od wie- 
prza? Cóż warta byłaby nauka botaniki, gdyby zaczynała od 
wykładu systematu Lineusza, a nie nauczyła ucznia odróżniać 
pszenicy od owsa? 
Pan Stefan Swiderski pisze w przedmowie: "Starając 
się o ścisłość, nie unikałem rozmyślnie dowodów matematycz- 
nych z dwu względów: po pierwsze, by uczeń mógł sam wie- 
dzieć, że coś jest tak, a nie inaczej, a nie opierać się tylko na 
autorytecie wykładającego; po drugie, by uczeń mógł użyć 
swych wiadomości matematycznych jako narzędzia, metody 
badania" . 
Pan Swiderski się myli. Uczeń, który zacząłby naukę 
kosmografji wedle jego podręcznika, musiałby wciąż na nim 
opierać się jako na autorytecie, a żadna z wiadomości mate- 
matycznych nie stałaby się dla niego narzędziem. 
Weźmy dla przykładu rozdzialik "Widomy roczny ruch 
słońca". Pan Swiderski wykłada, w jaki sposób można przy 
pomocy narzędzia, zwanego kołem południkowym, mierzyć 
dzienne zboczenie słońca. Być może, że p. Swiderski pokaże 
nawet kiedy uczniom szkół średnich ten instrument. Ale 
przeciętny uczeń nigdy nie będzie miał z nim do czynienia, 
to zaś, co usłyszał na lekcji, niebawem zapomni. A dalej 
p. Swiderski poucza ucznia w dzień, jak może w ciągu szere- 
gu nocy stwierdzić coraz wcześniejsze górowanie gwiazd. Nie- 
stety uczeń nie przerobi sobie tego w nocy i nawet nie będzie 
umiał zabrać się do tego. Niewolno mu po nocy włóczyć się, 
gdyż jest to przeciwne dobrym obyczajom. Otrzymanie zaś 
pozwolenia na zbiorową wycieczkę jest kłopotliwe. Woli te- 
dy wierzyć p. Swiderskiemu na słowo, że górowanie gwiazdy 
następuje conocnie o cztery minuty wcześniej, a już nawet 
nie pyta, jak nocą szukać na niebie linji górowań. 
W ten sposób traktowana w szkołach średnich nauka
		

/p0013.djvu

			SZKOLARSTWO NOWOCZESNE. 


85 


kosmografji przyczynia się do znienawidzenia szkoły, nabija- 
jącej umysł ucznia jak największą ilością wiadomości czysto 
oderwanych, a w najlepszym wypadku do kształtowania u nas 
typu rezonera, który zawsze innych przegada, ale który zupeł- 
nie nie umie obracać się w świecie rzeczywistym. 
Ten sposób wykładania w szkołach kosmografji odbił się 
naifatalniej na naszych naukach humanistycznych. Wszystkie 
arcydzieła piśmiennictwa starożytnego, przerozmaite pojęcia 
filozoficzne i nawet formy obrzędowe powstały w okresie, 
kiedy ludzie tak się orjentowali w gwiazdach, jak chłop 
w kwiatach i zbożach. Jako aksjomat stawić możemy, iż 
przed wiekopomnym odkryciem Kopernika ludzie ukształceni 
posiadali daleko więcej wiadomości kosmograficznych, niż po 
tym tak przełomowym odkryciu. Ignorancja nieba zaczyna 
się dopiero od chwili, kiedy upadł system Ptolemeusza a ostał 
się system Kopernika. Ptolemeiści mieli wprawdzie błędną 
teorję, ale znali rzeczywistość; natomiast Kopernikanie po- 
siedli teorję dobrą, ale zatracili znajomość rzeczywistości. 
Dawni humaniści orjentowali się w symbolice mowy i obrzę- 
du, wiedzieli bowiem, że ich abstrakty wyrastały na konkre- 
cie gwiezdnym. N owocześni humaniści tego nie wiedzą 
i przeto cały ich sposób myślenia o starożytności jest anachro- 
nIczny. 
Właściwie traktowana nauka kosmografji w szkółkach 
i szkołach miałaby niesłychane znaczenie pedagogiczne, este- 
tyczne, etyczne i nawet religijne. Gdyby p. Świderski, miast 
zaczynać swój podręcznik od wyjaśnienia, co to jest" elipsa, 
zaczął od pokazania uczniom Drogi Mlecznej i jej majestatu, 
gdyby zamiast prawienia im, kiedy azymut równa się zeru, 
zwrócił ich uwagę na to, jak w ciągu nocy Droga Mleczna 
zmienia swe położenie, gdyby miast mówienia im o wzno- 
szeniu prostym, zaczął od tego, iżby nauczył ich rozpoznawać 
konstelacje i orjentować się w ich obrocie nocnym, gdyby 
miast mówienia im o paralaksach, zwrócił im uwagę, iż mimo 
stwierdzonych różnic oddalenia widzimy gwiazdy "wszystkie 
na jednym błamie szafiru, jak złote gwiazdy na płaszczu Mat- 
ki Boskiej, wtedy uczniowie jego przyzwyczailiby się patrzyć 
na niebo, nawiązałaby się nić stosunku pomiędzy ich mło- 
dziuchnemi duszyczkami a niebem, w serduszkach ich zbudzi-
		

/p0014.djvu

			86 


łyby się uczucia wzniosłe, zrozumieliby, co to jest wielkość, 
piękno, wieczystość, a może nawet, dlaczego istnieje religja. 
1 dopiero wtedy uczniowie p. Swiderskiego słuchaliby z nie- 
zmiernym skupieniem i zaciekawieniem wszystkich jego wy- 
wodów matematycznych, wtedy zrozumieliby, jak olbrzymiej 
pracy dokonał umysł astronomów od nieboznawców babiloń- 
skich aż do naszych astrofizyków. 
Mam właśnie przed sobą" Kalendarz skauta na rok 
1917". Jakże on jest charakterystyczny! Kalendarzyk ten 
uczy tylko skauta, jak orjentować się w dzień. Noc prawie 
nie istnieje dla niego. Może spać w obozie, wystawiwszy 
straże. Skaut ma być samoradnym i wedle możności obywać 
się bez wszelkich instrumentów, aby umiał sobie poradzić 
w każdej okoliczności. N ocne niebo, nawet w części zachmu- 
rzone, jest dla gwiazdoznawcy niemylnym zegarem i drogo- 
wskazem o każdej porze roku. Jeśli rozpozna choć jedną kon- 
stelację, już może z jej położenia wywnioskować, która jest 
mniej więcej godzina, gdzie wschód, gdzie inne strony świata. 
Nie potrzeba oglądać się na gwiazdę polarną, jak radzi "Ka- 
lendarz skauta", niezawsze też świeci księżyc, o którym pisze 
autor" Kalendarza" (str. 6). Zresztą zegarek, który ma po- 
magać skautowi, może stanąć, może uledz zepsuciu podczas 
karkołomnej wyprawy, i wtedy co? 
Warto uczynić pewne zestawienie. Przeczytajmy Jana 
Śniadeckiego "O obserwacjach astronomicznych", rzecz po- 
słaną Towarzystwu Warszawskiemu Przyjaciół Nauk i odczy- 
taną na jego publicznym posiedzeniu dnia 15 maja 1802 roku, 
a następnie "Zarys kosmografji" p. Stefana Swiderskiego, 
mający być podręcznikiem dla szkół średnich. O ileż popu- 
larniej przemawiał niepospolity Sniadecki do ciała naukowe- 
go, niż przemawia p. Świderski do uczniów szkół średnich, 
pozbawionych wszelkich wiadomości wstępnych! 
Kosmografja jest U nas tak traktowana, że można po- 
prostu zapomnieć o jej istnieniu. Właśnie nadesłano nam 
"Projekt reformy szkolnictwa" p. Tadeusza Sierzputowskiego, 
właściciela i kierownika jednej z naszych szkół średnich. 
W "Pozytywnym projekcie organizacji szkolnictwa i zada- 
niach każdego cyklu szkół" słowo "kosmografja" nie zostało 
nawet wymienione!
		

/p0015.djvu

			SZKOLARSTWO NOWOCZESNE. 


87 


Astronomowie nasi nie są dobremi pedagogami. Nie 
umieją wzbudzić zamiłowania do "królowej nauk", która dziś 
zeszła na kopciuszka. Postawiliśmy pomnik Kopernikowi, 
znamy słońce, księżyc, Drogę Mleczną i Wielką Niedźwiedzi- 
cę. Więcej nam z astronomji nie potrzeba. A kto rozpoznaje 
na niebie nocnym złoty klucz Kasjopei, oho, ten już może gło- 
wę do góry zadzierać! 
Jedyną sferą, która u nas jeszcze zna się trochę na gwia- 
zdach, jest kółko naszych domorosłych astrologów-wróżków. 
Odrobinę swej wiedzy zawdzięczają przesądowi. 


PROJEKT REFORMY SZKOLNICTWA. 


Ukazała się niewielkich rozmiarów broszurka p. Tadeu-' 
sza Sierzputowskiego "Projekt reformy szkolnictwa" (str. 19). 
Autor uważa, że obecny system jest zasadniczo wadliwy, 
i proponuje inny, w którym istniałyby cztery cykle: 1) szkoły 
początkowe, 2) gimnazja, 3) licea, 4) uniwersytety i politech- 
niki. Ale nie tylko system wydaje się autorowi wadliwym. 
N arzeka również na stan nauczycielski. Mówiąc o nauczy- 
cielach szkół średnich, nie odsądza wprawdzie ogółu od war- 
tości osobistej, mniema tylko, że poziom nauczania jest nizki, 
a poziom umysłowy nauczycieli ludowych "wprost opłakany" 
(str. 5). 
Czytamy na okładce broszurki "Wydawnictwo szkoły 
T. Sierzputowskiego". 
Otóż nie odmawiając nikomu prawa krytyki i występo- 
wania z projektami, pozwolilibyśmy sobie tylko na tę skrom- 
ną uwagę, iż niepoślednie znaczenie dla sprawy ma sfera, 
z której wychodzi krytyka i projekt reformy. Nie wiemy, czy 
szkoła, której wydawnictwo właśnie leży przed nami, zdobyła 
sobie w naszych kołach nauczycielskich ten stopień autorytetu 
i reputacji, który jest niezbędny, by mogła wywiązać się tak 
zresztą pożądana dyskusja. Niektóre rewelacje kierownictwa 
tej szkoły, krążące wprawdzie tylko śród nauczycielstwa, ale 
bardzo znamienne zarówno dla strony oskarżanej, jak oskar-
		

/p0016.djvu

			88 


żającej, nIe mogą się przyczynić do podniesienia autorytetu 
i reputacji. Są to rzeczy bardzo przykre, tak nawet przykre, 
iż odejmują nam przeświadczenie, by projekt reformy, z tej 
sfery wychodzący, mógł być powitany bez uśmiechu ironji. 


INTELEKTOMETR. 


Oetatniemi czasy odbywała się w Radzie Miejskiej War- 
szawy interesująca dyskusja finansowa. Pewien radny, wielki 
polityk, którego wszędzie jest pełno, przez cały czas tej dysku- 
sji zabawiał się z sąsiadem w grę dziecinną, zwaną szubieni- 
czką, w której ten wygrywa, kto umie, mimo przeszkód prze- 
ciwnika, wpisać w jeden rząd trzy kreski albo trzy kółeczka. 
Bardzo inteligentna zabawal 


BELETRYSTYKA. 


Wyraz "beletrystyka" lub" belletrystyka" pochodzi od 
"belles lettree", a nie od "bellum", jak mogłoby się zdawać, 
skoro "na scenę wyjeżdżają stare rekwizyty: ułan, konik, sza- 
belka, dziewucha", jak to zauważyła p. Zofja R. Nałkowska 
w "Tajemnicach krwi" (str. 116). Słusznie też wkłada w usta 
jednego ze swych bohaterów uwagę następującą: »W tych sta- 
rych kategorjach estetycznych wojna brana jest zwykle mery- 
torycznie, od strony swego tematu. Tymczasem dzisiejszemu 
myślącemu gentlemanowi wojna wydaje się ważniejsza jako 
zjawisko, niżeli jej temat. Psychologja wojny, nie jej ideolo- 
gja-to jest ważne. Ci, co mają słuszność, powinni zwycię- 
żyć, uciśnieni powinni zrzucić "jarzmo niewoli". Cóż więcej 
da się pomyśleć na ten temat? Można tylko wylać więcej 
łez" (str. 117). 
Niecałkiem zgodzilibyśmy się z tym wywodem, albowiem 
czytywaliśmy niesłychanie ciekawe i pouczające opisy walk,
		

/p0017.djvu

			BELETRYSTYKA. 


89 


które wyszły z pod pióra znakomitych korespondentów wojen- 
nych. Walki powietrzne aeroplanów, niesłychane wycieczki 
łodzi podwodnych, umieranie armat, wszystko to łączy nową 
całkiem merytoryczność z nową psychologją. Dusza ludzka 
przeżywa całkiem nowe rzeczy. Ale ci, którzy nam dali te 
opisy, posiadają talent obserwacji i dar pióra, zresztą umieją 
dotrzeć na miejsce wielkich zdarzeń. Tymczasem u nas, jak 
słusznie znowu pisze pani Nałkowska, " Wojna jest okazją do 
najłatwiejszej deklamacji" (str. 122). Istnieją pisarze, którzy 
wciąż jeszcze operują tarczami, pancerzami, mieczami, sło- 
wem rekwizytami wyszłemi całkiem z użytku, gdyż oczy ich 
nie widziały nowych zjawisk a ich pióro chodzi im w ręku au- 
tomatycznie. Pani Nałkowska utyskuje: "Powstaje nowa 
szkoła, szumiąca powódź literackiej tandety. Z kawiarń kra- 
kowskich wyległa cała sfora, zgłodniała wrażeń i krwi, łakną- 
ca trochy ruchu, powietrza i wydarzeń-poprostu dla hygjeny 
instynktu, więzionego dotąd w ciemnych, dusznych przedpo- 
kojach sztuki. 1 włóczy się to-węszące-za wojskiem, na ty- 
łach armji, bezpieczne, ochraniane- pisze nowelki" (str. 123). 
Jeżeli krytyka innych udała się p. Nałkowskiej, mniej na- 
tomiast do nas przemawia to, co sama daje, niezawodnie we- 
dle jej mniemania jako lepsze, jak "Rękawice", "Kochanka", 
"Pour prendre conge". 
Utalentowany beletrysta, p. Włodzimierz Perzyński, na- 
pisał całą powieść "Wróg wojny" (str. 310). Niestety rzecz 
jest już zupełnie anemiczna a przedewszystkim -nudna. Ro- 
dzaj nudny jest, jak wiadomo, rodzajem najgorszym. Zacho- 
dzi bezprzykładna dysproporcja pomiędzy ogromem zjawiska 
wojny obecnej a malutkością i banalnością opowiadań p. Pe- 
rzyńskiego. 
Można się zgadzać z wywodami p. Nałkowskiej, można jej 
opisy brać krytycznie, ale trzeba przyznać, że rozumie donio- 
słość zjawiska, które się rozgrywa przed jej oczami. Tymcza- 
sem tego zrozumienia nie wykazuje p. Perzyński. Zachowa- 
nie się jego filistrów nie jest znamienne dla nich, ale dla auto- 
ra. Autor chce być humorystą. Ale właśnie jako humorysta 
zmarnował olbrzymie tematy. 
Pomijamy cały szereg innych utworów, aby uwag psy- 
chologicznych nie mieszać z uwagami ideologicznemu Więc
		

/p0018.djvu

			90 


powiemy tylko, że zdumiewa nas wprost ten brak duchowego 
rozmachu, ta deklamacyjność, to operowanie frazeologią, nie 
zdolną do zbudzenia jakiegokolwiek zapału, ten nizki poziom 
intelektualny, zupełnie nie odpowiadający poziomowi umysło- 
wemu czytelników, do którego miał być dopasowany. Czuć, 
że ci artyści żyli w świecie oderwanym od społeczeństwa, nie 
znają tajników jego psychologji, nie umieją zagrać mu na du- 
szy. Brak też pierwiastku szczerości a jest natomiast nadmiar 
stylizacji. Właśnie zestawienie tej produkcji pisarskiej z pro- 
dukcjami innojęzycznemi jest bardzo znamienne. Bo tam żąda 
się od pisarza talentu, a tu tylko ideologji, nie biorąc tego pod 
uwagę, że brak talentu lub choćby jego stopnia pewnego przy- 
nosi tylko owej ideologji szkodę. Nie pomoże reklama. Mo- 
że nawet szkodzi. 


JAN SNIADECKI. 


Zamknąłem się niedawno w domu z Janem Sniadeckim. 
J ego Pisma rozmaite są prawdziwym dobrodziejstwem dla czło- 
wieka, który przeżywa Silentium Platonicum- Zyskuje prawo 
odwrócenia się od myśli ludzi, "którzy może swoich własnych 
nigdy w życiu nie mieli" (IV, 470) i którzy nie słyszeli »0 sztu- 
ce dobrego pisania w języku polskim" (II, 230). Jan Sniadecki 
popełnił dwie zbrodnie zdaniem lichych poetów i lichych filo- 
zofów: oświadczył się przeciwko romantyzmowi i przeciwko 
metafizyce. Ale wtedy nie istniał jeszcze Pan Tadeusz, do- 
piero powstawały ballady o upiorach, wierszyki miernej war- 
tości literackiej a niezwykłego głów zawrócenia- Poezja naro- 
dowa wzbiła się ponad romantyzm. Co zaś do metafizyki, to 
Sniadecki uważał ją za "najniebezpieczniejszą dla kraju, za- 
czynającego się porządnie uczyć" fi. 115), co następnie grun- 
townie uzasadnił (II. 333-361). Twierdził przed Augustem 
Comte, że "każda porządna nauka ma swoją metafizykę, która, 
kiedy jest pewna, jest jej częścią najchlubniejszą i najpoży- 
teczniejszą, bo bez niej nie byłoby umiejętności i nauk" (II. 337), 
Widzi jednak, że "metafizycy nie zgruntowawszy żadnej nauki
		

/p0019.djvu

			JAN SNIADECKI. 


91 


i z powierzchownych albo nadto powszechnych i słabych wyo- 
brażeń o wszystkim sądzą i bredzą". Powiada, iż »zawsze oni 
mnożyli szkolne kłótnie i psuli nauki przez nieostrożne upow- 
szechnianie myśli, które jest, jak wiemy, i źródłem wielkich 
wynalazków, i źródłem najniebezpieczniejszych błędów" 
(U. 327). Zapytywał: "Wydobył że Krytycyzm aby jedną nową 
i od wszystkich uznaną prawdę, pomagającą rozumowi w dro- 
gach poznawania i sądzenia swoich wiadomości?" I odpowiada 
cytatą z Jana Jakóba Rousseau: "Jamais le jargon de la metha- 
physique n'a fait decouvrir une seule verite" (II. 349, 352). 
Rzecz sama w sobie niema dla nas żadnego znaczenia. Wiado- 
mość o niej jest dla człowieka niepodobna. Przyrodzenie inte- 
resuje człowieka tylko ze strony dla niego dostępnej. "Taką 
to Metafizyką skierowany rozum ludzki na drogę prawdy 
w przeciągu jednego wieku stworzył i odkrył tyle wielkich 
nauk, jaką jest mechanika, rachunki wyższe matematyki, astro- 
nomja fizyczna, optyka, chemja, wynalazł tyle ważnych prawd 
w historji naturalnej, fizyce, medycynie etc- wydoskonalił sztu- 
kę myślenia, mówienia i pisania: okrył się chwałą a towarzy- 
stwo ludzkie zbogacił pożytkami" (II. 355). Świat poszedł 
drogą, ukazaną przez sposób myślenia Jana Śniadeckiego. 
Całą swoją potęgę oparł na naukach doświadczalnych. Nauczył 
się myśleć jasno i jasno wyrażać swoje myśli. Wielka to szko- 
da, że dziś czytywanie dzieł Jana Śniadeckiego tak jest za- 
niedbane. Młodzież filozoficzna czasów naszych nie uczyła 
się od niego myśleć i pisać. Idzie zawsze za pierwszą lepszą 
błyskotką zagraniczną i dlatego nie może stworzyć filozofji 
narodowej. Ludzie, nie umiejący napisać jednej stronnicy 
polszczyzną Jana Śniadeckiego, zabierają się u nas do filozo- 
fowania i do tworzenia języka filozoficznego. Filozofji nie 
zbudowali, popsuli tylko mowę ojczystą. Kto mniemałby, że 
Jan Sniadecki lekceważył nauki humanistyczne, ten niechaj 
przeczyta uwiecznioną w jego pismach historję konkursu celem 
obsadzenia katedry wymowy i poezji na uniwersytecie wileń- 
skim, kiedy został na nią powołany człowiek tak niepospolity, 
jak Euzebjusz Słowacki. Jan Sniadecki sformułował warunki 
konkursu, on też dał jeneralną ocenę pracy Euzebjusza. W wa- 
runkach pomieścił zdanie następujące: »Przez dobre pisanie 
rozumie się nietylko to, które jest wolne od błędów grama-
		

/p0020.djvu

			92 


tycznych i od wad czystości i własności języka przeciwnych, 
ale jeszcze pisanie przyjemne dla ucha, porywające i przywią- 
zujące uwagę" (II. 230). Mniej chodzi o prawidła ogólne, 
wspólne wszystkim językom, "jako raczej o przepisy szczegól- 
nie mowie polskiej właściwe". A w orzeczeniu powiada: "Styl 
powinien być jasny... Ta jasność jest dziełem porządnego 
myślenia i dobrego wysłowienia. Kto ciemno pisze, ten albo 
rzeczy, albo języka, albo jednego i drugiego nie rozumie" 
(II. 257). "Nieład myśli robi zamieszanie w pisaniu, a zawi- 
łość w pojęciu" (II. 258). "Nic w kraju do wzrostu nauk i oświe- 
cenia dzielniej nie pomaga, nic tego wzrostu w Narodzie 
mocniej nie dowodzi, jak dobrze pisane w języku krajowym 
dzieła. Chcieć upowszechnić w kraju dobre pisanie, jest to 
jedno, co chcieć upowszechnić smak, wiadomości nauk, czyste 
i dokładne ich objęcie, zgoła porządne i gruntowne oświece- 
nie. Im głębiej rzecz tę rozbieram, tym się bardziej przeko- 
nywam o tym, co powiedział Buffon, że pisarze krajowi w ja- 
kimkolwiek rodzaju wiadomości i nauk, niczym sobie bardziej 
zabezpieczyć nie mogą trwałej sławy i nieśmiertelności, jak 
dobrym pisaniem, N owe w naukach myśli, postrzeżenia i wy- 
nalazki, źle i niesmacznie pisane przelewać się z czasem będą 
z dzieł do dzieł, i w tej masie wiadomości zginąć może pamięć 
i sława autora, kiedy dzieło dobrze pisane i naznaczone piętnem 
znakomitego talentu krążyć nie przestanie z rąk do rąk: jedno 
pokolenie podawać je będzie za wzór drugiemu. Dzieła Gre- 
ków i Rzymian dlatego są nieśmiertelne, że są dobrze pisane. 
Odmieniły się obyczaje, sposób myślenia, nauki, wielka liczba 
ich zdań i myśli jest w dzisiejszym stanie wiadomości błędna 
i fałszywa; a przecież ich sława dla dobrego pisania nic nie 
ucierpiała" (11 ,249-251). Jędrzej Sniadecki jest twórcą nasze- 
go języka chemicznego, brat jego Jan języka matematycznego. 
Obaj zaś są wzorem jasnego sposobu myślenia. Jeżeli dobrze 
rzecz zbadamy, nabędziemy przekonania, że ci wielcy bracia 
są właściwie twórcami dzisiejszego naszego języka sfer 
ukeztałconych a wyrażających się po polsku prawidłowo i pię- 
knie. W warunkach konkursu Jan Sniadecki imieniem uni- 
wersytetu wileńskiego pisze: "Przyjęte będą chętnie dowody 
pięknego pisania wierszem: atoli Uniwersytet woli przestawać 
na wzorach dobrze prozą pisanych, mając pierwszy rodzaj wy-
		

/p0021.djvu

			KSIĄŻKI. 


93 


mowy za rzadki i za nadto trudny, a drugi choć mniej świetny 
ale rozleglejszy w użyciu. Sama rozprawa będzie służyła za 
próbę stylu dydaktycznego" (II, 231). Wielka poezja jest świa- 
dectwem genjuszu, wielka proza świadectwem kultury umy- 
słowej. Sniadecki nie gardził w prozie stylem "wyższym, któ- 
rym się maluje i obudzą żywość namiętności" (II, 231). Z ja- 
kąż rozkoszą czyta się jego rozprawę o "Filozofji umysłu lu- 
dzkiego" (IV, 173). Ktokolwiek przez wgłębianie się w prze- 
szłość dziejową, w jej źródła i pomniki, do innych, niż mistrz 
Jan Sniadecki, doszedł poglądów, ma w nim najlepiej tłoma- 
czącego się przeciwnika, nie szukającego nigdy czczych a uchy- 
biających godności uczonego "wykrętarstw". Zamykaj cie się 
od czasu do czasu z Janem Sniadeckim! Po stu latach płonie 
na jego obliczu rumieniec życia. Po stu latach, mimo wielkie- 
go w naukach postępu, rozmawia się z nim, jak gdyby dziś 
między nami był przodownikiem. Po stu latach język jego 
świetnością nad naszych prozaików wyniesiony. Ci zaś, co mu 
jeszcze wyrzucać chcą jego oświadczanie się przeciwko roman- 
tyzmowi i metafizyce, niech wezmą pod uwagę to, co powie- 
dział w obronie Kołłątaja: "Azaliż pierwsi, czytając to wierne 
prac jego wystawienie, przynajmniej zagrzebanemu w ziemi 
wybaczyć raczą, że był w edukacji publicznej swym ziomkom 
pożyteczny" (I, VIII). 


KSIĄŻKI. 


Księstwo Warszawskie, wspomnienia i obrazy, zebrał Artur Oppman 
(Or-Ott, str. 192, Warszawa 1917. Nakładem Gebethnera i Wo1tfa. - Tytuł 
nie odpowiada treści książki. Powinien właściwie brzmieć: W jakich woj- 
nach Polacy uczestniczyli w okresie Księstwa Warszawskiego? 
Rok 1863, wyjątki z dzieł, pamiętników, dokumenty, odezwy, zebrała 
dr. Ewelina Wróblewska, str. 189, wydawnictwo M. Arcta w Warszawie. - 
O ile książka daje czytelnikowi dokumenty historyczne, wyjątki z prac pier- 
wszorzędnych pamiętnikarzy i historyków, jest dobra i pożyteczna, albowiem 
historja powstania stycznipwego jest u nas jeszcze '-mało znana. Ale o ile 
daje próbki pióra ludzi bez wiedzy i talentu lub adwokacką obronę powsta-
		

/p0022.djvu

			94 


nia oraz sentymentalno-paradoksalną histoIjozofję tej katastrofy, zdumie- 
wająco niedojrzałą i rozczochraną, chybia celu i budzi w czytelniku niesmak. 
Oto np. frazes: "Grzech (!I pierworodny (!) stuletniej naszej walki oswoję 
istnienie, brak (!) państwa (li... zaznaczył się dobitnie" etc. Ucięto mi no- 
gę i to ma być moim grzechem, w dodatku pierworodnym? 
Działalność komisji rozpowszechniania wskazań zdrowotnych Za- 
rządu stołecznego miasta Warszawy za czas od 29 stycznia 1915 do dnia 1 
sierpnia 1916 roku, str. 72, Warszawa.- Działalność komisji przedstawia się 
bardzo ruchliwie i pożytecznie Szczególniej uderza rozpowszechnianie 
krótkich wskazań zdrowotnych w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, dalej 
odczyty i pogadanki. Niezależnie od tego sama publikacja, poczynając zwła- 
szcza od str 23 (Aneksy), ze względu na ujęcie w całość różnych wskazań 
zdrowotnych i porządkowych, jest bardzo cenna i godna gorącego zalecenia. 
Derwisze (sufizm w religji Mahometa), Ks. Tadeusz Radkowski, str. 
16, Warszawa (1916», wydawnictwo Kroniki Rodzinnej. - Malutka broszura 
ks- Radkowskiego zasługuje na uwagę, gdyż mówi nam rzeczy, o których nie 
wiedzieliśmy. Sufizm, albo derwiszyzm, ma dziś na wschodzie duże znaczenie 
polityczne. Stary typ derwisza ustępuje nowemu, a ma to ścisły związek 
z prądami modernistycznemi, ogarniającemi Islam Derwisze są znakorni - 
temi agitatorami. Rywalizują na wschodzie z chrystjanizmem do tego 
stopnia, że roku 1912 misjonarze różnych wyznań chrześcijańskich zawarli 
w Indostanie związek przeciwko propagandzie mahometańskiej- Derwisz, 
przychodząc do jakiejś wioski na wschodzie, gdzie mieszkają ludzie innej 
wiary, nie przychodzi tylko z Koranem, ale staje się ich doradcą, uczy ich 
handlu, mówi im o niebezpieczeństwie alkoholizmu, wreszcie stawia meczet. 
«Rezultaty są namacalne", pisze ks. Radkowski. .W kraju Nyassa w Afryce 
dwadzieścia parę lat temu nie było wcale muzułmanów, w wyjątkiem jedne- 
go czy dwóch punktów zajętych przez arabów. Dziś tam w każdej wiosce 
jest meczet. W Abisynji Islam takie robi postępy, że obecnie już cała 
północ państwa negusa go wyznaje. To samo dzieje się w Ugandzie, Ni- 
geIji, Sierra Leone i na zachodnim wybrzeżu Afryki. Kiedy apostoł Ałtaju 
»ojciec Makaryj" domagał się od rządu rosyjskiego pomocy do nawrócenia 
Kirgizów, to dostał odpowiedź, że są oni jeszcze bardzo dzicy, więc misja się 
nie uda. W jakiś czas potym przyszli derwisze i nawrócili wszystkich Kirgi- 
zów na Islam". Derwisze walczą z inwazją europejską. Anglicy w Egipcie 
a Francuzi w Algierze i Tunisie mają podczas wojny obecnej kłopoty z der- 
wiszami. 


N adesłano nam: 
Dydaktyka, uzupełniona "Zasadami logiki", do użytku seminarJow 
nauczycielskich i nauczycieli szkół ludowych, Mieczysław Baranowski, wyda- 
nie siódme, str. 113, Warszawa, nakładem Gebethnera i Wolffa. 
Sto lat ustawy zgromadzeń rzemieślniczych w Królestwie Polskim 
str. 89, 31 grudnia 1916. 
Jasełka maluczkich, M. Bogusławska, str. 28, wydawnictwo M. Arcta 
w Warszawie.
		

/p0023.djvu

			KSIĄŻKI. 


93 


W noc wigilijną, M. Bogusławska, str. 18, wydawnictwo M. Arcta 
w Warszawie. 
Choinka, komedyjka w 1 ,'akcie, z obrazkami, przez Ciocię Manię, 
str. 16, wydawnictwo M. Arcta w Warszawie. 
Wigilja w śniegu, z obrazkami, napisała Ciocia Mania, str. 18, wydaw. 
M. Arcta w Warszawie. 
Cztery pory roku, poezje, MaIja Konopnicka, str. 33, wydaw. M. Arcta 
w Warszawie. 
HistoIja wydawnictwa Zbioru Przepisów Administracyjnych Królestwa 
Polskiego, Józef Kaczkowski, str. 80, Warszawa, nakładem Gebethnera 
i Wolffa. 
Zbiór zadań z mechaniki teoretycznej, na podstawie różnych źródeł 
opracował J Wojnicz-Sianożęcki, inżynjer-technolog, str. 141 i 88, z 632 ry- 
sunkami w tekście, wydawnictwo M. Arcta w Warszawie (1917). 
Zarys anatomji opisowej zwierząt gospodarskich dla wyższych szkół 
rolniczych, Alekszander Pajewski, asystent wyższej szkoły rolniczej w War- 
szawie, str. 308, wydawnictwo M. Arcta w Warszawie (1916). 
Cennik nasion zakładów ogrodniczych C. Ulricha na rok 1917, str. 48 
in folio, Warszawa 1917. 
Wróżby wojenne pana radcy, powieść współczesna, Artur Gruszecki, 
str. 341, Kraków 1915, G. Gebethner i Spółka. 


MYŚL NIEPODLEGŁA 


wychodzi trzy razy na miesiąc dekadami. Waronki przedpłaty w Warszawie 
rocznie Rb. 8, półrocznie Rb. 4, kwartalnie Rb. 2. W Królestwie Polskim 
i zagranicą rocznie Rb. 10, półrocznie Rb. 5, kwartalnie Rb. 2 kop. 50. 
Cena oddzielnego zeszytu 25 kop. Zmiana adresu 20 kop. 
Administracja otwarta od 2 - 7 p. p. 


TREŚĆ Nr. 370: Ta trzecia, 73,- Co lepiej, 77.- Kraków a czterdzie- 
ści cztery, 77.- Szkolarstwo nowoczesne. 83.- Projekt reformy szkolnictwa, 
87. Intelektometr, 88. - Beletrystyka, 88. -Jan Śniadecki, 90. - KSIĄŻ- 
KI, 93 


Adres Redakcji i Administracji: Mokotowska 45 m. 5. 
Telefonu Nr. 19070. 


Redaktor i wydawca: Andrzej Niemojewski 


Za pozwoleniem cenzury wojennej niemieckiej. 


DRUK K. KOWALEWSKlEGO, WARSZAWA. PIĘKNA 15.
		

/p0024.djvu