/p0001.djvu

			, 


, 
TYGODNIK POSWIĘCONY 
, , 
KULTURZE TWORCZOSCI POLSKIEJ 


ROK IX. Nr. 54. 


WARSZAWA, 15 GRUDNIA 1929 R. 


CENA NUMERU 80 GR. 


BŁĘDNE 


B YŁY minister sprawiedliwości, p. Car, powie- 
dział w swym odczycie krakowskim p. t. "Kon- 
stytucja 17 marca a polska rzeczywistość" źe - 
ze strony obozu dziś rządzącego - "walka 
toczyć się będzie nie o w ł a d z ę, bo ją rząd, urze- 
czywistniający ideę państwową marszałka Piłsud- 
skiego posiada, ale o zdrowy u s t rój państwowy, 
który ma zapewnić Polsce miejsce wśród narodów 
świata wtedy także, gdy przyjdą nowe pokolenia". 
Wynikałoby stąd, że dla obozu p. Cara "wła- 
dza" jest tylko środkiem, a "ustrój" - celem. Min. 
Kwiatkowski, przemawiając we Lwowie, powiedział 
nawet, że z chwilą przeprowadzenia reformy ustroju, 
rząd, będący wyrazicielem obozu pomajowego, lo- 
jalnie ustąpi i nowe rządy będą mogły swobodnie 
powstać na podstawie nowej konstytucji. 
Wydaje się jednak, źe jest to właściwie tylko 
gra słów i źe rozróżnianie pomiędzy "środkiem" 
a "celem" w danym wypadku jest nieistotne. 
Do takiego wniosku upoważnia w zupełności 
rozbiór projektu konstytucyjnego Bezp. Bloku Współ- 
pracy z Rządem. Niezależna krytyka zgodna jest 
w ocenie tego projektu z głosem szerokiego ogółu 
(" vox popu!i''), który, jak wiadomo, orzekł z całą 
stanowczością, iż projekt B. B. - używając popu- 
larnego zwrotu - ustanawia " d z i e d z i c z n ość 
rządów sanacji". 
Wbrew zatem twierdzeniu p. Cara i innych 
przedstawicieli rządzącego obecnie obozu "legjono- 
wego" , należy przyjąć, iż obóz ten, walcząc o nowy 
i, jak powiadają jego przywódcy, "zdrowy" ustrój 
państwa, walczy w istocie o swą w ł a d z ę w pań- 
stwie, o u t r z y m a n i e i u t r wal e n i e swych 
rządów, o taką "konstytucję", która byłaby wyra- 
zem u kła d u s ił, stworzonego przez zamach stanu 
13 maja 1926 r. 


KOŁO 


Należy dodać, iż w gruncie rzeczy p. Car nie 
był daleki w swym odczycie krakowskim od ta- 
kiego właśnie pojmowania obecnej "walki o ustrój", 
skoro na wstępie odczytu, powołując się naLassale'a, 
stwierdził, iż konstytucja w swej istocie jest "rze- 
czywistem ustosunkowaniem się sił, tkwiących w da- 
nem społeczeństwie". 
Zachodzi atoli pytanie, czy 1) obecny układ 
sił w Polsce jest tego rodzaju, by jego wyrazem 
prawno-państwowym miała być konstytucja na 
modłę projektu B. B. lub doń zbliżona i czy 2) można 
wogóle uważać ów dzisiejszy układ sił za usta- 
lony, skrystalizowany i do tego stopnia trwały, 
by można go przyjąć za podstawę faktyczną no- 
wej ustawy konstytucyjnej? 
Co do pierwszej części tego pytania, to wy- 
starczy uczynić przypuszczenie, że projekt B. B. 
lub inny podobny j e s t już prawem, by pojąć, 
jak dalece jest on obcy naszym stosunkom. Nie 
ulega wątpliwości, że, gdyby projekt ten wszedł 
w życie, rozbieżność między "rzeczywistem życiem 
konstytucyjnem państwa a literą prawa konstytu- 
cyjnego" (według odczytu p. Cara) byłaby o wiele 
jaskrawsza, niż jest dzisiaj w stosunku do konsty- 
tucji 17 marca. Społeczeństwo w tym nowym stroju 
konstytucyjnym czułoby się równie skrępowane, 
jak człowiek w źle skrojonem i zbyt kusem ubra- 
niu. Państwo, które nie jest przecie niczem innem, 
jak prawną organizacją społeczeństwa, weszłoby 
zapewne w okres cięższych prób, niż po przyjęciu 
przez Sejm Ustawodawczy konstytucji obecnej. 
Być może, że dzisiejsze projekty konstytu- 
cyjne B. B. w sytuacji z maja 1926 i pierwszego 
okresu rządów pomajowych były wyrazem ówcze- 
snego chwilowego całkiem ustosunkowania się sił
		

/p0002.djvu

			370 


MYŚL NARODOWA 


Nr. 64 


w społeczeństwie, ale w obecnym układzie 
sił są już anachronizmem. 
O nierealności projektu konstytucyjnego B. B. 
w odniesieniu do d z i s i e j s z e g o układu sił 
świadczą najlepiej wypadki z 31 października i prze- 
bieg posiedzeń Sejmu w dn. 5 i 6 grudnia. I jedne 
i drugie udowodniły w sposób oczywisty, że prze- 
wrót majowy staje dzisiaj co chwila wobec dyle- 
matu nowego zamachu stanu, wracając 
w ten sposób z nieubłaganą koniecz- 
nością do swego punktu wyjścia. 
Pomajowy układ sił w państwie należy już 
do przeszłości. I dlatego pomysły konstytucyjne 
B. B. znajdują dzisiaj tak słaby oddźwięk w spo- 
łeczeństwie. 
N awet wielu zwolenników przewrotu uważa 
te pomysły za spóźnione i w obecnych warunkach 
nierealne . 
Przychodzę do drugiej części postawionego 
tu pytania. 
Czy można nadawać państwu i społeczeństwu 
nowe formy organizacyjne, wychodząc z obecnego 
układu sił w społeczeństwie? Czy układ ten jest 
dostatecznie skrystalizowany i trwały? 
Powiedzieliśmy już, że pomajowa, stworzona 
przez zbrojny zamach równowaga polityczna za- 
chwiała się w ostatnim okresie. Wszyscy odczu- 
wają zupełnie wyraźnie, że opiera się ona w tej 
chwili wyłącznie na czynnikach fizycznego przy- 
musu. Może "kryzys zaufania" w stosunku 
rządów pomajowych nie doszedł jeszcze do tego 
napięcia, jak w stosunku do "sejmowładztwa" - 
u schyłku rządów Wł. Grabskiego, ale istnieje on 
i coraz bardziej, w gwałtownem tempie się pogłę- 


bia. Dzień dzisiejszy cechuje bezwątpienia nIe- 
pewność, płynność, tymczasowość. 
Rzecz prosta, że na takim fundamencie nIe- 
podobna nic budować. 
Trzeba też podziwiać śmiałość reformatorów, 
którzy podejmują się naprawy ustroju państwowego 
w warunkach najmniej odpowiednich, kiedy jeden 
"układ sił" uległ już rozluźnieniu, a inny nie zdą- 
żył się wytworzyć jeszcze na jego miejsce. 
Zdaje się, że jak mówi Pismo, "nie wiedzą, 
. " 
co czynIą. 
Albo nie wiedzą, że fundament, na którym 
chcą budować, chwieje się. Albo nie wiedzą, że 
budując, będą d o p i e r o budować fundamenty, 
a j e s z c z e nie samą budowlę, a w takim razie, 
że to, co zwą walką o nowy ustrój, jest w isto- 
cie wciąż jeszcze tylko walką o w ł a d z ę . 
Każda głębsza zmiana ustroju, dokonana na 
podstawie dzisiejszego układu sił w państwie i spo- 
łeczeństwie, byłaby płodem niedojrzałym. Stosunki 
bowiem n i e d oj r z a ł y jeszcze w chwili obecnej 
do uogólnień prawnych. 
Nowy ustrój musi mieć dla siebie podstawy 
w życiu, ażeby mógł powstać w ustawie. 
Do tej chwili zaś może być tylko p r o w i z o r - 
jum. A czy to będzie prowizorjum z marca 1921, 
czy z maja 1926, czy z grudnia 1929-to w gruncie 
rzeczy wszystko jedno. Zagadnienie ustroju odro- 
dzonego państwa pozostanie nadal otwarte. 
Ale wypadki, związane z rozkładem dzisiejsze- 
go systemu rozwijają się szybko, coraz szybciej. 
Zbliża się też coraz bardziej chwila, kiedy naród 
znajdzie nareszcie wyjście z tego błędnego koła 
tymczasowości. 


J. D. N. 


o POLITYKĘ CZ\'NNĄ NAD DUNAJEM 


O STANOWISKU Polski jako mocarstwa mówi 
się obecnie dużo. W związku z nową amba- 
sadą w Londynie, pisało się o "przyznaniu 
Polsce stanowiska mocarstwa przez Anglję". 
Z punktu widzenia prawnego, państwa są 
równe i nie może być mowy o jakimkolwiek akcie, 
który miałby stanowić coś w rodzaju "mianowania" 
danego państwa mocarstwem. Klasyfikacja na mo- 
carstwa i niemocarstwa jest czysto polityczna. 
A i pod tym względemjestjuż przestarzała. Polityków 
bardziej interesuje pogląd dynamiczny na sytuację 
międzynarodową. Dla nich znacznie ważniejsze 
od podziału na mocarstwa i niemocarstwa jest 
rozróżnienie państw, prowadzących politykę mo- 
carstwową i takich, które takiej polityki nie pro- 
wadzą. 
Co to jest polityka mocarstwowa? Określenie 
ścisłe jest trudne. Ale można powiedzieć mniej 
więcej, że kiedy myśl polityczna danego narodu 
zaczyna obejmować horyzont światowy, kiedy dzia- 
łalność polityczna państwa zaczyna starać się 
o wpływy zagranicą, i zdobywać je, oddziaływa 
na powstawanie ugrupowań międzynarodowych, 


zgodnych z jego interesami, wtedy można powie- 
dzieć, że polityka danego państwa nabiera cech 
polityki mocarstwowej. 
Trzeba oczywiście odróżnić politykę mocar- 
stwową od awanturniczej. Polityka mocarstwowa 
jest aktywna, ale równocześnie planowa, i w razie 
potrzeby zdobędzie się na koncesje. Cechą polityki 
awanturniczej jest aktywność ale bezplanowa. Prze- 
skakująca z jednego programu na drugi. 
Nawet mniejsze państwo, jeżeli prowadzi z po- 
wodzeniem politykę mocarstwową, jest na drodze 
do stania się mocarstwem. A mocarstwo, które się 
nie może na nią zdobyć, musi spaść wkońcu do 
stanowiska drugorzędnego. Polityka mocarstwowa 
jest jedyną drogą do stania się mocarstwem. 
Dawna Polska była w pewnych epokach 
swych dziejów mocarstwem. Polska odrodzona 
może także niem być pod warunkiem, że zdobędzie 
się na politykę mocarstwową. Pójdziemy jeszcze 
dalej. Położenie nasze jest tego rodzaju, że tylko 
duże państwo, mające politykę czynną, może się 
w niem utrzymać. Dopiero zbliżają się czasy, 
w których będziemy musieli zdać rachunek z dotych-
		

/p0003.djvu

			Nr. 54 


MYŚL NARODOWA 


371 


czasowej polityki. Jeżeli Polska nie zdobędzie się 
i nie utrzyma się na linji aktywnej, na szeroką skalę 
obrony swoich interesów, to niedługo zaczniemy ruch 
wsteczny, spadniemy do roli drugorzędnego państwa, 
z którem każdy robi, co chce. Polska bowiem 
nie jest państwem, które mogłoby żyć z cudzej 
łaski, tak jak np. Litwa. Jeżeli się nie przygotu- 
jemy do rozgrywki, to, jak czas przyjdzie, nikt nam 
nie pomoże. Jedni nie będą mogli, drudzy nie 
będą chcieli. 
Jakież powinno się mieć pole działania dla 
naszej polityki mocarstwowej? 
Polityka każda musi mieć jakiś jasno określony 
cel, jeżeli go niema, jeżeli ludzie odpowiedzialni 
za nią nie mają programu, to będzie ona albo bez- 
czynna, albo bezplanowa, zamieni się w szereg 
rozpaczliwych porywów, wyłaniających się z coraz 
innych kombinacyj, co wkońcu doprowadzi do ge- 
neralnej ruiny. 
Nie mamy tutaj naturalnie zamiaru urabiać 
jakiegoś światopoglądu politycznego. Chodzi nam 
o rzeczy aktualne. Jakie są postulaty chwili? 
Tak jak odrodzenie Polski jest związane 
z pewnym układem sił w chwili podpisywania Trak- 
tatu Wersalskiego, tak i czynnikami zewnętrzne mi 
naszego bezpieczeństwa pozostaje podobny układ. 
Otóż od 1919 roku dużo się zmieniło. Traktaty, 
z Wersalskim na czele, pozostają jeszcze w mocy, 
ale duch ożywiający je słabnie. Ideą traktatów 
była likwidacja niebezpieczeństwa niemieckiego. 
Jedną z istotnych części systemu politycznego, utwo- 
rzonego w tym celu, jest sojusz francusko - polski. 
Jeżeli duch, ożywiający dzieło traktatów osłabł, to 
przedewszystkiem właśnie tu, duch ożywiający 
przymierze francusko - polskie prawie że wygasł. 
Już des beaux esprits obecnej francuskiej polityki 
zauważają "luki" w Traktacie Wersalskim. Opano- 
wanie rządów i opinji francuskiej przez czynniki, 
które prą do pozytywnego zbliżenia francusko- 
niemieckiego, które jest tylko fazą wstępną otwartej 
kampanji o hegemonję Niemiec w Europie, nie zaszło 
tak daleko, jak się zdaje. Niemniej, nie wyłączając 
możliwości reakcji, musimy ocenić wartość sojuszu 
francuskiego po trzeźwemu. W tem świetle utracił 
on szereg cech, których od niego potrzebowaliśmy. 
Polityka francuska zupełnie jasno nie uznaje 
JUZ za dogmat łączności między bezpieczeństwem 
Renu i Wisły. To iunctim zostało już zatracone 
w Locarno. To, co się dzieje dziś, to wynik roz- 
woju logicznego tego, co tam zapoczątkowano. Lo- 
carno, ogłoszone nieledwie za ósmy cud świata, 
w gruncie rzeczy miało za najważniejszy rezultat 
podkopanie owych słupów, na których się opiera 
bezpieczeństwo Europy. 
Najpierwszetn zadaniem naszej polityki musi 
być liczenie się z tem i znalezienie środków zarad- 
czych. 
Powyżej wspominaliśmy nie o Traktacie Wer- 
salskim, ale o traktatach świadomie, bo Traktat 
Wersalski dotyczy tylko Renu i Wisły, podczas 
gdy bezpieczeństwo Europy opiera się również 
i na tych traktatach, które dotyczą doliny Dunaju. 
Można powiedzieć, że opiera się na trzech punk- 
tach, leżących nad Renem, Wisłą i Dunajem. 
, 
Swiadomość tego winna być podstawą poli- 
tyki polskiej. Jest naszym żywotnym interesem, 
by ten stan rzeczy, jaki istnieje nad Dunajem 
obecnie, nie został naruszony. Być może, że stan 


ten jest krzywdzący, ale przeCIez usunął on stan 
daleko bardziej krzywdzący, a przedewszystkiem 
daleko bardziej sprzeczny z naszemi interesami. 
Względy na osobiste sympatje czy antypatje do 
pewnych narodów nie mogą tu odgrywać żadnej 
roli. 
Jeżeli bezpieczeństwo europejskie traci pod- 
stawę nad Renem, to powinno być jeszcze bardziej 
wzmocnione nad Wisłą i Dunajem. Wzmocnienie 
nad Wisłą, to sojusz z Czechosłowacją, wzmocnie- 
nie nad Dunaje?« to inicjatywa Polski w kierunku 
reorganizacji i wzmocnienia Małej Ententy. Polska 
winna stać się naczelnym bojownikiem nienaruszal- 
ności traktatów. Wzmocnić i zachęcić do akcji 
wszelkie czynniki, które w jakikolwiek sposób 
mogą widzieć swój interes w utrzymaniu trarta- 
tów: taka polityka zasługiwałaby zaprawdę na 
miano mocarstwowej. System dyplomatyczny utwo- 
rzony w ten sposób winien się stać zupełnie 
niezależny od Zachodniej Europy. Jeżeli Ren za- 
niedbuje Dunaj i Wisłę, to trzeba, żeby umiały one 
dać sobie radę, a nie wchodziły w dezorjentacji 
na manowce polityczne, z których się potem 
trzeba wycofywać. 
Polityka nasza, nie decydując się na InICJa- 
tywę i niezależność, czasem obawiając się koniecz- 
nych koncesyj, przy ciągle zmieniających się mi- 
nistrach i orjentacjach, szczególnie zaniedbała swój 
stosunek do Małej Ententy. Gdy w czasie zebrań 
locarneńskich, kiedy zdecydowano uniezależnienie 
gwarancji granic zachodnich Niemiec od granic 
wschodnich, współpraca pp. Benesa i Skrzyńskiego 
pozwalała przewidywać silną konsolidację wspól- 
nego frontu Czechosłowacji i Polski nad Wisłą 
i Odrą. Tymczasem możliwość ta nie została roz- 
winięta. 
Brak poczucia rzeczywistości politycznych 
w niektórych naszych kołach doszedł do tego, że 
w poważnych pismach pisano ni mniej ni więcej 
tylko o wykorzystaniu naszych dobrych stosunków 
z Bukaresztem, dla pośredniczenia w zbliżeniu 
węgiersko - rumuńskiem. Naturalnie dla Węgier 
sens takiego porozumienia jest taki, że spodzie- 
wają się zmusić w ten sposób Czechosłowację do 
rewizji granic. Polska zatem miałaby współdzia- 
łać w rewizji traktatów i w osłabieniu Czechosło- 
wacji. Jaka jest orjentacja Węgier, tośmy mogli 
poznać na ostatniej serji Ligi Narodów, przy 
okazji demonstracyjnego wniosku niemiecko-chiń- 
skiego w sprawie art. 19 Paktu Ligi. Na to nikt 
nic nie poradzi, że Węgry są przeciwnikami poli- 
tycznymi interesów, z któremi Polska musi współ- 
działać, bo są jej naturalne mi sojuszni- 
kami. 
Jeżeli nasze błędy mają być napraWIone 
i jeżeli nie chcemy znaleźć się w kompletnem 
odosobnieniu, musimy pracować usilnie nad zmie- 
nieniem podstaw bezpieczeństwa, naruszonych przez 
zmienność polityki francuskiej. 
Wzmocnić je może jeno blok państw zagro- 
żonych przez niebezpieczeństwo niemieckie, przez 
Paneuropę na gruncie gospodarczym i przez re- 
wizję traktatów na gruncie politycznym. Znaleźć 
i przeprowadzić formułę, oto zadanie dla naszej 
inicjatywy politycznej. 
Jeżeli to się nam uda, to doczekamy jeszcze 
czasów, kiedy Ren będzie nam dziękował. 


ADVR
		

/p0004.djvu

			372 


MYŚ L 


NARODOWA 


Nr. 54 


IMPERJALIZM 


I 
C ORAZ częściej pojawia się, bądź daje się odczuć 
w literaturze politycznej nuta obawy i niepo- 
koju: "Zmierzch Europy". Europa jest jeszcze 
wprawdzie ośrodkiem intelektualnej cywili- 
zacji świata, sterana jednak i zmaltretowana fizycz- 
nie tak potężnym kataklizmem dziejowym, jakim 
była wielka wojna, musiała ona w dziedzinie cywi- 
1izacji materjalnej uchylić czoła przed współzawod- 
nikiem młodym, energicznym, rosnącym w potęgę 
i siłę z nieznaną dotychczas szybkością - przed 
Stanami Zjednoczonemi Ameryki Północnej. Nie 
jest więc bynajmniej przesadnem twierdzenie, że 
ekonomiczny ośrodek świata opuścił Europę, aby 
ostatecznie osiedlić się w Ameryce. Po stwierdze- 
niu tego doniosłego faktu samo przez się nasuwa 
się pytanie, w jaki sposób Stany Zjednoczone 
doszły do obecnego stopnia potęgi. 
Odpowiedź jest jasna: Ameryka stosowała kon- 
sekwentnie i umiejętnie politykę zagraniczną, poli- 
tykę imperjalistyezną. Czy dążenie skłaniające 
pewne mocarstwa do ciągłego i nieograniczonego 
rozszerzania swych terytorjów i wpływów, czy 
imperjalizm przynosi korzyść tym państwom? Zda- 
nia są podzielone. Należy jednak stwierdzić istnie- 
nie poważnej grupy ekonomistów, godnie reprezen- 
towanej w Stanach Zje przez prof. Moon'a, którzy 
utrzymują, że propaganda imperjalistyezną wyolbrzy- 
mia często przypuszczalne zyski, popierając poli- 
tykę różniczkowych taryf celnych i monopolu 
kolonjalnego. Wynikiem tej przesady, utrzymuje 
prof. Moon, jest fakt, że pragnąc osiągnąć nieznaczne 
stosunkowo korzyści z handlu kolonjalnego, wielkie 
mocarstwa ponoszą chętnie duże wydatki wojskowe 
bez zastanowienia, narażając często na niebezpie- 
czeństwo swoje już zdobyte najważniejsze rynki, 
oraz pokój świata. 
Nie jest mojem zadaniem rozpatrywać kwestję 
słuszności czy niesłuszności polityki imperjalistycz- 
nej wogóle, ograniczę się tylko do stanowiska 
objektywnego, że państwo, które jest jednocześnie 
spichlerzem zbożowym, kopalnią węgla i żelaza, 
składem bawełny, z którego czerpią wszystkie na- 
rody, nie może, tak jak niegdyś, zamykać się na 
swoim kontynencie, zachowując kompletną obojęt- 
ność na wszystko, co się dzieje w czterech pozosta- 
łych częściach świata; nie można się odosobuiać. 
Stany Zje czują, że "puissance oblige". Wybornie 
charakteryzuje to Paul Boutmy w swej książce 
"Psychologie du peuple Americairi"': "Siła stwarza 
Ameryce prawo, prawo przechodzi w żądanie, żą- 
danie przeistacza się w obowiązek wypowiadania 
się we wszystkich kwestjach, które dotychczas roz- 
wiązywało porozumienie państw europejskich". 
Ten wybujały patrjotyzm oraz bogactwo i eko- 
nomiczny rozrost Stanów Zje usprawiedliwiają 
w pewnej mierze istnienie imperjalizmu amerykań- 
skiego, o ile imperjalizm wogóle usprawiedliwionym 
być może. 
Cechą imperializmu amerykańskiego jest brak 
tradycji. Imperjalizm Stanów Zje uzasadnia dok- 
tryna bardzo młoda, rozwój jej bowiem datuje się 
zaledwie od wojny Filipińskiej (1898). Ameryka 
dla swych iinperjalistvcznych dążeń znalazła wzór 
w imperializmie angielskim. Zasadniczym celem 
imperjalistów angielskich było, jak wiadomo, kom- 


AMERYKAŃSKI 


pletne opanowanie Indyj Wschodnich. Synowie 
Albionu postarali się osiągnąć ten cel, koncentru- 
jąc w swych rękach władzę nad wszystkie mi waź- 
niejszemi punktami strategisznemi Oceanu Indyj- 
skiego, oraz nad morzem Sródziemnem. Jest to 
t. zw. "polityka punktów oparcia". Analogja mię- 
dzy imperjalizmem brytyjskim i amerykańskim 
rzuca się w oczy - przejawia się ona w trzech 
punktach: 
1) jak Anglja, tak i Stany Zjednoczone, chcąc 
zapewnić sobie hegemonję nad pewnemi terytorjami, 
dążą wpierw do opanowania oblewających je ocea- 
nów (Anglja - Ocean Indyjski; Stany Zje - Ocean 
Spokojny) , 
2) następnie zapewniają sobie przewagę na 
morzach zamkniętych, leżących na droqze do opa- 
nowanych oceanów (Anglja - morze Sródziemne; 
Stany Zje morze Karaibskie), oraz absolutną kon- 
trolę kanałów, łączących te morza z oceanami 
(Anglja - Kanał Sueski; Stany Zje Kanał Panamski), 
3) wreszcie tworzą na głównych szlakach mor- 
skich cały szereg baz nawalnych, składów amu- 
nicji i stacyj węglowych, mających zapewnić stałą 
i szybką komunikację. 
Ze stanowiska moralnego cechą najbardziej 
charakterystyczną imperjalizmu amerykańskiego 
jest jego nieszczerość. Jest on, jakby to powie- 
dzieli Francuzi, "inavoue". Pomimo krzyczących 
faktów, amerykańskie sfery "oficjalne" stale i upar- 
cie przeczą jego istnieniu. Tu właśnie przejawia 
się cała dwulicowość zagranicznej polityki Stanów 
Zje i na tę właśnie cechę ich polityki powinna 
opinja europejska zwrócić specjalną uwagę. 
Dla każdego szanującego się Amerykanina ludz- 
kość dzieli się na dwie grupy: Amerykanów i nie- 
amerykanów. Wyższość pierwszej grupy nad drugą 
jest oczywiście aksjomatem, nie nadającym się do 
dyskusji. Instytucje amerykańskie są najlepsze 
z najlepszych. Ameryka nie ma przeszłości?! 
Dobrze, ale ma przyszłość. Istnieją, jak mówi 
Roosevelt, "ideały amerykańskie" i tylko dzięki 
urzeczywistnieniu tych ideałów zapanują na ziemi 
pokój i sprawiedliwość. Od tego rozumowania aż 
do narzucenia innym "ideałów amerykańskich" 
prezydenta Roosevelta odległość jest niewielka. 
Jako przykład oficjalnej wykładni polityki 
amerykańskiej, kategorycznie sprzecznej z istnieją- 
cym stanem rzeczy, przytoczę fragment z pożegnal- 
nego przemówienia prezydenta Stanów Zje Coolidge'a, 
w Senacie amerykańskim w dn. 3.X1I.1928: 
"Nie jesteśmy imperjalistnmi. Pragnę ponownie stwier- 
dzić dla zbudowania nieśmiałych i podejrzliwych, ?e kraj ten 
(St. Zj.) nie jest ani militarystyczny, ani imperjallstyczny. 
Wielu z tych, którzy w Stanach Zj. i zagranicą robią nam 
z tego powodu ciągłe zarzuty, należy właśnie do ludzi, któ- 
rzyby najchętniej widzieli naszą pokojową interwencję w kra- 
jach ościennych. Z udzielonego poparcia wynikają oczywiście 
dla nas zainteresowania zagranicą. D ilebyśmy odmówili 
poparcia i opieki tym zainteresowaniom, odstąpilibyśmy 
prj.oz to od zasad suwerenności państwowej... Co się tyczy 
państw niniejszych, nie iinray co do nich żadnych zamiarów 
agresywnych. Pragniemy jeszcze bardziej od nich samych 
uszanować ich suwerenność". 


II 
Widzimy więc, że imperjalijin anion kański 
może przybierać rozmai tu formy zależnie od lego; 
która z nich wyd« mu się w danym wypadku uaj-
		

/p0005.djvu

			Nr. 54 


MYŚ L 


, 
dogodniejsza do osiągnięcia celów ekspansji. Srod- 
kiem najbardziej niezawodnym, umożliwiającym 
państwu imperjalistycznerau ugruntowanie swych 
wpływów w krajach ościennych jest bezwątpienia 
ekspansja ekonomiczna. Wyjątkowo dogodne poło- 
żenie Stanów Zje ułatwia im postępy w tym kie- 
runku. Na pomyślne konjunktury, jakiemi cieszą 
się Stany Zj., składają się przedewszystkiem: 
1) Warunki naturalne, a więc powierzchnia 
3.000.000 km. kw. zgrupowanych harmonijnie po 
obu stronach doliny środkowej b. żyznej, klimat 
urozmaicony, umożliwiający uprawę wszelkiego ro- 
dzaju roślin, nadające się do budowy portów 
wybrzeża, dobrze rozwinięty system rzeczny, oraz 
poważne pokłady metali, węgla i ropy. 
2) Wyposażenie kraju w narzędzia, odpowia- 
dające najnowszym wymaganiom techniki. Kombi- 
nacja bogactw naturalnych, dobrego wyposażenia 
w kapitał i dobrze zorganizowanych sił roboczych 
przyczyniła się do fenomenalnego wprost rozwoju 
amerykańskiej produkcji. Zyski, które z tego wy- 
nikły, powiększone przez zyski, które Ameryka 
osiągnęła podczas wojny, zapewniły Stanom Zjedno- 
czonym stanowisko wyjątkowo pomyślne. 
Stany Zje wyzyskały to stanowisko, rozsze- 
rzając arenę swych wpływów na bezpośredniego 
swego sąsiada, na Kanadę. Przyroda obdarzyła 
Kanadę, podobnie jak i Stany Zj., we wszelkiego 
rodzaju bogactwa naturalne. Rozwijała się też ona 
równolegle ze Stanami tak pod względem ekono- 
micznym, jak i społecznym. Oba kraje łączą wresz- 
cie węzły językowe, rasowe i geograficzne. 
Wszystkie te czynniki wywołały emigrację 
kapitału amerykańskiego do Kanady. Emigracja ta 
stała się tak poważna, że wyparła ona prawie 
zupełnie kapitały angielskie, o czem świadczą 
następujące dane: 


Inwestycj e zagranIczne w Kanadzie 
1918 1923 
77% 42% 
17% 52% 


Anglja 
Stany Zj. 


Skrajni imperjaliści angielscy widzą z niepo- 
kojem, jak kapitał amerykański wypiera kapitał 
angielski z przedsiębiorstw kanadyjskich. Lecz ja- 
kiekolwiek protesty czy dyskusje byłyby w tym 
wypadku bezcelowe. Kapitał nie zna więzów naro- 
dowościowych; możliwości inwestycyjne w Kana- 
dzie, bez względu na granice polityczne, pociągnęły 
'ku sobie kapitał amerykański. Posłuszny żelaznym 
prawom ekonomicznym proces ten dokonał się bez 
jakiejkolwiek pomocy siły zbrojnej. Bez względu 
na zmiany rządów tak w Ottawie, jak i w Waszyng- 
tonie Kanada jest i będzie w orbicie ekonomicz- 
nego promieniowania Stanów. 


III 


Nie wszędzie jednak imperjalizm amerykański 
przybiera równie łagodne formy. Istnieje teren, na 
którym Stany potrafią poprzeć w bardziej "wy- 
mowny" sposób swoje dążenia. Terenem tym jest 
Ameryka Łacińska. Polityka Stanów Zjednoczonych 
w Ameryce Łacińskiej opiera się na dwóch bliźnia- 
czych doktrynach, które stanowią niejako granito- 
we podstawy jej działania. Są to: doktryna Mon- 
roego i Panamerykanizm. 
Całe życie międzynarodowe Ameryki łaciń- 
skiej od chwili zrzucenia przez nią jarzma hiszpań- 
skiego zależy prawie jedynie i wyłącznie od dok- 


NARODOWA 


373 


tryny Monroego. Datuje ona od roku 1823, - od 
sławnej deklaracji prezydenta Monroego. yła ona 
niejako odpowiedzią Ameryki na plany "Swiętego 
przymierza", przewidujące interwencję państw euro- 
pejskich w zbuntowanych kolonjach hiszpańskich 
Ameryki Łacińskiej. 
Oświadczenie prezydenta Monroego miało tę 
treść: Wszelka dążność państw ościennych w kie- 
runku ponownego zaboru, czy też kolonizacji wol- 
nych krajów Ameryki Łacińskiej będzie uważana 
przez Stany za groźbę skierowaną przeciwko ich 
własnej niepodległości. Deklaracja ta, jako zgodna 
z ówczesnemi zapatrywaniami państw południo- 
wo - amerykańskich, zyskała jednogłośne poparcie. 
Wkrótce jednak prysły złudzenia Ameryki Łac. a to 
wskutek przeobrażeń, którym z biegiem czasu uleg- 
ła doktryna Monroego. W pierwotnem swojem 
założeniu była ona teorją obrony, mającą na celu 
solidarne zagwarantowanie niepodległości wszyst- 
kich nowych państw Ameryki Południowej oraz 
jej obronę przeciwko agresywności europejskiej. 
Od połowy jednak w. XIX sytuacja się zmienia. 
Ameryka łac. spostrzega, że o ile doktryna Mon- 
roego strzegła integralności jej granic przed kolon- 
jalnemi ambicjami Europy, to nie stanowi ona żad- 
nej gwarancji przeciwko dążnościom imperjalislycz- 
nym republiki anglosaskiej, która ją proklamowała. 
W miarę wsrostu swej potęgi Stany poczęły 
coraz arbitralniej przeciwstawiać Europie, a narzu- 
cać Ameryce Łac. swoją doktrynę własną, jedno- 
stronną, pozbawioną podstaw prawnych, opartą 
jedynie na sile zbrojnej. Bismarck, który się na tern 
znał, określił słusznie doktrynę Monroego jako 
"impertynencję międzynarodową". Z protekcyjnej 
doktryna staje się dominującą i używa często prze- 
mocy, aby państwom ościennym narzucić swoje 
postulaty, jak to w dalszym ciągu stwierdzimy 
w całym szeregu państw Ameryki Centralnej. 
Istnieje stałe nieporozumienie między Stanami 
a Ameryką Łacińską co do interpretacji nadawanej 
doktrynie Monroego. Ameryka Łac. uważa ją za 
wzajemną gwarancję solidarności i nietykalności 
dla wszystkich republik amerykańskich. Przeciwnie 
Stany Zje oświadczają, że doktryna Monroego jest 
zasadą kardynalną i wyłączną ich własnej polityki, 
której stosowanie i interpretowanie do nich tylko 
należy. Jeżeli pewne sfery Ameryki Łac. nie mają 
zaufania do polityki Stanów, co zresztą Ameryka- 
nie uważają za czarną niewdzięczność i czego zro- 
zumieć nie mogą, to do tej pory nie pojawiła się 
żadna reakcja przeciwko monroestycznej koncepcji 
Rządu i Senatu waszyngtońskiego, która poważnie 
kwestjonuje niepodległość i nietykalność granic 
Republik łacińskich. 
Nie wolno im zapominać, że Stany Zje prowa- 
dzą politykę opartą na tej właśnie koncepcji, poli- 
tykę, której rezultatami były rozbiory Meksyku 
i Kolumbji wbrew istniejącym traktatom. 


IV 


Drugą z kolei podstawową doktryną, na któ- 
rej opiera się polityka Stanów w Ameryce Łaciń- 
skiej jest Panamerykanizm. Idea ta powstała na 
tle przyczyn natury tak materjalnej, jak i senty- 
mentalnej, a propaguje połączenie się wszystkich 
państw kontynentu amerykańskiego w celu skoor- 
dynowania ich interesów i wzajemnego moral- 
nego zbliżenia. W tej ewolucji pojęć przewaga 
Stanów jest widoczna i ta właśnie przewaga sta-
		

/p0006.djvu

			374 


MYŚ L 


NARODOWA 


Nr. 54 


nowi główną przeszkodę w zrealizowaniu paname- 
rykanizmu, który w interpretacji, nadawanej mu 
przez Stany, uważany jest przez wiele państw po- 
łudniowo-amerykańskich za instrument yankes'ow- 
skiego imperjalizmu. 
Bezpośrednim sąsiadem Stanów i przez to 
samo najbardziej narażonym na zakusy ich imper- 
jalizmu jest Meksyk. Stany, przekształcając się 
w imperjum kolonjalne kosztem Hiszpanji, prze- 
niosły na kraje o języku i tradycji hiszpańskiej 
całą nienawiść, którą żywiły do metropolji. Po dłu- 
giej wojnie, Stany stają się w roku 1849 panami 
Texasu, Nowego Meksyku i Kalifornji. Obrabowa- 
nie Meksyku z tych bogatych prowincyj jest jedną 
z najbardziej krzyczących niesprawiedliwości dzie- 
jowych, niesprawiedliwości, która nawet w samych 
Stanach poruszyła opinję publiczną, czego dowo- 
dem jest zdanie wielkiego demokraty amerykań- 
skiego, Henryka Clay'a, który uważa wojnę meksy- 
kańską za "szczyt grabieży i zbrodni międzynaro- 
dowej" . 
Dlaczego Meksyk ściąga na siebie najwię- 
cej ciosów imperjalizmu amerykańskiego? Dlatego, 
że jako najpotężniejszy z bezpośrednich sąsiadów, 
pomimo ciągle trapiących go rewolucyj wewnętrz- 
nych, przeciwdziała dotąd naj skuteczniej amery- 
kańskiej ekspansji na południe. Na wyjątkowe 
znaczenie Meksyku dla Stanów składają się czyn- 
niki następujące: 1) bezpośrednie sąsiedztwo geo- 
graficzne, 2) rozlepłość Meksyku, którego powierzch- 
nia równa się Iż powierzchni Stanów, 3) bo- 
gactwa naturalne, jak: srebro, złoto, nafta (V s pro- 
dukcji światowej), miedź, ołów ect., 4) możliwości 
dla inwestycyj zagranicznych, z czego zresztą Sta- 
ny już skorzystały, jak to ujawnia ich statystyka: 


1902 
$ 80.000.000 


1912 
u 233.000.000 


1924 
$ 700.000.000 


Do amerykańskich firm, najwięcej zaintereso- 
wanych w Meksyku, należą cztery firmy naftowe 
oraz firmy eksploatujące miedź. Co do innych dzie- 
dzin, w których kapitały amerykańskie odgrywają 
poważną rolę, to wymienić należy meksykańskie 
kolejnictwo, w którem */3 zaangażowanego kapitału 
jest amerykańska, oraz posiadłości ziemskie, któ- 
rych lwia część należy do właścicieli amerykań- 
skich (275.000.000 S). 
J ak widzimy, inwestycje Stanów w Meksyku 
przedstawiają się imponująco. Nie zagrażały one 
jednak niepodległości meksykańskiej aż do czasu, 
kiedy w Meksyku rozpoczęły się zaburzenia we- 
wnętrzne, które stały się powodem bezpośredniej 
ingerencji S tanów, zgóry zresztą przygotowanej. 
Nie będziemy opowiadali dla braku miejsca 
czasów Diaza i Huerty. 
Stosunki amerykańsko - meksykańskie zaognił 
teraz, niemniej ważny zatarg o konstytucję meksy- 
kańską, ogłoszoną w r. 1917 przez rząd Carranzy. 
Konstytucja ta naruszyła interesy amerykańskie 
w Meksyku, upaństwowiając jego bogactwa mine- 
ralne i zabraniając cudzoziemcom nabywania po- 
siadłości i koncesyj kopalnianych, naftowych i prze- 
mysłowych, pozostawiając cudzoziemcom możność 
zrezygnowania ze swych praw na korzyść rządu. 
Najważniejszą kwest ją dla Stanów była oczy- 
wiście kwest ja naftowa, rząd meksykański bo- 
wiem nałożył podatki na produkcję i sprzedaż, 
oraz obłożył specjanemi taryfami tereny naftowe, 


wszystko to pod groźbą konfiskaty. Poparte przez 
rząd Waszyngtoński, syndykaty naftowe amery- 
kańskie odmówiły rządowi Meksyku prawa nacjo- 
nalizacji terenów naftowych, motywując swoje 
postępowanie istnieniem umów, zawartych z rząda- 
mi poprzedniemi. 
W ten sposób kwest ja meksykańska staje się 
kwest ją imperjalizmu ekonomicznego: czy Meksyk 
ma prawo prowadzić eksploatację swych mineral- 
nych zasobów według prawodawstwa meksykań- 
skiego, czy też nie. Stanowisko tak rządu, jak 
i syndykatów naftowych amerykańskich staje się 
coraz bardziej agresywne. Syndykaty tworzą "Na- 
tional Association Jor the protection oj American 
Rights in Mexico' przeciwstawiając w ten sposób 
zorganizowaną siłę rządowi Carranzy, nowy zaś 
gabinet prezydenta Hardinga popiera stanowisko 
syndykatów całym swoim prestige em. 
Nie sądzone było widocznie Meksykowi za- 
znać spokoju. W 1920 roku Carranza obalony został 
przez rewolucję, kierowaną przez Obregona. Pomi- 
mo, że Obregon okazał się zdolnym administrato- 
rem, który potrafił wprowadzić nareszcie jaki taki 
porządek do Meksyku, pomimo że dołożył wszel- 
kich starań w kierunku niewprowadzania natych- 
miastowego w życie konstytucji 1917 roku, nie 
odrazu zyskał on uznanie Stanów. Uznanie to 
jednak było konieczne dla otworzenia zapotrzebo- 
waniom meksykańskim rynku finansowego Stanów. 
Obregon, zrozumiawszy konieczność ustąpienia 
z dotychczas zajmowanego stanowiska, poczynił żą- 
daniom amerykańskim następujące koncesje: 1) pro- 
gram, przewidziany przez konstytucję 1917 r., sto- 
sować się będzie tylko do majątków nabytych po 
roku 1917. 2) Odszkodowania należne Stanom za 
szkody, wyrządzone obywatelom amerykańskim 
w Meksyku podczas burzliwych lat 1910 - 1920, 
oraz odszkodowania należne Meksykowi za ekspe- 
dycję gen. Pershinga i okupację Vera-Cruz, będą 
uregulowane przez mieszaną komisję. 
Kupiwszy sobie w ten sposób uznanie Stanów, 
Obregon został obalony w 1923 r. przoz rewolucję 
De la Huerta, dawnego członka gabinetu Obregona. 
Rewolucja ta była finansowana przez potężny 
angielski koncern naftowy "Mexican Eagle' kon- 
trolowany przez również angielską grupę "Royal- 
Dutch, Shell". Nic więc dziwnego, że amerykański 
magnat naftowy, dyrektor "Mexican Petroleum' 
p. Doheny wręczył Obregonowi $ 5.000.000, w celu 
uśmierzenia szerzącej się rewolucji. W ten sposób 
Meksyk stał się terenem walk nietylko meksykań- 
skich stronnictw politycznych, lecz również, a raczej 
przedewszystkiem wpływów syndykatów naftowych 
angielskich z jednej strony, a więc "Mexican Eagle' 
"Royal Dutch, Shell Combine' - amerykańskich 
z drugiej, - jakoto: "Mexican Pete' "Standard 
oil' "Pan-American Oil transport' i in. 
O intensywności tej walki świadczy już sama 
wysokość naftowych inwestycyj amerykańskich 
w Meksyku, które w 1925 r. wynosiły 7.000.000 
dolarów. 
W r. 1924 został wybrany na prezydenta 
Meksyku CalIes, który energicznie zabrał się do 
rzeczy: 1) przywrócił on pełną wartość artykułowi 
27 konstytucji 1917 r., 2) wykreślił t. zw. "strely 
naftowe" o 100 kim. od granic kontynentalnych 
i 50 od granic morskich, w których to strefach 
nie wolno cudzoziemcom, nawet posiadaczom akcji
		

/p0007.djvu

			Nr. 54 


MYŚ L 


NARODOWA 


375 


towarzystw meksykańskich, nabywać terenów. 
3) cudzoziemcy, pragnący nabyć tereny naftowe 
wewnątrz kraju, mogą to uskutecznić tylko stając 
się członkami towarzystw meksykańskich. Muszą 
pozatem zrezygnować z wszelkich praw uciekania 
się pod opiekę swych rządów, oraz administrować 
swojemi majątkami według prawodawstwa meksy- 
kańskiego. 
Owe, zdawałoby się, zupełnie usprawiedliwione 
zarządzenia rządu prezydenta Callesa, mające na 
celu ochronę narodowego bogactwa przed zachłan- 
nością obcego kapitalizmu, wywołały w Stanach 
Zjednoczonych jednogłośne oburzenie opinji pu- 
blicznej, pod której presją rząd amerykański zapro« 


testował oficjalnie. Rząd meksykański musiał ustą- 
pić przed siłą, anulując sławetny paragraf 27 
konstytucji 1917 r. Stosunki jednak między dwoma 
krajami pozostały nadal naprężone. 
Oczywiście rewolucja meksykańska nie obe- 
szła się bez gwałtów i nadużyć. Wielu właścicieli 
ziemskich, tubylców, czy cudzoziemców, Ameryka- 
nów w szczególności, zostało bezprawnie pozbawio- 
nych mienia i pomordowanych. Należy jednakże pa- 
miętać, że rewolucja ta była wybuchem uczuć naro- 
du, który się czuje zagrożony przez potęgę dolara, 
i który chce być wolny. 


(Dok. n.) 


BOHDAN ZANIEWSKI 


P CISTA CZY ALTRUISTA? 


W YSZŁY ostatnio "Pamflety" A. Nowaczyń- 
skiego (Nakładem księgarni Hoesicka, 1930 
r., str. 343), które właściwie nie są pam- 
fletami, w ścisłem znaczeniu tego słowa, 
gdyż większość ich stanowią studja literackie i szkice 
publicystyczno-historyczne (w podtytule czytamy: 
"Studjów i szkiców Tom VI"). 
Można jednak i tego rodzaju pracom nadać 
charakter pamflelu, wyzyskać tematy literackie, 
bądź historyczne w celu rozprawienia się z ludźmi 
(ideałami, pojęciami, przekonaniami i t. p.), którzy 
się nam z tych lub innych względów "niepodobają"- 
w celu wychłostania ich, ośmieszenia, zdemasko- 
wania. W "studjach i szkicach" literackich Nowa- 
czyńskiego było zawsze dużo takiego pierwiastku 
pamfletowego, jest go również sporo i w tym VI-ym 
ich tomie. 
Na tych drożdżach pięknie wyrasta u Nowa- 
czyńskiego wszelkie ciasto literackie, zarumienia 
się i nabiera smaku korzennego... 
Żeby przekonać się, jak się odbywa to "wy- 
rastanie", weźmy, na próbę, jeden z najpiękniej- 
szych szkiców tego tomu p. t. "Ignis Ardens' po- 
święcony pamięci Słowackiego. 
Ktoś inny, piszący z tego samego powodu 
(sprowadzenie zwłok wieszcza do kraju), a miłu- 
jący podobnie jak Nowaczyński twórcę "Króla- 
Ducha" , zapomniałby o całym świecie i oddałby się 
całkowicie uczczeniu przedmiotu swego ukochania. 
Nowaczyński, przeciwnie, w zapale gorącej miłości 
pamięta o masie spraw ubocznych, korzysta z do- 
brej sposobności, by zarzucić Mickiewiczowi np. 
zbytek surowości w ocenie twórczości biednego 
"gruźlika", następnie rozprawia się z romantyzmem 
wogóle, jako z "chorobą wieku", i zaraz potem 
rozwija pogląd, że "puścizna twórcza Słowackiego 
może stać się najmocniejszem antidotum,r- na despo- 
tyzm utylitarystycznej, antyprornetejskiej literatury 
współczesnej, że pora wracać od "zjadaczów chle- 
ba" i "wytwórców razowca duchowego" do karrna- 
zynowych poematów i t. d. W dalszym ciągu wsią- 
dzie na karki "rzeczoznawców i ekspertów", "molów 
i mułów książkowych", którzy zagarnęli skarbiec 
naszego romantyzmu i swoją "zawodową dewocją, 
banalnym entuzjazmem i głupowatą "obroną" to 
"Adama" to "Juljusza" przed pseudo-wrogami"- 
obrzydzili żywym ludziom to wszystko. 
Porusza słowem tu Nowaczyński mnóstwo 
zagadnień i spraw, związanych wprawdzie ze SIo- 


»Właściwie to on był altruistą, mój radco, 
tylko mu się przejściowi ludzie niepodobali! .." 
waekim oraz z chwilą powrotu jego zwłok do Oj- 
czyzny, które wszakże nietylko jego mają na wzglę- 
dzie, lecz służą głównie autorowi do załatwiania 
porachunków z tern, co mu krew burzy, co go do 
pasji doprowadzałoby zawsze, choćby nawet bez 
ujmy było dla Słowackiego. Cóż dopiero, gdy jest 
to z widoczną jego krzywdą! (zresztą mogłoby 
mu chodzić nietylko o niego). Wówczas wzrasta 
wzburzenie ducha, a z niem potęguje się również 
werwa, czy napastniczość satyryczno-polemiczna. 
Mniej gorącemu, obojętniejszernu duchowi -wystar- 
czałoby jedno jakieś ujemne odezwanie się np. 
o tej "kaście uczonych", która niezawsze szczęśli- 
wie przedstawia i komentuje naszych "druidów 
i wajdelotów".-Nowaczyńskiemu trzeba ich bardzo 
wiele, żeby się uspokoić, iż w tej mierze zrobił 
sumiennie wszystko, co się należało. 1 tak, po 
"molach i mułach", przyjdą: "przyczynkowicze", 
"monografomani" , "hemoroidalni badacze i peda- 
godzy", "obiecujące suplenty", "nekrofilolodzy", 
"urzędnicy biograficzni", "plebeje, czepiający się 
ducha" etc... 
Ta barwna kaskada dotkliwych epitetów i urą- 
gań, przezwisk i drwin, - co wszystko razem tak 
ożywia każdą pracę Nowaczyńskiego - wcale nie 
wypływa z duszy opętanej jakiemś złem, wrogiem 
uczuciem: nieraz jest to automatycznym wylewem 
nadmiaru soków żywotnych, niekiedy jest wulka- 
nicznym wybuchem namiętnego serca, często bar- 
dzo bierze swoje źródło w miłości gry żartobliwej 
i podniecającej zabawy. 
Zaryzykuję tu nawet paradoks, iż Nowaczyń- 
ski, umiejący, jak nikt u nas, wytrzepać ludziom 
tak skórę, że nie pozostanie na niej ani jednego 
całego kawałka, - jest raczej... altruistą, niż nie- 
samowitym potworem, dyszącym i ziejącym jadem 
nienawiści względem ludzi. 
Nie może nim być człowiek, który śmieje sid 
w głębi duszy, do rozpuku z tych, kogo naprzód 
sam wpakuje w jakąś zabawną sytuację. Powiem 
więcej-jak to się stanie, gdy Nowaczyński kogoś 
groteskowo przedstawi, to wówczas, nawet ludzi, 
których niema za co kochać, zaczyna jakby lubić, 
a to z powodu, że stali się źródłem uciechy, be- 
zinteresownej rozkoszy estetycznej. 
Czy można np. nienawidzieć p. redaktora Beau- 
pre'go z "Czasu", gdy się go widzi na własnym 
pogrzebie, "niosącego wieniecc z czarno-żółtemi 
wstęgami -bladego jak chusta, zabeczanego". Alko
		

/p0008.djvu

			376 


MYŚ L 


"generała Or-Ota", który "wielki i potężny jak 
Mohort", wygłasza "rapsod prześliczny" z balkonu 
Teatru Wielkiego? (p. "Mój Pogrzeb"). 
Nie, tu o prawdziwej, okrutnej nienawiści mo- 
wy być nie może! Można tym i owym ludziom 
wiele zarzucać, gdy jednak ich wizje, w sposób 
podobnie ucieszny, potrafi się wywoływać, to się 
im jednocześnie wiele przebacza i stają się oni 
poniekąd nawet sympatycznymi... 
A jeśli przypomnimy sobie, że ów p. redak- 
tor Beaupre - wręcz mściwie zachował się wobec 
Nowaczyńskiego, w sprawie nagrodzonej na kon- 
kursie krakowskim jego ostatniej sztuki ("Wiosna 
Narodów"), to, doprawdy, jakże bladą wyglądać 
będzie nienawiść naszego pamflecisty, w porówna- 
niu z nienawiścią, jaką względem niego żywią 
liczni jego antagoniści, uieposiadający darń roz- 
brajania samych siebie z pomocą monumentalnego 
żartu, zdrowego śmiechu i dowcipnej groteski. 
Nowaczyński nie jest egoistą, nie jest ponu- 
rym mizantropem, w samotności zgorzkniałego du- 
cha przemyślającym o najlepszych sposobach nie- 
nawidzenia wszystkiego, co żyje; jest on, prze- 
ciwnie, miłośnikiem życia, odczuwa wciąż głód 
i pragnienie istot żywych, poszukuje ludzi nieu- 
stannie, pragnie zarówno złych jak dobrych, by 
nasycić żądzę serca swego, podnieść jego patos, 
wypełnić je treścią ludzką, żywą. 
Dlatego tak zawzięcie i zamaszyście daje się 
we znaki wszystkiemu, co hamuje życie, dlatego 
tak bez pardonu chłoszcze wszelką sarmacką apat- 
ję, gnuśność, pedantyzm; dlatego tak wybucha 
lawą złorzeczeń na tych wszystkich, co są zakałą 
i oszpeceniem życia. N owaczyński kocha człowie- 
ka, tępi jednak niemiłosiernie te jego odmiany, 
które są zaprzeczeniem człowieczeństwa. 
Gdy w tern nieukojonem dążeniu do człowie- 
ka spolyka się z Pochroniem bądź z Zołzikiewi- 
czem, od których przecież roi się nasze życie - to 
nie wchodząc z nimi w układy i kompromisy 
(trudno bowiem pomylić się co do nich) wali do 
nich odrazu z browninga, lub ćwiczy szpicrutą. 
"Wobec Chama nie można być Chamfortem" - jak 
powiada w wywiadzie z samym sobą (p. "Pamfle- 
cista"). 
Cóż dopiero, gdy chodzi już nie o wstręty 
osobiste, lecz kiedy ta czerń, której "całe życie 
jest paszkwilem", "widocznie idzie na Ojczyzny 
zgubę", wówczas wyznaje bez zastrzeżeń, że "ostrze- 
gać choć paszkwilem mam sobie za chlubę". 
Zasługi swoje w tej mierze przedstawia No- 
waczyński z nie zwykłym humorem w swoim "Wy- 
wiadzie", a że są one w istocie duże, może świad- 
czyć chociażby to, że za to wszystko nasi Pochronie 
obmyślili dla niego najwyższą nagrodę w postaci... 
kąpieli w gliniance. 
Uroczystość odbyła się niezupełnie podług 
programu, Nowaczyński wszakże do nikogo niema 
żalu i, niezraźony wdzięcznością rodaków, wycho- 
dzi z czterech ścian znów na świat - jak dawniej 
wyprostowany i trzymający się w "formie". Wy- 
chodzi na nowe zapasy, jak dawniej ich spragniony, 
i troszczy się głównie o to, by nie zabrakło za- 
paśników na arenie, byle tak łatwo nie kapitulo- 
wali i szybko się nie przemęczali. 
I jest to dowodem jego tężyzny duchowej, 
bujności jego natury miłującej życie, znającej war- 
tość moralną życia niebezpiecznego. Stąd, z tego, 
że on wie poco żyje i nie znosi bylejakiego życia, 
pochodzi to, iż trwa wciąż, od długiego szeregu 


NARODOWA 


Nr. 54 


lat, na tym samym odcinku, podczas gdy inni dają 
za wygraną, zmieniają fach, part je, przekonania 
i wiarę. Trwając niezmiennie na tym samym od- 
cinku, walczy z niesłabnącym zapałem, zapamiętale 
i bez pardonu, z tern wszystkiem, co uważa za 
zgubne dla polskości jako więzi społecznej, jako 
rasy, jako dziejowej całości. 
I tak czyni nie dlatego, że wziął na siebie 
zobowiązania partyjne, że nosi taką a nie inną li- 
berję, on bowiem żadnej nigdy nie nosił i naj- 
pewniej nosić nie będzie, - ale dlatego, że to wy- 
nika z jego nieprzymuszonej woli, jest wyrazem 
jego wiary, sprawą wolnego wyboru. 
Jest tak głęboko przekonany o wielkości 
sprawy, której jest bojownikiem, tak mocno wierzy 
w wartość swojej działalności - czemu daje we- 
soły wyraz w " Wywiadzie" , - że to mu wystarcza 
"do szczęścia", nie żywi więc powszednich ambi- 
cyj, nie zazdrości chwały ludziom o "bajecznej 
karjerze" oraz wawrzynów samemu "Komandorowi" 
Ehrenbergowi.. . 
Owszem, wszystko to, czem się u nas dzisiaj 
wielu tak nadyma i pyszni, jest, w oczach jego, 
jedną niezrównaną parodją, którą losy zsyłają 
wprawdzie nieraz na klęskę narodów, ale i na 
uciechę oraz wzmożenie żywotności takich jak on, 
którzy z przeogromu tej parodji umieją nietylko 
śmiać się i szydzić, lecz potrafią także wydobyć 
z niej cenną naukę dla prawdziwego człowieka. 
Jedną z tych nauk, jakich sporo wydobył szyderca 
Nowaczyński z gmatwaniny tragi-komicznej na- 
szych stosunków, byłaby ta, którą już parę wie- 
ków temu doskonale uchwycił i sformułował An- 
drzej Maksymiljan Fredro w ten sposób: "Wtenczas 
Rzplita jest najnieszczęśliwsza, kiedy w niej radzić 
poczną nierozumiejący, nadęci i śmiałkowie..." Te- 
go rodzaju "przejściowi" ludzie, swoi oraz obcy, 
wcale mu się nie podobają, im poświęca dużo 
miejsca w swoich szkicach literackich i publicy- 
stycznych, na nich zużywa swój niewyczerpany 
dowcip - niezwykle twórczy, zwłaszcza pod wzglę- 
dem lingwistycznym - na nich używa, co się wle- 
zie. Pozatem - jest altruistą... Gotów jest na 
wet żyć w zgodzie z syjonistami, byle nie tańczyli 
oberka, nie deklamowali fragmentów z Wyspiań- 
skiego, chodzili sobie w szabas "w dobrze skrojo- 
nej marynarce", byle nie w Marynarce polskiej.. . 
Nadto, kocha żywych i zmarłych (serdeczne 
wspomnienie o Wyspiańskim jest najczystszą perlą 
w piśmiennictwie naszem); kocha ziemię i morze 
polskie, kocha namiętnie Kaszubów, nawet Litwi- 
nów, których traktuje z ojcowską wyrozumiałością 
jako zbłąkane owieczki (p. "Piórem zdobyte pań- 
stwo")-i marzy rozkosznie, że kiedyś "gałązka 
litewskiego chmielu" będzie nęcona "wdziękami 
polskiej topoli... " 
Cóż więcej? Oto w swoich marzeniach huma- 
nitarnych zachodzi tak daleko, że przedstaw; 
strzępy chwały Wielkiego Cesarza Francuzów, 
głasza przekonanie, które najpewniej drogo mus ) 
go kosztować, iż "typ Napoleoński wszelkiego ..a- 
libru i wymiaru należy do okazów szczątkowych 
zdeklasowanej romantyki" (p. "Gloria Mundi''). 
Nie przeczę, że tak wygląda Nowaczyński ra- 
czej "od święta", "na codzień" bowiem jest pam- 
flecistą - groźnym, nieubłaganym! Czyżby wtem 
była jego tylko wina? 


WŁADYSŁAW JABŁONOWSKI
		

/p0009.djvu

			Nr. 54 


MYŚ L 


NARODOWA 


377 


NA WIDOWNI 


Dygasiński zginął - O znaczeniu tego pisarza. - Lite- 
ratura i księgarze. - Przyczyny upadku literatury. - 
System tandety i gdzie jego źródła. - Samodział 
i sztuczny jedwab. - Postępy raka. 


S KARGA, wniesiona przez spadkobierców Adolfa 
Dygasińskiego przed sąd opinji publicznej, 
jest już apelacją od sądu państwowego, któ- 
remu pracę udaremniła ekspertyza fachowców. 
Córka śp. Dygasińskiego p. Władysławowa Woler- 
towa i mąż jej zaskarżyli przed sąd państwowy 
postępowanie wydawcy, który podjąwszy się wy- 
dania znakomitego pisarza, po paru tomach dalszą 
czynność zawiesił i publikację udaremnił. Ani 
w prawo, ani w lewo. Stosunek pisarza do spo 
łeczeńslwa, pokazuje się, może zginąć w kieszonce 
wydawcy. Niema dzieł i basta! 
Drastyczny wypadek z Dygasińskim otwiera 
nam oczy na ogólne położenie literatury, zdanej 
na łaskę i niełaskę wydawców. Dzieła powieścio- 
we Dygasińskiego nie są czemś, coby można bez 
szkody schować do archiwum. Stanowią one ogni- 
wo niezbędne w łańcuchu historycznym polskiego 
piśmiennictwa i kultury naszych pojęć społecznych. 
Należą one do galerji dzieł podstawowych literatury. 
Podobnie jak teatr opierać się musi na repertuarze 
podstawowym, bez którego niepodobna dać światu 
wyobrażenia o bogactwie teatru polskiego, tak 
samo przeciętny księgozbiór w domu polskim musi 
mieć w podstawie dzieła, które są ogniwami dzie- 
jów literatury. 
Błędnie wyobrażają sobie literaturę ci, którzy 
w niej widzą zbiór talentów przypadkowych. Niema 
literatury naród, który się nie wykazuje łańcuchem 
genetycznym talentów. Na Dygasińskiego złożyły 
się wszystkie tęsknoty literackie, kulturalne i nau- 
kowe od wczesnych romantyków, Chodakowskiego, 
Brodzińskiego, bzopena, Libelta, Kolberga, Kra- 
szewskiego aż po Prusa, Reymonta. Czemże byłaby 
nasza literatura, 	
			

/p0010.djvu

			378 


MYŚ L 


NARODOWA 


Nr. 54 


dostępny w cenie Sienkiewicz, Prus, Żuk - Skar- 
szewski, Gomulicki, Karczewski, Perzyński? 
Literatura belletrystyczna (nie mówię jUZ 
o poezji), oddana do eksploatacji księgarzom, traci 
kontakt ze społeczeństwem wskutek złej organi- 
zacji związku księgarzy, uzależniających trefny towar 
polski od gospodarki żydowskiej, a ta jest zawsze 
kramarska i nie sprzyja ideałowi solidności handlu. 
Ale - co ważniejsza - wskutek tendencyjnego 
odbierania literaturze charakteru narodowego, prze- 
staje ona szeroki ogół interesować. 
Charakter ten po wszystkie czasy ma każda 
literatura żywotna. I to rozumieli dawni księgarze 
w Polsce, nawet żydowskiego pochodzenia i nie- 
mieckiego (wszyscy chyba z Niemiec przyszli). Dzi- 
siaj księgarze forsują charakter kosmopolityczny 
i w książkach i w innych wydawnictwach, które 
mają zaszczyt wydawać. Aparat wydawniczy war- 
szawski nagminnie masonizuje: ostatni tam krzyk 
mody - myśleć po żydowsku, aby, broń Boże, nie 
złapano kogo na sprzyjaniu idei narodowej. 
Gdyby wiedziano, że książka daje nie tylko 
ładne manjery, ale uczy rozumu i kształci ducha 
obywatelskiego, toby się czegoś nauczono i zrozu- 
miano, że nic tak nie niszczy ducha i literatury, 
jak masonizowanie. Bo to jest s z koł a t a n d e t y . 
Księgarz, który nie rozróżnia gatunku towaru 
i odrzuca przepyszny samodział (istną tkaninę bu- 
czacką) Dygasińskiego, aby handlować sztucznym 
jedwabiem, musi w końcu zniszczyć sobie rynek. 
Masy chwilowo się rzucą do każdego towaru, ale 
rychło wyrzekną się go, bo nie mogą się wyrzec 
wrodzonego smaku. Stosunek do literatury rodzi- 
mej dany jest od natury 
W przytoczonej odezwie oczywiście słowa 
niema o potrzebach ducha narodowego. Dość rzu- 
cić okiem na wystawy księgarskie, na ilustracje, 
aby widzieć, ile wysiłku się robi, aby odwrócić 
uwagę od rzeczy swojskich na życie obce. Tern się 
tłumaczy narzucana publiczności podróżomanja 
i "penklubizm" . Tein się tłumaczy, że na konkur- 
sie o nagrodę państwową może wyniknąć spór, 
czy dać nagrodę młodemu podróżnikowi, czy sta- 
remu, rasowemu i utalentowanemu pisarzowi Pe- 
rzyńskiemu, studjującemu własne społeczeństwo. 
Głębokie i rozległe są związki przyczyn ze 
skutkami w takiej sprawie, jak bojkot twórczości 
Dygasińskiego. Warszawa literacka jest zażydzona 
i nie może godnie spełniać zadań naczelnego ogni- 
ska polskiej cywilizacji. Przyczyniają się do tego 
wydawcy, nie mający dostatecznego oparcia w moc- 
nych organizacjach polskiego kupiectwa katolickie- 
go. Sarkoma, niszcząca nasze życie społeczne i po- 
lityczne, przerzuca się na mózg i tak zmienia nas 
na obliczu intelektualnem, że wkrótce rozpoznać 
będzie trudno, co to za naród ma tutaj swoją stolicę. 
DIGAMMA 


GŁOSY 


POTEM KIN NIE MIAŁ RACJI 
P RZED kilkunastu dniami wyczytałem w "Dniu 
polskim" zamieszczony tam na mój specjalny 
użytek morał, że "dobrze jest czasem odszukać 
w lamusie wspomnień historycznych pewne 
analogje i nakierować na nie wzrok społeczeństwa". 
Je m 'execute - i sięgam do starych szpargałów 
(ja - "oderwany od rzeczywistości"), "nię tykając 


się twardego dnia codziennego, w którym się two- 
rzy historja" . I oto czego się dowiaduję: 
Jest koniec roku 1770-tego, wigilja pierwszego 
rozbioru Polski - zbliża się zmierzch konfede- 
racji barskiej. Pomiędzy Berlinem a Petersburgiem 
toczą się ożywione rokowania "pacyfikacyjne": 
książę Henryk pruski, młodszy brat Fryderyka 
II-go, a kandydat masonerji na tron polski w cza- 
sie ostatniego bezkrólewia, bawi tej fatalnej zimy 
w sprawach polskich nad Newą. W kraju pośród 
rozterki konfederacji z królem, kłótni wstecznej 
magnaterji z Czartoryskimi, działa najwięcej, rusza 
się na wszystkie strony, projektuje, asekuruje - 
August Sułkowski, wojewoda gnieźnieński, a syn 
faworyta drugiego króla-Sasa. 
Człowiek to istotnie zdolny niezwykle, istny 
Cagliostro politycznej formalistyki, pan tej Rydzy- 
ny, z której jakoś nic dobrego nie chciało rozple- 
nić się na Rzeczpospolitę, gruby materjalista na 
sosie wielkopolskim -- a jak tam się trafi mater- 
jalista, to już zalatuje na milę sąsiednim "boszem" - 
który w wielkie m przesileniu rozbiorowem głośno 
się przyznaje do tego, iż tylko na tem mu zależy- 
de sauver son individu, przytem reformator ustroju 
Polski, pacyfista z ducha sławnego księdza de 
Saint- Pierre, parlamentarzysta na złość królowi, 
ale republikanin z ducha. 
Myśl naprawo - twórcza Sułkowskiego reali- 
zuje się tedy ku końcowi wspomnianego już roku 
1770, a rozwija się i panoszy na własnem, magnac- 
kiem podwórku przez dwa lata następne, aż w to 
podwórko uderzy ten sam piorun rozbiorowy, któ- 
ry całą przepala Rzecztospolitę. Przypatrzmy się 
teraz tej myśli bliżej: 
Polska ma być rozczłonkowana, podzielona 
na szereg księstw udzielnych, z których ziemie: 
kościańska i wschowska przypaść mają princeps 
Senatus-ordynatowi Sułkowskiemu, inne zaś księ- 
stwa federacyjne dostałyby się w udzielę moźno- 
władcom tego samego pokroju, jak Adam Poniński, 
osławiony marszałek sejmu rozbiorowego i Ksa- 
wery Branicki, późniejszy Targowiczanin. "Chciał 
z Polski robić Rzeszę Niemiecką" - charaktery- 
zuje krótko ten projekt Sułkowskiego współczesny 
pamiętnikarz, Jabłonowski. Tak wyglądał cel, 
a teraz środki wykonania. 
W dwa lata po "genjalnej" inicjatywie Suł- 
kowskiego, która wykluła się zapewne latem 1770 r., 
za jego pobytu w Poczdamie, u Fryderyka, orga- 
nizuje wojewoda gnieźnieński Wielkopolskę. "Za 
namową pruskiego ministra Hoyma," - pisze Ko- 
nopczyński - "a w myśl rady udzielonej Frydery- 
kowi II przez osławionego żyda Ephraima (znanego 
nam jeszcze z zamachów na dobro Polski czasu 
wojny siedmioletniej, a później czynnego w spis- 
kach rewolucyjnych francuskich-(przyp. autora 
artykułu), utworzył naokoła siebie Sułkowski, 
wśród powszechnej klęski i osłupienia, na gruzach 
konfederacji i po ogłoszeniu zaborów "Radę woje- 
wództw wielkopolskich", która jęła pertraktować 
z Berlinem dla realizacji swoich mętnych i zbrod- 
niczych projektów. 
Ale i po pierwszym rozbiorze nie zamarły te 
koncepcje federalistyczne. Podjął je w roku 1774 
inny agent pruski, którego nazwisko trafia się 
także i w dziejach masonerji, a którego osoba za- 
wisła na szubienicy insurekcyjnej warszawskiej, 
podły Karol-Adolf Boscamp-Lasopolski, zdradliwy- 
nie Wołoszyn, jak się dotąd przeważnie myślało, 
ale, Holender, kalwin - konwertyta. Ten, snując się
		

/p0011.djvu

			Nr. 54 


MYŚ L 


NARODOWA 


379 


po korytarzach naszego ówczesnego M.S.Z'u jak 
zaraza, przyczepIając się do co ważniejszej misji 
czy ambasady, kusił wysłańca oficjalnego Polski 
nad Newą, a szefa swojego w tym czasie, hetmana 
Branickiego, iżby i on wgryzł się nareszcie wraz 
z kompanami w kruche ciasto dzielonej Rzeczy- 
pospolitej, którem tak był się właśnie pożywił 
Fryderyk ze swojemi sojuszniczkami. 
A przez Fryderyka, Boscampa, Branickiego- 
trójcę wartą siebie - trafiła wzniosła myśl fede- 
ralistyczna do ruchliwego, choć kałmuckiego mózgu 
Potemkina. I odtąd jęła się wcielać przyśpieszo- 
nem tempem w jego plany. "Askenazy" - powiada 
ostatni historyk podziałów Polski, Howard Lord - 
"wyprzedził innych w głębokim wglądzie do labi- 
ryntu tajnych celów Potemkina" ... Obejrzyjmy te cele; 
"Były to" - pisze p. Askenazy ("Przymierze 
polsko-pruskie", Warszawa 1919, str. 48)-"wręcz już 
zbrodnicze, szalone knowania, którym podobnych 
trzeba szukać aż w zabójczych projektach szwedz- 
kich Karola-Gustawa i Oxenstierny z przed lat 
stu trzydziestu, czasu szwedzkiego w Polsce po- 
topu". "Zaś z poza tych skrytych konszachtów" - 
wyjaśnia-"wyłaniały się nadto najdalej sięgające, 
wywrotowe plany zamachu stanu, obalenia władzy 
królewskiej, ustanowienia formy rządu oligarchicz- 
nej, z kolejną prezydencją oligarchów, a zarazem 
naj dalej sięgające wywrotowe zamysły federacyjne, 
zaburzenia jedności Rzplitej, podziału kraju na 
jakieś udzielne jednostki terytorjalne w liczbie 
pięciu albo i więcej"... 
Tak wyglądały plany polskie Potemkina, ma- 
jące być uwieńczone-jak przypuszczał Stanisław- 
August - koroną Jagiellonów dla ambitnego par- 
wenjusza. Tak wyglądał cel, a teraz środki wy- 
konania: 
Zaczęło się to jeszcze w tych samych latach, 
kiedy Fryderyk z Sułkowskim naradzali się w Pocz- 
damie nad sfederowaniem Polski. Dziwi się Aske- 
nazy, skąd o tych projektach mógł wiedzieć znany 
Herder, który w swoim "Dzienniku podróżnym" 
z roku 1769 (w tym czasie bawił on w Rosji 
i afiljował się tam do wolnomularstwa) notuje: 
"Die Ukraine wird ein neues Griechenland werden..., 
ihre Grenzen werden sich bis znm Schwarzen Meer 
hin erstrecken "... I dodaje profesor Askenazy: "Ro- 
kując z królem, spiskując z malkontentami, Po- 
temkin trzecią broń morderczą trzymał w zanadrzu-: 
kozaczyznę... Tutaj też miał być kamień węgielny 
jego tajemniczej Dacji, jego państwa czarnomor- 
skiego... Budził, rozdmuchiwał tradycje Sahajdacz- 
nego, Chmielnickiego, a i Paleja, Barabaszenki 
i Gonty. Hajdamaczyzna - uwieńczeniem i korek- 
tywą obosiecznych rokowań sprzymierzeńczych 
z królem i oligarchją polską - taka była dla 
Rzpltej polskiej, zachowana na sam koniec, trzy- 
mana w odwodzie, ultima ratio Potemkina. ". 
Tyle profesor Askenazy. Ale podkreślić jesz- 
cze należy, że, za każdym razem, gdy budziła się 
idea sfederalizowania Polski, kucharzami tej kuchni 
politycznej byli żydzi. Jak Ephraim przy Sułkow- 
skim, tak przy Potemkinie działał Abram Perec, 
bogaty monopolista, który "myślał także o skozacze« 
niu żydów prowincji południowych polsko-rosyj- 
skich, utworzył już dwa szwadrony żydowsko - ko- 
zackiego pułku konnnego "Izraiłowskij"; "mais 
la terreur qu 'iI s avaient de leurs chevaux, en ai- 
tendant celle de Vennemi" była powodem zanie- 


chania tej formacji, jak opowiada żartobliwie świa- 
dek naoczny (książę de) Ligne" J. 
Tylem wypisał, odnajdując, jako historyk, 
w odległej przeszłości dzień dzisiejszy, a jeżeli 
"Dzień Polski" znowu weźmie mi za zle, że moje 
reminiscencje historyczne nakierowują wzrok 
społeczeństwa na "mędrców Syjonu" i że "używam 
organu endeckiego do swoich wynurzeń", może 
mnie przed temi ciężkimi zarzutami ochroni po- 
waga cytatów z dzieł prof. Askanazego, których 
w tym artykule "endeckiemu" czytelnikowi nie 
szczędzę. 


KAZIMIERZ MARJAN MORAWSKI 


WYCHOWANIE NARODOWE 


TROSKI P. MINISTRA OŚWIATY 


(Dokończenie) 


 N minister ma jednak dwa jeszcze inne 
zmartwienia: politykę w szkole i - młodzież. 
Pan minister zwalcza mianowicie zasadę nie- 
wprowadzania polityki do szkoły, broni się 
tylko przed "miazmatami partyjnej walki politycz- 
nej": "co innego obowiązek szkoły zorjentowania 
wychowanka w zjawiskach życia społecznego i poli- 
tycznego jego kraju i wszczepienia w jego umysł 
pojęć, a w jego serce uczuć takich, które go uzdol- 
nią i uzbroją na ofiarny, święty trud dla własnego 
Państwa". Pan Czerwiński powołuje się tu na przy- 
kłady wychowania obywatelskiego w Bolszewji 
i w Niemczech i przeciwstawiając tym zagranicznym 
wzorom nasze jakoby nieudolne wychowanie oby- 
watelskie: sucho uczymy dzieci o Polsce współczes- 
nej, a w historji polskiej wzdrygamy się przed za- 
poznawaniem uczniów "z wypadkami historycznemi 
ostatnich lat kilkunastu". 
"Mówienie o legjonach Piłsudskiego, to poli- 
tyka, wyjaśnianie, jaki powinien być stosunek Po- 
laków do mniejszości narodowych w Państwie - 
to polityka, mówienie o Naczelnym Wodzu w woj- 
nie 1920 r. - to oczywiście jaskrawa polityka"- 
oto ustęp, pełen gryzącej, bolesnej ironji. 
Gorąco przyklasnęlibyśmy p. Czerwińskiemu, 
gdyby codzienne doświadczenia nie nauczyły na- 
szych nauczycieli, że z prawdą dziejową ostatnich 
lat kilkunastu należy się obchodzić w szkole bar- 
dzo ostrożnie, tak ostrożnie, że najlepiej - milczeć, 
to też wielu rozsądnych historyków i nauczycieli 
"Polski współczesnej" - chętnie pokrywa tę epokę 
milczeniem. Wielu czyni to poprostu przez instynkt 
samozachowawczy - z obawy o własną skórę. 
Wypadki przeniesień politycznych, tak liczne 
w ostatnich czasach, aż nazbyt często mają źródło 
w lekcjach historji i nauki o Polsce współczesnej. 


*) "Encyclopaedia Judaica' Berlin, Eschkol, 1928, str. 
485, podaje, że Abraham Hirszowicz, faktor nadworny Sta- 
nisława-Augusta, proponował królowi w osobnym memorjale 
kolonizację Ukrainy proletarjatem żydowskim. Por. wydany 
przez Dembińskiego list Piattolego do marszałka Stanisława 
Małachowskiego z dnia 23 mają 1792 ("Kwartalnik Historycz- 
ny", XIV, 631) z którego wynika, że (oczywiście wzamian za 
pomoc królewską przy owej planowanej kolonizacji Ukrainy 
i wyrobieniu innych korzyści) żydzi zobowiązali się spłacić 
długi królewskie. Nie potrzeba dodawać, że najciemniejsze 
żywioły Sejmu wielkiego, z osławionym Jackiem J ezierskim, 
kasztelanem łukowskim, na czele, stanęły jak mur w obro- 
nie, pokrzyżowanej przez opozycję, sprawy żydowskiej.
		

/p0012.djvu

			380 


MYŚ L 


NARODOWA 


Nr. 54 


Są jednak i tacy nauczyciele, którzy milczą 
poprostu ze względów wychowawczych, z obawy 
w skuteczność oficjalnej prawdy, głoszonej ex 
cathedra - w czasie, gdy młodzież w domu z ust 
osób, które czci i szanuje, z dzienników, z książek 
wreszcie tak łatwo posiąść może tę drugą -. nie- 
oficjalną prawdę, która pono staje się coraz głoś- 
niejszą. Pan minister wierzy, jak widać, mocno 
w potęgę suggestji oficjalnego słowa a także ofi- 
cjalnego druku; jest to znane złudzenie "sanacyjne", 
któremu rzeczywistość zadaje kłam na każdym 
kroku. Pan minister jest jednak wychowawcą. 
Czy ten konflikt między "prawdą" a - prawdą, 
tak częsty dziś konflikt między domem a szkołą 
na tle politycznem, nie wydaje mu się tragicznym 
właśnie ze stanowiska wychowawczego? Albo czy 
istotnie p. minister wierzy w wychowawczą war- 
tość - np. opisu walk majowych? Nie każdy jest 
na tyle zręcznym nauczycielem, by mógł sobie po- 
zwalać na tego rodzaju ekwilibrystykę wychowaw- 
czą. Tu nie wystarczą nawet dobre intencje nau- 
czyciela "sanatora", jeśli stoi wobec inteligentnej 
młodzieży, a nie chce jej popychać w objęcia 
partyj opozycyjnych. Taki człowiek najlepiej zro- 
bi, milcząc 
Jeśli bowiem przejdziemy do trzeciego zmar- 
twienia p. ministra, którem jest "nacjonalizm" 
inteligentnej polskiej młodzieży, to geneza tej 
"przywary" młodzieży tkwi wprawdzie głęboko 
w duszy społeczeństwa, ale tkwi także niewątpli- 
wie i w szkole. Tylko - naszem zdaniem - nie 
w braku agitacji prorządowej przez szkołę, jak 
przypuszcza zdaje się p. Czerwiński! My, wręcz 
przeciwnie, widzimy źródło nastrojów opozycyjnych 
młodzieży właśnie w nadmiarze oficjalnej, urzędo- 
wej propagandy, nakazywanej z góry i wtłaczanej 
w młodzież przemocą w regularnych, conajmniej 
kilkumiesięcznych odstępach, wtłaczonej przez tych 
właśnie dyrektorów i gwałtem zasługujących się 
nauczycieli, którzy nie mają dość taktu, by mówić 
prawdę lub przynajmniej - milczeć. Pan minister 
chciałby może tej propagandy jeszcze więcej, może 
co dzień, co godzinę? Gdyby tak było, to tern 
lepiej będzie dla niezależnej myśli narodowej, tern 
lepiej dla nieoficjalnej propagandy, która bić bę- 
dzie wówczas w szkołę coraz potężniejszą falę 
ponad głowami wychowawców. Być może, że sy- 
stem oficjalnej propagandy daje znakomite wyniki 
w szkole bolszewickiej. Ale typ młodzieży pol- 
skiej jest właśnie zgoła inny od typu rosyjskiego, 
o czem p. minister chyba wie najlepiej. 
Bardzo dobrze bowiem, że p. Czerwiński "pa- 
mięta doskonale", jak "w czasach niewoli młodzież 
polska poza szkołą oficjalną stworzyła sobie drugą 
szkołę w postaci t. zw. kółek i organizacyj ide- 
owych". My nie pożądamy bynajmniej w niepod- 
ległej Polsce takiej podwójnej szkoły, to jednak, 
co dzisiaj dzieje się z naszą szkołą, wygląda tak, 
jakby rząd właśnie pchał młodzież do tej drugiej 
szkoły tajnych kółek i organizacyj. 
Pomijamy ataki p. ministra na "zoologiczny 
nacjonalizm" młodzieży akademickiej i rzewną 
wzmiankę o "pilnie uczącej się młodzieży żydow- 
skiej", na której młodzież polska dokonywa jakoby 
aktów fizycznej przewagi. Młodzież obroni się 
zapewne sama od zarzutów p. ministra, a sympa- 
tyczną wzmiankę o żydach niechaj "Nasz Przegląd" 
reprodukuje tłustym drukiem. Rozumiemy nawet 
do pewnego stopnia wzburzenie p. ministra po 


niedawnych sukcesach młodzieży wszechpolskiej 
w uniwersytetach. 
Uderzyła nas natomiast troska p. ministra 
o harcerstwo, które cierpi obecnie, jak wiadomo, 
na nadmiar opiekunów rządowych, akurat w tym 
samym stopniu jak szkoła na nadmiar propagandy. 
Pan minister konstatuje w harcerstwie objawy 


"które muszą głęboko niepokoić wszystkich, myślących 
o przyszłości naszego państwa. Oto mianowicie prócz głów- 
nego Związku Harcerstwa Polskiego poczęły powstawać 
inne, niezależne od niego ośrodki harcerstwa. 
Powstało więc t. zw. czerwone harcerstwo socjalistyczne, 
powstały odrębne związki harcerskie żydowskie i ukraińskie. 
Nie potrzeba być jasno widzącym, żeby widzieć i rozu- 
mieć, że bierne przyglądanie się takiemu rozwojowi sprawy 
harcerskiej jest równoznaczne z pozwalaniem na wbijanie 
klinów w podstawy naszego państwa". 
Pragnęlibyśmy chętnie wczuć się w głęboką 
troskę p. ministra o harcerstwo, ale argumenty 
powyższe nie bardzo nas przekonywają, sądzimy 
bowiem, że państwo, które stworzą odrębne szkoły 
ruskie i żydowskie, nie powinno się wzdrygać przed 
konsekwencją odrębnych związków harcerskich. 
Dlaczego odrębne harcerstwo ruskie ma być kli- 
nem wbitym w podstawy państwa, a szkoła ruska 
nie, istotnie nie rozumiemy. 
Obawiamy się, że ta troska o jednolitość har- 
cerstwa wynika raczej z niepokoju z powodu 
coraz to słabnącego wpływu na młodzież, który 
tak trapi naszą "sanację". Ale tu sprawa jest bar- 
dzo trudna: bo jak się zdaje dobry Bóg, kazał 
młodzieży polskiej dążyć do innych ideałów, niż te, 
które jej z niezmordowaną natarczywością ukazuje 
. " 
"sanaCja. 


WŁ. JAWORSKI 


NAUKA I LITERATURA 
Z ŻYCIA LITERACKIEGO I NAUKOWEGO 


Wkrótce teatr Narodowy ma wystawić nową sztukę 
S t a n i s ł a waM i ł a s z e w s k i e g o . Jest to komedja p. t. 
"Bal w obłokach", pisana wierszem. Teatr Letni w Warszawie 
nabył graną już w Poznaniu z wielkiem powodzeniem wesołą 
komedję A d a m a G r z y m a ł y S  e d l e c k i e g o "Maman 
do wzięcia". Rolę główną ma grać Cwiklińska. 


Obwieszczenia prospektowe w prasie zapowiadają do- 
stępne dla wszystkich zbiorowe wydanie dzieł J a n a K a s - 
p r o w i c z a. Wydawnictwo ogłasza prenumeratę na łączną 
sumę 40 zł. z? całość broszurowaną w tomy, lub 75 za kom- 
piet oprawny. Tomów będzie 20. Płacić można ratami. (Adres 
wydawn.: Kraków, na Gródku 21 wydawn. dzieł Kasprowicza). 
Redaktorem wydawnictwa jest znany krytyk, doc. uno kra- 
kowskiego, Stefan Kołaczkowski. 


Z RUCHU WYDAWNICZEGO 


T a d e u s z N e w l i n - Wag n er, autor cennego stud- 
jum o zagadnieniu predestynacji w dziełach Słowackiego, 
ujawnił rzetelny talent poetycki w dwóch zbiorkach wyda- 
nych w ostatniem dziesięcioleciu. Same ich tytuły: "Wiecz- 
nemu pięknu" (1919) i "Zaczarowany dom" (1927) charakte- 
ryzują dobrze poetę. W przeciwieństwie do ogółu poetów 
dzisiejszych, którzy lubują się w zgiełku i geszefciarstwie 
wielkomiejskiem, w przelotnej modzie i aktualności, Wagner 
pokochał to, co piękne, co wieczne, co tchnie czarem i zaci- 
szem. Stąd wypłynęła jego predylekcja do pokrewnych mu 
nastrojem poetów romantycznych, oraz do poetów-myślicieli, 
poetów estetyzujących i poetów - intelektualistów. Mając 
· wskutek złego losu - utrudnioną drogę do porozumiewania 
się z żywymi ludźmi, zmuszony był obcować z poetami 
w lekturze; że zaś rozmawiał z nimi serdecznie, poufnie 
i głęboko, dowodem tego są obfite przekłady. Po przekładzie 
"Hymnów do nocy* Novalisa (opatrzonym przedmową tłuma- 
cza) wydał obecnie Wagner - nakło Tow, Wyd. "Rój"- 
piękną wiązankę przekładów p. t. "Skarb dusz". "Ze stu dwu-
		

/p0013.djvu

			Nr. 54 


MYŚ L 


NARODOWA 


381 


dziestu pięciu lat liryki". Reprezentowanych jest tu dwudzie- 
stu kilku poetów - francuskich, rosyjskich, niemieckich, 
angielskich, włoskich - których podzielić można na mniej 
więcej dwie grupy: romantyków (Hugo, de Vigny, Leopardi, 
Byron, Sheller, Keats, Novalis, Schlegel, Tieck, Lenau, 
A. Tołstoj, Heine), z preroman tykami (Biirger, Goethe, Che- 
nier) i poetów intelektualistów drugiej połowy XIX w. 
(Rosctti, D* Annunzio, Mereżkowski). Przekłady mają wiele 
zalet artystycznych. Zasługuje na uwagę - archaizowany 
umyślnie - przekład "Madame de Soubise' Alfreda de Vigny 
(znany czytelnikom "Myśli Narodowej') oraz przekład sonetu 
D'Annunzia ,,0 giouinezza animó, la tua corona"-zachowu- 
jący w kilku miejscach nawet rymy oryginału. 
K 
Opuścił prasę tom l. "Szkiców i portretów literackich" 
K a z i m i e r z a B a r t o s z e w i c z a (Kraków, Gebethner 
i WoltI str. 304) Tom ten zawieni: Z dziejów humoru pol- 
skiego: B. Paprockiego "Dziesięcioro przykazanie mężowo" 
Rzeczpospolita Babińska. Małpa-Człowiek, nieznana satyra 
w. XVIII. Jędrzej Kałuski i jego niewydane dzieło. Inicjator 
Komisji Edukacyjnej. " TowarzystwoFilantropów" Uniwersytetu 
krakowskiego. Napoleon w rymach polskich. Adam Napoleon 
Mickiewicz. 


* 


W "Bibljotece laureatów Nobla" (Wydawnictwo Polskie 
R. Wegnera w Poznaniu) ogłoszono w polskim przekładzie 
powieść S e l m y L a g e r lo f "Anna Sward" (trzecia część 
tetralogji, opisującej dzieje rodu L6wensk6Idow). "Anna 
Sward" jest niezaprzeczenie jednem znajświetniejszych, 
najdojrzalszych pod względem artystycznym dzieł znakomitej 
autorki szwedzkiej. Talent narracyjny, zadziwiająca subtelność 
i przenikliwość w kreśleniu charakterów, dar poetyckiego 
widzenia wreszcie - czynią z tej najnowszej pracy sędziwej 
pisarki dzieło o nieprzemijającej wartości. Jest ono ponadto 
interesujące także i z tego względu, iż w sposób niezmiernie 
pouczający odsłania psychikę protestantyzmu, z zawartemi 
w niej sprzecznościamPwownętrznemi oraz wynikającemi stąd 
załamaniami moralnemi w życiu żarliwie wierzącego i poboż- 
nego młodego pastora. Przekład Leopolda Staffa - bez 
zarzutu. 


SZTUKI PIAS1YCZNE 


KRAJOBRAZ 


O KRESY zwrotne w sztuce, o ile są tłumne i wartkie, 
odznaczają się nastrojem bojowym, ten zaś wydobywa 
na jaw takie zjawiska wewnętrznego życia sztuki, któ- 
rych w czasie pokoju często się nie dostrzega. Obecny 
zwrot do kompozycji postaciowej i do portretu, z oparciem 
się o późne średniowiecze i Odrodzenie, ujawnił pewien rys 
psychologiczny wśród braci artystycznej, mianowicie ni e- 
chęć i pogardę dla krajobrazu, zwłaszcza - barwnego. Jest 
to, szerzej rzecz ujmując, pogarda dla tego, czego się nie 
rozumie, nie umie, nie czuje i czem się nie jest. Trwa ona 
zawsze, jako mniej lub więcej ukryta wojna pomiędzy róż- 
nemi typami artystów. Impresjoniści gardzili obrazami po- 
staeiowemi i ich twórcami, i nawzajem byli przez nich 
lekceważeni. Od zobopólnego niezrozumienia nawet wielki 
talent nie chroni. Bardzo możliwe, że ta pogarda jako sku- 
tek daleko posuniętej wyłączności talentu jest dlań rodza- 
jem pancerza, broniącego przed rozproszeniem i skupiające- 
go siły do jednego kierunku i celu. 
Co jednak jest zrozumiałe i może nawet dobroczynne 
w artyście, jako twórcy, to staje się szkodliwą ciasnotą 
w krytyku sztuki. Do obowiązków krylyki artystycznej na- 
leży taka pojemność, by żaden rodzaj sztuki nie był dla niej 
pasierbem. Dla krytyka powinny istnieć lylko wartości rze- 
miosła i artyzmu danej sztuki, oraz ich stosunki historyczne, 
psychologiczne i moralne. Elementarne rodzaje, uaprj.ykład, 
malarstwa, jak oto - portret, krajobraz, obraz historyczny, 
kompozycja postaciowa, kwiaty i przedmioty, obraz dekora- 
cyjny, fantastyczny i t. d.-wszystkie mają dla krytyki rów- 
ne prawa obywatelstwa. Na wzajemne w tym zakresie nie- 
chęci i wojny wśród artystów krytyk powinien spoglądać 
'<. góry, Jako na wewnętrzne niesnaski generis irritabilis, jak 
to już dawno brać artystyczną nazwano, O ile zaś le wojny 


z pracowni artystycznych chcą się przenieść na arenę pub- 
liczną, krytyk ma obowiązek łagodzenia ich i sprowadzania 
na miejsce dla nich właściwe. Wojna portretu z krajobra- 
zem jest z tego punktu widzenia całkowitym nonsensem, 
W Europie krajobraz jako temat samowystarczalny, 
zyskał na znaczeniu w wieku osiemnastym (jeśli nie liczyć od- 
osobnionych prób, jak np. arcydzieła graficzneRembrandta). Cy- 
wilizacje starożytne i długie wieki naszej cywilizacji nie rozu- 
miały krajobrazu, a jeśli go widziały, to w kształtach i bar- 
wach niemal hieratycznych i jako tło do scen ludzkich. Do- 
piero przedświt epoki romantycznej, w Anglji mianowicie, 
wyzwala krajobraz i stwarza wielki prąd, plenerem zwany, 
który, następnie z wielkiem bogactwem i siłą talentów roz- 
winęli Francuzi, Polacy, Rosjanie i inne narody, w szczegól- 
ności północne. Z niewielkim wyjątkiem, w czasie najbuj- 
niejszego rozkwitu pleneru można powiedzieć, że plener 
i jego pochodne-to krajobraz. Przed oczami oczarowanych 
artystów odsłoniły się cuda przyrody, niewyczerpanej kryni- 
cy zachwytów i natchnień. Pierwszym w Polsce krajobra- 
zistą na miarę najwyższą, choć nie w malarstwie, jest 
w "Panu Tadeuszu" Mickiewicz. Może to właśnie on wespół 
ze Słowackim wychował polski krajobraz malarski. 


Krajobraz w malarstwie sam przez się posiada wszyst- 
kie warunki na wielkie dzieło sztuki. Postać w nim ludzka, 
lub zwierzęca, albo dzieło rąk ludzkich staje się szczegółem, 
do przyrody należącym. Ale i bez tego szczegółu krajobraz 
może być w pełni liryczny, dramatyczny, albo tragiczny, 
może widza wzruszać do głębi duszy i dawać mu coraz no- 
we skojarzenia duchowe, równie dalekie, jak najlepszy obraz 
każdego innego rodzaju. Zapewne, istnieją ludzie i artyści 
na krajobraz niewrażliwi. Ale skoro istnieją wrażliwi, niema 
powodu do wzajemnego wyklinania się i wypraszania ze 
świątyni sztuki. Nowe, surowe warstwy dzisiejszych społe- 
czeństw wniosły i do sztuki dwie swoje cechy znamienne: 
demokratyzm i nietolerancję. A krajobraz jest sztuką wy- 
soko rozwiniętej kultury arystokratyzmu ducha, a co za 
tern idzie, wspaniałomyślności i tolerancji., Przyroda jest 
lepszym i dostojniejszym wychowawcą, niż gromada ludzka. 
Z tego, że w danym czasie malarstwo krajobrazowe 
znużyło się i nie wydaje wielkich talentów, nie wynika by- 
najmniej, że krajobraz wogóle racji bytu nie posiada. Raczej 
wnioskować można, że dane pokolenie za małe jest, nazbyt 
prozaiczne, demokratyczne, gadatliwe, realistyczne, aby mo- 
gło wznieść się do wspaniałości przyrody [krajobrazowej, 
wolnej od ludzkich spraw i ich zgiełku. Ciekawym i logicz- 
nym przyczynkiem do tego zjawiska może być fakt, że za- 
ciekłymi i programowymi przeciwnikami przyrody wogóle, 
a w szczególności malarskiej są żydzi. Oni z rasy swej są 
wrogami przyrody. Już zakon mojżeszowy zabrania swym 
wyznawcom patrzenia na niebo gwiaździste. "Żyd słońca 
nie widzi" - jak to chłop polski w genjalnem przysłowiu 
określił. Otóż rasowe to i nieuleczalne chamstwo żydowskie 
trafiło dziś na chwilowe i przejściowe chamstwo nowych 
warstw polskich, co razem dało potworka zwanego judofor- 
mizmrm. Ale potworki krótko żyją, więc i tego będziemy 
wkrótce oglądali w muzeum w słoju ze spirytusem. 
Co do krajobrazu w Polsce, istnieją dane, że już nie- 
długo powstanie nanowo w dziełach, godnych jego posłan- 
nictwa. Kulturalne warstwy polskie nie przeszły przez tak 
straszliwą trzebież rytualną, jak w Rosji, i odradzają się 
szybko. Założone w nich zrozumienie i ukochanie przyrody 
przemówi i w poezji i w malarstwie, a że ma za sobą cały 
wiek dziewiętnasty niezwykłej miary doświadczeń i wysił- 
ków, przeto można być pewnym, że tak głęboka orka nie 
pozostanie bez wpływu na glebę bliskiej przyszłości. Narzu- 
canie krajobrazom pewnych teoryj i praw, dobrych może 
w kompozycjach postaciowych, zatrzyma rozwój tego i owe- 
go talentu o słabszej woli-na czas krótszy lub dłuższy, ale 
całego zjawiska nie zahamuje. Krajobraz nowożytny wypły-
		

/p0014.djvu

			382 


M Y Ś L 


NARODOWA 


Nr. 54 


wa ze zbyt głębokich źródeł duszy ludzkiej, aby jakiekol- 
wiek teorje inżynierii mogły zbudować dlań tamy dość silne. 
Do tych wywodów ogólnych przybywa jeszcze ta oko- 
liczność miejscowa, że malarstwo polskie w bardzo małym 
stopniu wykorzystało olbrzymie bogactwa, jakich mu przy- 
roda w Polsce tak hojnie użycza. Tak naprzykład, krajo- 
braz górski, tatrzański zaledwie jest napoczęty, morze w ma- 
larstwie polskiem jeszcze nieobecne, a nawet poetyczność 
pól, łąk i lasów, wsi i miasteczek naszych nie w pełni zna- 
lazła wyraz swój w dziełach twórczego natchnienia. Nie 
biorę tu, oczywiście, w rachubę krajobrazów naturalistycz- 
nych. A czem jest, czem być może pierwszy lepszy motyw 
krajobrazowy, o tern poucza cykl Wyspiańskiego p. t. »Kro- 
nika kilku dni". Kilkanaście obrazów jednej i tej samej 
szosy, z jednego okna malowanych o różnych porach dnia 
i różnych pogodach - kilkanaście arcydzieł i najwyższych 
duszy ludzkiej objawień. 


STANISŁAW PIEŃKOWSKI 


P. S. W zeszycie poprzednim w siódmym wierszu od 
początku mojego szkicu wydrukowano mylnie "Wielka ilość 
artykułów" zamiast "artystów". 


ZMARLI 


LUDWIK BIRKENMAJER 


D NIA 20 listopada zmarł w Krakowie profesor Uniwer- 
sytetu Jagiellońskiego, Dr. Ludwik Antoni Birken- 
maj er. 
Zmarły pochodził ze spolszczonej dawno rodziny nie- 
mieckiej, dziadek jego był żołnierzem napoleońskim i brał 
udział w wyprawie na Moskwę, a stryj, późniejszy proboszcz 
miasta Rozwadowa, uczestniczył w powstaniu r. 1848 przeciw 
Austrji. W atmosferze putrjotycznej spędj.ił swe dzieciństwo 
ś. p. Ludwik Birkemajer, urodzony dn. 25 maja 1855 roku 
w miasteczku Lipsko (dziś wojew. Lwowskie) z rodziców 
Józefa i Petroneli ze Stefanowskich. 
Studja odbył we Lwowie w gimnazjum bernadyńskiem 
i na wydziale filozoficznym uniwersytetu. W 1878 r. objął 
posadę profesora matematyki i fizyki w szkole rolniczej 
w Czernichowie pod Krakowem, w rok potem doktoryzował 
się na uniwersytecie Jagiellońskim, w parę zaś lat później 
habilitował się tamże na docenta fizyki eksperymentalnej 
Pierwsze prace z zakresu swego przedmiotu - ogłosił 
już w r. 1876 i w latach następnych; za przedmiot miały one 
naukę o rozszerzalności ciał i inne kwest je matematyczno" 
fizyczne. Prace te zwróciły nań uwagę Akademji Umiejętności 
która niebawem powierzyła mu kierownictwo badań hygro_ 
termicznych oraz pomiary głębokości jezior tatrzańskich 
następnie zaś badania stauu ruchów wahadłowych w salinach 
bocheńskich. W młodym stosunkowo wieku został prof. Bir- 
kemajer członkiem Akademji Umiejętności za obszerną roz- 
prawę o Marcinie z Olkusza, uczonym polskim w. XV., jed- 
nym z pierwszych inspiratorów późniejszej słynnej "gregor- 
jańskiej" reformy kalendarza. Odtąd kontynuując poniekąd 
tradycję swego teścia, Franciszka Karlińskiego, długoletniego 
dyrektora obserwatorjum astronomicznego w Krakowie, po- 
święcił się głównie badaniom historji nauk ścisłych, zwłaszcza 
zajmując się historją astrouomji, matematyki i fizyki polskiej 
na tem polu tak szeroką rozwinął działalność i tyle zdziałał, 
że zaszła potrzeba stworzenia dlań-jedynej w Polsce--katedry 
historji nauk ścisłych, którą piastował zrazu jako profesor 
tytularny (sprawując jednocześnie funkcję profesora, przez 
pewien czas i dyrektora, szkoły czernichowskiej), następnie 
(od r. 1910) j :iko prof. nadzwyczajny i (od r. 1920) zwyczajny 
Wykazując wielkie zaOługi, jakie Polska położyła w dziedzi- 
nie nauk matematycznych , zajmował się prof. Birkermajer 
Mikołajem Wódką z Kwidzynia, Wojciechem z Brudzewa, 
JIa:o;eT Brożkiem, Janem Śniadeckim, Hoene- Wrońskim, i in. ,na- 


dewszystko zaś najgenialniejszym ze wszystkich Polaków, Mi- 
kołajem Kopernikiem, któremu poświęcił wiele prac, znanych 
i u nas i zagranicą. N a czele prac tych postawić należy 
ogromne dzieło p. t. "Mikołaj Kopernik", którego część I. 
wyszła w r. 1900, jako najwspanialsze uświetnienie pamięt- 
nego obchodu 500-lecia uniwersytetu Jagiellońskiego. Księga 
ta była owocem długoletnich studjów, a zwłaszcza poszukiwań 
archiwalnych, bibljotecznych, dokonanych w Niemczech, 
Danji i Szwecji w r. 1897. Trzy jeszcze wielkie ekspedycje 
naukowe przedsiębrał prof. B. późniejszemi laty. 
N ajważniejszym plonem pierwszej z nich w r. 1907j 
było odkrycie słynnego dziś listu Kopernika do Zygmunta 
Starego (ogłosił go po raz pierwszy prof. B. w II. tomie 
"Lamusa *), gdzie wielki astronom skarży się na Krzyżaków, 
nazywając ich "zbójcami i zbrodniarzami". Drugą ekspedycję 
w r. 1911, przedsięwziął prof. B. wraz z ś. p. profesorem 
Łosiem; rezultaty tej wyprawy ogłoszone zostały w osobnej 
książce. Trzecia ze wspomnianych ekspedycyj przerwana 
została przez wybuch wojny. Z innych prac o Koperniku 
godne są pamięci przedewszystkiem: "Nova Copernicana" 
(napisane po niemiecku na spółkę z uczonym szwedzkim 
(J. Colinem). "Nicolo Copernico a VuniversUii di Padova' 
"Mikołaj Kopernik jako twórca, uczony i obywatel", "Mikołaj 
Kopernik i Leonardo de Vinci", "Stromata Copernicana' (cz. II. 
wielkiej monografji), a wreszcie "Wybór pism", wydany 
w "Bibljotece Narodowej". 
W r. 1923, podczas obchodzonego urOCZYSCIe przez całą 
Polskę jubileuszu urodzin Kopernika, prof. B. był duszą ca- 
łego obchodu, wygłaszając kolejno szereg odczytów o wiel- 
kim astronomie w Krakowie, Poznaniu, Toruniu, Warszawie, 
i szeregu miast pomniejszych. Wtedy to został przez rząd 
polski odznaczony orderem komandorskim "Polonia Resiituła' 
a przez szereg towarzystw naukowych (Tow. Nauk warszaw- 
skie, toruńskie i in.) mianowany członkiem honorowym. Jed- 
nocześnie Międzynarodowa Unja Astronomiczna w Oxfordzie 
powołała go na swego członka i reprezentanta Polski, 
a Szwecja obdarzyła go wysokim orderem "Gwiazdy Polarnej". 
Hołd jego zasługom złożyła i literatura polska w osobie Ste- 
fana Żeromskiego, który w »Wietrze od morza" jeden z naj- 
piękniejszych rozdziałów książki (VII -my) oparł właśnie na 
monografji Birkermajera o Koperniku, a w "Snobizmie i po- 
stępie" (str. 197) tak o dziele ten pisał: 
"Alboż nie jest książką pełną poezji wielkie dzieło 
prof. Ludwika Birkermajera o Koperniku - gdzie wszystko 
jest przedziwnie potrzebne, jasne, ścisłe, wydobyte z nicości, 
wyrwane z próżni, wyszperane z niewiedzy, z ciemnoty, 
myślą wyćwiczoną, i mądrą dosięgnięte w mroku czasów? 
Ażeby podjąć dzieło takie, jak zbadanie genjuszu Kopernika, 
wyśledzenie dróg jego myśli, sposobów jego odkryć, samot- 
nych jego mocowań się z opornym wszechświatem i wzlo- 
tów aż do siedliska tajemnicy, trzeba posiadać tyleż zapewne 
pasji, nieustającej podniety, fuIji wewnętrznej i natchnienia 
wysokiej miary, co do napisania poematu, dramatu lub po- 
wieści... Tam się, o dziwo! znajduje poetyckie wzruszenie!.. 
N auki ścisłe oraz ich historją nie były jedyną dzie- 
dziną zajęć naukowych Zmarłego. Interesowała go też historją 
wogóle, zwłaszcza historją kultury. Był członkiem Komisji 
do badania dziejów sztuki w Polsce i często gromadził lub 
ogłaszał materjały lub szkice, dotyczące zwłaszcza dawnych 
kościołów i klasztorów. Zajmował się też osobami i działal- 
nością niektórych historyków polskich, zwłaszcza Wapow- 
skiego i Miechowity. Dlatego też bliżsi niejako ziomkowie 
Miechowity - akademicy Miechowianie - mieli w osobie 
prof. B. kuratora swego Koła. Ponadto Zmarły przez kilka 
lat ostatnich swego życia piastował godność senjora staro- 
dawnej Jagiellońskiej Bursy Akademickiej. Był też przez lat 
kilka dyrektorem żeńskiego seminarjum nauczycielskiego 
pod wezw. św. Rodziny. 
Za trumną szły rzesze przedstawicieli nauki oraz ucz- 
niów. Zmarły osierocił liczną rodzinę.
		

/p0015.djvu

			Nr. 54 


M Y Ś L 


NARODOWA 


383 


OFENSYWA 
ZLIKWIDOWANIE P. LIPIŃSKIEGO 


Z DAJE się, że ten major i doktór z "Kurjerka Porannego" 
jednak poszedł w odstawkę i znikł z horyzontu. Prawdo- 
podobnie tylko w stolicy i wnet gdzieś wypłynie jako 
wicewojewoda, komisarz kasy chorych lub cenzor. U sana- 
torżników bowiem nie bywa wogóle typu doszczętnie skom- 
promitowanego. Taka Sanojca.np., gdzieśindziej by już zako- 
pano go po szyję w jego gnój korrupcyjny, u sanatorżników 
Sanojca działa dalej i wychlawszy rano litrówkę gorzały, 
nadal bawi Sejm swemi dowcipami... 
Z tym p. Lipińskim, z miasta Łodzi, rodem była taka 
sprawa, że w "sanacyjnej" prasie pan ten w ostatnim sezonie 
zaczął udawać fejletonowego historyka i krytyka dziel hi- 
storycznych. Pisywał nie tyle już z tupetem, ile z gwałtow- 
nością wprost prowokującą. Nic, tylko pierwsza brygada 
i pierwsza brygada. Od 13-tego maja 1926 początek Polski 
a »legionery" tylko Polacy, reszta... swołocz, autonomji tylko 
chciała, za carem tęskni... On zaś niby, ten p. Lipiński (aus 
Łódź) był już wprost nad- Polakiem i jako taki sądził surowo 
nawet konkurentów, którzy ośmielili się pisać choćby ado- 
racyj nie o "pierwszym marszałku". Zerżnął więc ten Lipiń- 
ski nawet Olechowskiego, nawet J ellentera. a niejakiemu 
Hińczy zarzucił nawet i udowonił plagjaty. 
Aliści przyszła kreska na Matyska. Niejaki bowiem 
p. Goldwasser postanowił zrobić geszeft na konjunkturze 
i wydać "Dziesięciolecie", Tadeusz Goldwasser od jakiegoś 
czasu Złotnicki. Do tego dzieła wynajął sobie kilku pauów, 
potrzebujących monety, gotowych pisać wedle instrukcji 
i pod patronatem wydelegowanego ad hoc z Biura W. histo- 
rycznego kapitana Przybylskiego. Wśród zaangażowanych 
przez p. Goldwassera - Złotnickiego znalazł się i publicysta 
historyczny p. H. Mościcki, ongiś podobno narodowy demo- 
krata, od kilku lat zmuszony do profitywniejszego zarobko- 
wania, z przekonań rządowiec. Komitetowi redakcyjnemu tego 
"Dziesięciolecia" dostarczył też swojej pracy wyżej wzmian- 
kowany p. "major, dr. Lipiński". Jako major oczywiście 
O armji polskiej i jej genezie. No i tutaj incipit tragoedia. 
Majorowi widocznie się śpieszyło. P. Tadeusz Goldwasser- 
Złotnicki nalegał. Dość, że pogromca Hinczy plagjatora 
i główny historyk pierwszej brygady popadły widocznie 
w szał "radosnej twórczości" zatracił znaczenie tego "co moje" 
a "co twoje" i najspokojniej sobie przepisał, "buchnął", splag- 
jował moc ustępów z pracy o wojsku polskiem prof. Tokarza 
Książka o "Dziesięcioleciu" poszła w handel ślicznie, 
w organach sanatorżników pojawiły się cacane recenzje, 
p. Ehrenberg dumny był ze swego domowego majora, p. Li- 
piński zaczął się nadymać jak żaba, aż tu nagle buch, jak 
piorun z jasnego nieba, pismo "Szaniec" odkrywa plagjaty 
i to trzeba przyznać w delikatnej formie. 
W "Kurjerku Porannym" popłoch. Jasnogórski koman- 
dor zirytowany. Restitutki prasowe radzą p. Lip. żeby się 
bronił i ratował. Bidny Lodzermensch robi, co może. Tam 
wysyła "świadków", tu "sprostowanie", powołuje się na swój 
list do p. Tokarza, w którym poprostu przyznał się do 
eskamotażu i prosi o przebaczenie. Ale nic nie pomaga. 
Twierdził bowiem, że nakładca, t. j. p. Tadeusz Złotnicki onże 
Goldwasser ze względu na popularny styl publikacji zastrzegł 
się przeciw t. zw. odsyłaczom, odnośnikom, cudzysłowom 
i cytacjom źródeł... z tej racji on tedy, major dr. Lipiński 
(z miasta Łodzi) też musiał się zrzec w pośpiechu odsyła- 
czów i cudzysłowów. Książka atoli roi się od cudzysłowów 
i odsyłaczów oraz posiada na końcu: "omyłki w druku". 
Zaczem niby to "karygodna samowola" wydawców (Gold- 
wassera) ... Po nieudałych jednak zabiegach ratowania go, 
usunięto p. Lipińskiego do ciemnicy, gdzie już przebywają 
Stpiczyński, Olpiński, Turtertaub, Handelsman, Hincza, 
Jellenter, Ulanowski, Olechowski i t. p. 
Mamy dlań jednak jedno miłe zajęcie. Wyszła obecnie 
w Paryżu poważna księga G. Maureverta p.t.: "Les /ivres des 
plagiais* gdzie poważny uczony zestawia kilkaset słynnych 
plagiatów począwszy od... Eurypidesa. W tej kompanji znaj- 
dzie p. W. Lipiński pierwszorzędne nazwiska. 
Zamiast tedy pisać "surowe krytyki" naprzykład na 
generała Michaelisa, którego myśmy tu w Warszawie znali 
jako doskonałego Polaka znacznie przed wojną, to jest wtedy 
kiedy. . . . .rozmaite parszywce jeszcze do chederu na Bałutach 
chadzały... niech sobie pan dr. Lipiński Wacław sprowadzi 
dzieło Maureverta i niech nam to na polski pięknie prze- 
J umączy. 


Drugi zasię egzemplarz Maureverta niechaj da z dedy- 
kacją p. Komandorowi Ehrenbergowi, który przez dwa 
lata taki był dumny ze swego adjutanta majora, a teraz po 
kompromitacji tak go bez litości z redakcji wylał. 
Śliczna brygada te sanatorżnikil 
Czas pomyśleć o specjalnej celi dla... panegirystów. 
ADOLF NOWACZYŃSKI 


NA 


MARGINESIE 


Jeden ze współpracowników tej rubryki pisze nam: 
Puściłem się posuwistym krokiem wielkoświatowca na 
wywiady. Pytam wybitnego cudzoziemca: 
- No, panie cudzoziemcze, co pan powie o naszem 
przesileniu? 
- Właśnie szukałem Polaka, żeby się z nim podzielić 
wrażeniem. Wasze przesilenie ma jakąś sympatyczną cechę 
swoistą, nie spotykaną na zachodzie - powiedzmy: słowiańską. 
Gdzieindziej ludzie padają z wyżyn polityki, u was sprawy 
się jeszcze toczą w granicach elementarnej moralności. Ma 
to pewien zapach dżungli. I to jest poniekąd sympatyczne. 
- Nie prawda? Jak to miło słyszeć! 
- Bo - ciągnął dalej cudzoziemiec - na zachodzie 
wszystko już skostniało w pewne zasady i nie budzi już 
dyskusji, a u was te rzeczy są takie świeże! Oto przykład. 
Gdzieindziej ludzie podejmują się gospodarować cudzemi 
pieniędzmi, ale zgóry zastrzegają: prosimy jednak o ścisłą 
kontrolę. A u was się mówi: tylko bez kontroli! Jest w tern 
szlachetny gest ludzi wolnych, rozumiejących istotę głoszo- 
nego przez się hasła "niepodległość" ... Albo - proszę 
pana - walka o to, żeby nie kontrolować, gdzie i jak zginął 
człowiek. Albo: bilet wizytowy dygnitarza w rękach prole- 
tarjusza ... Nie, tego niema w naszych przesileniach. Widzę 
tutaj, jak my na zachodzie postarzeliśmy się. Gdzież podział 
się ten nieco prymitywny, ale ciepły stosunek do haseł 
wolności, równości i braterstwa na tle elementarnych zagad- 
nień moralnych! 


* 


"Czas" w Nr. 283 pisze: 
"Przesilenie wywołało naturalnie cały szereg domysłów 
i kombinacyj; wymieniane są nazwiska przyszłych ministrów; 
nie warto jednak powtarzać tych plotek, które m aj ą sw o - 
je źródło w bezwzględnem milczeniu i odo- 
sobnieniu człowieka decydującego." 
Jakoś to niezręcznie napisane i pod względom logicz- 
nym i politycznym. Bo jeśli ktoś milczy i jest odosobniony, 
do tego bezwzględnie, to jakże można go pomawiać, że jest 
źródłem plotek? A z drugiej strony czyż może człowiek 
w tych warunkach d e c y d o wać? 
"Czas" opowiada takie rzeczy, jakby nie wiedział 
z komunikatów, że decyzja spoczywa w ręku Prezydenta. 
Więc to jest niepolityczne także. 


* 


Niczem w dawnym okresie sejmowładztwa, p. Prezydent 
Rzeczypospolitej zaprasza na audjencje przedstawicieli klu- 
bów sejmowych, ażeby "w drodze konferencyj ustalić poło- 
żenie"... Jedna tylko daje się zauważyć różnica. O ile dawniej 
zapraszano wyłącznie przedstawicieli stronnictw polskich, 
obecnie "konferował" na Zamku także reprezentant klubu 
żydowskiego, syjonista małopolski, poseł Rosmarin, Słusznie 
kładzie nacisk na znaczenie tego faktu "Express Poranny" 
w sześcioszpaltowym tytule "Od Hybarskiego do Rosmarina" . 
Polacy w Polsce zapamiętają dobrze to zdarzenie. 


* 


Opisując zakończenie posiedzenia Sejmu dnia 6 b. m., 
"Gazeta PoLka" (Nr. 39) doniosła: 
"Posłowie poczęli wychodzić z sali, zcstał jedynie 
klub B. B. W. R. Członkowie Bloku odśpiewali ,,1 Brygadę", 
poczem wznosząc okrzyki przeciw marszałkowi Sejmu... opu- 
ścili salę. . . " 
Szkoda doprawdy, że wiadomości "Gazety Polskiej" re- 
dagowane są w formie tak suchej, zwięzłej, z pominięciem 
szczegółów. Czyż nie było to zaiste godne opisu, jak rycer- 
sko wyglądał np. poseł Kirschbraun, kiedy o sobie i o swoich 
najbliższych zanucił "my... strzelecka gromad»", jak dostoj- 
nie dźwięczały głosy posłów Janusza Radziwiłła, Solańskie- 
go, Wiślickiego, kiedy z żołnierską iście determinacją intono- 
wali. N a stos-rzuciliśmy nasz życia los"... Jako żywo, nie- 
zapomniana to musiała być chwila! Czemuż nie opowiedziano 
tego dokładniej "dla pokrzepienia serc"...
		

/p0016.djvu

			384 


MYŚ L 


NARODOWA 


Nr. 54 


CZYTAJCIE i PRENUMERUJCIE 


AWANGARDĘ-V 


Odlewnia figur i rzeźb 


MIESIĘCZNIK MŁODYCH 


, 
B RAC 


, 
PIENSCr 


ID  ID nlIn 


W WARSZAWIE 
PKZY ULICY HOŻEJ Nr. 55 TEL. 17-89 
MAGAZYN FABK. KRAK. PRZEDM. 15. 
TEL. 21-90. 


od roku 1865 
Książka jest dziełem prof. WACŁAWA SOBIESKIEGO 
i stanowi osobne, niezmienione wydanie tomu III-go jego 
"Dziejów Polskio. Posiada wszystkie zalety dzieł tego 
pisarza. 
N owe wydanie zostało zaopatrzone w 20 ilustracyj, por- 
trety postaci historycznych omawianej epoki. 
Książka ma 245 stron druku. Kosztuje 5 złotych. 
Nabywający "Dzieje Polski lat ostatnich" za pośrednic- 
twem "Myśli N arodowej" nie ponoszą kosztów przesyłki 
książki. 


wykonywa i posiada na składzie: 
Ozdobne stylowe oświetlenia do elektryczno- 
ści, Przedmioty salonowe i kościelne z bronzu 
i srebra. Podarki okazyjne i nagrody sportowe. 


Poznań P. W. K. 1929 r. Państwowy Dyplom Honorowy 
i wielki złoty medal. 


PRACOWNIA l MAGAZYN 


ADMINISTRACJA 


JAKO TO: 
KUFRY, WALIZY, NESESERY, TOREBKI 
DAMSKIE, PORTFELE, TEKI BIUROWE, 
PORTMONETKI I T. P. 


COKMI CIELCE 


AC 


CK! 


, 
CIECHANOW 


WARSZAWA, 


WARSZAWA 
BODUENA1. 


CHMIELNA 35. TELEF. 212-15. 


T R E Ś Ć: M  d fi e koł Oj. D. N. - O politykę czynną nad Dunajem Advr. - Imperjalizm amerykański B. Zaniew- 
-..-...... . . . . . . . . skiego. - Panflecista czy altruista W. Jabłonowskiego. - Na widowni Digammy, - Głosy: Potemkin nie 
miał racji K. M. Morawskiego. - Wychowanie narodowe W. Jaworskiego. -- Nauka i literatura. - Sztuki plastyczne 
St. Pieńkowskiego. - Zmarli. - Ofensywa A. NowaczYńskiego. - Na marginesie. 


Adres Redakcji: Marszałkowska 153, tel. 25-45. Adres Adniinistacji: Al. Jerozolimskie Nr. 17, 2-gie piętro. Tel 12-90. 
PRZEDPŁATA kwart. zł. 9, półrocznie zł. 17, rocznie zł. 32, zagranicą kwart. zł. 12, półroczno zł. 24, rozcnie zł. 45. 
Konto czekowe na P. K. O. 3.105. 
Redaktor naczelny i wydawca: ZYGMUNT WASILEWSKI. Redaktor odpowiedzialny: JAN REMBIEL'fNSKl. 
Druk. Koop. Prac. Drukarskich, Zielna 47, tel. 19-15. PRZESYŁKA POCZTOWA OPŁACONA RYCZAŁTEM.