/p0001.djvu

			, 
TYGODNIK POSWIĘCONY 
, , 
KULTURZE TWORCZOSCI POLSKIEJ 


ROK XIII. Nr 52 


WARSZAWA, 10 GRUDNIA 1933 R. 


CENA NUMERU 80 GR. 


, 
MYSL 


NARODOWA 


, 
K ONCzrrMY 13-ty rok istnienia (od roku 1925 
w obecnym formacie i zakresie). "Myśl Na- 
rodowa" wychodzić będzie nadal, jako tygodnik 
poświęcony kulturze twórczości polskiej we wszyst- 
kich dziedzinach, wymagających wysiłku ducha 
i steru myślowego. Wszystkie te dziedziny łączą 
się z sobą organicznie, bo jeden jest duch tworzący 
cywilizację narodową. Normować ten związek rze- 
czy, z którego rodzi się myśl cywilizacyjna, wio- 
dąca naród po właściwej mu drodze dziejów - oto 
zadanie nasze, które spełniać będziemy nadal, co- 
raz udoskonalając pismo. 
Pismo nasze jest potrzebne - mamy na to naj- 
lepszy dowód w tem, że kilkanaście lat istnieje 
i coraz ściślejszemi węzły wiąże się z życiem umy- 
słowein społeczeństwa; coraz głębszą darzone przy- 
jaźnią naj celniej szych w narodzie jednostek ("elity"), 
miarodajnym jest wyrazem dążeń obecnego poko- 
lenia. Jest potrzebne, jak wytyczna linja na rucho- 
mej fali wydarzeń, rejestrowanych przez dzienniki. 
Tygodnik nasz jest niezbędny, jako uzupełnienie 
dzienników. 
Nie zastąpią go czasopisma, służące tylko roz- 
rywce i unikające tematów drażliwych, a więc mil- 
czące tam, gdzie wołać trzeba. Interesy narodu są 
bezwzględne. Organy opinji publicznej, legitymu- 
jące się do zasługi beznamiętną obojętnością na 
to, co się dzieje, krzywdzą swoje pokolenie strasz- 
nym osądem, że je nie stać na patrzenie prawdzie 
w oczy. 
Nie traktujemy wydawnictwa, jako przedsię- 
biorstwa, handlującego ładnym frazesem, ani też 
z literatury nie mamy zamiaru robić stałego i wy- 
łącznego zajęcia dla warstw oświeconych. My nie 


wkupujemy się z zewnątrz, jak żydzi, przez litera- 
turę, traktowaną jako sport, do cywilizacji polskiej, 
lecz hodujemy twórczość ogólną (cywilizację), aby 
dała z siebie konary nauki, literatury i sztuki, 
żywe sokami ziemi i pracą człowieka, konary kwit- 
nące i owocujące. Darmo rozwieszać dekoracyjne 
kwiaty, gdy pień drzewa robaczywieje. A tak się 
teraz w Polsce dzieje, że fuszerkę w budownictwie 
zasłania się fasadą, malowaną w kwiaty, i g-ipsami, 
ciągnie się za włosy literaturę, aby pozorowała 
rozkwit "budownictwa kultury". 
Co do nas - nie czujemy żadnej potrzeby 
budowania "domów Potiemkinowskich". Polskę win- 
niśmy widzieć w prawdzie, taką, jaka jest, pracującą 
od podstaw - wedle stawu grobla, nie zaś roz- 
kradającą siebie w rabunkowej gospodarce. Z prze- 
silenia, w którem znaleźliśmy się, wyjść możemy 
jedynie przez uzdrowienie się moralne, a stanie się 
to wtedy, gdy inteligencja nasza wróci duszą do 
podstaw życia, nie licząc, że wszystko za nią zrobi 
państwo biurokratyczne. 
Naród historyczny, któremu państwo nie pierw- 
szyzna, uporać się musi z parwenjuszami kultury, 
którzy z odzyskanego państwa pragnęliby robić 
mechaniczne narzędzie rozwoju z zapoznaniem orga- 
nicznych praw życia narodowego. 
Zasada elementarna twórczości narodowej, opar- 
tej na żywych siłach m o r a l n y c h, musi być przy- 
wrócona; inaczej nie dojdziemy do równowagi, tak 
mocno dzisiaj zachwinej. Inteligencja, która się nie 
kształci przez badanie życia, nie słyszy, jak trawa 
rośnie, ale wpatrzona w kasy państwowe, nasłu- 
chuje stąd komendy, jest nie twórcą, lecz podjad- 
kiem państwa.
		

/p0002.djvu

			782 


MYŚ L 


Państwo jest najwaznleJszym tworem narodu, 
ale jego twórca - naród - żeby je na swych bar- 
kach utrzymał, musi być wkorzeniony w ziemię 
wszystkie mi włóknami duszy i sięgać wysoko pę- 
dami. Wtedy i państwo będzie trwałe i sztuki pięk- 
nie dom polski udekorują swym kwiatem. 
Więc uczyć się trzeba twórczości narodowej 
bezustanku, bo coraz zmieniają się warunki i rosną 
potrzeby, domagające się nowych środków. Skromne 
są - być może - siły nasze, któremi służyć chce- 


NARODOWA 


Nr. 62 


my powyższemu zadaniu swoją "Myślą Narodową"- 
Ale tem większy obowiązek współczesnej inteligen- 
cji starszego i młodszego pokolenia, koło nas się 
skupiać i to ognisko myśli duchowo i moralnie 
zasilać. 
Do rozumienia tej potrzeby odwołujemy się 
przed Nowym Rokiem, upraszając wszystkich, kogo 
te słowa dosięgną, o rozpowszechnianie "Myśli Na- 
rodowej", prenumerowanie - i pilne czytanie. 
REDAKCJA 


GWS WIELKOPOLSKI I POMORZA 


D DNIA 26 listopada b. r. odbyły się wybory 
do rad miejskich w Wielkopolsce i na Pomo- 
rzu. Czynniki pomajowe przywiązywały do tych 
wyborów wielkie znaczenie. Miały one oddać 
w ręce sanacyjne samorządy miejskie, które w tych 
dwu województwach znajdują się dotychczas pod 
zarządem obywateli niezależnych, narodowo usposo- 
bionych, ale nie kierujących się zupełnie względami 
partyjno-politycznemi. Zdobycie samorządów na zie- 
miach zachodnich to był jeden cel. Drugi był 
znacznie ważniejszy. Wybory do rad miejskich na 
ziemiach zachodnich miały przed społeczeństwem 
całej Polski zaświadczyć, iż mieszkańcy Wielko- 
polski i Pomorza, tych głównych ośrodków sił obozu 
narodowego, już legli u stóp regime'u, bo przekonali 
się, iż tylko ten system może Polską rządzić. Klęska, 
a nawet pogrom ruchu narodowego miał być ostatecz- 
nym dowodem, iż cały kraj, cały naród, wszystkie 
dzielnice i wszystkie warstwy już znalazły się w sze- 
regach "sanacji *. Zwłaszcza chełpiono się podczas 
akcji przedwyborczej, iż sanatorzy zdobędą ratusz 
w Poznaniu, który jest uważany za symbol naro- 
dowego charakteru miast Wielkopolski i Pomorza. 
Kampanję przygotowano już od dłuższego cza- 
su. W pierwszych latach po zamachu majowym 
zamierzano ziemie zachodnie zdobyć huraganowym 
ogniem i frontowym atakiem. Chciano w tym ataku 
zmiażdżyć obóz narodowy. Po kilkakrotnych pró- 
bach przekonano się jednak, iż daje to wyniki 
wprost przeciwne, iż w tej walce bezwzględnej na- 
rodowcy nie słabną na ziemiach b. zaboru pruskiego, 
ale rosną na siłach, porządkując swoje szeregi. Odpad- 
ają wprawdzie plewy, ale przybywają na to miejsce 
młodsze roczniki, żądne walki, posiadające twarde 
grzbiety i nieugięte karki. Zmieniono więc taktykę. 
Zaczęto próbować podkopów, wewnętrznych dy- 
wersyj i podjudzania jednych przeciwko drugim. 
N asłano w szeregi narodowe cały legjon konfiden- 
tów i dywersantów, co było ułatwione, ponieważ 
obóz nasz przybrał masowy charakter. Zaczęto de- 
zorganizować prasę narodową i chciano także we- 
wnątrz organizacyj politycznych i stowarzyrzeń, ide- 
owo z obozem narodowym związanych, wytworzyć 
etan fermentu i nieustannego wrzenia. Te metody 
wyraźnie zarysowały się na Pomorzu, a nieco mniej 
jaskrawo w Wielkopolsce. W Wielkopolsce zato, 
zwłaszcza w Poznaniu, starano się zanarchizo- 
wać społeczeństwo przez strajk tramwajarzy i kam- 
panję oszczerstw, wymierzoną przeciwko zasłużo- 
nym instytucjom narodowym i kierownikom stron- 
nictwa narodowego. 
Kiedy uznano, iż teren już przygotowany, roz- 
pisano nagle wybory. Do ostatniej chwili trzymano 


v/tajemnicy, kiedy się one odbędą. "Sanacja" przy- 
gotowywała się od kilku miesięcy do działania 
i agitacji, posiadając przedtem dokładne wiadomości 
o wszystkiem. Obóz narodowy zaskoczono szybkiem 
ogłoszeniem wyborów. Regulamin wyborczy, wy- 
dany jako rozporządzenie przez ministerstwo spraw 
wewnętrznych, oddał komisje wyborcze w ręce lu- 
dzi, mianowanych przez władze administracyjne. 
Podział na okręgi i dowolne ich wykreślanie, moż- 
ność skreślania nazwisk kandydatów przy głoso- 
waniu, wielka liczba podpisów, potrzebna dla po- 
stawienia listy, "egzaminy"-oto przepisy regulami- 
nu wyborczego, które miały utrudnić obozowi na- 
rodowemu akcję wyborczą, zniechęcić jego działa" 
czy i oddać samorząd miejski w ręce "sanacji*. 
Pozatem uruchomiono cały aparat nacisku gospo- 
darczego i fizycznego, aby wywołać wśród szero- 
kich rzesz nastrój paniki. Wreszcie w szeregu 
miast i misteczek, względnie okręgów, unieważnio- 
no listy narodowe i pozostawiono na placu tylko 
"j edynkę" . 
I jakież osiągnięto rezultaty? Na to pytanie 
odpowiedział jeden z senatorów z B. B w rozmo- 
wie, prowadzonej z wybitnym posłem narodowym, 
ks, Sewerynem Czetwertyńskim. Oto opinja sena- 
tora z B.B.: "Kto dokładnie zapozna się w wynikiem 
wyborów w Wielkopolsce i na Pomorzu, musi przy- 
znać, iż narodowcy odnieśli olbrzymie zwycięstwo. 
Widać z rezultatów głosowania, iż na obóz rządo- 
wy, w przeważającej ilości, głosowali urzędnicy, po- 
licja i wojskowi zawodowi. Głosów obywateli nie- 
zależnych na jedynkę padło niewiele". Są to uwagi 
zupełnie trafne. Nietylko nie zdobyto ratusza 
w Poznaniu, nietylko w przeważającej ilości miast 
i miasteczek Pomorza i Wielkopolski obóz narodo- 
wy uzyskał w radach miejskich zdecydowaną więk- 
szość, nietylko w porównaniu z wyborami do rad 
miejskich w roku 1929, a także i z wyborami do Sejmu 
w roku 1930, narodowcy skupili większą ilość gło- 
sów, ale przedewszystkiem glosujący na "sanację* 
wyrazili jej uotum nieufności. Nietylko ci, którzy 
głosowali za obozem narodowym i za inne mi lista- 
mi opozycyjnemi, oświadczyli się przeciwko obec- 
nym stosunkom w Polsce, ale także ci, których 
zmuszono do głosowania za listą prorządową. Obja- 
wiło się to w skreślaniu przywódców Bloku Bez- 
partyjnego. W Poznaniu przepadli w ten sposób 
przy wyborach do rady miejskiej nastąpujący przy- 
wódcy B. B. W. R.: prof. A. Jakubski (prezes Zw. 
Legjonistów), pos. Józef Rzóska, dr. Roman Konkie- 
wicz (kierownik faktyczny od wielu lat miejsco- 
wych piłsudczyków), adwokat Czesław Chmielewski, 
dr. Karol Stark i wielu innych. Właściwie skrę-
		

/p0003.djvu

			Nr. 52 


MYŚ L 


NARODOWA 


783 


ślono wszstkich wybitniejszych kandydatów z list 
prorządowych, a pozostali tylko ludzie politycznie 
niezaangażowani. To samo stało się Bydgoszczy, 
gdzie przepadli wszyscy czołowi kandydaci "sanacji *. 
Również w innych większych miastach, jak Toruń, 
Gniezno, Inowrocław podobny los spotkał głów- 
nych działaczy obozu pomajowego. W ten sposób 
zemścili się na "sanacji" ci, których zmuszono gło- 
sować na nią. Ponieważ urzędnicy głosowali pod 
przymusem i pod kontrolą, bo w tym celu wydano 
odpowiedniego kształtu kartki, dlatego głosowali 
wprawdzie oni (z obawy o posady) na jedynkę, ale 
dali wyraz swojemu niezadowoleniu i oburzeniu 
przez skreślenie nazwisk czołowych kandydatów. 
To była zemsta za upokorzenie i gwałt, zadany 
sumieniu obywatelskiemu. To skreślanie nazwisk 
wybitnych sanatorów, to najwymowniejszy bodaj 
protest przeciwko metodom dzisiejszym. 
Obozowi narodowemu przyniosły wybory peł- 
ne zwycięstwo. Zapowiedzią naszego powodzenia 
był fakt, iż przeciwnicy narodowców podszyli się 
pod firmę narodową i przybrali nazwę "Narodowe- 
go Bloku Gospodarczego". Widocznie uznano, iż 
przymiotnik "narodowy" ma moc przyciągającą. 
Słyszałem podczas akcji wyborczej zdanie od pro- 
stego człowieka, iż ilekroć chce się brać od społe- 
czeństwa, to się przypomina sobie o istnieniu na- 
rodu i o popularności przymiotnika "narodowy". 
Ale tym razem nazwa nie zbałamuciła nikogo. Sami 
senatorzy zresztą zdradzili swoje oblicze szybko, 
przedewszystkiem przez ustosunkowanie się do ży- 
dów. Żydzi w większych miastach Wielkopolski 
i Pomorza, na swoich zebraniach w synagogach, 
uchwalili gremjalnie głosować na listy "jedynki". 
Jeden z przywódców żydowskich w Toruniu uza- 
sadniał ich postanowienie tem, iż opanownanie 
przez czynniki pomajowe samorządu miejskiego 
ziem zachodnich otworzy żydom b:ł:amy miast Wiel- 
kopolski i Pomorza na oścież. Swiadczy o tem 
zresztą objaw, iż do zamachu majowego liczba ży- 
dów w Wielkopolsce i na Pomorzu kurczyła się 
stale, a od roku 1926 wzrasta z roku na rok. 
Ostatnie więc wybory nosiły także charakter obro- 
ny przed zalewem żydowskim. Ten sukurs żydów 
dla ludzi pomajowych stał się jednym z głównych 
czynników, które społeczeństwu ziem zachodnich 
wykazały w całej pełni oblicze "sanacji" i niebez- 
pieczeństwa, które ona pociąga za sobą. 
Mimo wspomnianego wyżej regulaminu wy- 
borczego, mimo rozmaitych sztuczek i pogróżek, za 


obozem narodowym głosowały szerokie masy spo- 
łeczeństwa. Nietylko wynik głosowania napawa nas 
otuchą, ale więcej jeszcze sama akcja przedwybor. 
cza. Praca wyborcza prowadzonatbyła w warun, 
kacli nadzwyczaj trudnych, prawie zupełnie bez 
środków materialnych. Dała jednak tak dodatnie 
wyniki, ponieważ nasi zwolennicy i działacze pra- 
cowali z entuzjazmem, niestrudzenie i bezintere- 
sownie. Przytem każdy wiec publiczny, każde małe 
zebranie, każda rozmowa czy pogawędka przeko- 
nywały, iż szerokie masy odnoszą się do idei na- 
rodowej i obozu narodowego z głębokiem zaufa- 
niem. Tu i ówdzie zachwieli się ludzie ze sfer 
burżuazyjuych i t. zw. inteligencji, ale za to obóz 
narodowy zyskał wielu nowych zwolenników w dziel- 
nicach robotniczych i drobno-mieszczańskich. W tych 
sferach ruch narodowy przybrał żywiołowe chwi- 
lami rozmiary. Z tego widać, iż program narodowy 
i hasła narodowe wywierają w tej chwili dziejowej 
wpływ poprostu suggestywny. Idea narodowa pod- 
bija umysły i serca szerokich mas, do których nie 
miała dotychczas większego dostępu. Nietylko obóz 
narodowy zwyciężył przy wyborach do rad miej- 
skich w Wielkopolsce i na Pomorzu, ale w czasie 
walki wyborczej skonsolidował się wewnętrznie 
i przegrupował swoje szeregi. 
Ostatnie wybory miejskie w Wielkopolsce i na 
Pomorzu wykazały przytem, iż siłę polityczną sta- 
nowi jedynie obóz narodowy. On jeden wyszedł 
w walce z "sanacją" zwycięsko, a to wszystko, co 
między nami a "sanacją" zajmuje miejsce, okazało 
się nadzwyczaj słabe. Tylko obóz narodowy jest 
czynnikiem ruchu i reprezentuje przyszłość, bo 
przecież trwale odgrywać może rolę tylko taki 
obóz polityczny, który znajduje poparcie w społe- 
czeństwie. 
Przyznać trzeba, iż narodowcy z całej Polski 
czekali z wielkiem zainteresowaniem na wynik wy- 
borów do rad miejskich w Wielkopolsce i na Po- 
morzu. Zwłaszcza wielkie zaciekawienie budziły 
wybory w samym Poznaniu. Ruch narodowy przy- 
biera wielkie rozmiary po wsiach i miastach we 
wszystkich dzielnicach Polski. Postawa narodowa 
Poznania i ziem zachodnich, która uwidoczniła się 
znowu w całej pełni przy tych wyborach, oddziała 
dodatnio i przyczyni się do tem większego wzrostu 
ruchu narodowego w całej Polsce. Przykład Wiel- 
kopolski i Pomorza będzie zaraźliwy. 
JÓZEF PETRYCKI 


w 


KŁĘBOWISKU 


, 
SIĄSKIEM 


T RUDNO doprawdy zOfjentować się w tem, co 
zaszło ostatnio na Sląsku. Wiadomo, że wy- 
kryto ogromne nadużycia - trudno jednak 
ustalić, na czem one polegały. Trzebaby wiel- 
kiego wysiłku rzeczoznawców, by rozplatać zawiłe 
kombinacje finansowe wielkich koncernów śląskich. 
Przypatrzmy się nieco ich strukturze. Trzeba 
przedewszystkiem odróżnić dwie odrębne grupy 
interesów, które obejmują przemysł hutniczy i wę- 
glowy. Grupa hutnicza (posiadająca zresztą kopal- 
nie węgla o drugorzędnem znaczeniu) obejmuje dwie 
spółki akcyjne: Katowicką Spółkę Akcyjną oraz 
Zjednoczone Huty Królewską i Laura. Ponad temi 
przedsiębiorstwami produkcyjnemi, t. j. posiadają- 
cemu huty, stoją dwie nadbudówki: "Wspólnota inte- 


resów" oraz "Silesian Słeel Corporation*" w Nowym 
Yorku. 
Ciekawe są kombinacje, dotyczące udziałów 
wspomnianych przedsiębiorstw. Oto część akcyj 
Zjednoczonych Hut Królewskiej i Laury znajduje 
się w posiadaniu Katowickiej Spółki Akcyjnej, część 
zaś należy do "Silesian Steel Corporation". Z dziesię- 
ciu miljonow dolarów kapitału zakładowego "Silesian 
Steel Corporation' akcje na 4,5 mil. dolarów znajdują 
się w posiadaniu Katowickiej Spółki Akcyjnej, ty- 
leż w posiadaniu Zjednoczonych Hut Królewskiej 
i Laury. Pozatem "Silesian Steel Corporation" ma 
także akcje Katowickiej Spółki Akcyjnej. Wreszcie 
"Wspólnota interesów" miała akcje "Silesian Steel 
Corporation' Obraz doprawdy nieco zamazany.
		

/p0004.djvu

			784 


MYŚL NARObaWA 


Nr. 52 


Gdy SIę Jeszcze weźmie pod uwagę stosunki 
obu przedsiębiorstw produkcyjnych z bankami nie- 
mieckiemi, dalej stosunek dwu realnych akcjonar- 
iuszy wszystkich wymienionych wyżej przedsię- 
bioiorstw: Plicka i Harrimana do rządu Rzeszy, który 
w tern wszystkie m macza swoje palce, zrozumiemy, 
jak trudno jest zorjentować się w skomplikowa- 
nych rachunkach najpotężniejszego koncernu ślą- 
skiego, który doniedawna zatrudniał okoły 45 ty- 
sięcy pracowników i osiągnął w okresie dobrej kon- 
juktury około pół miljarda obrotu rocznie. 
Niemniej zawiły obraz przedstawiają stosunki 
w drugiej grupie, która w przeciwieństwie do »Wspól- 
noty interesów", grupy hutniczo-węglowej z prze- 
wagą interesów hutniczych, zajmuje się jedynie 
górnictwem węglowem. Mamy na myśli koncern 
Roburu, a ściśle mówiąc grupę dwu żydów: Pried- 
lander- Pulda i Paltera. Priedlander jest żydem 
niemieckim, Palter zaś polskim. Ochrzcił się w ro- 
ku 1923. Trzymał go do chrztu Wojciech Korfanty, 
zaś chrztu świętego udzielił biskup, podówczas prałat, 
J.E. ks. Kubina. Gdyby p. Palter ochrzcił się o kilka 
lat później, jego ojcem chrzestnym byłby zapewne 
p. wojewoda Grażyński. Nie wiemy, czy p. Pried- 
lander również jest ochrzcony. Szczegół ten niema 
zresztą istotnego znaczenia. 
Panowie Palter i Priedlander są udziałowcami 
koncernu Robur. Koncern ten ma umowę o wyła 
czną sprzedaż komisową węgla, pochodzącego ze 
Spółek Akcyjnych: Godulia, Wirek, Rybnickie Gwa 
rectwo Węglowe, oraz z kopalń hr. Ballestrema. 
Większość akcyj sp. akc. Godulia znajduje się 
w posiadaniu Niemca, Schafgotscha oraz niektórych 
banków niemieckich. Rybnickie Gwarectwo Węglo- 
we należy do pp. Priedlandera i Paltera. Sp. akc. 
Wirek jest teren współpracy, p p. Schafgotscha Pal- 
tera, Priedlandera i hr. Ballestrema. Akcje jej po- 
dzielone są między spółkami akcyjnemi: Godulia 
oraz Rybnickie Gwarectwo Węglowe. Pewną część 
akcyj tej spółki posiada również hr. Ballestrern 
oraz hr. Donnersmarck. W praktyce kapitał zak- 
ładowy tej spółki nie był wpłacony, lecz pożyczo- 
ny przez niemiecki bank Warburga (żyda). 
Naogół biorąc, stosunki wzajemne w tej grupie 
przedsiębiorstw są bodaj jeszcze zawilsze, niż we 
"Wspólnocie interesów". 
U myślnie wdaliśmy się w tak szczegółową 
charakterystykę obu grup oskarżonych o naduży- 
cia, polegające na ukrywaniu dochodów. Przykład 
ten jest bowiem niezwykle pouczający, jeżeli chodzi 
o kombinacje holdingowe, tak charakterystyczne 
dla okresu degeneracji wielkiego przemysłu. 
Można sobie doprawdy zadać pytanie, poco ta 
niesłychana zawiłość? Czy to tylko wynik rozwoju 
historycznego? Otóż nie, chodzi o to właśnie, by 
skomplikować strukturę przedsiębiorstw. Wówczas 
każdy z wielkich działaczy przemysłowych pobierać 
może kilkanaście pensyj. Ryzyko przerzucić można 
na jedno przedsiębiorstwo, w, innem zaś skupić 
zysk. Podział pracy jest na Sląsku rzeczywiście 
daleko posunięty. Naprzykład spółka akcyjna Go- 
dulia czy Wirek wydobywają rocznie miljony ton 
węgla, ale jeżeliby kto chciał nabyć u nich jedną 
tonę, spotka się z odmową-sprzedaje tylko Robór. 
Dalej pamiętać trzeba o tem, że mnogość przed- 
siębiorstw ułatwia wykazania olbrzymiego zadłuże- 
nia. Zadłużenie to obciąża przedsiębiorstwo wielkie- 
mi odsetkami, które w całości konsumują zysk. 
Niejednokrotnie mamy tu do czynienia z t. zw. 


długami u samego siebie. Wiadomo, że za Plickiem 
stoi rząd Rzeszy. Tymczasem przedsiębiorstwa kon- 
cernu Plicka zadłużone są na sumę około 200 mil- 
ionów złotych w niemieckich D-bankach. A za 
D-bankami stoi znowu rząd Rzeszy. 
Wszelkie stosunki z zagranicą znakomicie 
ułatwiają machinacje na niekorzyść skarbu pań- 
stwa. Cóż łatwiejszego naprzykład, jak założyć spół- 
kę zagraniczną, któraby kupowała węgiel od ko- 
palń po eonach niskich i sprzedawała go z odpo- 
wiednim zyskiem zagranicznej klijenteli. Założenie 
takiej właśnie spółki może być przedsięwzięciem 
bardzo rentownetn d!a akcjonarjusza kopalń, poło- 
żonych w Polsce. 
Różnica między holdingami polskiemi a zagra- 
nicznemi polega na tem, że podczas gdy holdingi 
zagraniczne mają głównie na celu sprzedawanie 
publiczności akcyj bez utraty decydującego wpływu 
na tok działalności przedsiębiostw, holdingi 
w Polsce obliczone są przeważnie na ukrycie zysku 
przed skarbem państwa. 
Zagranicą tworzy się wielopiętrowe gmachy 
holdingów, zbudowane według poniższego szablonu: 
spółka Y posiada 40% akcyj spółki X; spółka Z 
posHda 40% akcyj spółki Y. Kapitalista A posiada 
40% akcyj spółki Z. Dajmy na to, że kapitał spół- 
ki X wynosi 10 miljonów, spółki Y 4 miljony, 
spółki Z 1600 tysięcy. Jeżeli zatem kapitalista A 
posiada akcje spółki Z nominalnej wartości 640 ty- 
sięcy zioŁych, może dowolnie dysponować spółką X, 
której kapitał zakładowy wynosi 10 milionów. Oczy- 
wiście żadna ze spółek nie wypłaca dywidend ak- 
cjonarjuszom - zyski ich pod różnemi postaciami 
przypadają w udziale kapitaliście, dysponującemu 
nawet nie większością bezwzględną akcyj, lecz 
większością akcyj, normalnie reprezentowanych na 
walnern zgromadzeniu. W praktyce wystarcza do tego 
celu posiadanie około 40% akcyj. Większą część 
kapitału dostarcza naiwna publiczność. Gdyby nie 
było holdingu kapitalista dla opanowania spółki 
X musiałby użyć 4 miljony własnych pieniędzy. 
U nas w działalności holdingów idzie o co in- 
nego: o przerzucenie zysków zagranicę. Moment wy- 
zyskania możliwości emisyj akcyj różnych spółek hol- 
dingowych dla zdobycia kapitału nie ma znaczenia, 
gdyż nasza publiczność akcyj nie kupuje. Natomiast 
holding stwarza tysiąc możliwości ominięcia ustaw 
podatkowych. N aprzykład holding "Silesian Steel 
Corporation"" miał dwa typy akcyj: uprzywilejowa- 
ne i zwykłe. Akcje'zwykłe, w okresie kryzysu, nie 
dają dywidendy i... są własnością Katowickiej 
Spółki Akcyjnej i Zjednoczonych Hut Królewskiej 
i Laury. Gdyby akcje te dawały dywidendę, zwięk- 
szyłyby się ich dochody, a co za tem idzie i po- 
datki. Obecnie wspomniane spółki nie mają docho- 
dów z akcyi "Silesian Steel Corporation' ale płacą 
odsetki od kredytu, zaciągniętego na kupno tych 
akcyj. 
Tymczasem są akcje uprzywilejowane, które mu- 
szą dawać po 7 dolarów od stu rocznie dywidendy. 
Te akcje znajdują się w ręku... Plicka i Harrimana 
osobiście. Ci nie są obowiązani do płacenia podat- 
ku dochodowego w Polsce... 
Tak wygląda materjał faktyczny sprawy śląs- 
kiej. Wystarczy goldia wyciągnięcia kilku prostych 
i oczywistych wniosków. 
Administracja powikłanemi interesami holdin- 
gowemi jest bardzo kosztowna, ciężka i biurokra- 
tyczna. Opłaca się to jednak sowicie, gdyż korzyści,
		

/p0005.djvu

			Nr. 52 


MY S Ł 


wynikające z pozbawieni?, państwa należnych mu 
podatków, a małego akcjonariusza należnego mu 
udziału w zysku, pokrywają sIraty, wynikające ze 
zbyt wielkich kosztów administracyjnych. 
W ten sposób w wielkich grupach holdingo- 
wych nie widać tych korzyści, które daje inicjaty- 
wa prywatna. Nie dobrą organizacją, a różnemi 


NARODOWA 


785 


oszustwami, dokonywane mi często w r a m a c h 
p r a w a , ale nie w ramach etyki, utrzymują się 
przy życiu holdingi. Zysk osiągany przez wielkich 
kapitalistów nie jest w tym wypadku wynikiem ich 
pracy, nie jest przez nich wytworzony, lecz 
zabrany innym w sposób niemoralny. 
WOJCIECH ZALESKI 


WICHRZENIA ŻYDOWSKIE ZA JANA fi 


O D WYBUCHU powstania kozackiego, Polska, 
niszczona przez toczone bez przerwy wojny, 
traciła powoli potęgę mocarstwową i gospo- 
darczą. Kraj stawał się terenem poczynań 
zbrodniczych elementów, dążących do rozsadzenia 
od wewnątrz słabnącego państwa. Świetne zwycię- 
stwa Sobieskiego nie były w stanie uniemożliwić 
tej działalności. Odwrotnie, w okresie panowania 
bohaterskiego władcy, szczególnie w ostatnich la- 
tach jego życia, widoczny dla wszystkich był po- 
tęgujący się z roku na rok bezład. 
W tym to czasie rozpoczynają niszczycielską 
działalność w kraju dwaj potentaci żydowscy, a mia- 
nowicie doktór Simcha Menachem vulgo Emanuel 
de Jona (po hebrajsku wi Jona), pochodzący z pra- 
starej rodziny, wywodzącej się, zdaniem pisarzy ży- 
dowskich, Buberu i Caro od proroka Jonasza, i fak- 
tor królewski, Jakób Becal ben Natan, rodem z Rusi, 
skoligacony z najpoważniejszemi rodzinami żydow- 
skiemi w Polsce. 
Już jako młody lekarz, Emanuel Jona, obok roz- 
ległej praktyki, jaką posiadł wśród ludności lwow- 
skiej, zajął się gorliwie ówczesną gminą żydowską, 
dokładając starań, by podnieść ją duchowo i ma- 
terialnie. Zasiadł też Jona wśród senjorów gminy, 
której radą i czynem starał się pomóc. A do tego 
miał wiele sposobności, gdyż polecony Janowi III, 
umiał królewskiemu pacjentowi dogodzić, stając się 
coraz bardziej potrzebnym. Rodzina Snbieskich, 
chcąc mieć J onę blisko pod ręką, na każde zawo- 
łanie, poleciła mu osiąść w Żółkwi. 
Na toni .stanowisku Emanuel Jona, jak pisze Ba- 
łaban ("Z historji żydów" str. 53), dzięki obszernym 
znajomościom i koneksjom "wiele mógł dobrego 
zdziałać dla swych współwyznawców". W 1693 r. 
wyjeżdża on ze Lwowa, gdzie zajmował ze swoją 
rodziną najładniejszy dom w dzieinicy żydowskiej, 
zwany "kamienicą doktorską", osiedlając się w Żół- 
kwi, w sąsiedztwie króla i dostojników dworu. Po- 
wołany przez Sobieskieh, wkradł się wykształcony 
i przebiegły żyd w krótkim czasie w łaski schoro- 
wanego władcy. Nieodłączony towarzysz i doradca 
Jana III, umiał też J ona zjednać sobie początkowo 
rodzinę królewską. 
Wielce pomocny był mu Jakób Becal, faktor 
i dzierżawca jednego z kluczó wkróle wskich, żyd, o któ- 
rego niecnych czynach krążyły liczne pisma łaciń- 
skie i polskie z rąk do rąk, aż przedostały się za- 
granicę. Jedno z takich pism przedrukował Tenzel 
w swych "Monatliche Unterredungen"'. Autor opo- 
wiada tutaj o zbrodniach Becala i jego ujemnym 
wpływie na chrześcijańską ludność w Polsce. Ina- 
czej zapatrywali się na działalność faktora królew- 
skiego jego współwyznawcy, którzy, w uznaniu za- 
sług położonych dla "synów J akóba *, wybrali go 
prezesem gminy żydowskiej w Żółkwi. 
Powołany na lekarza przybocznego, Emanuel 
Jona wywierał nie mały wpływ na Jana Sobies- 


kiego. Król, który był bardzo złym pacjentem i lek- 
ceważył sobie wzkazówki uczonych medyków, na- 
zywając ich wisielcami, uwierzył, rzecz dziwna, Jo- 
nie. Na dworze, jak pisze Bałaban: "ufano wiedzy 
i sztuce lekarskiej Jona, lecz nie lubiano go". Król 
nie troszczył się jednak o sąd otoczenia, poddając 
się przepisanym przez J onę kuracjom. 
Tymczasem wpływy Emanuela J ona na dwo- 
rze królewskim stale wzrastały. "Przez jego dom",- 
zaznacza Bałaban (art. "N. Prz." p. t. "Jan III a Ży- 
dzi" 17.IX.1933 r.),-"przewijali się mężowie wielkie- 
go pokroju, często wielcy politycy, szukający po- 
przez lekarza protekcji do króla". Zniechęciło to 
do niego Marysieńkę, która w jednym z listów do 
siostry Jana III, Katarzyny Radziwiłłowej pisała: 
"Król mój... mógłby przyjść do pierwotnego zdro- 
wia z łaski Boskiej, kiedy by chciał rad żydowskich 
oddalić od siebie, których gotów słuchać, co mnie 
niesłychanie turbuj e" . 
Ze wzrostem wpływów doradców żydowskich, 
Jony i Becala, upadała coraz bardziej w oczach na- 
rodu powaga króla Jana III. Niemały cios zadał jej 
głośny w owych czasach proces Becala, zakończony 
infamją i konfiskatą majątku faktora królewskiegol). 
W tym smutnym momencie w dziejach na- 
rodu polskiego, kiedy stale pogłębiała się prze- 
paść między szlachtą, a domem królewskim, umie- 
ra Jan III. Zgon bohatera chrześcijaństwa nasunął 
poważne podejrzenie, że doktór Jona przyczynił 
się do śmierci króla. W kraju szerzyła się wieść, 
że żydowski lekarz otruł Jana III. Wytoczono Ema- 
nuelowi Jona proces. Uniewinniony, powrócił Jona 
do Lwowa. 
Podczas bezkrólewia rozwinął on szeroką dzia- 
łalność polityczną. Śmierć Sobieskiego przypadła 
w arcywygodnym momencie dla żydostwa. W tym 
czasie działał w Wiedniu wielki bankier żydowski, 
Samson Wertheimer. Nie był to byle kto w świe- 
cie żydowskim. Ni mniej, ni więcej - "książę wy- 
gnania". Służąc skarbowi austrjackiemu liczne mi 
pożyczkami, pozostawał Wertheimer, wraz ze swoim 
wujem, Samuelem Oppenheimerem, w ścisłych sto- 
sunkach finansowych z Polską. Egzylarcha żydow- 
ski był bowiem "nietylko faktorem cesarza (Ob er- 
h offaktor) , lecz także faktorem króla polskiego" 
(Bałaban: "Z historji żydów", str. 59). Jako taki nie 
mógł Wertheimer nie nawiązać ściślejszego kon- 
taktu z tak wydatnemi figurami ówczesnego żydo- 
stwa polskiego, jakiemi byli Emanuel Jona i Jakób 
Becal. 
Przy wyborze nowego króla wpływy i pienią- 
dze żydowskie zaważyły poważnie na szali. AugustII 
Saski miał u Wertheimera otwarty kredyt, gdy 


') Obszerniej o machinacjach i procesie Becala pisa- 
łem w artykule p. 1. "Z ostatnich lat Sobieskiego" w nr. 40 
"Myśli Narodowej" z r. b" str. 592-3.
		

/p0006.djvu

			786 


M Y S L 


zabiegał o koronę polską (Bałaban: "Studja histo- 
ryczne", str. 131). W Polsce wielce pomocnym był 
"księciu wygnania"Emanuel Jona,cieszący się nie- 
zwykłem poważaniem w masach żydowskich. Można 
śmiało przypuszczać, że za pośrednictwem Jony 
docierały wówczas nakazy od kierowników świa- 
to wegoAżydostwa do "ludu wybranego" w Polsce. 
Ponieważ Jakóba Becala nie stało, więc na barkach 
Jony spoczywał główny ciężar deprawacji szlachty 
polskiej przy wyborze Sasa. Przebiegły żyd wywiązał 
się z powierzonego mu przez Wertbeimera zadania 
bardzo dobrze. Bezkrólewie 1696 - 1697 r. było 
je dnem z najopłakańszych w historji Polski. 
Najpoważniejsze kandydatury: królewicza Jakóba 
i ks. Ludwika de Conti upadły, dzięki sojuszowi 
żydowsko-niemieckiemu. Później wystąpił jako kan- 
dydat elektor saski, Pryderyk August, który, będąc 
protestantem, przeszedł na katolicyzm, aby uczynić 
zadość prawu. Poważne wpływy, jakiemi rozporzą- 
dzał Jona w Polsce, walnie dopomogły Sasowi. 
" Umiał J ona Awiele zdziałać...", - pisze Bałaban ("Z his- 
torji żydów", str. 53),-"dzięki swym licznym znajo- 
mościom z czasów, kiedy jeszcze leczył nieboszczy- 
ka króla". Nie wahano się też przed przekupst- 
twem. Wetheimer i jego satelici dostarczyli po- 
trzebnych funduszów. Poruszono więc wszystkie 
sprężyny przy wyborze na tron polski Sasa, który 
poto dał się obrać królem, aby rokować potajem- 
nie o rozbiór Polski i dać początek epoce, która 
doszczętnie zrujnowała Rzplitą. 


ARS 


NARODOWA 


Nr. 52 


Mógł teraz Emanuel J ona zażywać zasłużonego 
odpoczynku. Przebywał on stale we Lwowie, oto- 
czony niezwykłą czcią ludności żydowskiej. Do 
niego udawano się ze wszystkich stron o pomoc 
i poradę. Gmina żydowska we Lwowie mianowała 
go jałmużnikiem Ziemi świętej. Jona bywał też stale 
wybierany do sejmików żydowskich na i sejmy walne 
żydowskie, czyli t. zw. zjazdy czterech ziem. Sława 
jego rozeszła się daleko poza mury Lwowa. W 1699 
i 1701 r. sejmy żydowskie dwukrotnie wybierały go 
swym przewodnikiem, marszałkiem żydów koron- 
nych. Nakazów jego słuchało uważnie całe ówczesne 
żydostwo w Polsce. Sejmiki żydowskie w swoich 
uchwałach powoływały się stale na wyroki rabinów 
i "decyzję księcia i pana, znakomitego lekarza, d-ra 
Simchy" (Bałaban: "Z historji żydów", str. 54). 
Czczono pozatem w Emanuelu Jonie mędrca 
Syjonu, słynącego ze swej znajomości Talmudu. Ra- 
bini XVIII wieku, jak Ezechiel Landau w Pradze 
(w swem dziele "Noda B'Jehuda"), a z późniejszych 
Akiba Eger w Poznaniu, powołują się na jego 
orzeczenia talmudyczne. Znany cadyk Joel-Baal- 
Szem- To z Zamościa opowiada we wstępie do swe- 
go dzieła "Mifalet Elekim" , że wiele zawdzięcza uczo- 
nemu d-rowi Simsze. W marcu 1702 r. umarł ten 
wpływowy żyd we Lwowie. Na jego grobie wid- 
nieje do dzisiaj następujący napis: "Tu spoczywa 
uczony pan i władca w Izraelu, książę i chwała 
. k " 
WIe u ... 


ANTONI RAWICZ 


VULGIVAGA 


Z POŚRÓD wielu uroszczeń współczesnego de- 
mokratyzmu największe politowanie budzą 
jego uroszczenia do sztuki. Jako rzekomy 
przedstawiciel wielkiego, szarego mnóstwa 
ludzkiego, demokratyzm ogłosił, że tłumy łakną 
sztuki, jak chleba, że zatem trzeba im ją codzień 
świeżą wypiekać i rzucać na rynek w ilościach, 
któreby zaspokoiły gwałtowny popyt mas wygło- 
dzonych. Do haseł tych dorzucono jeszcze ponętę, 
że każda warstwa społeczna i każde pokolenie 
powinne, mają obowiązek dać w sztuce wyraz du- 
cha swojego, swoich potrzeb i upodobań. Po woj- 
nie światowej wytężona w tym kierunku propagan- 
da trafiła na wyjątkowe przewarstwienia i wzbu- 
rzenia społeczeństw, co w dużej mierze ułatwiło 
jej wyłowienie z zamętu niebywałej ilości "wyrazi- 
cielów i wyrazicielek" pokolenia, oraz ludu we 
wszelkich jego odmianach. Ster całego zjawiska 
objęła, naturalnie, polityka stronnictw lewicowych 
i rządów demagogicznych. W wyniku otrzymano 
obfity plon sztuki, którą w Rosji nazwano prole- 
tarjacką, a w innych krajach - demokratyczną. 
Nie wszystkie jednak sztuki poszczególne 
w jednakim stopniu zostały zalewem tym zaszczy- 
cone. Tłumy artystycznych wyrazicielów i wyrazi- 
cielek pokolenia poszły w kierunku najmniejszego 
oporu i nie dały się wciągnąć do tych sztuk, które 
wymagają długoletnich studjów uprzednich, wiel- 
kiego nakładu pracy i wiedzy obszernej. Sztuki 
plastyczne, muzyka i teatr najmniej wyrazicielom 
się podobały i prędko z ich nadmiaru się otrząs- 
nęły. Natomiast poezja, jak ciepłe morze w porze 
tarcia, zbroiła się ławicami ryb różnego gatunku. 
Poczciwa poezja! Żadnych tu nie potrzeba studjów, 
żadnych narzędzi: najprostszy alfabetyzm, trochę 


gramatyki ze szkoły powszechnej i najskromniejszy 
przybór do pisania - oto cała zbrojownia poety. 
Tak! To jest sztuka pod każdym względem, praw- 
dziwie demokratyczna, bo zważmy, że nietylko wy- 
twórców swoich nie zadręcza, ale i do odbiorców 
najłatwiej dociera. Pozór łatwości i dostępności 
zwabił wielu, i oto poezja w radosnym wyścigu 
twórczości demokratycznej o sto z ogonem dłu- 
gości wyprzedziła wszystkie muzy - współza- 
wodnice. 
W ostatniem piętnastoleciu w Polsce dzięki pa- 
nowaniu w niej żydów, poezja najbujniej rozkwitła. 
Młode żydki, prosto z chederów, masowo na nią się 
narzuciły, z wielkim hałasem za młodą Polskę się 
ogłosiły, nowożytną dla niej reklamę zorganizo- 
wały, kilkadziesiąt coraz nowych "izmów* poetyc- 
kich rozpowszechniły, i tą planową prowokacją 
zgromadziły dokoła siebie wszystkich sławy żąd- 
nych grafomanów narodowości polskiej. W ciągu 
piętnastu lat wyrosła cała armja poezji polskiej, 
krzykliwa i swarliwa, ale w zasadzie sztabowi ży- 
dowskiemu posłuszna. Społeczeństwo polskie, czem 
innem zajęte, rozbite jeszcze i zgorączkowane, zo- 
stało zbombardowane setkami tomików i tomów 
nowej poezji, milczeniem jego rozzuchwalonej. Pra- 
sa kryptożydowska grzmiała bezustannie wszyst- 
kiemi trąbami Jerycha, a literackie sfery polskie 
przyjęły nowe objawienie sztuki z uległością tchó- 
rzów i naiwnością niemowląt. Korytami propagandy 
kulturalnej, kierowanej przez żydów, poezja owa 
przedostaje się na rynki zagraniczne, i tam, przed 
Europą i światem reprezentuje ducha narodu pol- 
skiego oraz dostojeństwo państwowe. 
Równolegle do tej działalności pozytywnej od- 
bywa się burzenie, oczernianie i ośmieszanie war-
		

/p0007.djvu

			Nr. 52 


MYŚ L 


tości poezji minionej. Przyrodzoną cechą żydostwa 
jest to, że wywyższa siebie tylko przez poniżanie 
innych. Zaczęła się zatem i trwa zorganizowana 
robota, polegająca na poniżaniu w świadomości 
ogółu polskiego i poniewieraniu poezji wielkich 
twórców, jak Mickiewicza, Sienkiewicza, Wyspiań- 
skiego. Żydzi nie wysuwają się w tej robocie na 
czoło: byłoby to jeszcze teraz trochę niebezpieczne. 
Czynności te powierzają polskim, lub napół-polskim 
rękom wykonawczym, ale że oni kierują, więc ów 
ruch niby rewizyjno-krytyczny posiada wszystkie 
cechy ducha żydowskiego: jest napastliwy, bezczel- 
ny, chamski i plugawy. z,ydzi osiągać tu mieli dwie 
korzyści: robić miejsce dla siebie i nastawiać 
ogół polski, zwłaszcza młodzież, wrogo prze- 
ciw źródłom szlachetnej kultury rodzimej. Rozkła- 
danie ducha narodów jest odwieczną świętą misją 
"narodu osobliwego". Miejsce i czas ostatniego prze- 
kwitu i gwałtownego gnicia demokratyzmu dosko- 
nale do tej misji się nadają. Panowanie żydów nad 
Polską niepodległą pozostawi w literaturze polskiej 
wyraz swój wszechstronny i dobitny. 
Sprowokowana w ten sposób i z najciemniej- 
szych kątów dobyta, polska (to znaczy: nie przez 
żydów, ale przez Polaków robiona) poezja współ- 
czesna, w uroszczeniach autorów swoi
h ma stano- 
wić wyraz żyjącego dziś pokolenia. Ze jednak sa- 
mi owi poeci głośno i często uskarżają się na obo- 
jętność społeczeństwa, więc fakty przez nich sa- 
mych stwierdzone przeczą własnym ich uroszcze- 
niom. Odpowiedzialność za swoją poezję ponoszą 
całkowicie oni sami, jest ona wyłącznie ich duszy 
wyrazem, a jeśli odzwierciadla cokolwiek ponadto, 
to tylko atmosferę nielicznej warstwy snobów 
wielkomiejskich, karjerowiczów i ciemnych figur, 
u przedsionka władzy stłoczonych. A wiadomo, że 
jest to motłoch duchowy, skłębiona, zziajana ciżba 
wszelkiego rodzaju mętów społecznych, jeden tylko 
przed oczami ideał mających - szybkiego dorobienia 
się fortuny. Jest to jedyna w społeczeństwie warstwa, 
która świat i życie widzi w kształtach, jakie im 
owa poezja nadaje, w jej barwach, dźwiękach, 
zapachach, a także na jej poziemie moralnym 
i umysłowym. 
Nie było bodaj w dziejach ludzkości przykładu 
takiego zohydzenia sztuki, jakiego obecnie dokonała 
owa polska poezja nowatorska. Najpierwotniejsze, 
samorodne utwory poetyckie z nowożytnej dżungli 
ludzkiej wielkich miast i portów, z takich sfer, 
jak "apasze", złodzieje, bandyci, fałszerze, stoją na 
wyżynach czystości duchowej, uniesienia wzruszeń, 
artyzmu wrażeń, harmonji i plastyki wyobrażeń - 
w porównaniu do dzieł reklamowanej, "nowej" poezji 
polskiej. Sponiewieraną, niby dziewkę brudną i cy- 
niczną, w łachmanach i z papierosem w żółtych 
zębach, o spojrzeniu wyzywającem i głosie ochry- 
płym - włóczą owi poeci poezję swoją po zauł- 
kach ulic, śmietnikach, kloakach, pisuarach i por- 
kografjach, po naj ciemniej szych norach ludzkich, 
pośród plwocin suchotniczych, w nieudolnych zre- 
sztą - obrazach nędzy i upadku. A w swoje dni 
odświętne, ubrawszy ją nieco, przebiegają z nią ga- 
lopem pośród tramwajów, taksówek, autobusów, pa- 
rowozów, wystaw sklepowych, reklam kolorowych 
i kin, uważając to wszystko za objaw epoki i obja- 
wienie współczesności ludzkiej. N aj szczytniej sszem 
wzniesieniem ich ducha są boiska sportowe, widzia- 
ne oschle, bez zachwytu i zapału bodaj zawodo- 
wego sportowca, ale przez wodniste szkiełka nu- 
dzącego się snoba z grymasem oglądane. Dla od- 


NARODOWA 


787 


poczynku tak zagnanej poezji biorą ją pod swoją 
opiekę "wyrazicielki pokolenia" - różne panienki 
dobrze wychowane - stenotypistki, maszynistki 
biurowe, sekretarki, i zabawiają kotkami, myszka- 
mi, kaczkami, robótkami szydełkowemi, a to w spo- 
sób słodki, karmelkowy, aż do mdłości banalny. 
Taki jest całkowity obraz poezji nowatorskiej. Spo- 
niewierana i do cna ogłupiona ars vulgivaga. 
Byłoby to dla ducha narodu polskiego zjawis- 
ko równie groźne, jak jest chorobliwe, gdyby owa 
poezja, tak programowo "demokratyczna", posia- 
dała możność i zdolność przenikania do szerokici 
warstw naszego społeczeństwa. Ale zważmy rachun - 
kiem, jak bardzo słuszne są jej narzekania na obo- 
jętność i niechęć otaczającego ją ogółu. Nasz lud 
rolniczy, robotniczy i rzemieślniczy, nasze warstwy 
średnie - wiejskie i miejskie, czyli 99% narodu 
nie wie nawet, że ta poezja istnieje. Nie przenika 
ona w te głębie społeczne i nigdy nie przeniknie. 
Minie i w przeszłość zapadnie całkiem niedostrze- 
żona. Z pozostałego jednego procentu społeczeń- 
stwa zaledwie cząstka ma czas i chęć na czytanie 
poezji bieżącej, a zaledwie cząstka tej cząstki może 
obnosić się wśród znajomych z powierzchowną jej 
i czczą reklamą, - reklamą nazwisk autorów, lecz 
bez ich treści. Czytelniczym ogółem owej poezji 
nowatorskiej jest zatem c o naj wyż ej jedna setna 
procentu polskiej ludności kraju, czyli właśnie ta 
hałaśliwa, ale znikoma garść snobów i karjerowi- 
czów, która ze wszech miar zasługuje na nazwę 
motłochu wielkomiejskiego. Motłoch ten tak czy 
owak, z poezją nowatorską, czy bez niej, skazany 
jest na szubienicę losu, i prędzej czy później na 
niej zawiśnie. Ta zaś poezja trzyma się jeszcze na 
powierzchni księgarskiej tylko dzięki protektorom 
swoim - żydoi kryptożydowskiej prasie i pluto- 
kracji. Patron i pupil doskonale wzajem dobrani, 
tylko brak im... klijenta. Więc pupil popłakuje, 
a patron się wścieka. 
Wbrew mniemaniu demokratycznych histery- 
ków poezji, sztuka jest arystokratyczna i za taką 
uważa ją trafne poczucie ogółu ludzkiego. Arysto- 
kratyczna w potrójnem tego słowa zastosowaniu: 
w stanowisku twórcy, w środkach jego wyrazu 
i w nastroju odbiorcy. Stanowisko artysty powinno 
być górne, a nie pospolite. Jego stosunek do przed- 
miotu sztuki ma wynikać z najgłębszych wzruszeń, 
wrażeń i wyobrażeń, w człowieku czynnych, a nie 
z szarej jego, zapracowanej, albo znudzonej codzien- 
ności. Srodki wyrazu mają być czyste i wyborowe, 
zatem dalekie od niechlujstwa naturalizmu. Nastrój 
odbiorcy musi być równie czysty, górny i świąte- 
czny, czyJi że sztuka nie może być wido i słucho- 
wiskiem dnia powszedniego dla tłumów ludzkich, 
ale wyjątkiem dla niewielu. Tak czuje ogół ludzki 
i tak samo czuje i myślą tę sprawę osądza naj- 
wytworniejszy człowiek kultury. Gdyby zatem owa 
gromada poetów nowatorskich chciała do gruntu 
swój programowy demokratyzm przemyśleć i za- 
stosować, musiałaby pójść za poczuciem swojego 
pana - demosu, i przedewszystkiem zamilknąć, na- 
długo zamilknąć. Ale wiadomo, że niema trudniej- 
szego szczytu do wzięcia, niż ów lodowy szczyt 
milczenia, zwłaszcza dla poetów... 
I dlatego długo jeszcze będziemy świadkami 
przykrego widowiska reklam i krzyków, pod któ- 
remi słania się ta biedna, chora, sponiewierana 
ars vulgivaga. 


STANISlAW PIEŃKOWSKI
		

/p0008.djvu

			788 


MYŚ L 


NARODOWA 


Nr. 52 


CHESTERTON O 


NACJONALIZMIE I RELIGJI 


W YOBRAŻAM sobiel), że religja może rze- 
czywiście łączyć narody, jak np. Islam 
zjednoczył zadziwiająco różnorodne ludy. 
Ale internacjonalizm nie jest religją. Jest 
"izmem", a "izm" nie jest nigdy religją. Jest 
to abstrakcja, nie będąca absolutem. Naród 
zaś jest rzeczą istniejącą; raoźa to być rzecz zła, 
albo godna pożałowania, ale jest to rzecz, a nie 
teorja. Istnieją pewne sposoby łączenia się rzeczy 
żywych; są one wtedy złączone wzajemnym chwy- 
tem; nie spięte razem, czy sklejone, czy naukowo 
zdrutowane; przylegają do siebie wzajem, trzymają 
się razem; łączą się same. I zawsze istnieje to sa- 
mo nieporozumienie między dwoma typami myśli- 
cieli, które żyją na dwu odmiennych płaszczyz- 
nach myśli; między tymi, którzy myślą o istotach 
ludzkich, jako o ludzkości, a tymi, którzy myślą 
o ludzkości, jako o istotach ludzkich. 
A przecież humanitaryści mogliby nauczyć 
się prawdziwej lekcji nawet na przykładzie ludz- 
kości. Wiem np., że jestem zwierzęciem, opisywa- 
nem przez Greków, jako "Anthropos'
. może nie- 
specjalnie okazem, nadającym się do muzeum; jak- 
kolwiekbądź jednak, należę niewątpliwie do tego 
gatunku. Ale gdyby jakiś profesor, oprowadzający 
publiczność po muzeum, przedstawił mnie jako an 
tropoida, doznałbym niemiłego uczucia powątpie- 
wania i wrażenia uierzeczywistośai. Mogę w istocie 
być spokrewniony biologicznie z większemi mał- 
pami w sąsiedniej klatce, czy oszklonej gablocie; 
chociaż przypuszczam, że z czasem profesor do- 
szedł do przekonania, iż jestem siostrzeńcem mał- 
piatki, albo ubogim krewnym le:nura. Zgódźmy 
się jednak dla dobra dyskusji, że według pewnej 
abstrakcyjnej klasyfikacji naukowej jestem bliższy 
małpie antropoidalnej, niż jakiemukolwiek innemu 
zwierzęciu. Ale jeżeli ktoś powie, że jestem w rze- 
czywistości bliższy małpie antropoidalnej, niż ja 
kiemukolwiek innemu zwierzęciu, poprostu wiem, 
że to nieprawda. Jestem o wiele bliższy memu 
psu. Prawdę mówiąc, nie odczuwam subtelnych 
odcieni w uczuciach orangutanga; niezmiernie 
rzadko kieruję się uczuciem czy sentymentem w mych 
stosunkach z szympansami; nie wiem, czy kiedy 
wysnuwałem praktyczne wnioski z mojej wiary, 
że babuinowi można istotnie powierzyć pilnowanie 
dziecka, czy nawet wykrycie złodzieja. Wiem, że 
związek człowieka z psem jest związkiem rzeczy- 
wistym i wiem także, że związek między człowie- 
kiem, a małpą antropoidalną jest związkiem teore 
tycznym; nawet mimo to, że teorja może odnosić 
się do jakichś rzeczy rzeczywistych w świecie 
nauki. 
I tak te dwa zwierzęta mogą służyć za przy- 
kłady do zilustrowania, na czem polega według 
mnie różnica między faktem a mrzonką. Pies przed- 
stawia wszystko, co rzeczywiste i związane z hi- 
storycznością. Małpa reprezentuje wszystkie ab 
strakcje, związane z tem, co przedhistoryczne. 
Historyczny człowiek w ciągu całej swej historji 
miał psa i nigdy o nim nie zapominał; przykłady 
znaleźć można w Biblji i "Odyssei". Jeżeli zaś przed- 


') Znakomity pisarz angielski G. K. Chesterton, pi- 
sujący stale fe.jletony w tygodniku "Wustrated London News' 
poświęcił fejleton z 1 lipca r. b. zagadnieniu nacjonalizmu 
i religji. Podajemy ważniejsze z niego ustępy. - Red. 


historyczny człowiek rzeczywiście miał wujaszka, 
który był przedhistoryczną małpą, to zapomniał 
o tem zupełnie przez ten czas, kiedy stawał się 
człowiekiem historycznym. Prawdę mówiąc, przy- 
puszczam, że nigdy nawet nie odkrył swego wu- 
jaszka, zanim nie zaczął na niego polować w końcu 
XVIII wieku. A teraz, zależnie od tego, czy ludzie 
rozumieją tę różnicę między doświadczeniem, a po- 
jęciem, zrozumieją też, albo nie, dobre i złe strony 
narodu; naród bowiem nie jest pojęciem. Możecie po- 
wiedzieć, że narody więcej przynoszą szkody, niż po- 
żytku, tak, jak możecie powiedzieć, że z psami jest 
więcej kłopotu, niż są warte; możecie sobie powie- 
dzieć, że to barbarzyństwo, żeby narody mogły 
swobodnie walczyć ze sobą, tak, jak możecie rzec, 
że to barbarzyństwo trzymać psy do polowania. 
Ale macie tu do czynienia z czemś bardzo rożnem 
od jakiejkolwiek teorji na temat, jakie mogą 
byś stosunki między istotami żywemi, albo jakie 
powinny być, czy kiedyś będą te stosunki; macie 
do czynienia z istotami żywemi i stosunkami, jakie 
między niemi naprawdę istnieją. 
To prawda że kultura Europy pochodzi od cze- 
goś o wiele starszego od wszystkich obecnie istnie- 
jących narodów Prawdą jest też, że chrześcijaństwo 
istniało na długo przed powstaniem tych narodów. 
Ale jednocześnie prawdą jest, że ci, którzy trzymają 
się narodu, trzymają się, choćby bezwiednie, pozo- 
stałości pierwotnego życia i to pozostałości żywych, 
podczas gdy ci, którzy mówią, źe tworzą nowe rze- 
czy, nie tworzą żadnych nowych rzeczy, tylko nowe 
nazwy. Wiem dokładnie co mam na myśli, kiedy 
mówię, że jestem Anglikiem, a nie Prancuzem, choć 
zdarzyło się, że mam ogromny podziw dla francu- 
skiej kultury i tradycji. Nie wiem zaś dokładnie, 
co mają na myśli, którzy mówią, że jestem podda- 
nym Ligi Narodów, czy uczestnikiem jakiegoś paktu, 
stworzonego przez jakichś polityków w kilku ho- 
telach szwajcarskich. Tak samo nie wiem, co mają 
na myśli ci, co mówią, źe jestem potomkiem małp 
autropoidalnych, czy Anglo-Sasów, czy Arjów, jakby 
powiedział Hitler. Nie wiem, co mają na myśli 
w tym sensie, w jakim ja rozumiem co to znaczy 
być Anglikiem. 
J ak już powiedziałem, prawdziwa religja to 
byłoby coś innego; bo prawdziwa religja jest wielką 
rzeczą rzeczywistą, gdy naród jest o wiele węż- 
szą rzczą rzeczywistą. Wziąłem za przykład religję 
Mahometa i będzie on nam służyć równie dobrze 
jak każdy inny. Islam jest nietylko abstrakeyjnem 
twierdzeniem, że jest jeden Bóg, albo, że wiara 
w Koran jest prawdziwa. Islam jest określoną drogą 
postępowania. Niektórzy ludzie lubią pędzić życie 
muzułmańskie; inni nie znoszą tego. Równie praw- 
dziwe jest świadectwo człowieka, który mówi, że 
Turek jest barbarzyńcą, jak iunego (zwykle star- 
szej pani), co mówi, źe Turek jest jedynym gen- 
telmanem w Europie. Obaj mają coś na myśli, bo 
obaj naprawdę odwołują się do czegoś istniejącego. 
Nie odwołują się do niczego, co jakiś polityk przy- 
padkiem włączy do jakiegoś paktu. Ale dopóki nie 
jesteśmy muzułmanami i nie mamy innej religji 
w Europie poza naszą, ludzie nie porzucą nigdy 
zupełnie lego, co jest przynajmniej względnie rze- 
czywiste; tradycyj swoich własnych ojców i płodnej 
żywotności zmarłych. G. K. CHESIERroN
		

/p0009.djvu

			Nr. 52 


MYŚ L 


NA 


WIDOWNI 


Pochwała Boya. - Niedomagania naszej warstwy oświe- 
conej. - Konieczność zmiany jej składu. - O wolne 
miejsce dla ludu. - Działalność Boya pomaga gładkiemu 
załatwieniu tej sprawy. 


Z WZRASTAJĄCEM uzP-aniem oceniać zaczynam 
działalność p. Boya-Zeleńskiego. Nie zaważyło 
tu, oczywiście, na szali powołanie go na człon- 
ka Akademji Literatury: dyplom na to, iż jako 
artysta słowa podniesiony został do rangi Wincen - 
tego Rzymowskiego, mimo całej powagi oficjalnej 
tego aktu, nie dodał, w oczach moich, nowego 
blasku autorowi "Znasz-li ten kraj?" i "Słówek". 
Zawsze zresztą we właściwy sposób taksować sta- 
rałem się wartość jego jako stylisty i tłumacza. 
Uprzytomniam sobie natomiast coraz dokładniej, 
niedostrzegany poprzednio pożytek z działalności 
jego jako propagatora "świadomego macierzyństwa" 
i ograniczenia urodzeń. 
W ciągu paru pokoleń ostatnich, zwłaszcza po 
r. 1863, w polskiej warstwie inteligenckiej nastą- 
piło daleko posunięte zmieszanie się K żywiołem 
żydowskim. W dziedzinie towarzyskiej, kulturalnej, 
zawodowej i t.p. współżycie z żydami w widoczny 
sposób wycisnęło piętno na psychice i obyczaju du- 
żej części dzisiejszych naszych sfer oświeconych. Co 
najważniejsza, w epoce pozytywizmu i haseł asymi- 
latorskich, w tern środowisku właśnie w znacznej 
liczbie poczęły kojarzyć się małżeństwa polsko-ży- 
dowskie, których potomstwo, obecnie w sile wieku, 
a tern samem największy wpływ mogące wywierać 
na losy narodu, stanowi pierwszą bodaj w toku 
dziejów naszych generację, gdzie grupa kierowni- 
cza ("elita"), w tak poważnym odsetku, rekrutuje 
się z elementu przez pół tylko polskiego pod wzglę- 
dt-m krwi i tradycji rodzinnej. Stało się to, na co 
wskazywał w "Wyzwoleniu" Wyspiański (akt I!, 
djalog Konrada z Maską 12), kiedy mówił o skut- 
kach małżeństw mieszanych: "Że wytwarza się tłum 
ludzi obojętnych dla naszego narodowego społe- 
czeństwa, którzy je zaprzedają". 
Te więzy stosunków osobistych, interesów, 
w tylu wypadkach krępujące inteligenta polskiego 
wobec żyda, te więzy krwi, paraliżujące instynkt 
narodowy polski ze zdrowerai, normalne mi jego od- 
ruchami, mniej widoczne by wały w tych momentach, 
gdy kwest ja żydowska nie wysuwała się jako za- 
gadnienie naczelne, kiedy myśl i działalność spo- 
łeczeństwa naszego zwracały się przedewszystkiem 
w innych kierunkach. Dzisiaj, przy nieustannie rosną- 
cem znaczeniu tej sprawy staje się rzeczą oczy- 
wistą, jak dalece całe wielkie odłamy warstwy 
inteligenckiej w Polsce, wskutek swej psychiki, 
atmosfery, w której ich umysłowość się kształto 
wała, uzależnień rozlicznych, wreszcie wprost obco- 
ści swojego pochodzenia - nie są już zdolne podjąć 
przewodnictwa w narodzie i poprowadzić go ku 
pomyślnem rozwiązaniu narzucanych przez chwilę 
historyczną zadań. Tern konieczniejsze i tem wyraź- 
niej naglące jest też obecnie zastąpienie nieodpo- 
wiednich przez żywioły, najbardziej wolne od ska- 
żenia i rozkładu, najbardziej rdzenne. 
Polski lud dlatego przedewszystkiem powo- 
łany jest do odnowienia teraźniejszego składu 
warstwy inteligenckiej, ponieważ jest więcej pol- 
ski, niż pokaźna część dzisiejszych kół oświeco- 


NARODOWA 


789 


nych w kraju, więcej polski: krwią, instynktem, całą 
swoją postawą duchową. Przed kilkunastu dniami, 
bawiąc przejazdem w Częstochowie, parę godzin 
przesiedziałem w redakcji tamtejszej "Gazety Na- 
rodowej" (nawiasem mówiąc, najlepiej chyba, naj- 
umiejętniej redagowanego tygodnika tego typu na 
prowiucji). Co chwila zjawiali się włościanie ze 
wsi okolicznych, zdając sprawę z odbytych dnia 
poprzedniego wyborów do rad gromadzkich, opo- 
wiadając o sposobach ich przeprowadzenia, przy- 
nosząc do przejrzenia napisane przez siebie pro- 
testy przeciwko popełnionym przy tej sposobności 
nadużyciom. Miałem w ręku owe protesty: koślawe, 
niewprawne litery, czasem nawet trafi się błąd orto- 
graficzny, ale jaka godność, jaka powaga dostojna 
dźwięczy w takich naprzykład wyrażeniach: "u.i nie 
daj Boże, żeby naród przekonał się, że niema spra- 
wiedliwości, bo na tem wszystkie państwa w świe- 
cie stoją, żeby prawo było szanowane..." Jakby 
czytało się wspaniałe mowy sejmowe przywódców 
szlacheckich z epoki walk o "naprawę Rzeczypo- 
spolitej" w wieku XVI: Rafałów Leszczyńskich czy 
OrzeIskich! 
Chłop nasz bliższy jest duchowi i tradycjom 
dawnej Polski, aniżeli wielu współczesnych inteli- 
gentów. Język, którym się wypowiada, podobnie]- 
szy jest słownictwu Zamoyskich i Żółkiewskich, niż 
polszczyzaa Stpiczyńskiego albo Hemara. Kiedy 
modli się na Jasnej Górze, więcej ma wspólnego 
z Kmicicem, niż największą "fantazją kawalerską" 
obdarzeni, stali bywalcy "Oazy". W jego życiu co- 
dziennem i obyczaju, w jego związku z ziemią, 
w jego pojęciach religijnych i moralnych zachowa- 
ły się nietknięte wartości, przekazane jako odwiecz- 
ne dziedzictwo pokoleń, a tak dzisiaj lekkomyślnie 
trwonione, niszczone nienawistną, obcą nieraz dło- 
nią. Odbudowująca swoją wielkość, nawiązująca do 
starych wspomnień potęgi i chwały, Polska jutrzej- 
sza, z konieczności tam nadewszystko szukać musi 
zasobów swej siły, gdzie utrzymały się one w sta- 
nie najbardziej nienaruszonym, w postaci najczyst- 
szej. "Tej dawnej wiary trza nam leków" i wiemy 
na szczęście, gdzie jest zdrowie, gdzie rękojmia 
pomyślniejszej przyszłości narodu. 
Duży odłam warstwy inteligenckiej u nas: ży- 
dowskiej, uzależnionej od żydów i zżydziałej, po- 
zbawionej instynktu polskiego, wyzutej z sumienia, 
musi przestać istnieć, opróżniając miejsce dla ży- 
wiołów, nierozłącznie zespolonych z narodem, sta- 
nowiących jego wyraz autentyczny, rodzimych. To 
jest rzeczą nieuniknioną i niepotrzebnie zgoła 
pisarze i działacze żydowscy w czasach ostatnich 
okazują z tego powodu tyle zdenerwowania. Bodaj 
najrozsądniejszem jeszcze, w tem położeniu, jest 
to właśnie, co od kilku lat proponuje swym wiel- 
bicielom p. Boy-Żeleński, zachęcając czytelników 
"Wiadomości Literackich" do "świadomego macie- 
rzyństwa" i planowego zmniejszania cyfry urodzeń. 
Jeśli jest u nas nadmiar ludności, zwłaszcza wśród 
sfery oświeconej, to oni przecież, zwolennicy p. Boya, 
przedewszystkiem ten nadmiar stanowią. Może jest 
nawet jakaś podświadoma wdzięczność w tym go- 
rącym niewątpliwie entuzjazmie, z jakim się autor 
"Piekła kobiet" spotyka w owem środowisku, za 
to, że dał mu najbardziej sielankowy, najmniej bo- 
lesny sposób dobrowolnego zredukowania się i za- 
niku, przedtem nim jeszcze rozwój stosunków w Pol- 
sce uczyni redukcję tę rzeczą gwałtownie już naglącą 
i przymusową. Nie żądajmy od Boya-Zeleńskiego 
nazbyt wiele: każdy działalność swą rozwija na tym
		

/p0010.djvu

			790 


M ¥ OL N A R O D O W A 


Nr. 52 


poziomie i w tym zakresie, jaki dla niego jest naj- 
bardziej przyrodzony, najwłaściwszy. Na moralną 
aprobatę, oczywiście, propaganda jego nigdy nie 
będzie mogła oczekiwać. Ale, w imię bezstronności, 
stwierdzić należy, że jeśli o polsko-żydowski świa- 
tek chodzi, światek, w którym twórca "Słówek" 
jest wyrocznią, robi on, co jest w jego mocy, aże- 
by nadchodząca ewolucja dokonała się w sposób 
możliwie łatwy, gładki, łagodny, bez niepotrzeb- 
nych, nieprzyjemnych częstokroć starć i utrudnień. 
Ze swojej strony i on także pracuje nad przygoto- 
waniem wolnej drogi dla młodego pokolenia naro- 
dowego i nadchodzących lepszych czasów. 
JAN REMBIELIŃSKI 


GŁOSY 


, 
JY STWO ma strukturę mniej lub więcej lo- 
giczną; naród jest zbiorem sprzeczności. Dla- 
tego jest istnością wyższego rzędu. Państwo 
zamyka się doskonale w ramach konsekwent- 
nej teorji prawnej. O narodzie teorje dać mogą tyl- 
ko symplistyczne i niezupełne wyobrażenie. Naród 
nie jest rozwinięciem żadnej zasady naczelnej, żad- 
nej "idei"; jest zbiorem sprzeczności, które trady- 
cyjnie i harmonijnie w cywilizacji jego współist- 
nieją. Ułożyła je tak historja, że sobie mało zawa- 
dzają, albo nawet wzajemnie sobie są potrzebne. 
Nie jest wcale więcej narodowy ten sposób myśle- 
nia, który mniema, że możuaby udoskonalić naród 
. ,. . . . 
przez wyrugowanIe sprzecznoscl 1 zapewnIenIe 
zwycięstwa jednej naczelnej zasadzie. Nie jest 
wcale więcej nacjonalistyczny ten kierunek polityki, 
który niszczy autonomję uniwersytetów w imię 
walki... z liberalizmem. Nie przeniknie tajemnicy 
narodu, kto przypuszcza, że zbiorowość scemen- 
tuje się mocniej, jeśli w jednostkach zaniknie in- 
dywidualny głos sumienia i zmysł prawdy. Daleki 
od zrozumienia misterjum narodowego będzie ten, 
kto przez patrjotyczną gorliwość będzie starał się 
pobudzić do nienawiści w stosunku do narodów 
innych. Na złej drodze będzie, kto ze stanowiska 
ideologji "narodowej" oceniać zechce sumarycznie 
kolektywizm czy indywidualizm gospodarczy. Wszel- 
kie symplistyczne pojmowanie narodu przywiązać 
musi w pewnych dziedzinach do fikcyj i narazić na 
rozbrat z duchem narodowej cywilizacji. Sprzeczne 
ze stanowiska abstrakcyjnej logiki pierwiastki 
w cywilizacyjnej tradycji narodu nie kłócą się ze 
sobą dlatego, że, jak wspomnieliśmy, kanty sprzecz- 
ności tych starła historja. Nie jestem ani trochę 
mniej patrjotą przez to, że wypowiadam krytyczne 
uwagi o rządzie. Nie świadczy wcale źle o mojej 
ofiarności dla ojczyzny fakt, że coś posiadam na 
własność prywatną. Nie wynarodawia mnie wcale 
okoliczność, że wierzę w religję powszechną. Jeśli 
przyczyniam się do poderwania autonomji wyższych 
uczelni, nie "liberalizmowi" szkodzę, ale cywilizacji 
narodowej. 
Ład narodowy jest w gruncie rzeczy bez- 
imienny: nie zasadza się na wcieleniu w życie jakie- 
gokolwiek "izmu", polega na harmonijnem współ- 
istnieniu głównych, choć teoretycznie "sprzecz- 
nych elementów tradycyjnej cywilizacji. Hartnonja 
ta, ma się rozumieć, znika, kiedy cywilizacja w pew- 
nej części przestaje być tradycyjna, kiedy forsow- 
nie wprowadzone zostają nowe pierwiastki, nowe 
sprzeczności. Chaos i zamęt są czen ś bardzo roż- 
nem od zjawiska porządnej tradycji, narodu. 


R EPLEKSJE O SPRZECZNOŚCIACH W TRA- 
DYCJI NARODU, nie niweczących się nawza- 
jem, lecz parodoksalnie dopasowanych, przy- 
chodzą łatwo na myśl z okazji obchodzonej 
niedawno rocznicy powstania listopadowego. Sen- 
tyment, jaki w sercu Polaka, a zwłaszcza Warsza- 
wiaka, odżywa na wspomnienie tej rocznicy, wcale 
przecież nie każe patrzeć pobłażliwiej na politycz- 
ną stronę sprawy. Sąd o politycznej wartości po- 
wstania wypaść musi dziś bardzo surowo. Wiemy, 
co sądzić o niedojrzałości umysłowej tych, którzy 
powstanie wywołali, i jak potępić ciężkie winy tych, 
którzy zaprzepaścili w rozwoju zdarzeń to, co było 
do wygrania... W historji Polski powstanie listopa- 
dowe jest, być może, raczej smutnym i kompromi- 
tującym, niż świetnym i chwalebnym epizodem... 
Nie zmienia to faktu, że rocznica 29 listopada jest 
świętem legendy i poezji. Swiętem klimatu warszaw- 
skiego i Łazienek. Dużo tradycji literackiej i le- 
gendy ustnej złożyło się na nie, ale ostatecznie 
ustanowił je Wyspiański. Krakowianin narzucił 
w tej mierze wizję swoją Warszawie. Dla Warsza- 
wiaka obchód 29 listopada niezaprzeczalnie insce- 
nizowany jest głównie przez autora "Nocy Listo- 
padowej". Mgła, szaruga i kasztany bezlistne War- 
szawy są dekoracjami. Pałac i staw w Łazienkach 
komponują się z widowiskiem, odegranem przez 
fantazję... Urzędowy program obchodu znany jest 
dobrze. Jest w nim jednak stanowczo luką, że nie 
zawiera on obowiązkowego w ten dzień wystawienia 
"Nocy Listopadowej" w teatrze. Na przyszłość brak 
ten należałoby koniecznie powetować. Nie widzie- 
liśmy wprawdzie dotąd zadowalającego wystawienia 
"Nocy Listopadowej" na scenie. Ale z roku na rok 
widowisko możnaby poprawiać i udoskonalać, na- 
dając mu coraz więcej charakter feerji. 


S YTUACJA POLITYCZNA W 1RLANDJI wchodzi 
w nową fazę. Obecnie Irlandja posiada nie- 
podległość taką, jaką cieszy się państwo, bę- 
dące członkiem "Brytyjskiej Rzeczypospolitej 
Narodów", czyli "Imperjum Brytyjskiego". Niepod- 
ległość ta jest rzeczywista, ale pociąga za sobą ko- 
nieczności urzędowego tolerowania fikcji "lojalności 
wobec Korony". Członkowie "Imperjum" nie podle- 
gają ustawodawstwu westministerskiego parlamentu. 
Mogą nakładać na towary angielskie takie cła, 
jakie zechcą. Mają własne armje i mogą uzbrajać 
się, jak im się żywnie podoba. Nie mają obowiązku 
niesienia Anglji pomocy militarnej w razie wojny. 
Są dominja, które prawdopodobnie nawet ogłosi- 
łyby w tym wypadku swą neutralność. Mają wresz- 
cie ci członkowie "Brytyjskiej rodziny narodów" 
prawo secesji to jest wystąpienia ze związku wedle 
ochoty i zerwania więzów łączności międzyimperjal- 
nej... Z tein wszystkie m podległość angielskiej ko- 
ronie, uwydatniona w terminologji irlandzkiego 
prawa konstytucyjnego, jest Irlandczykom bardzo 
niemiła, i drażni ich poczucie honoru narodowego. 
Już to samo byłoby dla szefa rządu irlandzkiego, 
de Valery, który zresztą nie krył nigdy swoich 
przekonań republikańskich, dostatecznie silnym mo- 
tywem, żeby myśleć o oderwaniu Irlandji od kra- 
jów korony augielskiej i o zaprowadzeniu nowego 
porządku republikańskiego. Intencje de Valery są 
pod tym względem znane. Ostatnio jednak do mo- 
tywu poprzedniego przyłączył się także motyw 
wewnętrzno-polityczny. Podejmując akcję, mającą 
na celu zerwanie nienawistego związku, de Valera
		

/p0011.djvu

			Nr. 52 


MYŚ L 


i jego part ja z pewnością bardzo znacznie jeszcze 
wzmogliby swą popularność w szerokich rzeszach na- 
rodu, tembardziej, że rozstrzygnąć miałoby w tej kwe- 
stji referendum, a wynik jego, o ile można mniemać, 
zgóry przesądzony, ostatecznie utrwaliłby stanowi- 
sko de Valery jako wodza narodowo myślącej Irlan- 
dji i zapewnił mu jeszcze większą przewagę nad nie- 
przyjazną mu koalicją Cosgrave'a z gen. O'Duffym. Ten 
ostatni usiłował zdystansować de Valere, mianując 
się heroldem irlandzkiego faszyzmu i organizując 
dla swych celów energicznie bojówkę partyjną. 
Wątpliwe jednak się wydaje, czy miano faszysty 
dostatecznie zarekomenduje w opinji mas przywódcę, 
w stosunku do Anglji o wiele bardziej kompromi- 
sowo nastrojonego od de Valery. 
Być może więc, że jesteśmy w przededniu 
pojawienia się w Europie nowej republiki - irlandz- 
kiej. Charakterystyczne dla zmienionych stosun- 
ków angielsko-irlandzkich jest, że ten rewolucyjny 
krok pociągnąłby za sobą jako konsekwencję głów- 
ną nie zatarg zbrojny, lecz tylko utratę przez Ir- 
landję członkostwa Brytyjskiego Imperjum. Mia- 
łoby to dla Irlandji i dziś jeszcze dość poważne 
skutki gospodarcze. Wprawdzie między Irlandią 
i W.Brytanją i obecnie istnieje stan, określany jako 
wojna celna, ale mimo to towary irlandzkie są jesz- 
cze na rynku augielskim w położeniu o wiele ko- 
rzystniejszem od zagranicznych. Ponadto bardzo 
liczni Irlandczycy, zatrudnieni w Anglji na najroz- 
maitszych stanowiskach, uznani 70staIiby za obco- 
krajowców i straciliby odtąd możność zarobku 
w Anglji. W irlandzkiej ojczyźnie znowu powięk- 
szyćby musieli zastępy bezrobotnych... wszystko 
to niewątpliwie są hamulce, które utrudnią wielce de 
Valerze powzięcie decyzji w tej zasadniczej sprawie. 


POLSKI 
SŁOWNIK BIOGRAFICZNY 


Ze względu na wagę, jaką przywiązujemy 
do wielkiego przedsięwzięcia, jakiem jest ,Słow- 
nik biograficzny", podajemy bliższe o nim infor- 
macje. N arazie dajemy informacje o organizacji 
i zasadach wydawnictwa. 


P OLSKA Akademja Umiejętności, podjąwszy 
wydawnictwo P. S. B., powołała na redaktora 
głównego prof. Władysława Konopczyńskiego 
i uchwaliła 28 stycznia 1931 r. regulamin wy- 
dawnictwa (ob. "Rocznik Pol. Akad. Um. 1930 - 1 " , 
str. 183-6), według którego zasady tegoż ustala 
Rada Słownika, stroną finansową publikacji zajmuje 
się Komisja Wydawnicza, a wypracowaniem i wy- 
konaniem programu Komitet Redakcyjny z redakto- 
rem głównym na czele. Komisję Wydawniczą sta- 
nowią sekretarz generalny P.A U., oraz sekretarze 
4 Wydziałów. Do Komitetu Redakcyjnego weszli: 
Aleksander Birkenmajer (Kr.), Pranciszek Bujak 
(Lw.), Stefan Demby (W.), ks. Tadeusz Glemma 
(Kr.), Roman Gródecki (Kr.), Marceli Handelsman 
(W)., Janusz Iwaszkiewicz (Wil.), Stanisław Kot 
(Kr.), Marjan Kukieł (Kr.), Adam Lewak (W), Leo- 
nard Lepszy (Kr.), Bronisław Pawłowski (W.), Adam 
Skałkowski (P.), Kazimierz Tyszkowski (Lw), Adam 
Wrzosek (P.), oraz (od listopada 1932 r.) Andrzej 
Wojtkowski (P.). 
Radę Słownika stanowią członkowie Komitetu 
Redakcyjnego, Komisji wydawniczej, trzej delegaci 
Pol. Tow. Historycznego, reprezentanci Towarzystw 


NARODOWA 


791 


naukowych: Warszawskiego, Lwowskiego, Poznań- 
skiego, Wileńskiego, trzej delegaci Wydziału Ar- 
chiwalnego, delegat Wojskowego Biura Historycz- 
nego, oraz członkowie osobiście przez P. A. U. po- 
wołani, mianowicie: Adam- Chmiel (Kr.), Samuel 
Dickstein (W.), Antoni Gałeck' (P.), ks. Michał 
Godlewski (Kr.), Bolesław Hryniewiecki (W.), Zdzi- 
sław Jachimecki (Kr.), Ludwik Krzywicki (W), Pe- 
liks Kucharzewski (W.), ks. Konstanty Michalski 
(Kr.), Władysław Natanson (Kr.), Witold Rubczyń- 
ski (Kr.), Tadeusz Sinko (Kr.), Stefan Surzycki (Kr.), 
Władysław Szumowski (Kr.), Władysław Tatarkie- 
wicz (W), Leon Wachholz (Kr.). Redaktor ma do 
pomocy biuro, którem kieruje Kazimierz Lepszy. 
W poszczególnych dzielnicach Polski pracują 
komitety miejscowe (regjonalne) lub ekspozytury 
Redakcji, których zadania obracają się głównie 
w ramach najnowszej historji Polski (po rozbio- 
rach). Ponieważ o niektórych kategorjach osób (ta- 
kich jak urzędnicy, księża świeccy, uczestnicy walk 
o wolność, inni działacze polityczni i społeczni, 
wychowawcy, oświatowcy, dziennikarze, rolnicy, 
przemysłowcy, kupcy, finansiści, technicy, rze- 
mieślnicy), wiadomości można zbierać głównie 
w okolicach, gdzie ludzie ci działali, z uwzględnie- 
niem ustnej o nich tradycji, więc komitety miej- 
scowe zajmują się spisywaniem takich osób i kwa- 
lifikowaniem wybitniejszych z pośród nich do 
Słownika; pozatem spełniają zadania zlecone przez 
Redakcję. 
Prezesem Komitetu krakowskiego jest Adam 
Chmiel, sekretarzem Leon Pilecki. 
Prezesem Komitetu lwowskiego jest Pranci- 
szek Bujak, jego zastępcą Kazimierz Tyszkowski, 
sekretarzem Zygmunt Zborueki. 
W Warszawie reprezentuje Redakcję aż do 
formalnego utworzenia się Komitetu miejscowego 
Adam Lewak. 
W Wilnie na czele Komitetu stoją: Janusz 
Iwaszkiewicz, Stanisław Kościałkowski, Ryszard 
Mienicki, Michał Brensztejn, sekretarzem jest p. 
Charkiewicz. 
W Poznaniu przewodniczącym jest Adam Skał- 
kowski, zastępcą Andrzej W ojtkowski. 
W Katowicach prace przygotowawcze prowa- 
, 
dzi specjalna Komisja Sląskiego Towarzystwa Przy- 
jaciół Nauk z ks. Emilem Szramkiem na czele. 
W Równem Komitet wołjński zorganizowali 
, 
Józef Sleszyński, jako przewodniczący, Jakób Hoff- 
man jako sekretarz. 
W Lublinie Redakcję reprezentuje Leon Biał- 
kowski. 
Organizacją Komitetu Pomorskiego zajmuje 
się ks. Alfons Mańkowski, gdańskiego - Adam 
Czartkowski. 
Nadto przewiduje się utworzenie Komitetów 
miejscowych w Łodzi, ewentualnie w Kielcach 
i Grodnie. 
Na podstawie osiągniętego w styczniu 1932 r. 
z Wydziałem Archiwalnym porozumienia, Zarządy 
Archiwów Państwowych zobowiązały się udostępnić 
współpracownikom Słownika swe zbiory, tudzież 
w miarę możności pomagać im siłami własnego 
personelu. 
Z a s a d y w y d a w n i c t w a, uchwalone przez 
Radę na posiedzeniu 24 października 1931 r., są takie: 
1. Polski Słownik Biograficzny zawierać ma 
zwięzłe artykuły informacyjne bez tendencji poli-
		

/p0012.djvu

			792 


MYŚ L 


NABOpowA 


Nr. 52 


tycznej ani moralizatorskiej, uwzględniać ma rów- 
nomiernie wszystkie czasy, dzielnice i dziedziny, 
t. zn. podawać życiorysy osób, które odegrały rolę 
w życiu polityczoem, społecznem i kulturalnem 
narodu polskiego, oraz najważniejsze wskazówki 
bibljograficzne, ikonograficzne i źródła. 
Polski Słownik Biograficzny wychodzić będzie 
w tomach po 640 stron w dwóch szpaltach po 60 
wierszy borgisem; części dodatkowe życiorysów 
drukowane będą petitem. Ilustracyj nie będzie. 
Każdy tom stanowić będzie możliwie zamkniętą 
całość alfabetyczną od A do Z, z indeksem do 
wszystkich tomów wydanych. 
2. W Słowniku będą tylko artykuły o oso- 
bach nieżyjących bez żadnych ograniczeń co do 
czasu. 
3. W Polskim Słowniku Biograficznym znaj- 
dą miejsce: 
a) Osoby czynne w Polskiem życiu państwo- 
wem i narodowem w każdoczesnych Państwa Pol- 
skiego granicach (w okresie porozbiorowym w gra- 
nicach przedrozbiorowych aż do traktatów granicz- 
nych, zawartych przez Rzeczpospolitę odbudowaną). 
b) Osoby czynne w życiu politycznem, spo- 
łecznem i kulturalne m Polski na ziemiach utraco- 
nych i na obczyźnie. 
c) Polacy czynni w środowiskach obcych, o ile 
nIe ulegli całkowicie wynarodowieniu. 
Osoby, które ze względu na swoje pochodze- 
nie i działalność kwalifikują się do umieszczenia 
w słownikach innych narodów, będą omawiane 
w Polskim Słowniku Biograficznym tylko ze strony 
swego uczestnictwa w sprawach narodu i Państwa 
Polskiego. 


NAUKA l LITERATURA 


"CZEKI BEZ POKRYCIA" 


D OBRZE dobrany tytuł dobrej powieści: "Czeki bez pokry- 
cia". Czek bez pokrycia - to bardzo głupia pozycja 
ekonomiczna, za którą łatwo dostać się do więzienia. 
Zapach głupoty, lekkomyślności i oszustwa - oto atmosfera 
tego świata, który sprezentował nam W. M. Dęboróg w po- 
wieści pod tym tytułem (Warsz. 1933. Wydawn. "Rój"). 
Utwór Dęboroga nie robi wrażenia nieśmiałej próby 
literackiej. Wykonany z wielką paradnością i wdziękiem wy- 
rasta wysoko ponad poziom przeciętności. Jeżeli to pierwsza 
praca ukrytego pod pseudonimem autora, to powinszować 
natęży pewności pióra, owładniętego całkowicie świadomością 
pisarską. Rozporządzając bogatym materjałem, autor umiał 
z niego wybrać to, co było potrzebne do wysnucia fabuły 
interesującej, a zarazem co najbardziej było charakterystycz- 
nego pod wyględem literackim. Wskutek tego powieść, acz- 
kolwiek ma charakter satyry na sprawy aktualne, nie jest 
plotką tylko i ma wartość literacką. 
Pisał tę rzecz ktoś dobrzo w literaturze powieściowej 
oczytany i nie gardzący wzorami powieści polskiej, przyczem 
znać usiłowanie pogodzenia form w całej skali, od nowoczes- 
nej powieści dziennikarskiej (Mostowicz) do dawnej artystycz- 
nej (Weyssenhoff). Wypośrodkowanie typu literackiego wy- 
padło szczęśliwie. Powiedziano wiele bez szarżowania, satyra 
dobywa się przez dyskretnie stosowaną ironję. 
Autor uruchomił kikanaście osób, odrazu wyraźnie je 
zarysowując i w charakterze je utrzymał do końca, unikając 


sjablonu. To na szczególne uznanie zasługuje, że widzi on 
wyraźnie swoje figury, a z nich żadna - pomimo wspólności 
środowiska i obyczaju - nie jest podobna do innych. 
Doskonale narysowane są postacie kobiet: takiej księż- 
ny Nelly, Gissy Brack, Słupiczowej, nawet Rosjanki, Eweliny. 
Trudno o większą banalność typu życiowego, jak bohater 
Nawrocki, a i ten ma swoją indywidualność dobrze zazna- 
czoną. Niektóre zaś typy, jak Mikołaj Holszański lub książę 
Ożarowski pozostawiają w pamięci ostre sylwety, pomimo że 
szkicowo zostali potraktowani. 
"Czeki bez pokrycia" należą w powieści do najnowszej 
serji zjawisk literackich. Okres ten zaczyna się po r. 1926, 
a charakteryzuje go - pomimo smutnych warunków ogól- 
nego kryzysu - skłonność do imania się satyry i humory, 
styki. Dawno już nie było okresu, w którymby powieściopi- 
sarz miał przed oczyma tyle załamań moralnych i sztuk kar- 
kołomnych, tyle małości przy pozowaniu na wielkość, tyle 
kontrastów wesołych na tle dramatu. Kto może, sięga po 
pióro, aby zanotować na gorąco to, co przecież musi przemi- 
nąć, a tyle ma w sobie groteski. Humor, który szerzy koło 
siebie "sanacja", działa jak gaz łzawiący. Epoka ta czeka na 
swego Gogola. 
Spostrzeżono to widocznie, bo wzięto pisarzy z fachu 
pod dozór, skupiając ich w ogonku do Akademji literackiej, 
która jest, jak odwach zmieniący wartę. Tutaj już nikt na 
satyrę, wogóle na notowanie prawdy nie zdobędzie się. Będą 
też ukazywały się takie powieści, jak Dęboroga, pod pseudo- 
nimem, pisane może nie fachowo, ale z głębokiej potrzeby 
głośnego pośmiania się. 
N awrecki, Słupicz toż to odmiany wiekopomnego gogo- 
lewskiago Chlostnfcowa, arystokracja zaś, kupująca sobie ich 
łaski - to odmiana kupców, bijących czołem przed rewizo- 
rem z Petersburga. 
Charakterystyka ekonomiki i etyki przedstawicieli wiel- 
kich rodów jest w powieści Dęboroga niemiłosierna, tem bo- 
leśniejsza, że fakty i postacie wzięte są z życia. To - nie- 
stety - reportaż. 
Faktem jest, że historyk naszej epoki będzie musiał, 
dla dobycia tła obyczajowego i społecznego, czytać teraz wy- 
dawane powieści: zarówno "Czeki", jak Mostowicza "Karjerę 
Nikodema Dyzmy", "Braci" W. J. Grabskiego, a nadewszystko 
K. Wybranowskiego "Dziedzictwo". Z tem jednak wyróżnie- 
niem ostatniej z tych powieści, że ona da mu nietylko obra- 
zek naszej doby, ale wytłumaczenie głębokich sprężyn, które 
naszem życiem w ten sposób pokierowały. W sposób taki, 
że ono jest i śmieszne i bardzo smutne, jednem słowem 
łzawiące. (W.) 


KAŻDY" 
" 


J AKO nr. 4 "Bibljoteki Dramatycznej "Drogi*" ukazał się 
przed niedawnym czasem "Każdy" (Everym , an) średnio- 
wieczny moralitet angielski, w przekładzie Stanisława 
Helsztyńskiego (Warszawa 1933 r.). Wydawnictwo to pod żad- 
nym względem nie przyczyni dobrej sławy bibljotece, która 
je wydała, bowiem przekład p. Holsztyńskiego systematycznie 
i wyezeipującą uchybia warunkom, jakie przywykliśmy sta- 
wiać tłumaczeniom, 
Sam już przekład tytułu nasuwa poważne zastrzeżenia. 
"Każdy" jest tutaj osobą dramatyczną, osobą pojedynczą, 
personifikującą każdego z pośród łudzi. Tymczasem zaś pol- 
skie siowo każ d y III3 budzi w intuicji semantycznej Polaka 
wyobrażenia osoby i wyrażenie takie np., jak "każdy wchodzi 
tu i t u" znaczy w języku polskim tyle, co: "wszyscy wchodzą 
tu i tu", a więc wywołuje raczej wyobrażenie mnogości osób 
wchodzących Angielskie słowo everyman, posiadające pewne 
piętno osobowe, powiunoby być w przekładzie zastąpione 
przez odpowiednie słowo polskie, któreby takież piętno posia-
		

/p0013.djvu

			Nr. 52 


MYŚL NARODOWA 


793 


dało. Zdaje się, że najodpowiedniejsze byłoby tu słowo "kto- 
kolwiek", słowo to bowiem znaczy tyle, co ktoś z pośród 
wszystkich, pierwszy z brzega (lak, że miejsce jego mógłby 
zająć właśnie każ d y), ale ktoś joden, jednostkowa osoba. 
Już w zdaniu powyższem o tym, kogo nazwaliśmy "kimkol- 
wiek", mówiłem "k t o ś", a więc jak o osobie jednostkowej, 
a właśnie osoba dramatyczna musi być "kimś". (Jeżeli na 
pytanie: "kto tu był?" otrzymamy dwie odpowiedzi: "ktoś" 
i: "każdy", to odpowiedzi te znaczą zupełnie co innego i różnią 
o ten element jedaostkowości, osobowości, zawarty w słowie 
"ktoś", a nie zawierający się w słowie "k a ż d y4'). Słowo ,kto- 
kolwiek", będące zrostem ktoś- kolwiek, w pierwszej ze swych 
części składowych posiadii piętno znaczeniowe osobowe) 
w drugiej zaś wskazuje na osobę wziętą bez wyboru z pośród 
wszystkich, tak dobrze tę, jak i tamtą, a więc każdą. Dlatego 
to słowo to nadaje się lepiej, niż słowo "każdy", na npzwę oso. 
by dramatycznej, personifikującej wszystkich. Tyle co do 
tytułu. 
Niewiele wysiłków włożył autor w dążenie do utrzy- 
mania stylu przekładu w duchu epoki, jeszcze mniej osiągnął 
w tem pomyślnych wyników. Język przekładu razi sztucznem 
i szumnem archaizowaniem, przeplecionem częstemi prze- 
błyskami dzisiejszego stylu dziennikarsko-potoczuego. Archa- 
izowanie polega tu na częstem używaniu słów, które nie- 
słusznie uważane bywają za staropolskie, oraz na zawiłym 
szyku wyrazów w zdaniu. P. Helsztyński zapomniał o tein, 
że średniowieczny język polski pozostawał pod silnym wpły- 
wem łaciny, którą cechuje ład i logie' ,ny porządek zdania. 
Takie więc wyrażenia jsk np. «serce o p o w i t e nocą'" 
"słysz, zaczął Bóg igrj.yfko", , Oznajmię ci wraz", "Nuże 
do pracy", i temu podobna pseudostaropolszczyzna, jak rów- 
nież rażące potocznością stylu wyrażenia takie, jak: "Dokąd 
ciekawość swą posuwasz", "Natychmiastową 
u l g ę ci przyrzekam", "Postaram się zasłużyć na to w p e t- 
n e j m i e r z e ", nie powinny były znaleźć się w przekładzie 
średniowiecznego moralitetu (i to w ustach takich postaci 
dramatycznych, jak Bóg, Śmierć i t. d.), podobnie jak nieu- 
dolnie archaizowany tok zdania, np.: "W walkach ci 
duszy i w uciemiężeniu przyjaźń do końca wierności do- 
chowa" . 
Wyrażenie ducha żarliwości religijnej, przebijającego 
z treści utworu, mylnie próbował p. Helsztyński osiągnąć 
w przekładzie przy pomocy rymów częstochowskich, pamiętając, 
jak widać, że Częstochowa jest miejscem, gdzie żarliwość reli- 
gijna silnie się wyraża. Takie więc rymy jak np.: wkrótce - 
powrócę, czysto efceiwstwo, rozum - grozą, "Dobre 
uczynki dajcie bodaj radę - Dam ci ja ją naprawdę", chy- 
biły celu. 
Wiersz p. Helsztyńskiego przybiera często postać chro- 
pawą, nie płynną, nawet drażniącą jak np. "słodycz czerpie- 
cie zrazu 2 zgub". Niemile leż rażą błędy językowe, takie 
jak np. "prosiłeś d a r e m n o", "wyznaj nam wszystko bez 
o g ród ki", "Błagam cię, śmierci, oszczędź mnie łaskawie, 
p ó t Y w skrusze zawiłych liczb swych nie ustawię". 
Pozalem istnieją drobne usterki. Np. osoba dramatyczna 
"Dobro uczynki * mówi o sobie raz w liczbie pojedynczej ro- 
dzaju żeńskiego, innym zaś razem męskiego, "Bogactwo" nie 
wiadomo dlaczego mówi o sobie w rodzaju męskim, a inne 
postaci są podobnie niekonsekwentne . 
Z tem wszystkiem przekładowi p. Helsztyńskiego zby- 
wa zupełnie na prostym, rzetelnym patosie, koniecznym 
w utworze, w którym występują takie postaci, jak Bóg 
i Śmierć, a dotyczącym kary pozagrobowej. 
Pod adresem wydawców: druk niechlujny: lewa, inicja- 
łowa krawędź kolumny wiersza, która powinna stanowić nie- 
wzruszony pion, załamuje się często w niemiły dla oka zygzak. 


J. GR. 


ZE ŚWIATA LITERACKIEGO 


P. Włodzimierz Żuławski zapowiada ("Czas"), że w czerw- 
cu r. 1934 ukaże się pierwszy t9m l i s t ó w W y s p i a ń - 
s k i e g o w opracowaniu jego i T. Swiątka. Będą to listy do 
L. Rydla. 
Na rade ukaże się w Krakowie w opracowaniu L. Pło- 
szewskiego kilka listów Wyspiańskiego. Wydanie dla bibljofilów. 


* 


S t a n i s ł a w M i ł a s z e w s k i dokonał poetyckiego 
przekładu "MaIji Stuart" Schillera. Sztukę tę wystawi teatr 
Narodowy w Warszawie. Tenże teatr wznowił obecnie z po- 
wodzeniem "Don Juana" w przeróbce Miłaszewskiego. 


* 


W d. 3 i 4 grudnia K. M. M o r a w s k i wygłosił w Po- 
znaniu dwa odczyty o masonerji w związku ze sprawą roz- 
biorów Polski. Pierwszy odczyt: "Bractwo wrogów wstrze- 
mięźliwości" (plany rozbioru Augusta Mocnego), drugi: "j..rodła 
rozbioru Polski" (czasy Stanisława Augusta). 


Z RUCHU WYDAWNICZEGO 


Literaturze politycznej przybyła interesująca książka 
Antoniego Malatyńskiego "Niemcy pod znakiem 
Hitlera (od Weimaru do Potsdamu)". Książka, wydana w War- 
szawie 1933, jest na składzie w Domu Książki Polskiej. Kosztuje 
zł. 2 gr. 80: Js st to przejrzysty (na 135 str.) wykład dziejów 
i politycznego życia Niemiec od r. 1914 do chwili obeenej. 
Większą część książki zajmuje historja narodowego socja- 
lizmu i karjery Hitlera. 


* 


S t a n i s ł a w C z e r n i k nie jest debjutantem na pelu 
poezji; wszak już w r. 1923 na konkursie literackim im. Gabrjeli 
Zapolskiej otrzymał nagrodę za zbiór poezyj. Jakby chciał 
d o s ł o w n i e wypełnić znaną zasadę Horacego, poezje te 
trzymał w zamknięciu przez lat dziesięć, aż dopiero niedaw- 
no ogłosił je w zacisznym wielkopolskim Ostrzeszowie. Takie 
przechowywanie utworów niekiedy daje dobry rezultat, nie- 
kiedy jednak szkodzi autorowi - zwłaszcza dziś, gdy piszą- 
cych jest dużo i pomysły, w szczęśliwą godzinę poczęte, go- 
tów wcześniej wyzyskać ktoś inny. Czernik zbiegł się nie- 
jedną nutą, niejednym szczegółem, z Zegadłowiczem z okresu 
"Powsinogów" i "Kolędziołków". Z formalnych podobieństw 
wspomnę używanie takich wyrazów, jak "zezbożowiec", 
"ułączniony", "rozkrzewny - rozdrzewny", "wiśniowo - śliw- 
nie - jabłonnie" i t. p. Słownictwo to, wydobyte z dziedziny 
lasów, pól, wiejskich dróg i sadów - bo też i treść stamtąd 
wzięta. Domyślać się możemy, że, jak Zegadłowiczowi, tak 
i Czernikowi zbiegła n łodość w wiejskiem środowisku i że 
w niem czuje się najlepiej. Strony rodzinne - Sandomier- 
szczyznę - kocha gorąco i sławi je z całem przekonaniem, 
lecz bez paregiryzmu. Ale to nie jedyny temat tego war- 
tościowego zbiorku. Dań dawnej - przedwojennej - mo- 
dzie składa Czernik w cyklu sonetów o ludziach - fanatykach, 
zachowując w nim wszakże potrzebny umiar i dbając o praw- 
dziwie nowy, niebanalny sposób wypowiedzi. Urywki zapo- 
wiedzianych dramatów nie dają jeszcze możności sformuło- 
wania sądu; narazie wyglądają one na utwory czysto liryczne- 
nawet niema w nich zawiązku jakiegokolwiek działania. Próby 
suggcstjonowania czytelnika mową archaizowaną jakoby z cza- 
sów piastowskich są artystycznie udane. Silny jest Czernik 
i w litworach religijnych, wśród nich dwa zwracają szczegól- 
ną uwagę: "Modlitwa za Żydów" i "Modlitwa za Prusaków"- 
które są jakby podyktowane słowami Chrystusa: "módlcie się 
za tych, którzy was prześladują"... 
Drugi tomik mniej jest różnolity w swej formie i treści. 
Nosi on charakterystyczny tytuł: ,0 polskim płocie" (skład 
gł. Dom Książki Pol.), który ma uwydatnić tę swojskość, bę- 
dącą już znamieniem pierwszego zbiorku. Płot miał już 
w poezji polskiej dawne prawo obywatelstwa i tradycję, się- 
gającą istotnie jeszcze piastowskich czasów; jedną z pieśni 
o płocie napisał już Bielski, a upoetycznił płot Kochanowski 
i Szymoiłowicz. Z prymitywem pieśni lbdowej i z tradycją 
wspomnianą nie chce mieć wiele wspo'nego Cje"nik. Pa- 
mięta on i myśli o teraźniejszości i nowych formach poetyc- 
kich; jeździ więc "tramwajami metafor", jednakże nadal czuje 
się najlepiej wśród przyrody wiejskiej - owym płotem wiej- 
skim, kwiecistym, łopiennym, ale i pokrzywionym, odgradza 
się od gw.iru miejskiego, od mody i banału. W Słowiań- 
szczyźnie, w Norwidzie, Wyspiańskim, Szopenie, ba, nawet 
u rosyjskich poetów, szuka motywów swojskich, które mają
		

/p0014.djvu

			794 


MYŚ L 


NARODOWA 


Nr. 52 


zasilić jego twórczość - zda się, jakby przymierzał kolejno 
różne stroje, ale w gruncie rzeczy nie był z żadnego z nich 
ostatecznie zadowolony. Cały tomik-to różne etapy poszuki- 
wań własnej formy, wytyczania sobie nowych dróg, nowych 
programów; miejscami pozostają z tego małe jakby traktaty 
estetyczne, językoznawcze, botaniczne nawet. W ludowej mo- 
wie słusznie widzi Czernik źródło ożywcze, zasób nowych 
skarbów tematycznych i formalnych; drugiem źródłem jest bez- 
pośredniość, która tak często piękny wyraz znaleźć umiała 
("O zieloności"). Tą drogą mógłby iść Czernik bez wahań - 
jeszcze na niej dużo znaleźć może. Więcej, niż w teoretycz- 
nych rozważaniach. (J. B.) 


J ak większość pisarzy szeroko poczytnych-że przypo- 
mnimy choćby Sienkiewicza, Konopnicką, Makuszyńkiego 
i Ejsmonda-tak i F. O s s e n d o w s k i wziął się do pisania 
utworów dla młodzieży. Debjut niezbyt był szczęśliwy. Dwie 
powieści historyczne: "W ańko z Lisowa" (wek XIII) i »Pod 
polską banderą" (wiek XVII) należą do rzeczy najmniej uda- 
tnych w twórczości Ossendowskiego; pierwsza z nich zwłasz- 
cza napakowana jest w każdem zdaniu stekiem przeróżnych, 
niekiedy zgoła fałszywych archaizmów, pozbieranych z wsze- 
lakich epok i starszej i nowszej słowiańszczyzny, czasem zaś 
bezpośrednio z dzisiejszego języka rosyjskiego, choć przyznać, 
bądź co bądź, należy, że niema tu tak paradnych nieporozu- 
mień językowych, od jakich się roi "Twardost" Sieroszew- 
skiego. Powieść "Pod polską banderą", w tendencji szlachetna 
i aktualna, byłaby ber tych niepotrzebnych przystawek lin- 
gwistycznych o wiele sympatyczniejsza, poczęta jest ducha 
"Trylogji" Sieskiewiczowskiej, a bliska jest niektórym po- 
wieściom Wal. Przyborowskiego. Apoteozą polskiego bohater- 
stwa z czasów wielkiej wojny zajął sie Ossendowski w książce 
»Najwyższy lot" (Wyd. Pol.), która (mimo kilku opowieści 
o treści pessymistycznej, jak "A było ich 37") jest lekturą na- 
prawdę krzepiącą i czynem wysoce obywatelskim. Sienkie- 
wiczowskie "W pustyni i puszczy" znalazło pewien oddźwięk 
w miłej, i dla młodzieży bardzo stosownej, opowiastce "Muli 
zwycięscy" (Książnica Atlas), gdzie Iło wprawdzie inne niż 
u Sienkiewicza, mianowicie tak dobrze znana Ossendowskiemu 
Mongolja, lecz tendencja i niejeden epizod są podobne, 
Romek bynajmniej nie ustępuje Stasiowi Tarkowskiemu ani 
W dzielności, ani w przedsiębiorczości i pomyłowości. 
N apisawszy drugą jeszcze powiastkę azjatycką, tym razem 
już w stylu londonowskim, p.t. "Czao-Ra" (losy psa w tundrze 
syberyjskiej), podążył Osaendowski szlakiem Sienkiewiczow- 
skim i do Afryki. Zaczął od "Przygód małpki" - ujętych 
W formę niby małpiego pamiętnika, a osnutych podobno na 
rzeczywistych przygodach szympansa, podarowanego przez 
Ossendowskiego zwierzyńcowi poznańskiemu. Tu już autor 
pokazał, co umie, i stworzył w powieści dla młodzieży rodzaj 
nowy i odrębny; talent narratorski i humor (przepysznie wspo- 
magany ilustiacjami ś. p. Mackiewicza) podbijają naprawdę 
serca młodocianych czytelników, chociażby ci jeszcze nie 
zdolni byli wyczuć subtelnej ironji, jaką przesnuł Ossendo- 
wski swą opowieść. 
Humor w parze z głęboką tendencją wychowawczą 
idzie w ostatniej "młodzieńczej" powieści tegoż pisarza, no- 
szącej tytuł "Miljoner Y" (Książnica-Atlas). Bohaterem jest 
mały murzynek mający "najkrótsze na świecie ubranie i naj- 
krótsze imię". Staje się on rru czyli wodzem garstki rówieś- 
ników, zmuszonych tułać się po puszczy w posukiwaniu ży- 
wności w dniach głodowych. Ten "biezPrizorngj" ma w swem 
sumieniu dziwgnię etyczną, która nie pozwala mu upaść du- 
chowo, etycznie w naj cięższych przeciwnościach. Siadem 
może stasia Tazkowskiego przebywa całą puszczę, poznaje 
różne jej dziwy i stworzenia, aż dociera do morza. Dostawszy 
się na okręt kupiecki, przybywa z nim do Ameryki i tu za- 
czyna się druga część tych zajmujączych przygód. Zaczyna 
się - po amerykańsku - od rekordu: kto najprędzej zdoła 
wyłuskać największą ilość ostryg, potrzebnych do "oystersoup*, 
stanowącej strawę zwykłą ludności przedmiejskiej N . Yorku, 
Z tego bierze początek "mechaniczna otwieralnia ostryg", po- 
tem inne przedsiębiorstwa, aż murzynek wyrasta na miljo- 
nera. Clou całej powieści stanowi rozdział, w którym Y daje 
lekki policzek moralny swoim kolegoru-miljonerom i wraca 
do Afryki, poświęcić swe siły sprawie murzyńskiej. - Nie 
tak oryginalną, ale ciekawą treść ma wreszcie "Zwierzyniec" 
(Wydawn, Polskie), który przez autora został określony jako 
powieść dla dzieci od lat 8-100; tu już humoru mało, a nawet 
przeważa nuta smutna, finał swój mająca w śmierci więzio- 
nego w klatce orła. Szkoda, że w tekście z,nalazły się tu licz- 
ne usterki językowe (np "wzmożyła" zam. "wzmogła" i t.d. li.d.) 
W powieściach, wydanych przez Księżnicy-Atlas, tego defektu 
teraz się nie spotyka; widać że nad korektą czuwa polonista, 
redaktor "Iskier", prjf. Wł, Kopczewski. (J. B.) 


MUZYKA 


F ILHARMONJA.-Pierwszego grudnia już po raz drugi zje 
chał do Warszawy i wystąpił, tym razem w sali Filhar- 
monji, wiedeński chór chłopców (Wiener Saengerknaben). 
Przyjazd tego młodocianego zespołu nastąpił w wyjątkowo 
serdecznym nastroju; cała prasa z zupełnie usprawiedliwionym 
zachwytem pisała o jego dużych wartościach, podkreślając 
przedewszystkiem chełpliwym tonem, jaki się zwykle daje 
odrzuć, gdy mowa o rodowodach, fakt czterechsetletniego jego 
istnienia. 
Dowiedzieliśmy się więc, że chór ten powstał na mocy 
dekretu cesarza Maksymiljana, że wchodził w skład słynnej 
"Hojburgkapelle' że instytucja ta przetrwała do roku 1918-go, 
w którym młoda republika austrjacka, jak każda młoda re- 
publika, likwidując w demokratycznych zapędach "przeżytki", 
związane z dynastją (ale też i z historją) , zniosła, rozwiązując 
zupełnie, chór chłopców. I nie było go do roku 1923-go. Te 
pięć lat, to dokument, a te t y l k o pięć lat, to także dokument. 
Bo czy jedynie niewątpliwe okaleczenie chóralnego 
śpiewu kościelnego przez pozbawienie go głosów chłopięcych 
i obawa, ażeby brak ich nie wypaczył charakteru tego śpiewu, 
jeśli nawet całej jega bogatej literatury nie wepchnął do ar- 
chiwum, były przyczyną ponownego zorganizowania zes- 
połu? - Jestem przekonany, że przedewszystkiem pragnie- 
nie nawiązaniu do tradycji, odzyskania i rozwijania nadal 
tego, czego się nie da zastąpić - dorobku czterystu lat. 
Powstał więc Instytut o zabezpieczonym bycie mater- 
jalnym: dano mu najlepsze warunki pracy, a w miejsce sta- 
rych internatów klasztornych wybudowano nowy, "wyposa- 
żony we wszystkie zdobycie wygody, hygjeny i komfortu", 
jak nie zapomina poinformować program (szczegół przecież 
bez znaczenia, podkreślenie go jednak charakterystyczne). 
Niepospolite walory chóru są, obok pracy i materjału 
głosowego, przejawem i wynikiem jego historji. 
Podkreślić należy precyzję wykonania (nieporównane 
pianissimo), czystość intonacji, dobór i wyszkolenie głosów. 
Właśnie wyszkolenie. Tych malców między jedenastym, a pięt- 
nastym rokiem życia! I tu trzeba wymienić nazwisko dokto- 
ra Georga Grubera, obecnego kierownika. 
Zamiast zapowiadanej opery komicznej K. M. Webera 
"Abu Hassan" odegrano "Próbę opery" Lortzinga. Piszę o de- 
g r a n o, gdyż nie ograniczono się tylko do odśpiewania par- 
tyj wokalnych i zupełnie słusznie; opuszczanie bowiem dja- 
logów lub ich recytacja bez uwydatnienia komizmu akcji, po- 
zbawiałoby zupełnie sensu wystawianie oper, które zawsze 
wchodziło w skład świeckiego renertuaru chłopców. Włączenie 
znowuż elementów teatralnych, jakiemi była gra (i to dosłow- 
nie), charakteryzacja i kostjumy, domagało się oprawy sceni- 
cznej, której w piątek nie było. Inna rzecz, że przedstawie- 
nie, na tle ogromnych kotar w Filharmonji, sprawiało wraże- 
nie dziwnego teatru żywych kukiełek. Zestawienie małego 
wzrostu aktorów z wielkiemi kotarami dało efekt, jaki wy- 
woływać można operowaniem skalą. Oczywiście był to tym 
razem przypadek. 
Motety (świetnie wykonany Vittoria "Domine non sum 
dignus'') i pieśni ludowe dopełniały program. - 
W, NARUSZ 
P. S. W poprzednim numerze "Myśli Narodowej" 
w sprawozdaniu z koncertu poznańskiego chóru katedralnego 
wkradł się błąd. Mianowicie zamiast ziania: "Bo nie formy 
broniono w Trydencie, ale ducha niereligijnego, którego niósł 
renesans", winno być "Bo nie formy broniono w Trydencie, 
ale ducha przed wpływami niereligijnemi, które niósł renesans*. 


NOWE 


KSIĄŻKI 


W i e r z y ń s k i K a z i m i e r z. Gorzki urodzaj . (Poezje). 
Warsz. 1933. .1. Mortkowicz. 
S K r u d 1 i K M i e c z y s ł a w. Cudowny obraz Matki Bos- 
kiej Częstochowskiej. (Warsz. 1933). Wydawn. Tow. popierania 
kultury regionalnej w Częstochowie, S. 83 z ilust. 
S z p y r k ó w n a M. H. Skłamane szczęście, Powieść. 
Warsz. Rój. 
D ę b o róg W. M, Czeki bez pokrycia. Warsz. Rój. 
G r a b s k i W ł a d y s ł a w Jan. Bracia. Powieść. 
Warsz. Rój. 
D e S a i n t E x u p e r y A n t o n i. Nocny lot. Przekład 
M. Czapskiej i S. Stempowskiego. Powieść. Warsz. Gebethner 
i Woltf. 
M i c k i e w i c z W ł a d y s ł a w . Pamiętniki t. III. 
Warsz. 1933. Gebethner i Woltf. S. 488. 
R u c h L i t e r a c ki. Warsz. nr. 8 (październik). 
F u r o w i c z A. Dom duchów. Grudziądz 1933. Nakła- 
dem autora. S. 87.
		

/p0015.djvu

			Nr. 52 


MYŚL 


NARODOWA 


795 


OFENSYWA 
GOTT STRAFE ENGEL-LAND? 


Z NÓW odbyły się demonstracje przed ambasadą angiel- 
ską w stolicy Polski. Jednego dnia dwustu młodych, 
ognistych Chazarów maszeruje i wrzesj.czy, drugiego dnia 
wybijają szyby kamieniami, a kamienie owiaięte papierkiem, 
na którym napisane: "Precz z rządem angielskimi* Już tam- 
tego roku awanturowali się i oblewali uaftą podłogę w kon- 
sulacie. Teraz znów wycia, ryki i tłuczenia szyb i groźby. 
N adto grożą, że i we Lwowie będą demonstrowali: Gott straJe 
Engellandl Za co? Za czto Chuzary? 
Trzy dni temu J. K. Mość wysłał specjalną depeszę na 
uroczysty meeting w Albert Hallu combatlanJów żydowskich 
(sephardim) w armji angielskiej. Wogóle cackanie i każolo- 
wanie na każdym kroku, no i obrażanie się na to, co wypra- 
wia damned Germany. Arcybiskup Canterbury raz po raz 
podpisuje się na kadżym proteście. Captain Sears wrzuca 
wieniec do Tamizy. W parlamencie to poseł Mander, to Loc- 
ker-Lampson, tradycjonalni: Wedgewood i Kenworthy. Dwu- 
krotnie oburzali się Chamberlain i Churchill. W prasie dużo 
łez się polało "czystych, rzęsistych". Pochody też bywały na 
Trafalgar-Square. Zapomniano z kretesem o swoich własnych 
wyczynach w Irlandji (przez 700 lat) w Egipcie, windjach, 
w Transwaalu, i o pewnych niedomogach humanitaryzmu 
w stosunku do różnych "coloured people'. A natomiast roz- 
dzierano szaty z powodu przeokopnych mąk, jakie prze- 
chodzą krewniacy Londyńezyków z "Magnolia-Street* (po- 
wieść Louisa tłoldinga o potwornej egzystencji żydów 
londyńskich). Żaden naród na kuli ziemskiej nie wybeczał 
się tyle i nie wyszlochał w prasie z powodu tragedji żydów 
niemieckich, ile rodacy au tora " Kupca Weneckiego"... Był 
moment, że nawet notoryczni antysemici, jak G. K. Chesterton 
i H. Belloc, porwani suggestją powszechną wyrażali się 
dyskwalifikujące o tym odcinku narodowej rewolucji nie- 
mieckiej: niechby wyrzynali w pień komunistów, byle nie 
spadł włos jeden z głowy Absaloua lub Dawida... Golder! 
(patrz powieść Niemirowskiej). 1 był moment taki, że wszyscy 
omal Anglicy byli za bojkotem nawet piwa madę in Germany 
i do bojkotu byłoby doszło, g'iyby nie kategoryczny sprzeciw.. 
J echudim, to jest "Board oj Deputies' to jest kilkuset Shy- 
locków (Laski, Montefiore, Mond), wiernych staremu przysło- 
wiu: jewish policy is jewish trade. 
No i co to wszystko pomogło? Figę! Jeszcze się ten 
nie narodził ktoby Lord-People dogodził. Już rok temu pisał 
nasz p. Eichhorn w "Hajncie": 
"Niema już teraz żadnej wątpliwości, że między na- 
mi a Anglją wszystkie mosty są spalone... Musimy teraz 
zbliżyć się do wszystki h tych czynników, kimkolwiek 
byłyby one, których interesy kolidują na arenie świato- 
wej z interesami imperjalizmu angielskiego, i u nich szu- 
kać pomocy". 
Było to z powodu jakiegoś drobnego incydentu. I już 
England nie była Engelland tylko poprostu perfid Albion. 
Teraz znów się to powtarza. Fala nienawiści (Hass ge- 
gen die Umwelt) przeciw Niemcom odchodzi, fala nienawiści 
do Arabów zmalała i znów wzbiera furja na Anglików, na 
administrację palestyńską, na high-comissioner'n w Jerozoli- 
mie, na constabullary (policję), na sądy i sędziów. Oczywiście 
starszej daty angiomani, jak jubilat Uszyszkin, prof. Weitz- 
man, prof. Brodetzky i sam czarujący prezydent N ehum So- 
kołów (b. współpracownik "Hacefiry" i "Izraelity"... równo- 
cześnie) będą nadal stali przy tronie czy stolcu Mac- Donabia, 
jut choćby za jego list do Weitzmana z 18 lut. r. 1931, po- 
twierdzający list miłosny Balfoura do "drogiego lorda Rot- 
szylda" . Staruszkowie liczą na Anglję, jak na Zawiszę i z lu- 
bością patrzą na angielskie samochody pancerne, tanki i ka- 
rabiny maszynowe, dzień i noc pilnujące, aby Ark;-dja była 
nadal Arkadją, a dzikie Beduiny nie nabrały ochoty zarżnię- 
cia młodych chalucek i chaluców, a z papą i mamą do wody, 
do morza (czem stale grożą). 
Młodzi natomiast, szczególnie Chazarzyska z Europy har- 
dziej Wschodniej nie mają już tego serwiltycznego respektu. 
Oni są wysportowani i makabicznf, chcą mieć własnoręczne 
haubicie i bomby ekrazytowe i rwą się do tego, abyautoch - 
tonów Arabów ogniem i mieczem pędzić precz w pustynie 
i piaski, a do okrągłego stołu, dobrze nakrytego, siadać samym, 
bez żadnych mr. Youngów, mr. Frenchów i t. p. angielskich 
biurokratów. Tym cwaniakom już nie imponują przewspaiibłe 
oracje mr. Chamberlaina (Hamlet:. . . . .słowa, słowa, słowa!*), ani 
nawet wzruszająca, ojcowska troskliwość obecnego highco- 
missionera, oczywiście generała. W wypowiedzeniach "nilo- 
dzieńców żydowskich" p.p. Kanane)J;o, Szwalbego, Hartglassa, 
Thona, Appenszlaka, Meira Grossmuna, syjonistycznej Wielo- 


polskiej Miriam Wolman i wreszcie samego Fiihrer». Żabo- 
tyńskiego czyta się stale o angielskiej dwutorowości, dwuli- 
COWOSCl, balansowaniu, angielskiem divide..., wygrywaniu 
jednych przeciw drugim lub wprost o... oszustwie. 1 tak pan 
N. Szwalbe zarzuca mr. Youngowi (reprezentant rządu angiel- 
skiego w Genewie) "właściwy sobie cynizm", inny pisze 
o "oszukańczym raporcie Frencha" (Kahane), Hartglas za- 
pytuje: 
"Czy raczej Anglja nie gwałci mandatu, nie uniemoż- 
liwia poprostu urzeczywistnienia deklaracji Balfoura, 
stwarzając ograniczenia imigracyjne, zaprowadzając system 
certyfikatów?" 
Pan Meir Grossman wypowiada się przeciw jakiejkol- 
wiek współpracy z rządem mandatowym. 
Ale jeszcze się trzymali i wstrzymywali fuIję aż do 
ostatnich dni. Jeszcze po stłumieniu pierwszego powstania 
arabskiego, po krwawej masakrze, w której zginęło śmiercią 
krwawą kilkudziesięciu Arabów, a kilkuset rannych leży 
(ani jeden Chazar), warszawski tygodnik "Opinja" pisał: 
"Należy stwierdzić, że tym razem rząd wystąpił zu- 
pełnie zdecydowanie przeciw próbom wywołania niepokoju 
w kraju, i nie cofnął się przed użyciem najostrzejszych 
środków. Gdy było konieczne, użył broni palnej. Przywód- 
ców arabskich, odpowiedzialnych za to, co zaszło, osadził 
więzieniu. " 
"Trzy razy księżyc odmienił się złoty", kiedy już za- 
częli pisać o "inscenizacji buntu arabskiego ludu" i insynu- 
ować, że demonstracje są wtedy, kiedy "rząd pozwoli", no 
a kiedy rząd palestyński, przerażony rzezią Arabów i nad- 
chodzącemu już w bliskiej przyszłości, straszliwemi konsek- 
wencjami w całym świecie muzułmańskim, zdecydował wresz- 
cie "Stop Irnigrationl" zaś policja zaczęła wyławiać setki 
wszmuglowanych "turystów", głównie komunistów, wtedy od- 
razu: Gott straJe England! Crucifige! Crucifigel 
No i kamienują. 
Pan Appenszlak pisze pod adresem "pozwalającej so- 
bie" Anglji: 
"Oświadczamy to wyraźnie, że pobyt każdego żyda 
w Palestynie jest legalny, bez względu na rodzaj wiz 
i paszportów - tak samo, jak legalny jest pobyt każdego 
Anglika w Anglji! Jest to legalność głęboka, faktyczna, 
historyczna-ważniejsza od stempla placówki konsularnej. 
Nigdy za żadną cenę - żydostwo nie wyrzeknie się tej 
legalności! Represje nic tu nie pomogą!" 
"Hajut" ostrzega Wielką Brytanję: 
"Tak, może powstać położenie, gdy żydzi będą mu- 
sieli domagać się, by Anglja oddała mandat w inna ręce." 
A p. Zabotyński w samym Londynie na konferencji 
prasowej wygłasza przemówienie, które w telegramie ŻATA 
dzięki figlowi chochlika drukarskiego brzmi: 
" Upiór żydowski przełamie krzyżowy pochód, 
wszczęty przez rząd palestyński przeciwko imigracji pa- 
lestyńskiej. " 
U piór! 
J ednem słowem na całej linji: Gott straJe England/ 
A jeszcze niedawno to był Engel-land... 
ADOLF NOWACZYŃSKI 


NA 


MARGINESIE 


Dzienniki sanacyjne pokrywają klęskę, poniesioną 
w wyborach samorządowych w Poznańskiem i na Pomorzu, ar- 
tykułami jednobrzmiące<<», głoszącemi zwycięstwo "sanacji", 
a klęskę obozu narodowego. 
Ludzie się zżymają na to kłamstwo, ale nie pomyślą 
o tern, coby było, gdyby prasa sanacyjna w jakimkolwiek 
wypadku napisała przez pomyłkę prawdę. Opinja byłaby 
wtedy zupełnie zdezorjentowana, a tak każdy wie, czego się 
trzymać: 
- Aha, mają rację, jest właśnie odwrotnie. 


* 


Pierwszą publikacją Akademji Literackiej jest serja 
pocztówek z wizerunkami akademików i z atestacjami, wysta- 
wionemi im przez p. Pomirowskiogo (Pompera). 
Pierwszą pracą, zadaną akademikom przez p. Jędrze- 
jewicza, ma być plan nauczania literatury palskiej w szko- 
łach średnich. Zapewne chodzi tu o ułożenie porządku, w ja- 
kim następować ma lektura dzieł akademików - twórców- 
Kadena Bandrowskiego, S4affa, Berenta, Nałkowskiej, Leśmia- 
na, Choynowskiego. 
Czynność ta zajmie wiele posiedzeń, a skończy się na 
ponumerowaniu pocztówek.
		

/p0016.djvu

			796 


MYS L 


NARODOWA 


Nr. 52 


POLECAMY NASTĘPUJĄCE PRACE 


MYSL 


NARODOWA 


Dr. STEFANA SURZYCKIEGO 


OTWARTA PRENUMERATA 


Prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego. 


na 


1934 


rok 


CENA Z DOSTAWĄ: 


Rozwój wiedzy rolniczej w Polsce, str. 329 + 8 nlb. 
Kraków, 1928 zł. 10.- 
Praca Towarzystw Rolniczych u nas i gdzieindziej . 
Warszawa 1928 zł. 1.80 
Spółdzielczy Instytut Naukowy (Dziesięciolecie 
istnienia 1919 - 1929). Warszawa 1929. zł. 1.- 
Z dziejów pamiętnego ,,zEIU" Kraków 1930 zł. 1.- 
Organizacja pracy społecznej rolniczej, str. 
384 + 4 nlb. Warszawa 1931 zł. 12.- 
Walka o autonomje uniwersytecką Warszawa 1933 zł. 1.50 
Kartka z dziejów rosyjskiego wychowania pań- 
stwowego. Warszawa 1933. zł. 1.20 


W KRAJU: ZAG RAN ICĄ: 
rocznIe . zł. 32.- rocznIe zł. 45.- 
półrocznie . 17.- półrocznie 24.- 
" " 
kwartalnie 9.- kwartalnie " 12.- 


PRENUMERATĘ Z ZA OCEANU UPRASZA SIĘ 
PRZEKAZYWAĆ ZA POŚREDNICTWEM BANKÓW 
W ZŁOTYCH POLSKICH. 


Wydawnictwa powyższe są do nabycia 
W KSIĘGARNI "NAUKA I SZTUKA" K. LEŚNIAKA, 
Kraków, Podwale 6. 


Konto czekowe na P. K. o. Nr. 3.105. 


W DOMU KSIĄŻKI POLSKIEJ, 
Warszawa PI. Trzech Krzyży e. 
I we wszystkich większych księgarniach. 


TADEUSZ BIELECKI 


: amiast 8 złotych tyl ko 4 złote 
ADMINISTRACJI "MYŚLI NARODOWEJ" 
udało się nabyć ograniczoną ilość egzemplarzy 
trzeciego, poprawionego wydania 


. 
:ATAKG POLSKO-zyI)OWSKI 
Z ROKU 1815 


NAKŁADEM 
"MYŚLI NARODOWEJ" 
WA R S Z AWA - - 1933 
Do nabycia w księgarniach. 


Cena 6 O groszy 


HENRYKA ROLICKIEGO 


KONIECZNOŚĆ ICH 


WZNOWIENIA 


Wobec coraz większego zaintereso- 
wania sprawą żydowską, książka 
ta, jako jedyna źródłowa historja 
żydów, powinna znaleść się w bibljo- 
tece każdego Polaka. Wksięgarniach 
"ZMIERZCH IZRAELA" kosztuje 8 zł. 
, 
Dla czytelników "MYSLI NARODO- 
WEJ" tylko 4 z?, z przesyłką pocz- 
tową 5 zł. 
Pieniądze należy wysyłać za pośrednictwem 
P. K. O. Nr. 3105 z zaznaczenIem, 
że kwotę nadesłano na książkę. 


WYSZŁA Z DRUKU KSIĄŻKA 


ŁAŹNIE W DAWNEJ POLSCE 


OPRACOWAŁ 
Dr. KAZIMIERZ STROŻECKI 
b. starszy asystent kat. Higjeny Uniw. Warszawskiego. 


DO NABYCIA WE WSZYSTKICH KSIĘGARNIACH 
Cena książki 4 złote. 


Myśl Narodowa. - Głos Wielkopolski i Pomorza J. Petryckiego. - W kłębowisku śląskiem W Zaleskiego.- 
T R E S C: Wichrzenia żydowskie za Jana III A. Rawicza. - Ars vulgivaga St. Pieńkowskiego. - Chesterton o nacjo- 
nalizmie i religji. - Na widowni J. Rembielińskiego. - Głosy. - Polski słownik biograficzny. - Nauka 
i literatura ("Czeki bez pokrycia" W, "Każdy" J. Gr. i t. d.). - Muzyka W Narusza. - Nowe książki. 
Ofensywa A. Nowaczyńskiego. - Na marginesie. 
Adres Redakcji: Marszałkowska 153, tel.625-45. Adres Administracji: AL Jerozolimskie Nr. 17, 2-gie piętro Tel. 9-87-90. 
PRZEDPŁATA kwart, zł, 9, półrocznie ii. 17, roczaie iX 32, zagranicą kwart, zł, 12, półrocza, zł. 24, jwitia zł, 45, 
Konto czakowe na P. K. o. 3.105. 


Redaktor naczelny i wydawca: ZYGMbNT WASILEWSKI, 
D»nk. KOOD. Prac. Drukarskich. Zielna 47. Tel. 619-57 


Redaktor odpowiedzialny: JAN R EMBIKLINSK1. 
PRZESYŁKA POCZTOWA OPŁACONA RYCZAŁTEM.