/p0001.djvu

			JV£44. 
Warszawa, dnia 29 (17) Października 1887 r. 
Kok VII. 
neonu FOŁITTCZIT. SPOŁECZNY I LITERACKI. 
2, ro- 
PRENUMERATA „PRAWDY" 
(wraz z bezpłatnym dodatkiem) 
W Warszawie: miesięcznie kop. 70, kwartalnie rs. 
oznie rs. 8 z odnoszeniem dc domu. 
Z przesyłką pocztową do wszystkich miejsc Królestwa, 
Cesarstwa i zagranicy: kwartalnie rs. 2 k . 50, rocznie 
rs. 10. 
Adres: Złota Nr. 23. 
Administracya otwarta codziennie, z wyjątkUm 
niedziel i świąt ważniejszych od godz. lo do 5. 
Redaktor przyjmuje interesantów w czwartki, 
piątki i soboty od 1 do 3 po południu. 
Rękopisy drobne nie zwracają się. 
Przedpłatę przyjmują: Administracya Prawdy oraz księgar­ 
nie, kioski i kantory pism peryodycznych. 
Sprzedaż pojedynczych numerów po kop. 20 w War­ 
szawie w Administracyi pisma i w kioskach. 
Ogłoszenia wszelkiej treści po kop. 6 za wiersz lub jego 
miejsce. 
TKEŚĆ: Polityka: Tęcza przyszłości. — Tydzień polityczny. — 
Dwa widma p. W . Okońskiego. — 
Sprawy ekonomiczne: Przed pół-wiekiem a dziś I. p . R . 
— 
Badania naukowe: Psychologiczna teorya uczuć p. Władysława Kozłowskiego. — 
Nasze pożycie społeczne p. Krz. — 
Literatura i sztuka: Wszechpo- 
emat p. N . Hirszbanda. — L iteratura polska: Hugo Zathey. Młodość Bohdana Zaleskiego p. W . P . — 
Adam Nowicki: Czy pamiętasz? p. Cez. Jel. — 
Kartki naukowo-artystyczne p. H . — 
Fejleton: Liberum veto p. Posła Prawdy. — Pod mikroskopem p. Gezyasza. — Na widnokręgu p. Urogomlra. — 
Prasa rosyjska. 
— 
Kronika bieżąca. 
— 
Odpowiedzi redakcyi. — 
Ofiary. •— Ogłoszenia. 
POLITYKA. 
TĘCZA PRZYSZŁOŚCI. 
Jak śród huku armat fujarka pastusza, 
tak śród trąb przedbojowych i uzbrojeń dzi­ 
siejszych brzmią glosy apostołów pokoju, 
marzycieli, pragnących usunąć ze świata 
wojnę a wszelkie spory, rozstrzygane dotąd 
orężem, poddać wyrokom trybunałów mię­ 
dzynarodowych. Usiłowania tej dążności 
przedstawił kiedyś w Prawdzie Jeż; obecnie 
mamy do zaznaczenia ich wyraz nowy, 
który dziwacznie odbija od szczęków i brzę­ 
ków militaryzmu a może nigdy bardziej 
nie kłócił się z rzeczywistością, tern nie 
mniej na uwagę zasługuje, jako owo ziarn­ 
ko gorczyczne, które rozrośnie się w dale­ 
kiej przyszłości. 
W Londynie istnieje stowarzyszenie przy­ 
jaciół pokoju (Peaoe and Arbitration So- 
ciety), które wydało świeżo mowy swego 
najznakomitszego apostoła, członka parla­ 
mentu, HenrykaRichardsa, głoszone prze­ 
zeń 
w rozmaitych miastach europejskich. 
Książka ta jest niezmiernie ciekawa: jako 
ilustracya dojrzałych owoców militaryzmu 
oraz nasion wymierzonej przeciw niemu dzia­ 
łalności. Obejrzmy naprzód pierwsze. 
Według „Statesman's Year Book" w ro­ 
ku bieżącym armie europejskie liczą na sto­ 
pie pokojowej 3,041,054 ludzi, na wojen­ 
nej — 17 milionów. Roczne utrzymanie ich 
w pierwszym wypadku kosztuje przeszło 
158 milionów funt. szt. (około 1,580,000,000 
rubli). Skutkiem tych olbrzymich wy­ 
datków wzrastają ciągle długi państwowe 
Europy, które obecnie wynoszą 4,550 mil. 
f. szt. (45,500,000,000 rs.), procenty zaś od 
nich 213 mil. f . szt. (2,130,000,000 rs.). Od 
r. 1866, a więc od poczęcia się epoki milita­ 
ryzmu ze zwycięstw pruskich, długi te po­ 
większyły się o 2 miliardy f. szt., czyli o 20 
miliardów rs. 
Dla 
zapobieżenia tym kolosalnym stra­ 
tom pieniężnym i—w starciach bojowych— 
ludzkim, Towarzystwo pokoju radzi ustano­ 
wienie sądów międzynarodowych, wykazu­ 
jąc, że one już wielokrotnie okazały swą 
wartość moralną i praktyczną. Czytelnik 
niezawodnie zadziwi się, że w ostatnich 90 
latach 36 razy w ten sposób załatwiono spo­ 
ry polityczne. Znamiennem jest tu, że w 10 
wypadkach stronami procesów były Anglia 
i Ameryka. Najważniejszy wyrok, rozcina­ 
jący ich pretensye, zapadł 1871 r. w Gene­ 
wie, gdzie sąd polubowny zobowiązał W. 
Brytanię do zapłacenia Stanom Zjednoczo­ 
nym 15 mil. dolarów za szkody zrządzone 
przez jej okręt „Alabama." 
Tegoż roku ce­ 
sarz niemiecki rozstrzygnął spór między 
temi państwami o wyspę San Juan, znowu 
na niekorzyść Anglii. Zwykle rozjemcami 
bywali monarchowie lub dostojnicy rządo­ 
wi, ale nie zawsze. Raz sądził zatarg W. 
Brytanii ze Stanami kupiec londyński Ba- 
tes, innym razom — między Stanami a Me­ 
ksykiem prawnik dr Lieber. Zauważyć na­ 
leży, że obywatel amerykański Johnson, 
rozstrzygając proces Stanów z Paragwa­ 
jem, przyznał słuszność ostatniemu. 
Do takiego sądu zwracały się również in­ 
ne kraje: Persya i Afganistan w r. 1877, 
Chiny i Japonia w 1874, Niemcy i Hiszpa­ 
nia w bieżącym itd. — 
a prawie zawsze na­ 
prężone stosunki groziły wojną. 
Nic dziwnego, że idea trybunałów między­ 
narodowych najgłębiej zakorzeniła się w Sta­ 
nach Zjednoczonych, które bez takiej in- 
stytucyi u siebie nie mogłyby utrzymać 
swego związku i każdy zatarg wewnętrzny 
rozstrzygają sądem rozjemczym. Tam też 
musiała objawić się chęć rozciągnięcia owej 
idei na wszystkie kraje świata cywilizowa­ 
nego. Przed kilku laty amerykański mini­ 
ster spraw zagranicznych Blainer usiłował 
przeprowadzić ten plan praktycznie w obrę­ 
bie Unii i zwołał kongres Stanów. Zjazd 
ten nie przyszedł do skutku, ale idea stałego 
trybunału politycznego żyje dotąd. Właśnie 
w tej sprawie wyjechała z Anglii do Amery­ 
ki deputacya przyjaciół pokoju, która za­ 
mierza wyjednać między obu państwami 
formalną umowę, zobowiązującą je do sta­ 
nowczego zaniechania wojny i poddawania 
wszelkich sporów politycznych pod uznanie 
sądu rozjemczego. Ku projektowi temu 
Stany skłaniają się bardziej, niż Anglia, 
chociaż i ona — jak widzieliśmy — od nie­ 
go nie stroni, a nawet dodać trzeba, że za­ 
rodkowe urzeczywistnienie go dostrzegamy 
w polityce europejskiej. Na konferencyi 
berlińskiej, zatwierdzającej państwo Kon­ 
go, w pierwszym paragrafie statutu zastrze­ 
żono, że wszelkie sj)ory między mocarstwa­ 
mi rozpoznawać będzie sąd polubowny. 
Dotąd wyroki sądów międzynarodowych 
nie miały mocy obowiązującej, obie strony 
mogły się im poddać lub nie; tymczasem 
Towarzystwu przyjaciół głównie chodzi o to, 
ażeby oi-zeczenie trybunału było nieodwo­ 
łalne i niezłomne, ażeby ono wyłączało ape- 
lacyę do oręża. Jak daleko w przyszłości 
leży możliwość zgody na takie najwyższe 
instancye procesów ludzkich — dowodzić 
nie potrzebujemy. Wobee 3 milionów ludzi 
stojących dziś bez przerwy pod bronią i 14 
miliarda rocznych wydatków na te zastę­ 
py—marzenie apostołów wiecznego poko­ 
ju wydaje się jak zawieszona gdzieś w nie­ 
doścignionych przestworzach tęcza. Ale — 
przyznajmy — tęcza piękna. Jakkolwiek te­ 
raźniejszość drwi z tego rojenia, barw i bla­ 
sków świetnych mu nie odbierze. I choćby 
życie bardzo długo jeszcze czekać kazało, 
w piersiach ludów, trapionych okropnościa­ 
mi wojny, nie zamrze nigdy wiara, że owa 
epoka kiedyś nastanie, że skończy się wre­ 
szcie okres burz i krwawego posiewu. Cy- 
wilizacya,która dotąd okrywa się płaszczem 
czerwonym, przywdzieje biały i wtedy do­ 
piero będzie miała prawo nazwać się ludz-
		

/p0002.djvu

			— 
518 — 
ką. Dziś tego jeszcze o sobie powiedzieć nie 
może nawet po przyozdobieniu się znakami 
swych największych i najszlachetniejszych 
zwycięztw. 
TYDZIEŃ POLITYCZNY. 
Jeżeli lisi umizg, jakim Kreuz-Ztng ura­ 
czyła polaków, dla nich był przeznaczony— 
o czom wątpimy — to przyznać trzeba, że 
chybił celu. Wszystkie gazety polskie od­ 
powiedziały mu wzgardą i szyderstwami. 
„Dziś już na lep nie pójdziemy — powiada 
N. Reforma. Dla złudnych obietnic nie za­ 
przestaniemy obrony (w Poznańskiem), bo 
że o zaczepce nic myślimy, o tern chyba 
i ks. Bismai-k i jego dziennikarski pacho­ 
łek wiedzą dokładnie... Każdy mórg ziemi 
polskiej, który można uratować, każde 
dziecko polskie, któremu można dać ele­ 
mentarz polski do ręki — to lepsza naszej 
przyszłości rękojmia, niż obiecanki tych, co 
nas tylokroć zdradzali." 
Prasa rosyjska przyjęła „balon" niemie­ 
cki urąganiem, którem zresztą wita od pe­ 
wnego czasu każdy z tej strony manewr. 
Now. Wremia powiada: „Polityka Prus za­ 
wsze opierała się i opiera na grabieży i gor- 
manizacyi ziem słowiańskich; podział Polski 
zaproponowany byl przez Prusy i wykona­ 
ny został wskutek nacisku ze strony Fry­ 
deryka Wielkiego; na kongresie wiedeń­ 
skim Prusy ani słuchać nie chciały — jak 
i inne mocarstwa — o samorządzie Polski; 
idea ta należała wyłącznie do Cesarza Ale­ 
ksandra, jedynego człowieka, który myślał 
jeszcze o niezależności Polski. Że Prusy 
w walce z nami, być może, postarają się 
połechtać polaków obietnicą odbudowania 
Polski, to jest rzeczą możobną; lecz od tego 
do utworzenia Polski rzeczywistej jeszcze 
daleko; przeciw temu mówi cała przeszłość 
Prus, wszystkie tradycye jej historyi." 
Alo 
Now. Wremia, drwiąc z gazety berlińskiej, 
przewyższyło ją jeszcze swoim mimowol­ 
nym humorom. Pomieściło bowiem list 
' z Warszawy, w którym bez ogródek i dłu­ 
gich korowodów, prosto z mostu, donosi 
o znakach, zdradzających śród „księży 
i szlachty" zamiar... powstania. Dopra­ 
wdy — wydrukowano czarne na białem. 
2) 
DWA WIDMA. 
— 
Nie odtrącaj mnie, jam taka biedna, 
taka nieszczęśliwa, taka sponiewierana przez 
los, jak płat starej skóry, którą pies w zę­ 
bach nosi, gryzie i pożreć nie chce. 
— 
O, wy miłosierdzia godne sieroty, 
zrodzone, a nicznające rodziców, unarodo­ 
wione, a opuszczone przez naród! Kiedyż 
was jedyna matka, ludzkość, przytuli do 
swego łona i otoczy troskliwą opieką! 
— 
Co mówjsz, dobrodziejko? Kto mnie 
sierotę przygarnie? I ja sobie nieraz myślę: 
gdyby poczciwi ludzie okryli mój nędzny 
grzbiet, dali strawę posilną i kąt ciepły, 
może by mi ręce zaświerzbiały do roboty, 
może bym miała odświętną minę. Ale gdy 
od człowieka wszyscy uciekają, nawet jego 
własno zęby i włosy, to się chce dogonić ko­ 
gokolwiek, zedrzeć mu czuprynę i włożyć 
sobie na głowę. Niech tam! Skoro zacna pa­ 
ni nie wstydzi się iść ze mną, dziś będę po­ 
rządną, jak figura kościelna. Tylko się na­ 
przód wykąpię w wodotrysku, jeśli go spo­ 
tkamy po drodze, bo w rzece biednym bru­ 
dzić nie wolno wody, używanej do picia, 
a bezpłatnych łazienek nic ma. A kiedy 
I jakież są te znaki? Korespondent nie umie 
ich ściśle wskazać, alo zaklina się, że one 
istnieją. Czytelników swoich prosi o uwol­ 
nienie go od dowodów i zaufanie jego sło­ 
wu. „Widząc i słysząc wiele rzeczy — pi­ 
sze — które same przez się są drobne i ma- 
łoważno, nawłócząc te paciorki na jedną 
nić, blizki dostrzogacz nie może (biodny!) 
nie dojść do przekonania, że toczy się taka 
agitacya, stanowiąca mgławicę lub plamę, 
widzialną dla dawnego mieszkańca (Staro- 
źyła), znającego tutejsze społeczeństwo. 
Dla was to drobiazgi nie mają żadnego zna­ 
czenia i nawet pisać o nich nie można z po­ 
wodów dla każdego zrozumiałych (ile tu 
demonicznej tajemniczości!). Lecz dla nas 
drobnostki te są faktami" — gdzie tam! — 
górami faktów. „Jaki był cel tej korespon- 
dencyi?" — pyta Gazeta polska i dochodzi 
do wniosku, że „mglisto, nieokreślone bli­ 
żej podejrzenia bywają nieraz skutecznym 
środkiem poparcia systemu politycznej re- 
presyi." 
Według nas, cel ten spoczywa 
w redakcyi, albo raczej — w administracyi 
Now.Wremieni. Dziennik ten ma tylko je­ 
dną zasadę, której stale pozostał wiernym— 
robienia wrzawy i drażnienia czytelników 
pieprznomi nowinami. Co chwilę zaczaja 
się on i wypada z krzykiem, rad, że prze- 
straszyłbojażliwych. Widzieliśmy, przynaj­ 
mniej okresową, konsekwencyę w wielu pi­ 
smach rosyjskich, w Rusi, w Mosk. Wiedo- 
mostiach, widzimy ją w Swietie, w Rusk. 
Wiedomostiach, ale żaden kameleon nie przy­ 
bierał tyle postaci, ile Now. Wremia. Jego 
pokrzyków i strachów nikt na soryo nie 
bierze, a Gaz. polska ma zupełną słuszność, 
twierdząc, że „organa policyi i żandarmeryi 
(w Królestwie Polskiom) na równi z nami 
podziwiać muszą fantazyę i odwagę publi­ 
cystów tej kategoryi," co „Starożył" z Now. 
Wremieni, wynalazca przyszłego „powsta­ 
nia." 
Zatarg czechów z rządom austryackim, 
a właściwie z ministrem Gautschem, dotąd 
nieskończony, pomimo wielu narad. Posło­ 
wie czescy byli nawet przyjmowani przez 
cesarza, ale ten zaszczyt wcale nie stopił 
ich twardości. Gdyby on spotkał galieyan, 
podarowaliby Wawel na szkołę niemiecką. 
Dokądże polacy tracić będą na porównaniu 
ze swymi pobratymcami! Gdziekolwiek 
tknąć, kogokolwiek za język pociągnąć, 
wszędzie i każdy powtórzy nieszczęsną śpie­ 
wkę: od czechów nam się uczyć rozumu 
i charakteru. Icb figą nie napasiesz, grze- 
będę czysta, jak zdrowe oko, czy weźmiesz 
mnie siostro do swego pałacu? 
— 
Żadnego nic mam, mieszkam w skrom­ 
nych domkach. 
— 
Bywają wygodne. Ale dokąd teraz 
dążysz? 
— 
Na obsługę nocną. Zanim słońce wej­ 
dzie i da hasło do dalszej walki muszę ukrze- 
pić siły bojowników, opatrzyć rany zwycię­ 
żonych, uczcić poległych. 
— 
Na pobojowiskach można znaleźć 
chleb porzucony, odzież zgubioną, klejno­ 
ty drogie, kosztowności, które trupom są nie­ 
potrzebne a żywym się przydadzą. Cudna 
wyprawa — spieszmy. Oby nas tylko inni 
nie ubiegli. 
— 
Bądź spokojna, niedola jest magnesem 
odpychającym. Przy jej drzwiach stoją na 
straży smutne duchy, które ludzi odstrasza­ 
ją; jej piersi niemile rzężą, kości wydają 
chrzęst szkieletowy, oddech zatruwa uśmie­ 
chy, ów słodki i odurzający płyn w czarach 
biesiadników życia. Nieszczęśliwy jest eho- 
rym, zapowietrzonym, do którego jedynie 
litość się zbliża. 
— 
Chociaż ogień dnia zgasł, piec ziemi; 
niebo, jeszcze grzeje, ale wkrótce ochłodnie. 
Trzeba skorzystać z ciepła i przespać się, 
bo ranok zimnem obleje i z legowiska spę­ 
dzi. Powiedz mi zatem szczerze, siostro, 
czy warto tę ciepłą część nocy przewłóczyć 
się? 
— 
Odgrzeb z popiołów twej duszy iskrę 
miłości dla łudzi, wiary w dobro nadziei 
cznoscią nie usidlasz, pozorem nie omamisz, 
cacanką nie wywiedziesz w pole. 
Wioski minister spraw zewnętrznych 
Crispi na uczcie w Turynie przyznał, że 
Włochy weszły w ściślejszy stosunek z Niem­ 
cami i Austryą. Jakaś gromadka niezado­ 
wolonych krzyknęła mu za to: „precz 
z Niemcami!" — ale większość zrobiła minę 
zadowolenia z tego sojuszu, chociaż go spo­ 
żywać będzie jak gorzkie lekarstwo. Niem­ 
cy dla nikogo słodkie nie są. 
Chociaż jubileusz Leona XIII przypada 
dopiero w styczniu, przednia straż pielgrzy­ 
mów (francuskich) już przybyła do Waty­ 
kanu. Rząd zajął względem tego przypły­ 
wu stanowisko roztropno: postawił straż, 
która ma tłumić wybuchy bezbożnych, ale 
również hamować pobożnych, gdyby ze­ 
chcieli wykrzykiwać na cześć „papieża-kró- 
la." Leon XIII zastrzegł tylko, ażeby przy 
jego ukazaniu się pątnicy nie bili oklasków. 
Zdaje się, że Gladstone zamierza podjąć 
przeciw rządowi angielskiemu poważną wal­ 
kę na gruncie sprawy irlandzkiej, i zdaje 
się również, że może mieć słuszną nadzieję 
wygrania jej. Ślepy postęp Salisburego 
w ciemięztwie nagromadził tyle niochęci, 
że ona wystarczy na wysadzenie go z krze­ 
sła ministeryalnego. 
Francya babrze się jeszcze w procesie 
Oaffarela i rozmyśla nad tern, czyby sobie 
nie sprawić nowego rządu. Ten już włada 
parę miesięcy — zaczyna być nudnym. 
A gdyby przytem można było zmienić pre­ 
zydenta Rzeczypospolitej, dopiero by się 
Paryż uraczył I może się uraczy. 
Chociaż W. Porta znowu pracuje nad ja­ 
kimś okólnikiem do mocarstw, pozwolą 
nam czytelnicy na dziś nio zaglądać doBuł- 
garyi. Ks. Ferdynand podobno zacznie wła­ 
snym kosztem budować drogę żelazną. Do­ 
brze robi; gdy mu Radosławowy i Canko- 
wcy berło odbiorą, zostanie przynajmniej 
dyrektorem kolei. 
SPRAWY EKONOMICZNE. 
PRZED PÓŁ-WIEKIEM A DZIŚ. 
I. 
W 1821 i 1823 roku magistrat stołeczne­ 
go m. Warszawy zorganizował wystawy 
w jego zwycięstwo, rozdmuchaj ją w pło­ 
mień, który drogę rozświecać będzie i pójdź 
ze mną. 
•— Ale ostatecznie — dokąd? 
— 
Czy widzisz to okienko poddaszne, po 
którym ślizga się chwiejny i blady odbłysk 
lampy nocnej? Tam mąż chorej żony i oj­ 
ciec drobnych dzieci rozmyśla, jak z niemi 
przeżyje jutro. Rozpacz, ptak drapieżny, 
usiadł mu na głowie i mózg wydziobuje, 
smutki niby węże owinęły jego serce i kłu­ 
ją je żądłami. Pyta on daremnie kamienne 
bożyszcze świata: co ma zrobić, ażeby nie 
podnieść przeciw sobie samobójczej ręki? 
— 
Ty mu poradzisz? 
— 
Poradzę, ażeby zjawił się na uczcie 
pijanych marnotrawców i pokazał im, jaki 
cień rzuca za sobą zbytek. 
— 
Wypędzą go. 
— 
Ale jogo obrazu z duszy swej nie ze­ 
trą. Widzisz to drugie okno, za którym 
przy świetle kaganka duma wynędzniały 
młodzieniec? Podniósł twarz żółtą, niby sta­ 
ra karta, skargą boleści zapisana, z księgi 
losów ludzkich, zmęczony wzrok zawiesił 
w przestrzeni, pierś gorączkowymi odde­ 
chami przypala mu uchylone usta, pięść 
kurczowo się zaciska — on jutro rozwiedzie 
się z nauką, której wieczną miłość przy­ 
siągł, i zaślubi prostą dziewkę rzemiosła, 
której nie kocha, ale będzie miał przy niej 
utrzymanie. 
— 
Cóż mu pomożesz?
		

/p0003.djvu

			— 
519 — 
wyrobów krajowych. Obejmowały one prze­ 
mysł i rękodzieła, a wykazy ich stanowią 
dziś przyczynek ważny do dziejów pracy 
krajowej w zestawieniu z jej wynikami 
w chwili obecnej. 
Ubogo, bardzo ubogo przedstawia się 
przemysł tutejszy w epoce, o której mówi­ 
my. Mimo względnej pomyślności, jaka kraj 
otaczała, mimo spokoju wewnętrznego, obraz 
ówczesnych wystaw warszawskich jest do­ 
wodem najzupełniejszego zastoju i zależno­ 
ści Królestwa od produkoyi zagranicznej. 
Wprawdzie przy końcu XTIII stulecia pa­ 
nowała gorączka zakładania fabryk, którą 
podniecali: Czartoryscy, Poniatowscy, Ma­ 
łachowscy, Radziwiłłowie, Tyzenhauzowie 
i w. i . lecz przemysł przez nich stworzony 
nie miał na celu wytwarzania artykułów 
niezbędnych lub rzeczy, za które miliony 
obcym płacił (jak np. broń), bo wyrabiano: 
fajans, porcelanę, lustra, dywany, szkła 
kolorowe, a zapomniano o płótnie, papier­ 
niach, młynach, żelazie itp.; przytem, dal­ 
sze wypadki polityczne musiały wywołać 
przerwę usiłowań ekonomicznych. 
Po kongresie dopiero wiedeńskim prze­ 
mysł polski zaczyna wzrastać dzięki posta­ 
nowieniom prawodawczym i administra­ 
cyjnym. 
Pierwszem było rozporządzenie 
namiestnika Królestwa (z dnia 2 marca 
1816 r.), które udzielało znaczne przywileje 
cudzoziemcom, osiedlającym się u nas w ce­ 
lach fabrycznych, rolniczych i przemysło­ 
wych. W 1820 r. przywileje te wzmo­ 
cniono, zamieniając niektóre miasta na osa­ 
dy fabryczne, oddając im grunta rządowe 
na wieczyste posiadanie i udzielając zapo­ 
móg pieniężnych. Wtedy więc rozpoczęła 
się nowa epoka dla przemysłu polskiego. 
Ale w latach, które złożyły pierwsze 
świadectwo wytwórczości krajowej, oddzia­ 
ływanie przywilejów nie mogło być jeszcze 
widocznem, tom bardziej zatem ciekawe bę­ 
dzie poznanie kolebki i pierwszych kroków 
naszego przemysłu; przekona ono nas bo­ 
wiem, w jak krótkim stosunkowo czasie 
rozrósł się on i spotężniał, zmieniając pier­ 
wotny charakter kraju rolniczego, jakim 
była Polska niemal aż do szóstego dziesiąt­ 
ka lat obecnego stulecia. 
W 1821 r. liczba wystawców wynosiła 
43 osób, ilość przedmiotów 320; w roku 
1823 pozycya pierwsza daje cyfrę 70, druga 
187. Ilość jednak okazanych wyrobów nie 
może stanowić dowodu bogactwa wystawy, 
bo numeracya nie obejmuje grup, działów, 
— 
Pobudzę go, ażeby o skały togo świa­ 
ta uderzył swą klątwą, która rozpryśnio 
się w tysiącznych echach i obudzi śpiące 
w mięko wysianych norach zwierzo-ludy. 
— 
Marna zabawka. 
— 
Takie echa nie milkną nigdy. Patrz 
tam dalej usiadła na balkonie i mierzy głę­ 
bokość przestrzeni młoda kobieta, której 
uwodziciel wydarł podstępnie dla siebie ser­ 
ce a sąd ludzki przez tę ranę wtłacza jej na 
to miejsce hańbę. Walczy ona między przy­ 
wiązaniem do nieprawego dziecka, które ją 
przed chwilą wypieściło pocałunkami, a od­ 
razą do życia, które wypala jej na czole 
sromotne piętna. 
— 
Niech podrzuci ludziom to, co jej od­ 
bierają. 
—• Milcz! Niech je wychowa w poznaniu 
krzywdy, niech go nauczy zemsty, która 
waży winy na szalach sprawiedliwości a ka­ 
rzący miecz powierza przebaczeniu. 
— 
Ha, ha, ha! Wspaniałomyślny baran, 
który oszczędza owczarzowi trudu strzyże­ 
nia wełny i przeciska się przez kolczaste 
krzaki, ażeby ją z niego obdarły. 
— 
Nie śmiej się, jak hycną. Oto przed na­ 
mi stos złowrogi, na którym jutro spłonie 
mędrzec, potępiony za prawdę, bo jej pro­ 
mieniami głupców oślepił. Stanę przy uwię­ 
zionym męczenniku, będę go zachęcała, 
ażeby się przed katami nie ukorzył i żalem 
nie plamił czystych krzyształów wiedzy, 
które z głębin tajemnicy wykopał i które 
lub całej np. seryi przedmiotów przez je­ 
dnego wystawcę nadesłanych, lecz każdy 
talerz, postumencik lub dywanik zajmują 
w katalogu numer oddzielny. 
W r. 1821 wystawa warszawska wyglą­ 
dała tak: 
Zakłady rządowe górnicze. 1) Dyrekcya 
górnictwa z Kielc nadesłała odlewy ornamen- 
tacyjne i przedmioty marmurowe jak: postu­ 
menty, blaty, wazony marmurowe, figurki że­ 
lazne przedstawiające osoby panujące, sławnych 
wodzów, postumenty religijne itp. 2) Z fabryk 
żelaznych w Suchedniowie, prócz wyrobów no­ 
żowniczych, okazy blachy walcowanej i kutej, 
garnki, rondle żelazne, żelazo kratowe, cajniar- 
skie i sztabikowe, wreszcie najprostsze narzę­ 
dzia rolnicze jak kosy. sierpy, radlice i lemie­ 
sze. 3) Fabryki żelazne białogońskie nadesłały 
blachę cynkową, miedzianą surową i bajcowaną, 
mosiężną surową i skrobaną, blachę cynkową 
cyną pobielaną, przytem model mostu żelaznego 
i model walcowni do walcowania blach żela­ 
znych, cynkowych itp. 
Garbarnie widzimy trzy, pp. Witticha, Kurtza 
i Humla. Pierwszy dał buty uniformowe (za zip. 
18) i do polowania nieprzemakalne (za złp. 15), 
skórki cielęce glansowane i safianowe, przytem 
dwie skóry glansowane do powozów. Kurtz — 
skóry podeszwowe „najlepsze," bawole, krowie 
wyprawne i skórę na pokrycie powozów. Ilumel 
wreszcie — skórki safianowe w różnych ko­ 
lorach. 
Fabryki szklą, porcelany i fajansu. Wystaw­ 
cy: Ks. H. Lubomirski z Horodnicy, fabrykan­ 
ci tomaszowscy, fabryka w Mińsku i fabryki 
ćmielowskie p. Karwickiej. Z Horodnicy nade­ 
słano talerze białe fajansowe z obwódkami ko- 
lorowemi, imbryczki oraz filiżanki mozajkowe 
i porcelanowo. Tomaszów dał talerze, wazy, sa- 
leterki itp. fajansowe dzbanki i garnuszki ka­ 
mienne oraz talerze i filiżanki porcelanowe. 
Z Ćmielowa były wyroby dotąd znane i rozpo­ 
wszechnione. Mińska fabryka szkła wystąpiła 
dość okazale, bo z wyrobami rzniętjmi, jak: 
półmiski, talerze, szklanki. 
Fabryki sukna. Wystawcy: Staszyc z Hru­ 
bieszowa i Rephan z Kalisza. Fabryka niezapo­ 
mnianej pamięci Staszyca—postawy sukna sza­ 
rego, bronzowego i ciemno-zielonego, i kilka 
kołder wełnianych. Rephan — postawy sukna 
różnych kolorów. 
Papiernia była tylko jedna—Józefowska z o- 
kazami tektury i papieru różnych nazw. 
Wyroby lniane wystąpiły... okazale! Jedna 
fabryka z Prusy nadesłała dwie sztuki płótna 
lnianego. 
potomność ułoży dla niego w świetlany po­ 
mnik. 
— 
To pociecha! Lepszy perz w łóżku, niż 
puch w trumnie. 
— 
Nikt z nas nie jest odkrojonym od 
wszechducha w przyrodzie jego kawałkiem, 
lecz każdy, jako dziecko w łonie matki, ży­ 
je nim całym. Nie opóźniaj swych kroków, 
choć mnie czasem nie rozumiesz. Mamy 
przed sobą wielki krąg niedoli, który obejść 
trzeba. Widzisz tę gromadę namiotów, ni­ 
by muszli wyrzuconych na brzeg przez mo­ 
rze: śpią w nich znużeni tułacze, których 
zły duch wypędził z siedzib za to, że ich nie 
mógł utłuc w wielkim moździerzu i z za­ 
gniecionej masy narodowej ulepić tworów 
według swej woli. Niosą z sobą tylko sa­ 
kwy pielgrzymie, liry śpiewacze i księgi 
dziejów rodowych. Tylko matka-ziemia, 
która niczemu nie odmawia swego przycią­ 
gania, przygarnia ich do siebie. Gdyby nie 
ona, ciśnięci w przestrzeń, spadaliby wie­ 
cznie aż na dno nieskończoności. Pójdź­ 
my do nich... 
— 
Co? Obmacywać ich puste torby? 
Przerwij, kochana siostro, tę czczą, jak 
mój brzuch, gadaninę, i powiedz wyraźnie: 
czy dasz mi jeść? 
— 
Co ty czujesz? 
— 
Głód. 
— 
Czego chcesz? 
— 
Zaspokoić go. Łykam twoje słowa, jak 
bańki mydlane, ale to mnie nie syci, tylko 
mdli. Gdybyś miała tak zwinne palce, jak 
Wyroby bromowe pozłotnicze, jubilerskie 
i ornamentacyjne. Norblin z Warszawy — ko­ 
szyki do kwiatów bronzowe i zegar bronzowy; 
Schwartz jubiler z Warszawy— tabakierki, kie­ 
liszki, flaszeczki; M. Wincenti „formator" z War­ 
szawy — odlewy gipsowe, Wenus i Apollo; wre­ 
szcie Lachapelle Gunist przedstawił ramy zło­ 
cone. 
Wyroby z drzewa, stolarskie, dachówka. 
Ordynata hr. Zamoyskiego z Klemensowa — 
wierzchy do stołów wykładane drzewem sakła- 
kowem i bukowem, oraz tegoż, rozmaitego ro­ 
dzaju dachówki do krycia dachów. 
Fabryki instrumentów muzycznych. Le­ 
szczyński z Warszawy — fortepian horyzontal­ 
ny z mechaniką angielską, Brunner z Warsza­ 
wy — fortepian tak zwany Eoli-Melodikon 
i Hann z Brzezin — skrzypce z jaworowego 
drzewa. 
Fabryka kobierców na Solcu . w Warszawie 
przedstawiła kilkanaście dywanów rozmaitych 
deseni. 
Oto wszystko prawie, co wystawa krajo­ 
wa z 1821 r. przyniosła. 
Następczyni jej z 1823 r. pod względem 
ilości przedmiotów nie dorównywała swej 
poprzedniczce; spotykamy za to na niej wy­ 
roby nowe i świadczące, że w pewnych ga­ 
łęziach przemysł i rękodzieła zaczęły się 
rozbudzać. 
Nie będziemy tu wymieniali występują­ 
cych grup lub firm, lecz tylko zaznaczywszy 
obecność zakładów górniczych, fabryk 
ćmiolowskiej i tomaszowskiej, oraz fabryki 
kobierców w Warszawie, zapoznamy się 
z nowemi firmami i działami wystawy. 
Przędza wełniana, perkate. Fabryka w Ma- 
rymoncie — cztery paczki przędzy wełnianej 
białej cienkiej; fabryka braci Berksonów w War­ 
szawie — siedem sztuk perkalików w różnych 
kolorach i gatunkach, oraz chustki kartonowe 
i tyftykowe. 
Garbarnie juz z nowemi firmami występują: 
Hammer z Warszawy, Jakubowicz z Jeziorny 
i generał Rautenstrauch; ich wyroby: skóry 
wyprawne wołowe i cielęce. 
W tym też roku widzimy pierwszy raz wystę­ 
pującą fabrykę wyrobów szklanych, która pod 
firmą Knaute i Hordliczka była zaczątkiem tyło 
głośnej firmy braci Hordliczków z Czech. Fa­ 
bryka ta nadesłała okazy wazonów, szklanek, 
kieliszków, lamp itp. 
Wyroby stolarskie, ornamentacyjne, rękawi- 
cznicze, siodlarskie, grzebieniarskie itp.. wy­ 
mieniamy nie grupami, lecz pojedynczymi wy­ 
stawcami, bo ilość ich niewielka, a jakość bar- 
wargi, zarobiłybyśmy tej nocy dużo. Na- 
• próżno straciłyśmy czas. Oto włóż swoją 
rękę w moją i podwójną pięścią uderzajmy 
w łby przechodniów a z pewnością tyle 
z ich kieszeni w nasze się przesypie, że 
słońce nas nie pozna, A jeśli nawet będzie 
potrzeba utrącić szyjkę jakiejś butelki, któ­ 
ra odkorkować się nie da... 
Przed końcem tych słów czarne widmo 
zaczęło niknąć i z jękiem rozpłynęło się 
w powietrzu. Stara niewiasta została sama 
i rzekła do siebie: 
— 
Myślała, że ja z nią będę kraść nocy 
rosę i gotować zamiast kaszy przy księżycu. 
Ha, ha, ha! 
I utonęła w mrokach. 
Po chwili usłyszałem jakiś krzyk i wo­ 
łania o pomoc, a potem śmiech starej 
wiedźmy. 
* 
* 
* 
Znowu było pusto. Zdawało mi się, że 
wyobraźnia moja jak gołąb przyleciała 
z oddali, zwinęła skrzydła i spoczęła zmę­ 
czona; zdawało mi się, że zbudzona myśl 
szepcze do niej: 
— 
Do każdej młodej i bohaterskiej idei 
przyczepia się stara i wygłodniała niecnota 
jako jej siostra, która zamierza z nią świat 
okraść, kiedy tamta pragnie go zbawić. 
W. Okoński.
		

/p0004.djvu

			-— 
o20 
dzo skromna. I tak: Leszczyński i Buchholtz — 
fortepiany, Krantz — zegary, Gackiewicz — 
grzebienie szyldkretowo i imitowane, Tuszyński 
ślusarz — postumenty i zegary stalowe, Magnus 
oraz Muncheimer — guziki, Michalski — wło- 
sieniec na meble, Norblin et Gregoir — lichta­ 
rze bronzowe. Caumont i lleurich stolarze; pier­ 
wszy — sekretarzyk machoniowy, drugi — 
szafkę macboniową z bronzami, Niwet i Stęp­ 
kowski — wyroby rękawicznicze, Keschkc — 
pióra damskie i wojskowe. 
Instytut głuchoniemych i ociemniałych w ro­ 
ku sprawozdawczym wystąpił z wyrobami swych 
uczniów, dając okazy rozmaitych robót rę­ 
cznych, głównie na kanwie przez dziewczęta wy­ 
konanych. 
Rekodzielnie domów popraioy w Warszawie 
i Brześciu Kujawskiem nadesłały wyroby are- 
sztantów. Pierwsza — sukno szaraczkowe ordy- 
naryjno i kołdry, z Brześcia zaś — płótno 
i drelich. 
Maszyny i narzędzia rolnicze szumnie tym 
tytułem zareklamowane, okazały młocarnię kon­ 
ną, Evansa z Warszawy i radło do kartofli Wer- 
nika. 
Na tem kończę spis przedmiotów przez 
przemysł polski wystawionych w tak nie­ 
dawnej epoce. 
(D. n.) 
li. 
BADANIA NAUKOWE. 
FIZYOLOGICZNA TEORYA UCZUĆ. 
Psychologia w tych działach, które zaj­ 
mują się myśleniem i wolą,, doszła do wy­ 
ników, mniej więcej zadów alniająoyeh wy­ 
magania wiedzy współczesnej; przeciwnie, 
dział jej, traktujący o uczuciach, pozostaje 
dotąd w stanie takiego zamętu, że niepodo­ 
bna wyrobić sobie pewnego pojęcia o przed­ 
miocie. Nie masz w nim ani należytego 
rozklasyfikowania zjawisk, ani nawet po­ 
wszechnej zgody w zapatrywaniach na 
istotę uczucia wogóle i na warunki jego po­ 
wstawania. Przyczyny tej niepewności rze­ 
czy szukać należy przedewszystkiem w bra­ 
ku materyału obserwacyjnego. 
Z pomiędzy faktów życia umysłowego 
uczucia są najmniej dostępne obsorwacyi 
wewnętrznej. Mając charakter czysto pod­ 
miotowy, z trudnością tylko dają się zapa­ 
miętać i odtworzyć; a tymczasem mogą one 
być przedmiotem dostrzegali jedynie jako 
wspomnienia. Obserwacya więc uczuć wy­ 
maga niotylko wielkiej w 
r 
prawy, ale nadto 
nadzwyczajnej ostrożności. Nic dziwnego 
przeto, że stały się ono przedmiotem ściśle 
naukowych badań dopiero ostatnimi czasy, 
a mianowicie, kiedy psychologia, połączy­ 
wszy obserwacyę wewnętrzną z zewnętrzną, 
posługując się rzadko doświadczeniem, gdzie 
jo można zastosować, z nauki czysto filo­ 
zoficznej zamieniła się na przyrodniczą, po­ 
krewną tizyologii. 
Do Kanta psychologia nie uznawała 
w uczuciach zjawisk umysłowego życia sa­ 
modzielnych, równorzędnych objawom my­ 
śli i woli. Zaliczając jo już to do dziedziny 
myślenia, jak w filozofii starożytnej, już to 
do woli, co nastąpiło dopiero od czasów św. 
Augustyna, który pierwszy uznał wolę za 
stronę umysłu współrzędną myśleniu, zaj­ 
mowała się ona uczuciami tylko mimocho­ 
dem, o ile tego wymagały względy prakty­ 
czne. Wiedząc z doświadczenia codzienne­ 
go, jaki wpływ wywierają uczucia na po­ 
stępowanie ludzkie, starano się ocenić wglę- 
dną ich wartość i określić znaczenie moral­ 
ne, jako pobudek działania. Takie czysto 
praktyczne stanowisko badania nietylko że 
nie mogło doprowadzić do wszechstronnego 
ich poznania, ale co gorsza, podciągając je 
pod punkt widzenia tej lub owej doktryny 
etycznej, rzucało na nie fałszywe światło, 
wikłało je w uwagi i rozumowania, które 
bynajmniej nic przyczyniały się do wykry­ 
cia właściwej ich natury. 
Kiedy zaś za przewodem Kanta zaczęto 
uważać uczucia, jako grupę zjawisk umy­ 
słowych, gatunkowo różnych od myślenia 
i woli, znalazła się nowa przeszkoda w do- 
kladnem zbadaniu tego, co stanowi istotę 
uczucia i jakie są jego warunki. Przeszkodą 
taką były nabyte nawyknienia psychologów, 
którzy, zajmując się dotąd przeważnie teo- 
ryą poznania, nie mogli się pozbyć wyro­ 
bionych w tym zakresie zapatrywań i żyw­ 
com przenosili w sferę uczuć formuły, za­ 
pożyczone z nauki o myśleniu. 
Jak powiedziałem, ostatnimi dopiero 
czasy psychologia uczuć zrobiła znaczny 
postęp, dzięki nowej metodzie, która jej 
pozwoliła zająć stanowisko, jakie dotąd 
przyznawano tylko naukom przyrodniczym. 
Jednocześnie z gromadzeniem materyału 
naukowego i jogo uporządkowywanieni, za­ 
częła się kształtować teorya, która ciągle 
poprawiana i uzupełniana—w miarę, jak na 
to pozwalały zwiększające się nabytki wie­ 
dzy — uzyskała w naszych czasach sta­ 
nowczą przewagę, mając za sobą takie po­ 
wagi, jak: Bain, Spencer, Wundt itd. Jest 
to tak zwana fizyologiozna teorya uczuć. 
W zawiązku znajduje się ona już u Ary­ 
stotelesa. Z nowszych filozofów wyznawali 
ją: Locke, Hartley, Hume; lecz dopiero 
Hamilton w połowie bieżącego stulecia roz­ 
winął ją i uzasadnił odpowiednio nauko­ 
wym wymaganiom swego czasu. Przeciwko 
tej teoryi wystąpił J. St. Mili z surową 
krytyką. Wymierzone atoli przeciwko niej 
zarzuty dotyczą raczej szczegółów i bynaj­ 
mniej nie obalają jej podstaw. To też pomi­ 
mo różnic, jakie napotykamy w jej sfor­ 
mułowaniu i szczegółowom przeprowadze­ 
niu przez różnych psychologów, pozostaje 
ona w gruncie rzeczy taką, jak ją pojmo­ 
wał Arystoteles i Hamilton. Do wyznawców 
jej należą: Bain i Spencer w Anglii, Bonil- 
lier i Dumont we Francy i, Lotze, Wundt 
i Horowitz w Niemczech. Powaga tylu pier­ 
wszorzędnych psychologów świadczy wy­ 
mownie o żywotności teoryi. Nie można 
o niej wprawdzie powiedzieć, żeby już była 
wykończona ostatecznie we wszystkich 
swych częściach; przeciwnie, potrzeba wy­ 
znać, że to nawet, co stanowi podstawowe 
jej założenia, bywa rozmaicie pojmowanom 
i tłomaczonem. Z tom wszystkiem powsze­ 
chna panuje zgoda pod tym względem, że 
przyczyna przyjemności i przykrości, któ­ 
rych szczególnymi objawami są nasze uczu­ 
cia, musi być jedna i że należy jej szukać 
w fizyologicznych czynnościach organizmu. 
Z mniejszom lub większem powodzeniem 
obrobiona w oddzielnych swych częściach 
przez różnych uczonych, doczekała się ona 
ostatecznego usystematyzowania, które za­ 
wdzięczamy rosyjskiemu filozofowi, Groto­ 
wi. Dzieło jego: Psychologia uczuć, wydane 
w 1880 r., jest najlepszą i najdokładniejsza,, 
pracą z tego zakresu. Wykład teoryi po­ 
przedza historya mniemań i zapatrywań na 
naturę uczuć, oraz ich klasyfikacyi — hi­ 
storya, oparta na dokładnej znajomości źró­ 
deł i dozwalająca czytelnikowi śledzić po 
kolei wszystkie zagadnienia, dotyczące u- 
czuć, jak one występowały w różnych cza­ 
sach i w jaki sposób były rozwiązywane. 
Ta część historyczna, obznajmiająca czytel­ 
nika ze wszystkiomi stronami badanego 
przedmiotu, rozważanego ze stanowisk 
najróżnorodniejszych, nierzadko wręcz so­ 
bie przeciwnych, nietylko że ułatwia zro­ 
zumienie samej teoryi, ale służyć może do 
pewnego stopnia za jej probierz. Przeko­ 
nywa bowiem, że ile razy myślenie filozofi­ 
czne potęgowało się w swym rozwoju, tyło 
razy powracało do filozoficznej teoryi uczuć. 
Jeżeli więc nie wprost, to ubocznio dowodzi 
większego jej przed innemi prawdopodo­ 
bieństwa. 
Teorya ta w najogólniejszych zarysach 
przedstawia się w sposób następujący: 
Uczuciem nazywa się stan świadomości 
przyjemny lub przykry. Jest to fakt umy­ 
słowy pierwotny, niedający się rozłożyć na 
prostsze czynniki i o tyle w swej naturze 
samodzielny, o ilo wrażenie zmysłowe i po­ 
pęd instynktowy. Ptóżni się ono od wraże­ 
nia zmysłowego tom, że ma charakter czy­ 
sto podmiotowy. Pozbawione wszelkich 
cech przodmiotowości, nie może ono być 
przedstawionem w wyobraźni, lecz musi 
być wznowionem. Wszystkie szczegółowe 
uczucia nie są niczem więcej, jak objawami 
mniej lub więcej złożonymi stanów świado­ 
mości przyjemnych lub przykrych. 
Jakaż jest przyczyna przyjemności i przy­ 
krości, doznawanych przez żyjące organi­ 
zmy? 
Najbliższą jest czynność organów. Lecz 
ta sama czynność może w jednym razie wy­ 
wołać uczucie przyjemności, w innym przy­ 
krości. Muszą więc być dla każdego z tych 
przeciwnych stanów świadomości osobne 
warunki, które oznaczają, kiedy czynność 
organiczna, z natury swej przyjemna, może 
się stać przykrą. Wyrażając się w sposób 
ogólnikowy, można powiedzieć, że wszelka 
czynność umiarkowana jest przyjemną; 
przykrą zaś czynność nadmierna, tudzież 
zupełna bezczynność. To atoli określenie 
nie rozwiązuje zagadnienia, opisuje ono 
tylko fakt doświadczalny. Zawsze pozostaje 
do rozwiązania pytanie: dlaczego czynność 
organu umiarkowana jest przyjemną, 
a przykrą nadmierna? Otóż odpowiedzi na 
to pytanie dostarcza nam hzyologia. 
Uczy nas ona, że każdy organ, będąc sy­ 
stemem tkanek organicznych, odbywa swe 
czynności kosztem materyi i siły nagroma­ 
dzonych w jego tkankach. Warunkiem ży­ 
cia tkanek organicznych jest ciągła prze­ 
miana materyi, odbywająca się w dwóch 
kierunkach: podczas czynności organu 
związki chemiczne bardziej złożone i nie­ 
stale przechodzą w związki mniej złożone 
i bardziej stałe —jest to praca molekular­ 
na dodatnia, polegająca na zużyciu materyi 
i siły nagromadzonych w tkankach organi­ 
cznych. Odnowa tych tkanek dokonywa się 
w kierunku odwrotnym. Związki bardziej 
stałe i mniej złożono przechodzą w niestałe 
i więcej złożono — jest to molekularna pra­ 
ca ujemna. 
Organ w stanie czynnym zużywa mate- 
ryę i siłę nagromadzoną w jego tkankach. 
Czynność umiarkowana zużywa przyrost 
siły ponad jej ilość, konieczną do odżywia­ 
nia tkanek—następuje wtedy przyjemność 
dodatnia; czynność nadmierna zużywa ilość 
materyi i siły większą nad przyrost ich 
i staj o się powodem dezorganizacyi tkanek 
organicznych — występuje wtedy uczucie 
przykrości dodatniej. 
Gdy organ znajduje się w stanie nieczyn­ 
nym, dokonywa się w nim odnowa materyi, 
praca cząsteczkowa ujemna. Organ, wypo­ 
czywający po dokonanej czynności, staje 
się źródłem przyjemności ujemnej; gdy zaś 
po dłuższym wypoczynku odnowa w nim 
dokonała się i nastąpił nowy przyrost siły, 
znajduje się on wtedy w stanie napięcia 
i potrzebuje zapomocą czynności zużyć na­ 
gromadzoną w swych tkankach siłę. Po­ 
trzeba ta objawia się jako niedogoda, uczu­ 
cie przykre, które jest natury ujemnej. 
(D. n.) 
_ 
Władysław Kozłowski. 
NASZE POŻYCIE SPOŁECZNE. 
Roman Buczyński: Zarysy stanu moralnego naszego 
społeczeństwa. Warszawa. Część I. Czarna księga czy­ 
nów i wypadków. Część II. Społeczeństwo i prze­ 
stępcy. 
Praca p. B . należy bezwarunkowo do po­ 
ważniejszych, które ujrzały światło dzienne 
w ostatnich czasach, a poświęcone są zba-
		

/p0005.djvu

			— 
521 — 
daniu naszego społeczeństwa. Zapełnia do­ 
tkliwie uczuwaną lukę w krajowem pi­ 
śmiennictwie, której nie usuwały drobne 
próbki jakiegokolwiek uporządkowani:! ma­ 
teryału istniejącego, a chociaż Zarysy są 
w wielkiej części zestawieniem takich po­ 
jedynczych wysiłków, przecież i to, wobec 
naszego ubóstwa w tej mierze, nadaje szcze­ 
gólne znaczenie wymienionemu dziełu. Ob­ 
fitość treści stanowi główną i bodaj czy nie 
jedyną zaletę autora. Przed naszcmi oczami 
przesuwa się statystyka krajowego zbro- 
dnictwa, jego rozmiary i rozwój, rozmie­ 
szczenie według pojedynczych kategoryj, 
rozkład na zasadzie wieku, płci, zawodu, 
wykształcenia i okolicy; ruch ludności, jej 
płodność, śmiertelność i chorobliwość; roz­ 
wój samobójstw i prostytucyi itd. itd. Z te­ 
go krótkiego wyliczenia kilku zaledwie 
punktów można już powziąć wyobrażenie 
o bogactwie materyału faktycznego, zawar­ 
tego w pracy p. B. 
— 
mniejsza o to, że tu 
i owdzie był już dorywczo spożytkowany. 
Jeszcze jedne zaletę dzieła stanowi zebranie 
danych statystycznych ze wszystkich trzech 
dzielnic, co pozwala czytelnikowi, o ile nic 
utraci wątku w śledzeniu za faktami, na po­ 
równawcze zestawienie „moralności," że 
użyjemy tego niefortunnego wyrażenia au­ 
tora Zarysów. Ale na tern kończą się już 
wszystkie zalety pracy p. B . Składa się ona 
raczej z niepowiązanych z sobą kawałków; 
możnaby, z wszelką swobodą, wyjąć każdy 
rozdział z jego miejsca i usadowić w ja- 
kiemś drugiem lub wydać w pojedynczej 
broszurze — i to nie nadwyrężyłoby cało­ 
ści. Myśl czytelnika bezustannie się rozpra­ 
sza i wciąż trzeba zawiązywać wątek po­ 
między rozmaitymi wyjawami naszego ży­ 
cia społecznego. Brak tu wszelkiej łączno­ 
ści w uporządkowaniu materyału, co tern 
snadniej winno nas zadziwiać, ponieważ 
w Zarysach znajdujemy poglądy, wykazu­ 
jące, że autor ocenił trafnie znaczenie, któ­ 
re posiadają warunki ekonomiczne dla ży­ 
cia zbiorowego. Wiedza społeczna uwy­ 
datnia coraz bardziej tę prawdę, iż wyjawy 
społeczne nie są jakimiś odosobnionymi od 
siebie faktami, lecz przedstawiają ścisłą za­ 
leżność pomiędzy sobą. Wzrost oświaty, 
dynamika zbrodnictwa, zanik uświęconych 
przez tradycyę form zawierania związków 
małżeńskich, rozmieszczenie przestępstw, 
statystyka samobójstw i śmiertelności, wa­ 
runki wstępowania w związek małżeński 
itd. itd., wszystko to są nawzajem wiążące 
się zjawiska, z których jedne zanikają, 
drugie występują lub przybierają wiadomą 
postać łącznic z rozwojem kategoryj ekono­ 
micznych. Podział sił przyrody lub zakrze­ 
płej pracy zmarłych pokoleń pomiędzy 
członkami społeczeństwa rozmieszczenie 
własności w kraju, charakter jego produk- 
cyi, rolniczy, czy przemysłowy, formy wy­ 
twarzania — drobne, rzemieślnicze i chłop­ 
skie, czy też fabryczne i folwarczne—wszy­ 
stkie te kategorye wykazują jaknajdonio- 
ślejszy wpływ na stan „moralny" kraju. Co 
więcej, ów stan jest jedynie odzwierciedle­ 
niem tamtych. Taka zależność różnych 
stron pożycia społecznego od warunków 
materyalnych wyznacza każdemu, kto ze­ 
chciałby skreślić stan jakiegoś kraju, jasno 
sformułowane postępowanie metodologi­ 
czne. Wypada przedewszystkicm zapoznać 
czytelnika z warunkami ekonomicznymi 
i materyalnymi: rozmieszczeniem ludności 
pomiędzy różne okolice, skreśleniem sto­ 
sunku miast do wsi, z właściwemi im pię­ 
tnami ekonomicznomi, zdrowotnością poje­ 
dynczych miejscowości, ustosunkowaniem 
płci w miastach itd. To wyjaśniłoby nam 
najzupełniej statykę „moralności" i dałoby 
nić przewodnią do połączenia różnych stron 
życia społecznego—np. rozmieszczenia zbro­ 
dnictwa w przestrzeni. Następnie należało­ 
by wyznaczyć drogę, którą kroczy rozwój 
stosunków krajowych—to siły ekonomiczne, 
które bankrutują i zanikają (bankructwo 
drobnych, żyjących z lichwiarstwa miaste­ 
czek, upadek stanu rzemieślniczego i dro- ! 
bnej szlachty zagonowej, jeszcze żwawiej 
postępujący upadek posiadłości folwar­ 
cznej); inne, któro lubo w rozciągłości 
swej nie zanikają, lecz nadaremnie targają 
się w objęciach nędzy, jak stan włościań­ 
ski: inne wreszcie, które obiecują rozrost 
dalszy, np. prodnkoya fabryczna. Ta dyna­ 
mika rozwojowa jednych, zanikowa drugich 
kategoryj ekonomicznych dostarczyłaby 
bezwarunkowo najlepszego klucza do zro­ 
zumienia dynamiki stanu moralnego. Czy­ 
telnikowi danoby od początku nić przewo­ 
dnią do zrozumienia i powiązania pojedyn­ 
czych faktów. Wprawdzie, w wielu ra­ 
zach niepodobna byłoby tego uczynić dla 
braku odpowiedniego materyału, lecz w wie­ 
lu inych zależało to od p. B . Nie zrobił je­ 
dnakże tego. i pomimo skrupulatnych stu- 
dyów, do których usiedliśmy nad pracą 
p. B ., mnóstwo szczegółów, częstokroć wa­ 
żnych, wciąż ulatniało nam się z pamięci. 
Zgoła nie dziwilibyśmy się przeto, gdyby 
ktoś po przcozytaniu Zarysów wyszedł bez 
żadnego jaśniej zarysowanego pojęcia o sta­ 
nie kraju. 
Zresztą, jak nadmieniliśmy, zestawienie 
faktów, rozrzuconych po różnych, często­ 
kroć niedostępnych dla naszego ogółu pra­ 
cach, stanowi jodyną zaletę dzieła. Autor, 
będąc krańcowym zachowawcą, upstrzył 
pracę swoją wycieczkami przeciw bezwy­ 
znaniowości, pozytywizmowi, teoryi zaprze­ 
czającej wolności woli itd. Stanowi on okaz 
nielicznego u nas, lecz wzrastającego hufca, 
znanego w Europie pod nazwą „zacho­ 
wawczych 
społeczników," 
„socyalistów 
chrześciańskich." 
Ideałem jego to znany 
ustrój Playowsko-Ilitzowski — wskrzesze­ 
nie układu feodalno-cechowego, lecz przy­ 
branego w szaty odpowiedniejsze dzisiejszej 
dobie, mianowicie w szaty państwa stano­ 
wego z ścisłą reglamentacyą produkcyi. 
Ktokolwiek zechciałby zbadać stan kraju 
i miał cierpliwość nie zbłąkać się w labiryn­ 
cie dat nieuporządkowanych, temu bezwa­ 
runkowo polecamy pracę p. B . Zauważymy 
kilka jej osobliwości. Niektórzy żydow­ 
skiego pochodzenia pisarze występują u nie­ 
go stało z pisownią niemiecką, jakkolwiek 
sami podpisują się nazwiskiem spolszczo- 
nem. Tak Grosglik, figuruje jako Gros- 
gluck, Kramsztyk — jako Kramstuck. Da­ 
łoby się także nieco powiedzieć o uwadze 
w rodzaju znajdującej się na str. 348 części 
II względem przełożonej na język polski pra­ 
cy Iwaniukowa. Autor rzuca tu kilka słów 
z kropkami, które przypominają mi wcale 
niedwuznacznie pewne obwołane za „szla­ 
chetne" postępowanie stańczyków gali­ 
cyjskich. 
Krz. 
LITERATURA I SZTUKA. 
WSZECHPOEMAT. 
Nie nowy — w mózgu swego twórcy tu­ 
łał się przez lat sześćdziesiąt i drugie tjde 
po literaturze całego świata, który go 
w spadku po Goethem otrzymał, a w poe- 
zyi wszechludzkiej stary jest, jak: dramat 
myśli i bytu. 
Dotąd jeszcze kwitnie kult Fausta i wśród 
nas żarliwych liczy kapłanów. Czy dlatego, 
że umysły polskie więcej posiadają kryty­ 
cyzmu i przekładają dzieła sztuki, nieprze- 
ścignione w swym artyzmie, czy że są tęp- 
sze i głuchsze na zawroty i rozgałęzienia 
trawiącej refieksyi, a polot filozoficzny w je­ 
dnej tylko rozumieją postaci—dosyć, że oglą­ 
dają piąty z kolei przekład największej tra- 
gedyi nowszych czasów, a na tyle innych 
mniej może genialnych, ale świeższych du­ 
chem utworów czekać każą daremnie. 
Szczęściem tlomaczenie, co takie dumy 
napędza, nie jest tak bardzo piatem kołem 
u wozu. Wyborny znawca Goethego, p. Lu­ 
dwik Jenike, stwierdził ponownie, że go ró- 
wuie głęboko jak subtelnie pojmuje i odczu­ 
wa. A że jest sam pisarzem wytrawnym 
i dziwnie młodzieńczym, choć raczej do po­ 
kolenia klasyków niż romantyków lub rea­ 
listów przystaje — więc tchnął w arcytwór 
dawniejszej, idealnej Germanii tyle życia, 
prostoty i naturalności, żo się go czyta swo­ 
bodnie i lekko, jak poemat rodzimy. Traf 
zrządził, że bezpośrednim na tern polu po­ 
przednikiem ma Feliksa Jezierskiego i zry­ 
wa wszystkie owoce cisnącego się do głowy 
porównania. Tamten ma talent nawskrós 
niezależny, język oryginalny, niepochwy- 
tny jak mistyka Krasińskiego podniesiona 
do potęgi n, dotwarza na prędce całe sło­ 
wniki „zamglawnych," 
„otchnionych" wy­ 
rażeń i istot, ten dostraja się przedewszy­ 
stkicm do tonu poety, którego spolszcza, 
wnika głęboko w ogólną jego logikę, nie 
utrudnia zrozumienia tego, co już samo 
przez się do krainy pojęć i bytów fantasty­ 
cznych należy. Jezierski, jak go ktoś tra­ 
fnie określił, z pierwszej części Fausta zro­ 
bił drugą i podjął się przyswoić nawet tę 
ostatnią, ów 
T 
cudaczny chaos alegoryj i bły­ 
sków poetyckich, wymykających się wszel­ 
kiemu domysłowi — i trudne zadanie speł­ 
nił, bo jest gruntownym filozofem, ma zmysł 
do metafizyki i cudowności, jakiego innym 
natura poskąpiła a wykształcenie nie zastą­ 
piło. Jenike więcej poeta niż myśliciel, u- 
chwycił się głównie dramatu miłości, od­ 
gadł jogo prostotę i kryształowe formy 
i jak gdyby z tego punktu zapatrywał się 
na całość, oddał ją niewyszukanie i nieza­ 
wiśle i w pierwszej tylko połowie. Wabiło 
go silniej to, co nęciło Gounoda, Jezierski 
zaś przypomina Boitowskiego Mefista z je­ 
go gmatwaniną motywów Wagnerowskich 
i jakimś szerokim, kosmicznym rozmachem. 
W jego więc przekładzie zasmakują lubo- 
wnicy językowego nowatorstwa i pokony­ 
wania filozoficznych zagadek — a takich 
jest tutaj bardzo niewiele — podczas gdy 
Jonikego czytać będzie niotylko śmietanka, 
ale i średnio stanj 
r 
inteligoncyi. Jest to 
i niższość i wyższość zarazem, a wyższość 
bezwarunkowa w oczach tych, co mają 
wstręt do łamigłówek i melodyj, w któro 
się dopiero wsłuchiwać trzeba. 
Przewaga to zresztą i dla wszystkich. 
Krainy i postacie fantastyczne nie tracą na 
uroku, jeśli zamiast w jedną spowite są 
w dwie mgły, jeśli obłok je otaczający co­ 
kolwiek zgęszcza się. Lecz są w Fauście 
miejsca, w których tkwi filozofia jasna, 
przejrzysta, w dodatku z uczuciem potężnem 
złączona i ta nic powinna razić kantami, 
ale gładko i jednolicie przenikać do duszy 
czytającego, pobudzać równocześnie jego 
myśl oderwaną i osobiste aspiracyo, własne 
pożądania, słowem całą sferę podmiotową. 
Jeżeli środek i drugą część tragedyi prze­ 
plata materya z rodzaju pierwszego, czaro­ 
dziejska i całkiem wymarzona, to początek 
i zarazem podwalina całej osnowy i akcyj 
składa się z treści rodzaju drugiego, wyra­ 
źnej, zdrowo filozoficznej i zarazem przej­ 
mującej. Męka dociekającego ducha, wypo­ 
wiedziana w monologu naczelnym i opłaku­ 
jąca znikomość wiedzy i jej krótkowidztwo, 
prolog w niebie, gdzie szatan zakłada się 
z Panem, iż wydrze jemu i idei dobra—ro­ 
zumnego doktora, rozmyślania posępne 
o własnej bezsilności w porównaniu z du­ 
chem, co go jeszcze przed Mefistofelesem od­ 
wiedza — oto są szerokie, wielkie płyty 
marmuru, na których wspiera się cały na­ 
stępny gmach poematu. Jenike ukazał je 
w całej sile i czystości, w całym blasku 
i majestacie i przychylnie usposobił czytel­ 
nika dla całego dalszego ciągu. 
Drobiazgowa ocena traci swą racyę bytu, 
wobec faktu, źo każdy nowy tłomacz Fausta 
ma drogę nietylko utorowaną, lecz i wy­ 
gładzoną. Wszystkie zagłębienia treści wy­ 
dobyto już dostatecznie na światło dzienne, 
można przebierać dowolnie między inter- 
pretacyami ważniejszych urywków i zwro-
		

/p0006.djvu

			tów. Tu już niema roboty czarnej, wyku­ 
wania figur z surowej hryły — bo jest już 
kika wyciosanych i choć nikt ich nie ko­ 
piuje, ale z doświadczenia, jakie swym mi­ 
strzom dały, korzysta. Wszechpoemat Goo- 
thcgo stał się poniekąd dla ogółu poetów- 
tłomaczów szczytem akademickim, jak pe- 
w 
r 
ne temata w malarstwie. Kusi swym ogro­ 
mem, różnobarwuością treści od poziomej 
i sprośnej jak w Nocy Walpurgii do wznio­ 
słej bez miary, jak w odzie do Boga, którą 
Faust uspokaja obawę Małgorzaty o bezbo­ 
żność; od lekkiej i powiewnej jak w gru­ 
chaniach miłosnych do pełnej dyalektyki 
uszczypliwej w szyderstwie szatana lub roz­ 
mowie jego z uczniem. Przesuwają się na 
przemiany najrozmaitsze rodzaje wier­ 
sza, rymowany i biały, poetyczny i operet­ 
kowy, albowiem są tu oratorya Haydna i cy­ 
niczne śpię wid Offenbacha, lubieżne tańce 
i idealna miłość, lot orli i pełzanie ślima­ 
ków, świetlane przestworza niebios i czarne 
czeluście piekieł, toczone kształty rzeźb 
Fidyaszowych i odrażające kościotrupy cza­ 
rownic, wonie kwiatów arkadyjskich i smro­ 
dliwe ciecze Łysej góry —• a do wszystkich 
tych odmian i skal, do wszystkich barw 
i poziomów duchowych, temperamentów 
i uczuć, farsy i tragedyi, wszechrozumu 
i arcygłupoty zastosowany jostpo mistrzow­ 
sku wiersz, tak giętki pod piórem poety, 
jak złoto w rękach Benvenuta Celliniego. 
Nie dziw, żo lepsi estetycy, wychowani nie 
na teutralno-recenzyjnej frazeologii, ale na 
rozległych ideach poezyi i filozofii zrobili 
sobie z tego labiryntu motywów genialnych 
wzór do opracowywania, że go w tylu 
egzemplarzach przenieść chcą na ziemię ro­ 
dzinną. 
Owej pstrociznie formy zewnętrznej Je- 
nike ucz3 
T 
nił zadość z wielką zręcznością. 
Zapewne purysta dostrzeże u niego kilka 
lub nawet kilkanaście zdań mniej harmo­ 
nijnych, jak np.: 
Nasamprzód chciałbym cię koniecznie 
W wesołe towarzystwo wszyć. 
(Piwnica Auerbacha) 
albo: 
Wie.c powiedz: jak tam w punkcie wiary stoisz, 
kiedy, jak wiadomo, język nasz jeśli już 
używa togo barbaryzmu, to w formie zmie­ 
nionej: na punkcie; 
lub wreszcie: 
Czemu szczęście migiem kona 
(w więzieniu) 
ale sama ta okoliczność, że podobnych po­ 
ślizgnięć szukać po książce i mozolnie je 
wyłaniać trzeba, świadczy, iż nie rażą 
i w potopie zwrotów udatnych — nikną, 
Z niemałem powodzeniem tłomacz używa 
rymów męzkich, zadając tom kłam oklepa­ 
nemu przesądowi, iż mowa polska do 
się nie nadaje. 
Takim próbkom, jak: 
Słońce, z bratnich sfer orszakiem 
Po dawnemu wiedzie chór 
I wytkniętym krocząc szlakiem, 
Gromowładny budzi wtór. 
Nikt określić go nie może, 
Choć w niem siła nasza tkwi, 
Niepojęte dzieło Boże 
Wielkie są, jak pierwszych dni 
(Prolog w niebie), 
.albo jeszcze: 
Zdała, z poza bramy krat 
Barwny wciąż się tłum wyłania. 
Każdy się przechadza rad, 
Święcąc dzień zmartwychpowstania, 
Bo też z zadusznych swych poddaszy tam 
Naprawdę zmartwychpowstał sam — itd. 
(Za bramą miejską), 
nic zarzucić nie można. 
Z tern wszystkiem o przekładzie dość 
Mniej czy więcej wykończony, jeśli tyle za­ 
let posiada — wdzięczną na się zwraca uwa­ 
gę. Lecz samem swem ukazaniem się grozi, 
- 
522 — 
iż na wieki wieków przeciągnie wiarę 
w niespożytość siły symbolicznej orygina­ 
łu; w niejednym umyśle Faust i Mefisto 
królują wyłącznie, jak niegdyś w Rzymie 
konsulowio i nie dopuszczają idej żywo- 
tniejszych, postaci młodszych w dziejach 
literatury, alo też ogniskujących w sobie 
ideały świeższe, w tym samym kierunku 
refleksyi i analizy dalej rozwinięte. Bohate­ 
rowie, których stwarza geniusz wieszcza 
lub artysty, choćby dla najbystrzejszego oka 
byli bez wad w swem pięknie, z czasem 
przeżywają się; potomność podziwia ieh 
eialo, ale przestaje rozumieć ducha, bo sa­ 
ma w nim przejrzeć się, swych bólów i ra­ 
dości, żalów i nadziei odczytać nie może- 
Im szybciej płynie histojya, tern jawniej 
maleje urok takich zwierciadeł, zdolnych 
do powtarzania, a nawet wyprzedzania swej 
epoki — ale tyłko swej. Każdy wiek nastę­ 
pny, każdy dziesiątek lat urywa im ka­ 
wał wziętości i potęgi, wyeofywa z obiegu, 
a wciela do artystycznej tradycyi. Wreszcie 
między potomnością a przekaaanem jej ar­ 
cydziełem rozwiera się otchłań różnic, któ­ 
rą zapełniać musi komentarzami: bez nich 
będzie jak owe dzieci, którym na kolendę 
dają Don Kiszota, jak owe tłumy, które 
czytają go dla humoru, a nic pojmują, że to 
postać szanowna, pomyślana również głę­ 
boko jak Hamlet Shakespeare*ay jeno nie 
dla nas napisana... 
I Faust niegdyś omszeje i pleśnią się po­ 
kryje, a wówczas tylko smakosze dobrze 
spoufaleni z historyą ideałów, potrafią go 
ocenić. Proces starości już się rozpoczął — 
alo dlaczego? 
Nie dlatego, bynajmniej, że, jak wola Du 
Bois-Raymond, przyrodnicza fantastyczność 
jego nie wytrzymuje krytyki, że jest z sobą 
niezgodna, że sam Goethe jest przecenioną 
jak na dziś wielkością: nie dlatego też, że 
znakomity Visoher i inni trzeźwi wielbicie­ 
le wydrwiwają pedantów, co w każdym lu­ 
źnym lub nawet bezmyślnym szczególiku, 
w każdej przenośni Fausta widzą doniosłe 
aluzyo — nie. Kochanek Małgosi a krną­ 
brny sprzymierzeniec dyabła zaznaczył 
brzask aspiracyj poetycznych, które później 
zajaśniały pełnym dniem. W nim wzięła po­ 
czątek rzeka, która wkrótce wchłonąć mia­ 
ła wiele dopływów szerokich i wartkich 
i po dziś dzień toczy bystre, coraz bystrzej­ 
sze fale. Źródła pierwotne pozostały w tyle. 
Innemi słowy, Goethe miody, Goethe je­ 
szcze rozlamany we wnętrzu swem, skupił 
w Fauście zwątpienie, przesyt i skargi na 
niedolęztwo umysłu ludzkiego wobec męki 
poznania. Zbuntował mędrca przeciw doda­ 
tnim mocom świata, kazał mu szukać za­ 
pomnienia w uciechach ziemskich — ale 
w sercu jego zachował wiecznie tlejące po­ 
czucie boskości, nienawiść dla złego, dumę 
i niezawisłość od pokus nikczemnych. Tym 
sposobem zapewnił tryumf Bogu w zakła­ 
dzie z duchem pomroki, z walki z nega- 
cyą idea wyższa, budująca wyszła zwycięz­ 
cą. Po burzy namiętności nastaje x>ogoda, 
po rozdżwiękach — harmonia, po błędach 
i upadku — przebaczenie. Idealizm niemie­ 
cki zrobił swoje. Czar równowagi greckiej 
rozwiał fermenty w duszy Goethego i wy­ 
straszył „duchy wiecznego przeczenia." 
Ale ludzkość do obrazów jasnego nieba 
przywykła, bo ich cało galer}'e znajdowała 
w kulturze helleńskiej. Zresztą przestała jo 
pojmować. Rozbudzony krytycyzm społe- 
cznj 
r 
i filozoficzny upajał się nic wiarą Fau­ 
sta, lecz jego niewiarą i pychą prometejską, 
a więcej jeszcze cynizmem i zuchwalstwom 
władcy piekieł. Romans całkiem odstąpiono 
muzyce, Metistofeles stał się ulubieńcem 
wszystkich myślicieli-poetów, lecz nie na 
zawsze. Zasępiła się literatura tale czarną 
rozpaczą, ośmieliła do tak bezkresowej ana­ 
lizy, zagrzmiała takim protestem, nictylko 
w słowach, ale i w czynach i w życiu ca­ 
lem pisarzów, że ciemna sylwetka Goethow- 
skiego demona zszarzała, a Fausta — zbla- 
kła. 
Jakie to postacie i jaka atmosfera tak je 
przyćmiła? Może i warto zobaczyć... 
N. Ilirszband. 
LITERATURA POLSKA. 
Hugo Zathey Młodość Bohdana Zaleskiego (1802— 
1830), Kraków 1887. Str. 80 . Wydanie diugie. Nakład 
Żupańskiego i Heumanna. 
W żadnej może dziedzinie naukowej nic 
panują tak wielkie różnice zdań i poglądów, 
jak w krytyce literackiej. Mimo nieustają­ 
cych badań, mimo ciągłej a niesłychanie 
płodnej działalności na tern polu poważnej 
liczby pracowników, mimo oświecania jej 
ze wszech stron światłem najróżnorodniej- 
szych przekonań i poglądów, kwestya mo- 
iiody w dziedzinie poszukiwań krytycznych 
stanowi ciągle jeszcze węzeł sporny, nad 
którego rozwikłaniem pracuje nauka. Jak 
wszędzie, tak i w tej dziedzinie praca my­ 
ślicieli zdobyła już pewne dane, pewno za­ 
sadnicze wytyczne, któryeh dzisiejszym ba­ 
daczom pomijać nie wolno, jeżeli dążą na- 
przód' z duchem i postępem wiedzy, a 11- 
względnisją raeyę bytu poszukiwań na­ 
ukowych. Do ominiętych jtłż'staaowczo i na 
zawsze dróg należy owa metoda romanty- 
czno-sielankowa, polegająca na rozpływa­ 
niu się w sentymentalizmie' i czczych wy­ 
nurzeniach zachwytu nad tom, co, uznane 
i dostatecznie- oceniono, uwielbień tych nie 
potrzebuje. Tylko umiejętna krytyczna ana­ 
liza i ściśle przedmiotowa charakterystyka 
trzymająca się danych pozytywnych może 
dziś wskazać ogółowi w czem właśnie leży 
źródło słusznie cenionych zalet tego lub 
owegO'utworu. Frazeologia, poetyczne okre­ 
ślenia ludzi i dzieł, fejlotonowa lekkość 
w traktowaniu zarówno treści jak i formy 
literackich utworów, zwolna ustępują dziś 
miejsca metodzie pozytywnej. Tu i owdzie 
pojawiają się jednak i dziś jesssezo prace, 
które dziwny rozdżwięk stanowią w tym 
zszeregowanym łańcuchu dorobków kryty­ 
cznych ostatniej doby. 
Do zagonów tej niwy, uprawianej przez 
szkołę zachowawców, należy drobna roz­ 
prawa O' Zaleskim p. Hugona Zatheya. Zda- 
waćby się mogło, że sam przedmiot tyło 
wdzięczny a tak mało wyzyskany, dostar­ 
czający autorowi poddostatkiem materyału, 
skłoni go do troskliwego opracowania, czem 
prawdziwą byłby oddał przysługę literatu­ 
rze. Tymczasem stało się wręcz przeciwnie. 
Autor, zaliczający się do szkoły krakow­ 
skiej, która w idealizowaniu postaci sym­ 
patycznych sobie pisarzów widzi ostateczny 
cel krytyki, zaraz na wstępie zastrzega, iż 
nie myśli iść w ślady drogi nowej. Unie­ 
siony świętem oburzeniem woła: „Potrzeba 
nowego Herkulesa, żeby tę stajnię uprzą­ 
tnął, nowego Mickiewicza, żeby schłostał 
tych krytyków i recenzentów warszawskich 
i niowarszawskich." 
I jak poeci starożytni 
wzywali muz do pomocy, przy rozpoczęciu 
dzieła, tak p. Zathey wzywa swych czytel­ 
ników, aby się, otrzęśli z „pleśni czasów 
dzisiejszych" i wskrzesili w sobie „iskrę- 
miłości i świętego zapału." 
Po takim wstępie czytelnik z góry do­ 
myśla się, co znajdzie w pracy p. Zatheya. 
Kreśląc dzieje młodości Zaleskiego, nie zaj­ 
muje się autor zupełnie datami i szczegóła­ 
mi biograficznymi, ściśle w związku z przed­ 
miotem zostającymi, nie obchodzi go rodo­ 
wód Zaleskiego, wiadomości o rodzicach, 
wogóle starannie unika wszelkich dokła­ 
dnych pozytywnych wiadomości. Nadmie­ 
nić tu wypada, że wówczas, gdy autor pier­ 
wsze wydanie swej pracy ogłaszał (w maju 
1836) wyszło już z druku wspomnienie S. 
Duchińskiej, przedstawiające wiole .niopod- 
niesionych przez p. Z . a dotąd nieznanych 
szczegółów z życia Zaleskiego, tudzież stu- 
dyum p. Chmielowskiego (Studya i szkice,
		

/p0007.djvu

			— 
523 — 
tomll), gdzio te wszystkie szczegóły wyczer­ 
pująco zostały wyjaśniono. Dopiero na koń­ 
cu swego szkicu w dodatku usprawiedliwia 
się z tegop. Zathcy, tlomacząc braki te „dzi­ 
wnym i złośliwym zbiegiem okoliczności." 
Całe opowiadanie utrzymano jest w tonie 
gawędy napuszonej górnolotnymi frazesami 
i cntuzyastycznem uwielbieniem dla poety. 
Miejscami zapuszcza się autor na pole kry­ 
tycznej oceny kilku utworów z pierwszej 
doby twórczości Zaleskiego, ale próby te 
wydają nader niekorzystne świadectwo o je­ 
go krytycyzmie. Tak np. ,,Dumkę Maze­ 
py" określa juko „powtórzenie ukrytych 
w głębi serca dumań i myśli" a niebawem 
mieni Zaleskiego za ten sam poemacik ma­ 
larzom historycznym, wybornie umiejącym 
pochwycić flzyognomię ludzi i czasów. Nic- 
konsekwencya sądu daje się również zau­ 
ważyć w pobieżnych rozbiorach kilku in­ 
nych utworów Zaleskiego, którym próżno 
usiłuje autor nadać cechy głębokości. 
Już to wogóle p. Zathey zdaje się należeć 
•do tych, którym naukowa ścisłość sprawia 
zawrót głowy: woli on lekko ślizgać się po 
wierzchu każdej poruszonej kwestyi zwła­ 
szcza takiej, któraby go zmusić mogła do 
wyraźnego oświadczenia się za jakim nau­ 
kowym poglądem. Wspominając z konie­ 
czności o obozie klasyków, tak charaktery­ 
zuje stanowisko poety: „Zaleski nie tro­ 
szczył się zgolą o zacietrzewioną walkę 
i śpiewał sobie z pogodnym umysłem w za­ 
ciszu jak skowronek, jak słowik, jak Bo- 
jan niekiedy." 
I to jest wszystko, co o sta­ 
nowisku Zaleskiego p. Zathcy umiał powie­ 
dzieć. Na roku 1830 zamyka swe opowia­ 
danie. 
Jako ćwiczeuie stylistyczne wykazało ono 
pewną łatwość pióra i stylu, jako poważniej­ 
sze zaś studyum krytyczne, za jakie je 
okrzyczeli pp. Tarnowski i Koźmian, wy­ 
dało p. Zatheyowi świadectwo nieudolności 
krytycznej i wielkiej uiu. - .taranności w gro­ 
madzeniu matoryałów. Działalność lite­ 
racka pisarzów ocenia się dziś na podsta­ 
wie dokładnej znajomości warunków czasu 
i miejsca, tudzież wpływów, jakie oddziała­ 
ły na jogo rozwój i kierunek— i dziś żaden 
szczegół z życia nic może być krytykowi 
obojętnym. Płytko rozlany strumień ogól­ 
ników nieuniotywou anyeh nie może już 
być uważanym za przyczynek do historyi 
'literatury. 
W. P. 
Adam Nowicki. Czy pamiętasz? Szkic z życia. Kra­ 
ków, 1887. 
Jednem z pierwszych zagadnień, zaprzą- 
tająocm zwykle poczynającego powie- 
śeiopisarza, poetę lub artystę, jest prawie 
zawsze dramat samego początkowania, ta­ 
jemnicza istota talentu i powodzenia. I p. 
Nowicki należący, o ile wnioskować można, 
do ochotników tej licznej armii, wdaje się 
w melancholijne refloksyo nad zgubnym 
wpływom nie wytrwałości i braku nama­ 
szczenia, a jakby na poparcie icłi rozwija 
smutny widok zmarnowanych zdolności. 
Poeta, który zabłysnął niegdyś jak meteor 
wybornym utworom scenicznym i jak me­ 
teor zgasł, spodlił się następnie w knajpie. 
Kochała go kobieta również rwąca się do 
-wyższych sfer ducha; łudzona obietnicami 
zaniechała szerszych planów wykształcenia 
talentu muzycznego; niezachwiana w wie­ 
rze i miłości czekała, aż się narzeczony 
wyrwie z występnego koła, pewna, że popę­ 
dy wyższe zwyciężą. Wspierała go tymcza­ 
sem krwawo zapracowanym groszem a nie 
spostrzegła, że pan jej uczuć przygotowuje 
się do zaślubienia ordynaryjnoj, lecz boga­ 
tej właścicielki kawiarni. W chwili rozsta­ 
wania się, gorącym wylewem uczuć i wspo­ 
mnieniem pierwszych dni miłości wzaje­ 
mnej, zdawało się, że ocaliła już upadłego 
i wywołała w duszy jego postanowienie 
•zerwania haniebnych węzłów; ale...namowa 
i pochlebstwa wesołych towarzyszów z bi­ 
lardu w kilka godzin potem doszczętnie za­ 
tarły ślady nawrócenia. Restauratorka zo­ 
stała uszczęśliwioną a biedna dziewczyna 
tylko niżej zgięła się pod ciężarem nielito- 
ściwego zawodu i dalej posępne życic 
wlokła. 
Obrazek maleńki, ale ponury; zrodził 
go widocznie umysł jeszcze nicskrystalizo- 
wany zupełnie, wrażliwy na niedole i z nie­ 
mi niooswojony — inaczej nie opłakiwałby 
wypadku tak częstego w świecie, jak chmur­ 
ne dni w jesieni polskiej. Ale może dlatego 
właśnie, że ballada to jakich wiele, robi pe­ 
wne wrażenie; zresztą odznacza się wyra­ 
zistością i plastycznem przedstawieniem. 
Za skromna jest zaś, by wymieniać jej uster­ 
ki stylu lub układu. Chwilami możnaby są­ 
dzić, że nagłówek „szkic z życia" nie jest 
szablonowym dodatkiem, lecz opiewa praw­ 
dę. Gdyby to nawet było złudzeniem w każ- 
dym razie świadczyłoby na korzyść autora. 
Ces. Jel. 
KARTKI NAUKOWO-ARTYSTYCZNE. 
Z astronomii. Zmarły przed kilkoma 
laty znakomity astronom wdoski, ksiądz 
Sccchi, zadziwił swojego czasu cały świat 
naukowy twierdzeniem, że średnica słońca 
ulega bardzo silnym wahaniom. Bliższe zba­ 
danie sprawy miało wówczas wielkie zna­ 
czenie, albowiem od niego, przy sposobności 
mającego nastąpić przejścia planety Wenus 
przez tarczę słoneczną, powinien był zale- 
żyć wybór stanowisk obserwacyjnych. Za­ 
raz potem przedsięwzięto przez Amoers 
i Fugha obserwacye nie potwierdziły je­ 
dnak tooryi Sccchicgo. W ostatnich zaś 
czasach Amoers uczynił je ponownie i tym 
razem doszedł do pewności, że owe wrzeko- 
mc zmiany w długości średnicy miały za 
jedyną przyczynę niedokładności w wymia­ 
rze, czynionym przez wspomnianego wio­ 
cha. 
Siła światła słonecznego. Wiedeński 
fizyk i astronom, F. Exnor, porównywał 
niedawno natężenie światła słonecznego 
z natężeniem światła świecy stearynowej, 
idąc w tym razie za przykładem Wollasto- 
na, który już dawniej badania podobne 
przedsiębrał, oraz Williama Thomsona, któ­ 
ry je powtórzył lat kilka temu. Exner uży­ 
wa metody dosyć prostej. Osłabia rozmai­ 
tymi sposobami światło słoneczne tak, aże­ 
by stopień jego redukcyi łatwo można było 
obliczyć — a otrzywawszy już względnie 
łagodne, porównywa ze światłem świecy. 
Doszedł zaś do wyniku, że nawet we dnie 
najbardziej pogodne siła światła słoneczne­ 
go bardzo się chwieje i wskutek tego mo­ 
żna brać tylko miarę przeciętną. Wedle tej, 
światło środkowych promieni widma słone­ 
cznego wyrównywa światłu 50,000 świec 
długości jednego metra. Jeśli wziąć pod u- 
wagę odległość ogniska naszego systematu, 
wypadnie, że światło słoneczne mogłoby 
być zastąpione przez liczbę świec normal­ 
nych, jaką otrzymamy z podniesienia 10-u 
do potęgi 27-ej (1027). Wymiar szczegóło­ 
wy wykazał dla środkowych promieni 
w miesiącu maju jasność 270,000 razy wię­ 
kszą od jasności świecy normalnej — toż 
samo w czerwcu, zaś w zimie tylko 67 ty­ 
sięcy. Ilość ciepłoty otrzymana z jednego 
centymetra kwadratowego powierzchni sło­ 
necznej w lecie równa się: 
dla prom. czerwonych — ciepła 18,900 św. 
„ 
„ 
zielonych 
„ 
67,500 „ 
„ 
„ 
niebieskich 
„ 
162,000 „ 
Trzęsienia ziemi. Wiosna tegoroczna 
przyniosła wielu krajom wiele wzruszeń, 
w śoisłem znaczeniu tego wyrazu. Zapisuje­ 
my ważniejsze z nich: 
5-go kwietnia donoszono z Adenu (Ara­ 
bia), że w ostatnich dniach zdarzyło się aż 
kilka dosyć silnych wstrząśnień ziemi. 
11-go kwietnia takaż sama wiadomość 
nadeszła z Charleston i Burlington (Ver- 
mont). 
13-go kwietnia zauw 
r 
ażono mocne wstrzą- 
śnicnia w Lizbonie, oraz na Malcie. 
15-go kwietnia miejscowość Santa-Fla- 
via w Sycylii nawiedzona była przez bardzo 
gwałtowne wstrząśnienia, wskutek których 
runęła w gruzy bardzo znaczna liczba do­ 
mów. 
W nocy z 22 na 23 kwietnia po godzinie. 
12-ej ujęci w najlepsze snem, przebudzeni 
zostali mieszkańcy miasta Poldkirch w Ty­ 
rolu bardzo wyraźnem wstrząśnieniem, któ­ 
re powtórzyło się dwa razy. 
28-go kwietnia po godz. 3 -ej wyspy Jer­ 
sey i Guernsey doznały silnego wstrząśnie­ 
nia, któremu towarzyszył łoskot podzie­ 
mny, podobny do grzmotu; kierunek drgnień 
był zpołudnio-zachodu napołudnio-wschód. 
Zaraz nazajutrz, tj. 29 kwietnia po połu­ 
dniu około godziny 6-ej, zdarzyło się trzę­ 
sienie ziemi w miejscowości Stolac w Bo­ 
śni i trwało 3—4 sekund i szło ze wschodu 
na zachód. 
W pierwszych dniach maja dostrzeżono 
silne wstrząśnienia w rozmaitych miejsco­ 
wościach Peloponezu zachodniej Grocyi. 
3-go maja rano przed godz. 4 -tą w miej­ 
scowości Forli w Apeninach etruskich zda­ 
rzyło się trwające aż kilka sekund silne 
wstrząśnicnie faliste. 
W tymże samym dniu zachodnia i połu- 
dniowo-zachodnia Ameryka mocno ucier­ 
piały z powodu nader poważnych wstrzą­ 
śnień, idących ku oceanowi Spokojnemu. 
Ludność wielu miast, jak Centreville w Ka­ 
lifornii, jak Tuscon, Tombstone, Pkónix 
Globe i Benson w Arizonie, jak Guamyas 
w Meksyku i inne, uległa panicznemu stra­ 
chowi i nie dziw — runęła niemal cała gó­ 
ra Świętej Katarzyny pod Tuscon i olbrzy­ 
mie tumany kurzu zaćmiły słońce. W od­ 
ległości 10 mil od Tombstone w ciągu dwu­ 
dziestu minut wyschło doszczętnie jezioro 
obszaru jednej morgi. Mniemano wszędzie, 
że nastąpił wybuch wulkanu — takie ku­ 
rzawy unosiły się w powietrzu i w rzeczy 
samej 5 maja pisano, że w odległości 20 mil 
od miasta Benson utworzył się krater wul­ 
kaniczny, który podobno nie próżnuje wca­ 
le. W Meksyku katastrofa przybiera jeszcze 
większe rozmiary. Tam zburzono zostało 
miasto Montozumo, a 150 mieszkańców 
znalazło śmierć w gruzach. W m. Oputa toż 
samo spotkało 20 osób. Pomijamy bardzo 
wiele innych wypadków wstrząśnień i po­ 
łączonych z niemi klęsk — w tej samej czę­ 
ści świata. 
Falbowi dały one pochop do kilku wa­ 
żnych spostrzeżeń i wniosków, Przcdowszy- 
stkiom mniema on, że wszystkie ostatnie 
w 
r 
yliczone kataklizmy miały wspólną przy­ 
czynę, co zdaje się znajdować potwierdzenie 
we współczesności wstrząśnień greckich 
i włoskich — a to tern bardziej, że dniom, 
później nastąpiło porównanie dnia z nocą, 
we dwa dni później największe zbliżenie 
ziemi do księżyca, a w cztery dni jego peł­ 
nia. Wszystko to musiało wywołać spotęgo­ 
wanie działania wód morskich. 
Jeszcze 10 maja Meksyk nie miał spo­ 
czynku. Podróżni opowiadali o wielkich 
rozpadlinach w ziemi, długich na 25 mil 
i o zrównanych z ziemią pagórkach. 
Owadochwytna roślina. Znakomity bio­ 
log niemiecki, Johana von Fischer, zwraca 
uwagę na ciekawą właściwość rośliny plum- 
bago capensis. Dopóki jego jasno-niebieskie, 
nadzwyczaj efektowne kwiaty są w pełnym 
rozwoju, dopóty bywają dla zwiedzających 
jo owadów całkiem niegroźne. Gdy jednak 
rozpoczyna się opadanie kwiecia, a nawet 
na krótko przed niem, kielichy, uzbrojone 
rzadkimi i krótkimi kolcami, wypuszczają 
z siebie jakąś lepką ciecz, do której wiele 
owadów, przeważnie dwuskrzydlych i błon­ 
koskrzydłych, lgnie i w ton sposób kończy 
życie. Częstokroć udaje się spostrzegać na- 
' wet osy i pszczoły robocze, przylepione do
		

/p0008.djvu

			— 
524 — 
luelicha lub z wnętrza ich wieszające się, 
bądź całkiem nieżywe, bądź dogorywające. 
Ponieważ kwiaty znajdują się bardzo bli- 
zko siebie, a po okwitnieniu łatwo razem 
z kielichami od łodygi oddzielić się dają, 
przeto przylepiona w powyższy sposób 
pszczoła lub mucha, trzepocząc skrzydłami, 
dotyka kwiatów sąsiednich, przylepia się 
do nich, zrywając jednocześnie. Im ruchy są 
częstsze i gwałtowniejsze, tom liczba do­ 
tknięć większa i w końcu biedne stworze­ 
nie ginie uwięzione między liśćmi, których 
zrzucenie przewyższa jego siłę. 
Ukryty geniusz. „Stowarzyszenie filozo­ 
ficzne" w Berlinie rozpisało wielki konkurs 
na dzieło o znaczeniu filozofii Hegla, a szcze­ 
gólnie jego metody dyalektycznej. Kilka 
tygodni temu wydano sąd o nadesłanych 
pracach. Sędziowie Lasson, Michelet i Fre- 
derichs uznali za najlepszą sążnistą rozpra­ 
wę, przysłaną z węgierskiego miasta Zom- 
bor. Obejmuje ona, ni mniej ni więcej, tyl­ 
ko osiemnaście arkuszy druku. Ale co jest 
tu najbardziej zaciekawiająccm, to opinia 
wydana o niej, a zawarta w następnych 
słowach: „Stowarzyszenie filozoficzne po­ 
czytuje sobie za zaszczyt, że dało pobudkę 
do tej pracy." Jednocześnie prosi ono autora, 
„którego genialny umysł AV najwyższym 
stopniu zainteresował cało grono sędziów 
konkursowych," ażeby przekazał mu swojo 
dzieło do opublikowania, sekretarz zaś kon­ 
kursu, radca Meinoke, pisał do szczęśliwe­ 
go laureata: „Wyznać muszę, że rzadko kie­ 
dy przy czytaniu dzieła nowszych czasów 
ogarnia mię podobny podziw, że gdym za­ 
czął przewracać pierwsze karty, odrazu 
oszołomiony zostałem formalnie genialno- 
ścią twórcy. Swoim energicznym wykładom 
książka stworzy epokę." Ale tu wrażenie się 
nie kończy. Okazało się w następstwie, że 
nagrodzony nie jest żadną patentowaną 
wielkością, ale skromnym pisarzem sądo­ 
wym w Zombor, nazywa się Eugeniusz 
Schmitt i znany jest z kilku poprzednio 
w języku węgierskim wydanych studyów 
filozoficznych. Bądź jak bądź, niesłychanie 
ciekawą jest rzeczą, co w przyszłości litera­ 
tura filozoficzna mówić będzie o tym świe­ 
tnym meteorze, przebiegającym drogę, któ­ 
rą tyło już odbyło? Co nowego powiedzieć 
mógł o Hoglu i czem tak trafił do serca 
profesorów niemieckich? 
H. 
FEJLETW. 
LIBERUM YETO. 
Obrachunek dwu obozów w Galicyi. — 
Umiarkowa­ 
ny opór.— Gospodarstwo stańczyków.— 
Czego chcą 
i dokąd dążą. 
— 
Na Szlązku. — 
Jedyna idea. — 
Pod­ 
jazdy liberalizmu. — Walna bitwa. — 
Metoda szkalo­ 
wania. — 
Brak maczugi. — Lżenie sufraganem.— Dar 
jubileuszowy dam warszawskich dla papieża.— Śliczny 
wzór do dywanu. — Racya bytu stańczyków. 
W Krakowie odbył się publiczny „obra­ 
chunek" dwu dzienników, występujących 
jako przedstawiciele dwu stronnictw—kon­ 
serwatywnego i liberalnego. Żywioły to na 
gruncie galicyjskim posiadają swój odrębny 
smak, zapach i odżywozość. Pierwszy czer­ 
pie swe soki z warstwy interesów arystokra- 
tyczno-klerykalnych, drugi — z mieszczań­ 
skich. Chodzi im zaś nio o widnokręgi roz­ 
ległe, nie o teoretyzacyę socyologiczną, nie 
o zasady ogólne, ale o kuratorstwo nad 
ubezwłasnowolnioną, wynędzniałą i ogłupio­ 
ną dewotką-—Galicyą. Stańczycy mają pie­ 
niądze, wpływy, władzę, a więc odnoszą 
ciągłe tryumfy, wyzyskując je z całą bez­ 
czelnością egoizmu. Ich przeciwnicy nie po­ 
siadają tych środków, więc odnoszą ciągłe 
porażki. Nie mogą nawet głośno krzyknąć, 
bo ile razy jakiś artysta liberalizmu gali­ 
cyjskiego weźmi" wysoką nutę, albo ująw­ 
szy skrzypce dziennikarskie, zagra pieśń 
żalu lub zgrozy, natychmiast prokuratorya 
zatka mu usta i nu jego struny nałoży tłum- 
nik. Wyznać trzeba, że do łagodnych to­ 
nów w Krakowie przyzwyczaili ją sami re- 
formiści, którzy porażeni siłą i olśnieni bla­ 
skiem swych pogromców, zdobywali się je­ 
dynie na nieśmiałe protesty i pomrukiwania. 
Dzięki tomu odporowi rozparła się w Gali­ 
cyi najzuchwalsza i najsamolubniejsza kli­ 
ka, jaka kiedykolwiek zagarnęła pod siebie 
losy kraju. Zmartwychwstały czasy nasze­ 
go upadku politycznego, możnowładcy z ban­ 
dą swych służalców i popleczników opano­ 
wali wszystkie wydatniejsze stanowiska — 
poselskie, administracyjne, sądowe, szkol­ 
ne, potulnym wołom do jarzma niewoli do­ 
łączyli jeszcze bat własny i zaprowadzili 
gospodarkę niszczącą, -egoistyczną, bezlito­ 
sną. Stańczycy nietylko rządzą w Galicyi, 
oni ją znieważają. Wiadomo, jak sponie­ 
wierali uczucia narodowe w Tece, wiadomo, 
jaką wzgardą obryzgają mieszczan i lud, 
wiadomo, jak hr. Tarnowski opatentował 
szlachtę w swych „poreyach," teraz znowu 
zabrał się do księży nieprzyjaznych Zmar­ 
twychwstańcom (na cmigracyi) i w Prze­ 
glądzie polskim nazwał ich „mętami," „fał­ 
szerzami banknotów" itp. Właściwie za­ 
tem oprócz arystokratów i związanego z ni­ 
mi bezwględnie kleru, wszystkie żywioły 
społeczne są podłą kanalią, która czasem 
buntuje się przeciw swym panom, ale sko­ 
pana, zelżona, obita, wraca do posłuszeń­ 
stwa, od którego ją odciągnęli pokątni do­ 
radcy i warchołowic. Tak sięrysują „przed­ 
stawiciele narodu polskiego," „jedyna par- 
tya, która umie działać i wie jasno, ezego 
chce i dokąd dąży." Czego zaś chce i dokąd 
dąży — widzimy z materyalnej i umysło­ 
wej nędzy kraju i z tej poddańczej roli, ja­ 
ką jego przedstawiciele odgrywają w parla­ 
mencie, podścielając się rządowi, który na 
nich sobie nogi wygrzewa. Nie cofając się 
zbyt daleko wstecz, dla scharakteryzowania 
tej niecnej działalności, przytoczymy świe­ 
żą skargę, jaka odezwała się w Kraju pe­ 
tersburskim ze Szlązka austryackiogo. Ko­ 
respondent donosi, że równolegle z wrostem 
wpływu Koła polskiego na losy państwa 
rośnie także germanizacya tej dzielnicy. 
„W samym Cieszynie — powiada — mniej 
słychać po polsku, aniżeli jeszcze przed kil­ 
ku laty. Żywioł niemiecki wziął tu stano­ 
wczo górę. Prasa narodowo-polska zeszła 
więcej na niziny ludu polskiego, do którego 
też i niemczyzna słabiej dociera." 
Aleito 
słaba pociecha, gdyż ową pracę na nizinach 
dławi stańczyk. Gdy Gwiazdka cieszyńska 
odważyła się powiedzice, że siła narodu 
polskiego spoczywa w ludzie, Czas krakow­ 
ski „rzucił na nią formalną klątwę, wzy­ 
wając jej abonentów galicyjskich, księży 
i szlachtę, ażeby przestali ją abonować." 
Według korespondenta, na Szlązku katoli­ 
cy, prowadzący ustawiczną walkę z ewan- 
gielikami, nie dorównywają im we wszy­ 
stkich kierunkach życia społecznego: ich 
instytucyo są martwo, pisma zaśniedziałe, 
wydawnictwa fanatyczne. Istnieje tam np. 
stowarzyszenie dla szerzenia książeczek lu­ 
dowych, alo „zdajo się, jakoby dążność ka­ 
tolicka przewyższała w niem dążność naro­ 
dową." Mają pieniądze z zapisu dobroczyn­ 
nego, za które chcieliby w Cieszynie zało­ 
żyć szkołę czteroklasową, ale przewodnik 
szlązaków, zasłużony ks. Świeży, członek 
Rady państwa, daremnie żebrze o łaskę, 
gdyż „rządowe stronnictwo galicyjskie 
w Kolo nio posiada ani krzty serca dla cier­ 
pień narodowo-polskich na Szlązku." Jest 
jedna tylko idea, którą stańczycy wyznają 
i szanują — idea kosmopolitycznego legity- 
mizmu, opartego na możnowładztwie i hie­ 
rarchii kościelnej. Po za granicą tego Ko­ 
la — patryotyzm, ofiara obywatelska, spra­ 
wiedliwość ekonomiczna, oświata, moral­ 
ność, materyalna i duchowa siła narodu — 
wszystko są to dla nich czerwone chorą- i 
giewki warchołów, niegodne powiewać obok | 
ich białego sztandaru. Światem rządzić po­ 
winien stojący przy tronie możnowładca 
i dostojnik kościelny, reszta ma tylko do­ 
starczać krwi dla ufarbowania ich purpur. 
Ośmieleni brakiem dostatecznego oporu 
stańczycy zasadę tę przeprowadzili w Gali­ 
cyi z całem zuchwalstwem i konsekwencyą. 
Wytworzyli wszechwładny patrycyat, któ­ 
ry po prostu lekceważy sobie słabowitą de- 
mokraeyę. Ona go nigdy nie przeraża, co 
najwyżej rozdrażnia, a najczęściej śmieszy. 
Dopóki społeczeństwo albo słucha dobro­ 
wolnie wielkopańskiej komendy, albo nie 
uświadomiło sobie możności i potrzeby zła­ 
mania jej, dopóty sztab stańczykowski 
drwić będzie z odosobnionych i bezsilnych 
protestów i krzyku trybunów. Będzie to dla 
niego vana ira sine viribus. Zauważyć przy- 
tem należy, iż liberalizm galicyjski, chociaż 
podgryzał korzenie tego dębu, nigdy go nie 
usiłował piorunem roztrzaskać, ani w życiu 
praktycznem, ani w prasie nie stoczył wal­ 
ki wielkiej, rozstrzygającej, lecz poprzesta­ 
wał na podjazdach. Dopiero teraz pokusił 
on się o coś w rodzaju walnej bitwy. N . 
Reforma, uznawszy, że uchwyciła wyborną 
sposobność uderzenia na przeciwnika, wy- 
wiesiła na swej chorągwi obronę spo­ 
twarzonych przez hr. Tarnowskiego księ- 
źy-wychodźców i zaczęła ostrzeliwać twier­ 
dzę stańczyków. Że strzały były skuteczne, 
dowodem zdemontowanie głównej armaty, 
niezmordowanie siejącej oszczerstwem i de- 
nuneyacyami — Czasu, który umilkł. Roz­ 
płatano głęboko sumienie grzesznika i wy­ 
dobyto zeń duży worek zgnilizny moralnej. 
Okazano mu, że był zawsze lokajem pa­ 
nów, szkodnikiem w sprawach dobra pu­ 
blicznego, potwarcą i kłamliwym oskarży­ 
cielem. Ponieważ i my nieraz ten ostatni 
zarzut robiliśmy mu lub robić będziemy, 
warto czytelnika poznajomić z denuneya- 
torską metodą Czasu. Nie wchodząc nigdy 
w przedmiot sporu, stara się on pokonać 
przeciwnika przyklejeniem na jego plecach 
kartki, polecającej go opiece połicyi. Do te­ 
go ceiu służą mu zwykle wyrazy: socya- 
lista, nihilista, rewoluoyonista, wróg obe­ 
cnego ustroju społecznego, agitator itp. 
W polemice z każdego słowa wykręci ra­ 
port policyjny. Tak np. N . Reforma pisze: 
„Czy wy (stańczycy) wiecie, ile nocy bez­ 
sennych a odpoczynkowi odjętych musiano 
poświęcić, zanim powstało pierwsze stowa­ 
rzyszenie rzemieślnicze." 
Myśl jasna, ale 
w wyrażeniu jej Czas chwyta „noc" i po­ 
wiada, mrugając na straż bezpieczeństwa 
publicznego: „O nocnych mówicie pogadan­ 
kach z rzemieślnikami; być może, że się od­ 
bywają, ale ich skutek, na zewnątrz niewi­ 
doczny, może ma cele tajemne." 
Czy nic 
„schlechte Subjectc?" 
Powtarzamy— niewątpliwie akt oskarże­ 
nia, odczytany przez iV. Reformę stańczy­ 
kom, jest zasadny i na faktach oparty, ale 
tak jak wszystkie jej ataki przedstawia to­ 
rebkę drobnych kamyków. Maczugi Her- 
kulesowej w nim nie widzimy, a ona jest 
niezbędną dla zabicia stymfalińskich pta­ 
ków. Liberalizm galicyjski, zdaniem na- 
szem, jeśli chce wstrząsnąć śpiącą masą 
społeczną i jej smoków pokonać, winien 
przenieść walkę na pole szersze, na pole za­ 
sad ogólnych, a nie tarmosić się w sporach 
o towarzystwa zaliczkowe i straże pożarne. 
Trzeba byka porwać za rogi i powalić, za­ 
miast go drażnić rożkiem czerwonej chu­ 
steczki. Niestety, siłacza takiego postę­ 
powcy galicyjscy nio posiadają. 
Między różnymi wymysłami Czas ugo­ 
dził N, Reformę zarzutem, że jest ona gor­ 
szą nawet od... Prawdy, przyczem pismu 
naszemu dostał się jeden z wymienionych 
wyżej „epitetów zdobiących," którymi organ 
krakowski znaczy dla policyi niebezpie­ 
cznych. Trudno podejmować polemikę, któ­ 
rą trzebaby prowadzić nie tak cienką ob­ 
sadką, jaką te słowa piszę; zauważę więc 
tylko, że owo lżenie Prawdą przypomniało 
nam chłopa Sienkiewiczowskiego, który 
lżył przeciwnika.,, sufraganem.
		

/p0009.djvu

			— 
525 — 
Według jednego z naszych Kuryerów Le­ 
on XIII dostanie na swój jubileusz od dani 
warszawskich wspaniały dywan, którego 
wzór masie składać z samych kwadratów". 
Szkoda! Niedawno w Berlinie odbito foto­ 
grafię, na której ks. Bismark w ubraniu 
papieski cm błogosławi, Leon XIII zaś 
W mundurze kanclerskim stoi za nim. Pod­ 
pis tego obrazka: „jedna miłość warta dru­ 
giej." 
Otóż czy ta scena maskaradowa nio 
byłaby właściwszą a ojcu św. przyjemniej­ 
szą jako wyszycie owogo dywanu, tern bar­ 
dziej, że i tu „jedna miłość warta drugiej." 
Możnaby do dwu figur dodać arcybiskupa 
Dindera, tłumy wygnanych katolików, wo­ 
bec których papież zdobi kanclerza orde­ 
rem Chrystusa, kilka główek z komisji ko- 
lonizacyjnoj itp. Czemu pięknych aktów 
historyi, zwłaszcza przynoszących wielki 
zaszczyt Stolicy apostolskiej, nie spisywać 
na jubileuszowych dla„ojca św." dywanach? 
Gdzież one godniej mogą być uczczone? 
Po za tom pytaniem przyznajmy, że stań­ 
czycy są na świecie potrzebni, bo któżby 
pobożnym damom przewodniczył w pa- 
tryotyzmie? Któżby je nauczył, kto jest do­ 
broczyńcą ich narodu? Brr! Co z nas się 
zrobiło! 
Poseł Prawdy. 
POD MIKROSKOPEM. 
I. 
P. Ochorowicz przybył do nas z tajemni­ 
cami magii hypnotycznej i otworzył czaso­ 
wą lecznicę, w której jednych chorych po­ 
cierał, innych usypiał, innych oczami 
wiercił, a wszystkich miał uzdrowić z ka­ 
żdej dolegliwości. Według informacyj z za­ 
kresu stosunków moich nie wyleczył niko­ 
go, nawet reporterów ze słabości bezmyśl­ 
nego paplania i durzenia łatwowiernych 
czytelników. Być może zresztą, że sam szan. 
magnetyzer, który, chociaż w nauce najbar­ 
dziej lubi jej stronę czarodziejską, do ustru- 
ganych mu w Warszawie ramek rozcią­ 
gnąć się nie chce, przestraszony sławą u- 
czonogo cadyka zemknie do Paryża, gdzie 
ma warunki do pracy rzetelnej i gdzie mu 
jej nikt nio podlewa drożdżami reklamy. 
Okropny ton nasz grunt dla ziaren wiedzy! 
Nic nie umiemy, byle sztuczka wprawia 
nas w katalopsyę, muchę (swojską) roze­ 
dmiemy natychmiast w słonia, tak, że ona 
musi posiadać dużo rozsądku, ażeby nie 
uwierzyć w rzeczywistość tej przemiany. 
Szczęściem, że język nasz ma krótkie skrzy­ 
dła i nie przefrunie za granicę z tern, co 
o czarodziejskiej mocy p. Ochorowicza 
w Warszawie napisano; inaczej obcy pomy­ 
śleliby, że nasza nauka jest wielką izbą 
czeladną, w której dziewczęta z chłopcami 
opowiadają sobie dziwne bajki. Nie prze­ 
czę, że p. Ochorowicz zebrał dużo spostrze­ 
żeń w zakresie hypnotyzmu, ale żadnej zjego 
ważnych zagadek nie rozwiązał, a główna 
wada jego prac tkwi w tern, co mu poczy­ 
tano za główną zasługę, mianowicie, że 
chwyta coraz inne sroki wiedzy. To zaj­ 
muje się sprawą poznania, to elektryczno­ 
ścią i wynalazkami, to cholerą i bakterya- 
mi, to magnetyzmem (nie licząc swobody 
woli, poezyj itd.), a prawie zawsze z rnate- 
ryału naukowego pragnie wydobyć osnowę 
do widowiska z przyprawą tajemniczości. 
Szkoda, bo to mu nie pozwoli nigdy być 
badaczem ścisłym i osiągnąć rezultatów 
poważnych. 
Podczas gdy pisma brukowe objaśniały 
publiczność o cudownych uzdrowieniach 
„poddawacza myślowego," 
lekarskie dalej 
rozprawiały o różnych „przypadkach" i „rę­ 
koczynach" i ani słowem nie zabrały głosu 
w toj sprawie, chociaż ona mocno zajmowa­ 
ła ogół i chociaż liczno rzeszo chorych obie­ 
gły czarodzieja. Zapewne przemówią, gdy 
otwartą zostanie... wystawa tkacka. 
II. 
W Towarzystwie popierania przemysłu 
i handlu trwają dalej obrady nad taryfą 
celną. Usilnie zalecam, zwłaszcza melan- 
cholikom, ażeby czytali sprawozdania z tj eh 
obrad, mających mnóstwo właściwości le­ 
czniczych. Kto na tern przedstawieniu się 
nie uśmieje, temu już nigdy śmiech ust 
nio muśnic. Jest to bowiem ni mniej ni wię­ 
cej tylko usiłowanie pomieszczenia wbrew 
prawu fizycznemu kilku wzajemnie intere­ 
sowanych egoizmów w jednej komórce do­ 
bra społecznego. Zwykle meeting odbywa 
się tak: 
— 
Ja żądam, ażeby podniesiono cło od 
cykoryi, którą uprawiam. 
Zebrani zgadzają się. 
Ale w tej chwili powstaje ktoś inny 
i woła: 
— 
Przepraszam, ton pan nio dostarcza 
nam, fabrykantom, tyle cykoryi, ile jej po­ 
trzebujemy, zatem proszę ją całkiem uwol­ 
nić od cła. 
Następuje targ, który zebrani przecinają 
po krakowsku — na połowę. 
Kiodyindziej znów ktoś prosi o podwyżkę 
cła dlatego, że zamierza wyrabiać pewien 
produkt i już nawet obrał sobie plac na fa­ 
brykę. 
Słowom, gdyby tym prawodawcom po­ 
wierzyć politykę ekonomiczną kraju, oclili­ 
by nawet teoryę wulkanów, gdyż w Towa­ 
rzystwie znalazłby się ktoś, coby oświad­ 
czył: 
•— Postanowiłem się ożenić z pewną pan­ 
ną, która niewątpliwie urodzi mi syna, 
a ton syn zbada przyczynę wybuchów wul­ 
kanicznych. 
Co najwyżej moźo uwzgiędnionoby czę­ 
ściowo protest redakcyi Wezechświata, któ­ 
ra potrzebuje sprowadzać z zagranicy ksią­ 
żki i pisma dotyczące wulkanów. 
III. 
Pomnik Moniuszki, stojąc długo przed 
zamkniętemi drzwiami, nareszcie wpuszczo­ 
ny został do kościoła Wszystkich Świętych. 
To jogo wyczekiwanie zasmuciło wielu — 
mojem zdaniem — niesłusznie. Bo przypo­ 
mnijcie sobie, ile lat stał pomnik Byrona 
przód bramą Westminsteru, zanim mu ją 
otworzono. I tak będzie zawsze z wielkimi 
ludźmi, dopóki ich posągi pukać muszą do 
wrót kościołów, którym trudno brać za złe, 
że opierają się przyjęciu w swe mury du­ 
chów niegodnych zająć nawet szarego koń­ 
ca śród „wszystkich świętych." 
Jednak co 
począć. Nie mamy narodowej Walhalli 
łub Panteonu. Próbowano coś podobnego 
zrobić z krakowskiej Skałki, ale gdy wno­ 
szono do niej Kraszewskiego, stanął jako 
archauioł z mieczem dr. akuszeryi Jordan 
i grzmiącym głosem zawołał: „Nie kalajcie 
podziemi tej świątyni!" Wprawdzie usunię­ 
to go na bok i Kraszewskiego pochowano, 
nie zapominajmy wszakże, że był to grze­ 
sznik niewielki. Ale przypuśćmy, że między 
nami urodził się i umarł Shelley! Nie po­ 
zostawałoby nic innego, tylko, jak ciało au­ 
tora Prometeusza, spalić go i urnę z popioła­ 
mi odesłać gdzieś na obczyznę, gdzie zbie­ 
rają relikwie geniuszów. 
IV. 
Po śmierci W. Szymanowskiego, który 
podobno sam jeden śród 12 milionów pola­ 
ków uznawał potrzebę ubczpieczonia praw 
autorów obcych w literaturze naszej i usi­ 
łował ją obciążyć haraczem za tłomaczenia, 
nio mamy już członka czynnego w „kon­ 
gresach literackich." Wprawdzie na ostatni, 
madrycki, pojechał p. Wł. Mickiewicz, ale, 
jak widać ze sprawozdań w Kuryerze warsz., 
zamienił on swą podróż na miłą wycieczkę 
bez celu „zawarcia konwcnoyi," dał pokój 
czczym obradom, zwiedzał Madryt, przypa­ 
trywał się walce byków, bawił się dowci­ 
pami p. Lerminy a kwestyę własności lite­ 
rackiej pozostawił tym, których ona jeszcze 
nic znudziła. Ale, zdaje sie, że ona znudziła 
już wielu „członków czynnych." Maluczko, 
a owe „kongresy" przybiorą taki charakter, 
jaki mają wyprawy naszego... Towarzy­ 
stwa wioślarskiego. Wtedy... zapiszę się do 
tego grona wędrownego. 
Gezyasz. 
NA WIDNOKRĘGU. 
Poglądy Woschodu na stosunki żydów z ludnością, pol­ 
ską na wsi. — 
Izraelici „bardzo przewidujący. " 
— 
Kto ujarzmia chłopa i czego mu więcej potrzeba 
oprócz płacy i grzeczności?— Uczynni podlasianie. — 
Kwestya pijaństwa. — 
Jak działa „siwucha" na bia- 
łorusina. — 
Oszukani i wyzyskani. 
— 
Co chłop robi 
z pieniędzmi? — Zwyrodnienie ludu w Kaliskiem. 
— 
Potwory-mściciele. — 
Tajemnica ziemiańska. — Stra­ 
że ochotnicze. — 
Mieszczanie i panicze w Chełmie.— 
Co powinni pierwsi zrobić dla wyprowadzenia dru­ 
gich z niemocy. 
Poważny Woschod stał się pomimo swej 
woli humorystycznym. Korespondent tego 
pisma z Warszawy sypnął garść naiwnych 
baśni o stosunkach żydów z ludnością pol­ 
ską na wsi. W każdym „panu" ze szlachty 
włościanin instynktownie przeczuwa nieży­ 
czliwego i nio żywi doń zaufania. Księdza 
wprawdzie bezwarunkowo słucha, ale tylko 
w kwestyach wiary i jej obrządków; w spra­ 
wach praktycznych po za murami kościoła 
kieruje się własnymi poglądami i sympa- 
tyarni, które nakazują mu być w dobrych 
stosunkach z żydami. Oto przykład harmo­ 
nii: We wsi mieszka biedny izraelita kra­ 
wiec. Włościanie, chcąc mu przyjść z po­ 
mocą, sprzedają wszelkie produkty rolno 
wyłącznie jogo żonie, która następnie na 
własną rękę prowadzi handel w mieście. 
Za to mogą oddawać odzież do roboty baje­ 
cznie tanio: kapota 50 kop., spodnie 20 kop. 
Drugi przykład: Jedną izbę wspólnie użyt­ 
kują rolnicy — chłop i żyd. Gdy pierw>zy 
idzie do kościoła, drugi strzeże jego doby­ 
tku i odwrotnie. To przyjazno zbratanie się 
izraelitów z włościanami bardzo się niepo- 
doba naszemu stanowi klerykalno-szlache- 
ckiomu. Narzekając, że pewna ilość żydów 
znajduje (liche) utrzymanie po wsiach i wie­ 
dząc, że przewidujący włościauin-katolik, 
wskutek zbratania się z bardziej jeszcze 
przewidującym żydem, trudniej się będzie 
poddawał ujarzmieniu i zamienieniu go 
w ślepo narzędzie dla dopięcia ich celów 
osobistych i stronniczych — panowie ci nie­ 
dawno wywołali ruch na korzyść wydalenia 
żydów ze wsi. Zaczęli dowodzić konieczno­ 
ści zakładania po wsiach „gospód chrze- 
ściańskich," krzyczeli, że żydzi „wyzysku­ 
ją," „podburzają," 
sprowadzają z prawdzi­ 
wej drogi, że zamieszkiwanie izraelitów po 
wsiach grozi niemal całemu światu. Na 
szczęście ci, od których sprawa zależała, 
dość wcześnie przejrzeli; „gospody" za­ 
mknięto, ruch zaś należj'oio powstrzymano. 
Korespondent zapomina o tom, żo dziś 
szlachcic nie może ujarzmiać chłopa i „za­ 
mieniać go w ślepo narzędzio dla dopięcia 
osobistych celów." 
Serdecznie się cieszę 
z objawów przyjaźni chłopsko-żydowskiej, 
podanych przez Woschod, ale chyba nie bę­ 
dę stronnym, jeśli się pochwalę, że znam 
mnóstwo przykładów ujarzmienia ludu przez 
żydów. W Siedleckiem izraelici gromadnie 
osiadają wo wsiach, obchodząc prawo, robią 
kontrakty dzierżawy, faktycznie zaś są na­ 
bywcami osad włościańskich, dawni zaś go­ 
spodarze, to ich drwale, stróże, wyrobnicy 
itd. Zmiana położenia zaczyna się od poży­ 
czki 50—75 rs. na 200$ udzielonej zagro­ 
dnikowi przez dzierżawcę. 
„ Vi, od których sprawa zależała," wcale 
nie mieli na myśli szczęścia żydów. Radził­ 
bym U oschodowi przejrzeć z przed lat kilku 
Warsz. Dniewnik i Ruś, gdzie znajdzie inno 
powody na względzie... 
„Bardzo prze widu-
		

/p0010.djvu

			— 
526 — 
jacy" organ izraelski nie zdałby się na Da­ 
wida, bo się łasi przed Goliatem... 
„Dziedzice-żydzi wszyscy dobrze i pun­ 
ktualnie płacą za roboty w polach, obcho­ 
dzą się grzecznie i łagodnie, a to już i wszy­ 
stko, czego żądają włościanie..." Tak powia­ 
da korespondent owego pisma. Inaczej my­ 
ślą i czynią ziemianie-katolicy na Podlasiu 
(w Sicdleckiem). Dowiedli oni, że oprócz 
grzeczności i płacy za robotę, można jeszcze 
coś więcej dla włościan zrobić. Wieś Doł- 
hobrody uległa niedawno strasznej klęsce. 
Spłonęła po zbiorach, a więc z owocem ca­ 
łorocznej pracy. W chwili pożaru pola nie 
były jeszcze obsiane. Naj zamożniejsi nawet 
nie mogli dostać na razie ani ziarna, ani 
pieniędzy na zakupienie. Obywatele okoli­ 
czni, dowiedziawszy się o nieszczęściu, po­ 
spieszyli z pomocą. Dwudziestu kilku go­ 
spodarzy otrzymało całkowity zasiew, a re­ 
szta odpowiedni zasiłek w innej postaci. 
Możnaby jeszcze usługę jedną wyświad­ 
czyć włościanom, chociaż oni tego nie żąda­ 
ją: ograniczyć zbyt hojno obdarzanie ich 
gorzałką. Wszakże ta czynność w prowin- 
cyach zachodnich i południowo-zachodnich 
należy wyłącznie do plemienia izraelskiego, 
któremu Woschod tak szczupłą działalność 
obywatelską nakreśla. Posłuchajmy, co mó­ 
wi świadomy rzeczy p. Jelski: „Ktoś mógł­ 
by sądzić, że lud wiejski, biorący teraz 
lwią część z rozpraszającej się własności 
większej, wzbogaca się. Niestety! W rze­ 
czywistości tak nie jest. Lud nieoświocony 
i słaby moralnie, trwoni to, co mu dziś ła­ 
two przyszło i jednocześnie dzieląc swą 
własność na drobno schedki, marnuj c zasób 
sił, czasu i środków wszelkich w tym pro­ 
cesie nieekonomicznym. Motorem wszelkie­ 
go złego jest gorzałka i nim jej chłop przez 
oświatę sobie nie zohydzi, nim mu ofiarność 
obywatelska nie przyjdzie w pomoc, niema 
nadziei polepszenia stanu rzeczy w wio­ 
skach, gdzie panami położenia są karczma­ 
rze, lichwiarze, pokątni doradcy i inni nę­ 
dznicy." W Norwegii myślą obecnie o eał- 
kowitem usunięciu napojów wyskokowych. 
Być może, iż wyższy poziom umysłowy 
i moralny przyczyni się tam do urzeczywi­ 
stnienia tego zamiaru choć w połowie w da­ 
lekiej przyszłości, o ile nie stanie temu na 
przeszkodzie 
ostry klimat północny. 
W Szwajcaryi, pod niebem południowem, 
w gronie inteligentnem powstała ta sama 
myśl, ale większość nie chciała dobrowolnie 
wdziać cugli na siebie. A więc czy można 
skutecznie przeciwdziałać nałogom pijań­ 
stwa śród ciemnych, kiedy światli oprzeć się 
tej pokusie nie zdołają? — ktoś mię zapy­ 
tał. Istotnie, wobec takich faktów trzeba 
byłoby ręce opuścić, gdyby nie to, że cie­ 
mni włościanie więcej nieraz okazali w so­ 
bie siły odpornej, niż światłe... karły. 
Słabnący ród ludzki szuka podniety sztu­ 
cznej dla podtrzymania energii. 
„Siwucha" 
litewska, pomimo gorliwego rozcieńczania 
jej wodą, za wiele jeszcze musij>osiadać si­ 
ły pobudzającej, skoro ospały i cierpliwy 
lud koło Mira o mało nie urządził krwawej 
pohulanki anti-semickiej. W miasteczku 
Koreliczach w dzień jarmarczny chłop nie 
mógł się zgodzić na cenę czapki; stąd się 
zawiązała kłótnia, a następnie ogólna chęć 
ukarania „antychrystów." 
Zagrzani zwy- 
cięztwem, podpalili dom żydowski z naftą. 
Pożar ledwie zdołano ugasić. Lud litewski 
ma tę dodatnią cechę, że wszelki szał pod 
wpływem rozsądnej perswazyi łatwo mija. 
Było tak i z zapaśnikami jarmarcznymi. 
Lecz na nic wymowa, gdy się mózg rozpali 
gorączką posiadania roli. Nie dziw! Biało­ 
rusin niemający pojęcia o płodozmianie, 
wyniszczył swą z natury lichą ziemię do 
tego stopnia, że dziś pomimo usilnej pracy, 
z głodu często musi przymierać. Szaleje 
więc, gdy się mu obiecanki sypną, bez 
względu, od kogo one pochodzą. Poznał na­ 
turę poleszuka żołnierz dymisyonowany 
Iljaszewicz w miasteczku Snowiu (guber­ 
nia mińska). Ogłosił w okolicy, że jest o- 
brońcą i tłumy nieprzerwane poczęły go 
oblegać, a on im prawił, że przyszedł czas 
rozdawania gruntów. Otrzyma je nie ka­ 
żdy, lecz tylko ten, kto zawczasu poda proś­ 
bę do urzędu powiatowego do spraw wło­ 
ściańskich, zaznaczając, iż posiada ziemi 
zbyt mało. Uwierzyli. Wieść biegła coraz 
dalej, a miłosiernemu „abłakatowi" ręce 
mdlały od pisania podań; za każde brał po 
2 rs. i 60 kop. na marki. Wreszcie sił mu 
zabrakło do pracy bezustannej i zdjęła oba­ 
wa, czy nie zawiele napłynęło do urzędu 
podań pisanych jego ręką. Rozszerzył więc 
kancelaryę, wziąwszy do pomocy żydka 
wiejskiego, Halberstadta, z nieocenionemi 
zaletami, bo umiejącego wybornie zmieniać 
swe pismo. W ciągu miesiąca spółka napi­ 
sała około 120 podań. Sam urząd w Nowo­ 
gródku przeraził się i ograniczył przyjmo­ 
wanie ich. Daremne były wszelkie wyja­ 
śnienia. Interesowani pi- 
zomocą wciskali 
urzędnikom papiery, żądając wysłania ich 
dalej. Musiano pozornie się zgodzić, lecz 
wkrótce odkryto oszustów; głównego are­ 
sztowano, pomocnik zdołał zbiedz. Gdy po­ 
woli ułuda rozpierzchła się, włościanie zno­ 
wu zaczęli oblegać „powiat," 
błagając 
o zwrócenie po 2 rs. 60 kop. Pokrzywdzeni 
zawiodą się jeszcze raz, a przemyślny łotr, 
po odbyciu kary, zapewne w innem miej­ 
scu rozpocznie „interes." 
Szkoda, że prze­ 
miana niektórych komórek prawa nie od­ 
bywa się z taką szybkością, jak w formach 
wad społecznych. Gdybym był prawodaw­ 
cą, ogłosiłbym najwyższą karę za wyzyski­ 
wanie namiętności ludzi łaknących. 
Zastanawiałem się nieraz nad tern, co 
chłop robi z pieniędzmi, gdy ich ma zawie­ 
le. W części odgadnąć można. Kmieć pole­ 
ski, jeśli otrzymał fundusik po przodkach, 
a potom powiększył go własną pracą i szcze­ 
rym postem, ceni tak swą krwawicę, że 
traci nieraz głowę. Nie puści monety na ża­ 
dne przedsiębiorstwo, bo będzie wyobrażał, 
że ją zmarnuje. Najbezpieczniej zamurować 
lub zakopać gdzie w stodole. Papierki zbu­ 
twieją i rozsypią się, metal stanie się nu­ 
mizmatem. Chyba że sprytny kret dwuno­ 
żny podkopie się i puści w obieg nierucho­ 
my kapitał. Czy zapłacze poloszuk? Nie. 
Poskrobio się w głowę i powie: „że ukradł, 
to niech go tam, ale jakim sposobem zna­ 
lazł?" Mniej stoików pośród pijawek ssą­ 
cych krew własnych braci. Starszyna tylko 
część łatwo zdobytej sumy ukrywa, resztę 
obraca na rozszerzenie gospodarstwa. Budu­ 
je dom o kilku izbach z podłogą drewnianą, 
pomnaża ładny inwentarz, trzyma kilku 
parobków, każe się nazywać panem. Ina­ 
czej się urządza kmieć wielkopolski. Jako 
życzliwy sąsiad, pożycza uboższemu pienię­ 
dzy z 15$ z góry. Poczesne świadków ko­ 
sztuje 3 rs. Po upływie roku rewers się od­ 
nawia w ten sam sposób. Albo: zamiast 
gorzałki, bierze się dwie morgi ziemi w za­ 
staw. Cena tam dzierżawna 10 rs. od mor­ 
gi, zatem procent 20, 3 poczesne, podatki 
od zastawionego gruntu około 2 rs., czyli 
razem 25 rs. Zmysł praktyczny przenika 
pod strzechy włościańskie! 
Kaliszanin uskarża się na upadek moral­ 
ności śród tego ludu, zwłaszcza w okoli­ 
cach Stawiszyna. Oj co i dzieciobójstwo — 
rzecz powszednia. Rodzą się tam potwory- 
mściciele. Jeden z nich wyprowadził swemu 
szwagrowi najlepszego konia (w cenie 75 
rs.) i związawszy go, żywcem zakopał 
w głębokim dolo. Kradzieże „nie są uważa­ 
ne za grzech": „Wartoż gadać księdzu o ta­ 
kich bagatelach 
1 
" 
— 
tłomaczą się przed 
swoimi. Co tam robią wpływowi obywatele 
i duchowieństwo? Nie tykajmy tajemnicy. 
Może pod jej osłoną piękne czyny się kieł­ 
kują. Jak urosną — zachwycą nas... 
Odebrałem list z kieleckich stron. Kore­ 
spondent z pomocą moją chce jedną z taje­ 
mnic „ziemiańskich" odsłonić. Na chęciach 
mi nie zbywa, lecz z żalem wyznać muszę, 
że się to nam nie uda. Chyba poprosimy 
świadomych o wyjaśnienie. W r. b . zmarł 
w Kielcach Ludwik Walchnowski, radca 
miejscowej Dyrekcyi szczegółowej Towa­ 
rzystwa kredytowego ziemskiego. Na mocy 
praw obowiązujących (z 1816 r.) nowy rad­ 
ca powinien być wybrany w możliwie naj­ 
krótszym czasie. Dawniej ściśle się trzyma­ 
no tych przepisów, dziś po kilku miesiącach 
jeszcze ani Dyrekcya główna, ani interesu­ 
jąca się publiczność nic nie wiedzą o kan­ 
dydacie na opróżnioną posadę. Według 
miejscowej opinii podobno „prywata w in- 
stytucyi prowadzonej przez obywateli ziem­ 
skich, z wyboru urzędujących, ma pierwszeń­ 
stwo przed dopełnieniem przepisu prawa 
i dobrem ogólnem." Chciałbym się przeko­ 
nać, że to jest fałsz. 
Uznanie należy się strażom ochotniczym 
w miastach prowincyonalnych. Rozwijają 
się one ciągle, o ile stać im na to środków. 
Sprawności swej nieraz już dały dowody. 
Zagrzane przykładem miasta trzeciorzędne, 
starają, się o utworzenie tak niezbędnych in- 
stytucyj. Nie braknie chęci i w Chełmie, 
ale zgadnijcie, co przeszkadza: śmietanka 
nie może się zgodzić z mlekiem i serwatką. 
Niedawno w czasie pożaru dzielni proleta- 
ryusze pracowali do omdlenia, ratując wła­ 
ścicieli miejskich, a zdała napawali się 
wspaniałym widokiem... panicze. Złożyli­ 
ście egzamin, dzielni mieszczanie, ze sto­ 
pnia rozwoju uczuć społecznych. Macie mię­ 
śnie wyrobione pracą. Idźcież dalej. Gdy 
wamsie zdarzy powtórnie walczyć z ogniem, 
zaprzężcie młodzieńców spragnionych wra­ 
żeń do wiader i toporów. Wydelikacone 
cherlaki staną się waszymi pomocnikami, 
a w przyszłości może was będą błogosławić 
za wyleczenie z niemocy. 
Drogomir. 
PRASA ROSYJSKA. 
Petersb Wied. usiłują rozwiązać „kwe- 
styę polską" za pomocą „polityki włościań­ 
skiej" i tak dowodzą, zaznaczając pewieu 
ruch w pierwszej: 
„Nie potrzeba mówić, iż za rzeczywiście wa­ 
żne w tem ożywieniu kwestyi polskiej należy 
uznać tylko to, co przygotowywa rząd ruski 
nie dla jakiejś zgody wymarzonej, lecz wprost 
dla praktycznego pożytku ludności, wśród któ­ 
rej żyje i rozwija się owa kwestya. Ani dla idej 
margrabiego Wielopolskiego, ani dla jakiego - 
bądź wielkiego ruchu nie ma w tej masie ludo­ 
wej żadnego gruntu. Jest to tak oczywistem, że 
temu nie przeczą nawet zakordonowe gazety 
polskie. A właśnie wymienione środki rządowe 
powinny uzupełnić „proces wytrzeźwieni:)." jaki 
od lat z górą 20 przeżywa kraj nadwiślański 
i północno-zachodni. 
Oczywiście nie możemy liczyć ani na szcze­ 
rość księży polskich, ani arystokracyi, ani 
szlachty, lecz również jest jasnem, że wszelkie 
starania tych trzech kategoryj ludności polskiej 
nie mogą zaszczepić wśród włościan nienawiści 
do Rosyi: rok 1863 oraz niedawny bunt mazu­ 
rów w Galicyi austryackiej stanowią szczegól­ 
nie pouczający przykład dla zwolenników idei 
jagielońskiej. I czyż blosya wobec tego nie po­ 
winna zwrócić swej uwagi tam właśnie, gdzie 
w zupełności może znaleźć ufność i oddanie, 
oraz szczere, nieudane poddaństwo. 
Lecz do tego, aby te przyjazne uczucia mogły 
objawiać się otwarcie, bez obawy skrytej zemsty 
ze strony wrogów ruskiej sprawy, wypada, jak 
to jest jasnem dla każdego, postawić ludność 
włościańską w zupełnie nowych warunkach ma- 
teryalnych. Keforma gminna, usuwająca drobną 
szlachtę i oficyalistów bogatych właścicieli ma­ 
jątków od zarządu gminnego, powinna przybyć 
tu ze skuteczną pomocą i usunąć ostatni cień 
rządowej władzy pańskiej. Pozostaje jeszcze zni­ 
weczyć i cień zależności ekonomicznej. Do tego 
celu, jakby się zdawało, powołany został Bank 
włościański i w jego rękach pozostaje teraz za­ 
kończenie naszej polityki włościańskiej w nie- 
umierającej kwestyi rusko-polskiej."
		

/p0011.djvu

			Nowoje Wremia, oburzono na Wil. Wiest­ 
nik. którego nowa redakeya pomieściła swo­ 
je polityczne wyznanie wiary, pisze: 
„Dziwne idee głosi nowa redakeya Wil. 
Wiestnika, szukając gruntu dla pojednania ru­ 
skich z polakami w kraju zachodnim. Powraca 
ona do idei margrabiego Wielopolskiego, idei 
zrzeczenia się gubernij zachodnich ze strony 
polaków, idei, w której brakło szczerości Wie­ 
lopolskiemu, kiedy to proponował i która się 
okaże bezwarunkowo niepraktyczną, o czem 
trudno wątpić, gdyż polacy nie zrzekną się rosz­ 
czeń swoich co do kraju zachodniego. A jednak 
na idei tej Wilenskij Wiestnik buduje plany 
swoje pojednawcze. Nawet wobec teraźniejszego 
położenia narodowości polskiej, zmarłej polity­ 
cznie, mówi Wilenskij Wiestnik; zrzeczenie 
roszczeń co do kraju zachodniego, ogromnie by 
się jej przydało, gdyż niezaprzeczenie stosunki 
nasze z polakami byłyby inne; znaleźliby oni 
w Rosyi mimo to wszystko, co było i co się 
przeżyło, obronę przyjacielską i poparcie na ró­ 
wni z pozostałemi narodowościami słowiańskiemu 
O jakiej znowu obronie narodowości polskiej 
prawi Wil. Wiest.1 O to przedewszystkiem zapy­ 
tać go należy, Alboż narodowość polska gnę­ 
biona jest w Rosyi? A powtóre co znaczą te roz­ 
prawy ze strony organu półurzędowego, że za 
należeniem do nas kraju nadwiślańskiego obsta­ 
wać nie będziemy; że kraj ten będzie nam odję­ 
ty; że trzymamy go jedynie tymczasowo, ocze­ 
kując, kiedy wypadnie płacić nim Austryi albo 
Niemcom?! Od dawna nie czytaliśmy podobnych 
rzeczy w szpaltach organów naszych." 
W odpowiedzi na te uwagi Wil. Wiestnik 
ogłasza z rozporządzenia gen. gubernatora 
następującą dla jego redakcyi za owo roz­ 
prawy naganę: 
„P. Główny Naczelnik Kraju, przeczytawszy 
w n. 213 Wil. Wiest. artykuł, wyrażający cał­ 
kiem bezzasadne osobiste mniemania autora, 
uznał podobne rozprawy za wysoce niewłaściwe 
w tego rodzaju gazecie i całkiem niezgodne 
z istotnym stanem rzeczy; dlatego rozkazał 
ostrzedz, ażeby na przyszłość takie artykuły 
w organie miejscowym nie pojawiały się." 
Rusk. Kurjer mówi o prześladowaniu po­ 
laków w Poznańskiem, dotykając przemiany 
ich uczuć względem Rosyi: 
„Na zapytanie słowianofilów naszych, drogą 
prasy wystosowane do wszystkich słowian Za­ 
chodu w przedmiocie zjednoczenia się pod hege­ 
monią Rosyi, polacy, jako naród niegdyś kiero­ 
wniczy wśród niektórych plemion słowiańskich, 
odpowiedzieli za pośrednictwem gazet poznań­ 
skich, że gotowi będą raczej zlać się w jedną ca­ 
łość z oświeconym krajem Zachodu, np. z niem- 
cami, aniżeli pójść za Rosyą, tą wschodnią ol- 
brzymką. dotąd jeszcze żyjącą tradycyami prze­ 
szłości... Było to poprzednio. Ale teraz, gdy się 
czasy zmieniły i gdy przekładane nad Rosyę 
Niemcy stały się rabusiami średniowiecznymi 
i za przykładem swoich przodków, którzy wytę­ 
piali u siebie wszystko, co nieniemieckie, wygryzły 
z oblicza ziemi wszystko, co polskie w W. Ks. 
Poznańskiem, i z granic swoich w roku zeszłym 
wygnały wszystkich polaków, odebrawszy im 
grunta na rzecz rodowitych niemców, w ten 
sposób rdzenną ludność miejscową w kraju po­ 
zbawiwszy wszelkiej możności dalszego istnie­ 
nia — polacy inaczej przemówili. Uciekli się do 
kompromisu i obecnie ofiarują nam braterstwo 
swoje, powiadając, że wolą być pochłoniętymi 
przez Rosyę, niż przez Niemcy; albowiem w pier­ 
wszej, jako w kraju młodocianym, dopiero za­ 
czynającym żyć kulturalnie, ma się rozumieć, 
więcej jest bodźców do ruchu, niż w Niemczech, 
żywiących się samemi jedynie tradycyami prze­ 
szłości, od których niewiele oczekiwać można... 
Cieszyć się z nieszczęścia, które dotknęło pola­ 
ków w Niemczech, oczywiście nie należy; lecz 
powinniśmy się radować, że się zwrócili na łono 
idei słowiańskiej, co też drogiem być winno dla 
wszystkich, noszących imię słowiańskie... A je­ 
dnak przewrót ten w ruchach polskiego ży­ 
wota zdarzył się ledwie teraz (22 września 
1887 r.), kiedy w Poznaniu władze pruskie 
wydały rozporządzenie, ostatecznie zabraniające 
w szkołach miejscowych mowy polskiej, do- 
— 
527 — 
tychczas jeszcze trzymającej się jako tako i nie- 
skazywanej na zupełne wygnanie, jak to pierwej 
czynili niemcy w stosunku do słowian, których 
różnymi czasy w zeszłych wiekach pochłaniali, 
i jak to ma stać się dzisiaj po urzędowem wzbro­ 
nieniu polakom ojczystej ich mowy... Podobnego 
barbarzyństwa, jak to wiedzą polacy, Rosya ni­ 
gdy na żadnym z dziesiątków narodów swoich, 
mieszkających w różnych częściach państwa, 
nigdy nie praktykowała... Wspierając się na 
tym fakcie, polacy W. Ks. Poznańskiego usil­ 
nie agitują, jak mówią w Wierzbołowie, na 
rzecz otwarcia prywatnych szkół polskich w Pru- 
siech dla kształcenia dzieci swoich w duchu na­ 
rodowym i w miłości stron rodzimych. A jeżeli 
się ten środek nie powiedzie, będą wychowywali 
dzieci w domu lub wysyłali do Rosyi dla kształ­ 
cenia w państwowych zakładach Królestwa Pol­ 
skiego... Fakt takiego gwałtu, dokonanego na 
języku polskim w W. Ks. Poznańskiem, jest 
zapewne godnym bezwzględnie pożałowania, ale 
przysłuży się on prawdopodobnie idei słowiań­ 
skiej, wyżej wypowiedzianej. Ofiary wprawdzie 
nie są pożądane w takich wypadkach dążenia 
idei narodowej, ale cóż począć, kiedy one w po­ 
litycznych dziejach świata są koniecznemi?..." 
KRONIKA BIEŻĄCA. 
Ministeryum oświaty opracowało projekt, dążący 
do jaknajwiększego ograniczenia przywilejów służ­ 
bowych, połączonych z wykształceniem. Obok tego 
projekt zmierza do podniesienia znaczenia rang cy­ 
wilnych. ,, Wykształcenie nie powinno dawać żadnych 
przywilejów służbowych. " Każdy na wstępie służby 
rządowej, bez względu na kwalifikacye naukowe, wi­ 
nien rozpoczynać karyerę na równi z innymi, to jest 
z osobami, które otrzymały niższe lub zupełnie tylko 
nizkie wykształcenie, lecz mającemi prawo do spra­ 
wowania służby rządowej na mocy swego pochodze­ 
nia. Jedynie co do terminu na wysłużenie pierwszej 
rangi, według projektu ministeryum, szlachta z wyż- 
szem uksztalceniem ma pewną prerogatywę. Otrzy­ 
muje ona pierwszą rangę po upływie roku od wstą­ 
pienia do służby i to przy niezbędnym warunku, aby 
już zajmowała urząd etatowy. Klasa ta, bez wyższe­ 
go lub średniego wykształcenia, podług praw do­ 
tychczas obowiązujących, otrzymuje rangę po upły­ 
wie lat dwóch. Osoby pochodzenia nieszlacheckiego, 
którym nie wolno sprawować służby rządowej, zy­ 
skują to ostatnie prawo przez otrzymanie dyplomu 
wyższego zakładu naukowego, lub przez ukończenie 
średnich szkół z odznaczeniem. Na dalsze przecho­ 
dzenie szczebli rangowych już stopień wykształcenia 
żadnego wpływu mieć nie będzie. 
Zakaz. Minister spraw wewnętrznych zabronił 
sprzedaży pojedynczych numerów gazet: Minuta 1 Syn 
Otieczestwa. 
Herbata. Z powodu projektowanego podwyższenia 
cła od herbaty,w petersbursklem towarzystwie prze­ 
mysłu i handlu złożono podanie przez główniejsze 
firmy z prośbą o zaniechanie tego projektu, który, 
według ich zdania, wyjdzie tylko na ogólną szkodę 
konsumentów. 
Uczniowie dwóch pierwszych oddziałów techni­ 
cznych w szkołach kolejowych mają prawo przecho­ 
dzić do wyższej klasy bez egzaminu w razie, jeśli się 
okażą pilnym' . Nie otrzymującym promocyi tylko 
w razach nadzwyczajnych wolno będzie uczęszczać 
do klasy w drugim roku. 
Bankructwo. W Lipsku zbankrutowało Towarzy­ 
stwo dyskontowe. Kapitał zakładowy 9 milionów 
marek, podobno stracony całkowicie. Katastrofę wy­ 
wołała zmowa dwóch dyrektorów, którzy zapomocą 
fikcyjnych kont zręcznie łudzili przez długi czas radę 
nadzorczą i rewidentów. Obaj umknęli. Jeden, Win- 
kelmann, został winien kasie 2 miliony, drugi, Jeru­ 
zalem — 700,000 m. Dotychczas oszustwo pociągnę­ 
ło za sobą upadek w Lipsku dwóch wielkich firm. 
Najbardziej ucierpi Rumunia, gdzie Tow. dyskonto­ 
we prowadziło rozległe operacye. Również pokrzy­ 
wdzona Syberya. 
We Lwowie prof. dr. August Balasits został wy­ 
brany dziekanem w miejsce zmarłego Kasznicy. 
Podatek. W dziennikach ruskich podniesiono myśl 
opodatkowania prawa polowania do wysokości 2o | 
rubli rocznie. Według obliczenia projektodawców, 
przyniosłoby to skarbowi 2 miliony rocznie. 
Na regiilacyę Wieprza przeznaczono 70,000 rs. Do 
robót przy ujściu rzeki przystąpi wkrótce zarząd ko­ 
lei Dąbrowskiej. 
Malarnię na szkle i porcelanie otworzono w War­ 
szawie. Zakład ma na celu wyrugowanie wyrobów 
zagranicznych. 
Mos'<. Wied. donoszą, iż w celu wzmocnienia wpły­ 
wu rządu, jako akcyonaryusza, na zarząd kolei pry­ 
watnych, postanowiono zwiększyć liczbę należących 
do skarbu akcyj dróg żelaznych. 
Kokursy. Echo muzyczne ogłasza konkurs na sztu­ 
kę ludową. Nagroda 3oo rs., przyczem wszelkie pra­ 
wa wobec druku i sceny pozostają przy autorze. 
Termin do nadsyłania l5 maja 1888 r. 
— 
Warszawskie Towarzystwo farmaceutyczne o- 
głosiło konkurs na napisanie dzieła z dziedziny far- 
macyi praktycznej w języku polskim. Objętość do­ 
wolna, nagroda 150 rs. Termin nadsyłania prac 1 li­ 
stopada 1888 r. 
Komitet budowy pomnika dla Jana Królikowskiego 
ogłosił rezultat z koncertu urządzonego w salach Re­ 
dutowych 18 września b. r . Czystego dochodu osią­ 
gnięto rs. 2,133 k- 93. 1 sumy tej wyasygnowano p. 
Bolesławowi Syrewiczowi rs. 1,000 na koszt budowy 
pomnika. Pozostałe rs. 1,133 rs. k . 93 złożono w Ban­ 
ku handlowym warszawskim na rachunek czekowy. 
Szkołę niższą techniczną w Sosnowicach zakłada 
p. Dietel dla dzieci swych robotników. 
Biuro porady prawnej otworzyli w Warszawie 
adwokaci przysięgli: Flamm, Małkowski i Wierz- 
chlejski. 
W departamencie medycznym poruszono sprawę 
powiększenia kwałifikacyj wymaganych od felczerów 
przy zdawaniu egzaminów. Jednocześnie podniesiono 
projekt rozdzielenia czynności felczerskich i fryzyer- 
skich w ten sposób, iż właściciele sklepów fryzyer- 
skich nie mogą zajmować się udzielaniem pomocy 
chorym według przywileju, służącego t. z . izbom fel- 
czerskim. 
Kosulat hiszpański zawiadamia, iż termin do zama­ 
wiania miejsc dla przedmiotów na wystawę powsze­ 
chną w Barcelonie w r. 1888. upływa 15 listopada 
b. r . Interesowani mogą się zgłaszać po objaśnienia 
do konsulatu w Warszawie, ul. Włodzimierska nr. 21 
codziennie do l-ej po południu. 
Nowa kolej: Lwów-Bełzce (Tomaszów) oddano do 
użytku publicznego. Cała linia wynosi 90 kilome­ 
trów. 
W Poznańskiem w Marszewach, Kozieminie i Mal- 
kowach władze zamknęły ludowe biblioteki polskie. 
Wychodźcy. W pierwszych ośmiu miesiącach r. b . 
z W. Ks. Poznańskiego i Prus zachodnich wyemigro - 
wało 7,780 osób, przeważnie polaków. 
PoSener Ztng utrzymuje: pomimo że obszar pol­ 
skich posiadłości włościańskich się zmniejsza, stan 
rzemieślniczy i przemysł polski czynią znaczne postę­ 
py. Szczególnie w miastach powstaje bardzo wiele 
nowych zakładów, prawie zawsze zręcznie prowa­ 
dzonych. W Poznaniu w ostatnich latach polacy na­ 
byli bardzo wiele nieruchomości. Ożywienie stowa­ 
rzyszeń świadczy o zasobach moralnych społeczeń­ 
stwa. W Gnieźnie są dwa polskie towarzystwa rze­ 
mieślnicze, niemieckie zaś nie mogą się tam utrzy­ 
mać. 
Departament telegraficzny ma udzielać nagrody 
osobom donoszącym najbliższej stacyi o uszkodzeniu 
linii lub jej zagrożeniu. Oby się nie znaleźli szkodni- 
cy-donosiciele. 
Wystawa tKacka, oznaczona na grudzień, otwarta 
dopiero będzie 15 stycznia 1888 r. Komitet ma się 
porozumieć z fabrykantami i przemysłowcami w ca­ 
lem państwie, celem zaproszenia ich do udziału 
w wystawie. 
Cło. Projekt podwyższenia cła od bawełny suro­ 
wej, sprowadzanej z zagranicy, powstał wskutek 
prośby fabrykantów rosyjskich. Domagają się oni 
podniesienia opłaty do 1 rs. za pud bawełny przy­ 
wożonej lądem i do 75 kop. od dostarczanej morzem. 
Minister skarbu podanie przyjął przychylnie, zapo­ 
wiadając, że będzie się starał w Radzie państwa- 
ażeby bawełna przywożona drugą lądową, tj. prze­ 
ważnie przez Królestwo Polskie, była oclona o 15 
kop. w złocie wyżej, niż sprowadzana przez Odesę 
i Libawę. 
Kontrola państwowa rozesłała okólnik do wszyst­ 
kich zarządzających izbami obrachunkowemi, poleca­ 
jący rozejrzenie (z rejentalnych sprawozdań)., testa' 
mentów i aktów bezpłatnego przejścia nieruchomo-
		

/p0012.djvu

			528 
ścl i kapitałów od jednych osób do innych w ciągu 
zeszłego półrocza i przedstawienia wiadomości, jaka 
przypadnie stąd suma skarbowi na mocy przepisów 
z d. 27 czerwca 1887 r., oraz ileby skarb otrzymał 
przy ściąganiu opłaty podług skali, która istniała 
przed wydaniem wspomnianych przepisów. 
Bibliografia. St. Godlewski: Zbiór praw, obowiązu­ 
jących w guberniach Królestwa Polskiego, tom I, 
1886, str. 5o5. po polsku i rosyjsku. 
— 
J. Unger: Kalendarz ilustrowany na r. 1888, stale 
wychodzący od lat 43. 
— 
H. Sienkiewicz: Pan Wołodyjowski, tom I, str. 
280, nakł. Słowa. 
— 
Dziel Heinego w krytycznej edycyi pod kierun­ 
kiem G. Karpelesa i nakładem Grote'a wyszedł 
w Berlinie tom VI. 
— 
Revue des deux Mondes drukuje powiastkę. 
Yaga, napisaną przez Małgorzatę Poradowską. 
— 
Nakładem nowej berlińskiej firmy wydawniczej 
B. Dominika, wyszedł w ksiąźkowem wydaniu prze­ 
kład niemiecki Pana Graby Orzeszkowej (3 tomy), 
oraz dwutomowy romans popularnej w Niemczech 
Natalii v. Eschstruth, p. t . Polnisch Blut.. 
Zmarli. Gustaw Kirchhoff, właściwy twórca ana­ 
lizy spektralnej, która tak dzielnie posłużyła do ba­ 
dania chemicznego składu ciał niebieskich. 
ODPOWIEDZI REDAKCYI. 
Bezimiennym w M. Prosimy o adres imienny, gdyż 
odpowiedzi na tern miejscu dać nie możemy, a ta, 
którą dawniej posłaliśmy, widocznie Panów nie zna­ 
lazła. 
P. Wl Brz, Jest to stara i dotąd nieuleczalna sła­ 
bość naszych pism informacyjnych. I nam niera' zda­ 
rzyło się przybyć na dworzec kolejowy i usłyszeć, 
że jakiś pociąg wykazywany w rozkładzie jazdy Ku- 
ryerów albo wcale nie chodzi, albo o innej godzinie. 
Z. Zrobimy to, co Pani zrobić była powinna: na­ 
piszemy do Szwajcaryi. 
Uwaga. Redakcya rękopisów nie odsyła i tylko za­ 
strzeżone do zwrotu zachowuje. 
OFIA.K,Y. 
Do uznania redakcyi dla biednych N. N . rs. 100. 
gameagmu ma—MŁmuim^M 
Ogłoszenia. 
Ka Wystawę Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych 
przybyły obrazy: St. Masłowskiego — W kniei. St 
Heymana — Portret. Zyg. Andrychewicza—Podpa 
trzona. F . Cichockiego — Głowa kobiety. Kowal 
W. Gersona—Ś -ty Wojciech. F . Brzozowskiego—Po 
ranek w puszczy. Wl. Małeckiego—Z pod Krakowa 
Z. Jasińskiego — Głowa mężczyzny. R . Kochanów, 
skiego—Krajobraz. 
M. Sztencel—Portret. Wl . Szy 
manowskiego—Prządka. W . Wołczasklego—Owoce 
Wł. Podkowińskiego— Na polowanie. M . Zaremb 
skiego—Niewdzięczny instrument. M . Dulębianki— 
Głowa górala. W . Pelczarskiego —Popiersie kobie­ 
ty. A . Gierymskiego — Piaskarze. J . Eismonda — 
Bartek zwycięzca. Artylerya. F . Wastkowskiego — 
Las. B. Łaszczyńskiego—W pracowni. Elly William- 
son—Nydia. A . Grassa-Madonna. J.Kossaka—Wa­ 
chlarz, Sceny z Potopu Sienkiewicza. A . Badow­ 
skiego—Portret. P . Szyndlera—Niewolnica. Po bu­ 
rzy. C . Jankowskiego—Memento. M.Kotarbińskie­ 
go—Wiosna. M . Gażycz—Portret. L . Biedrońskie- 
go—Ś-ty Łukasz. K . Pillatego — Portret. Rzeźby: 
J. Kryńskiego—popiersia w bronzie królów Zygmun­ 
ta III i Zygmunta Augusta. J . Woydygi — Gerwazy 
1 Protazy. 
Komitet Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych 
W Królestwie PolSkiem podaje do wiadomości, iż 
w poczet Członków Rzeczywistych Towarzystwa 
przyjęci zostali: ks. Fr. Jiissner, ks. Ant. Peterkie- 
wicz, ks. Frań. Bisławski, ks. Mik. Kozłowski, książę 
Józef Dowmónt-Siesicki, Ad. Rzętkowski, Alb. Zbi­ 
kowski, Fr. Scholtz, Ed. Feinstein, Ant. Boenisch, 
Jul. Zabokrzecki, Ant. Trzęsowski, Wik. Szrajber, 
Luc. 
Krzymuski, Alexy Sedman, Henryk Barylski, 
Jul. Stejnert, Jan Serkowcki, H. Biertumpfel, E. Ges- 
sner, Józef Lej, Jul. Luxemburg, Henr. Rundo, Ad. 
Olszewicz, Wal. -Rob. Krzymuski, Kaź. Obrębowicz, 
Kaź. Matecki. AUĘ. Ryb, Al. Wiśniakowski, Henr. 
Greulich, Leon Dzierzkowski, Fr. -Aleks. Hoffmann, 
St. Broniewski, Maks. Silberberg, Win. Kruziński, 
Fel. Suski. Obowiązki Członka Korespondenta To­ 
warzystwa przyjąć raczył ks.Fr. Rochmiński w Kar­ 
niewie. 
U mi11 
na przystępnych warunkach udzielać pra­ 
gnie osoba w tym kierunku ukształcona. 
Żądania nadsyłać można do Administra- 
cyi Prawdy. 
NAJLEPSZA METODA 
do nauczenia się języka niemieckiego w 3 
miesiącach bez nauczyciela przez Plt. Reuss- 
nera. Cena kursu niższego kop. 60 (pocztą 
kop. 70), kursu wyższego rs. 2 (pocztą rs. 2 
kop. 20). 
Nabywcy ©bydwóch kursów razem mogą korzy­ 
stać z Niespodzianki, gdyż w niektórych egzem­ 
plarzach znajdują się kupony, dające prawo do 
otrzymania różnych dzieł cennych, jako podarki 
bezpłatne. 
Metoda języka angielskiego kosztuje k. 75 
(pocztą k. 85). 
Skład główny w księgarni Gebethnera i Wolffa 
w Warszawie. 
Spółka Nakładowa 
poleca następujące wydawnictwa swoje: 
Brandes Jerzy: Główne prądy literatury euro­ 
pejskiej XIX w. Tom V. Szkoła romantyczna 
we Francyi, z portretem autora, str. 402 
rs. 2. 
Chmielowski Piotr dr: Autorki Polskie wie­ 
ku XIX, studyum literacko-obyczajowe, ozdo­ 
bione sześcioma portretami, str. 541 rs. 2 
kop. 50 . 
Kramsztyk Stanisław: O postaci i ciężarze 
ziemi, str. 93, kop. 60. 
Prus Bolesław (Aleksander Głowacki): Szkice 
i Obrazki, tomów cztery z portretem autora. 
Cena rs. 5 . W ozdobnej oprawie rs. 6 kop. 20. 
Smoleński Władysław: Drobna Szlachta w Kró­ 
lestwie Polakiem, studyum etnograficzno-spo- 
łeczne, str. 66, kop. 60. 
Spencer Herbert: Zasady etyki, z 3-go wyda- 
dania oryginału angielskiego przełożył Jan 
Karłowicz, str. 310, rs. 2. 
Światełko, książka dla dzieci, napisana zbio­ 
rowo przez grono autorów polskich. Naj­ 
lepsza w tym rodzaju w literaturze polskiej. 
W ozdobnej oprawie, z drzeworytami w tek­ 
ście, str. 274. Cena rs. 1 kop. 80. 
Biuro i ekspedycya Spółki Nakładowej: War­ 
szawa, Złota 23. 
„Prawdy." 
1) Pypin: Kwestya polska . . . . rs. 1 
2) J. Brandes: Główne prądy literatury XIX w. 
Tom I. Literatura emigrantów. Szko­ 
ła romantyczna w Niemczech rs. 1 k. 5o 
„ 
II. Literatura niemiecka — ciąg 
dalszy 
l „5o 
„ III. Rewolucya. Zasada powagi, 
Restauracya 
„l„5o 
„ IV. Naturalizm w Anglii. Words- 
worth, Coleridge, Walter- 
Scott, Keats, Moore, Shelley, 
Byron 
„2„ — 
3) Ekonomia polityczna według najzna­ 
komitszych badaczów niemieckich uło­ 
żona 
rs. 3 
4) L. Liard: Logika 
„1 
5 )A.Espinas: Społeczeństwa zwierzęce, wraz 
z dodatkiem ogólnych dziejów socyologii. 
Autor przedstawia ustroje życia zbiorowego 
śród zwierząt, dostarczając niezmiernie cieka­ 
wych objaśnień stosunków ludzkich. 
Cena 
rs. 3 
UWAGA. Wszystkie powyższe dzieła abo­ 
nenci Prawdy nabywać mogą Za połowę 
Ceny. Na koszta przesyłki pocztowej dołą­ 
czyć należy kop. 15 do każdego rubla. 
6) E. Taylor: Zmyślność i moralność roślin 
Treść: Przebiegłość kwiatów. 
— Ich dyploma- 
cya. — Gra w chowanego. — Obrona nie zaczep­ 
ka. — Współdzialalność. — Społeczne i państwo­ 
we gospodarstwo roślin. — Ubóstwo i bankruc­ 
two. — 
Rabunek i morderstwo. 
— 
Odwrotna 
strona medalu. 
— Geograficzne rozpowszechnie­ 
nie roślin. 
Cena (w oprawie) 
. 
. 
. 
. 
rs.2k. — 
„ 
dla abonentów Prawdy . 
„1„50 
7) L. H . Morgan: Społeczeństwo pierwotne: 
czyli badanie kolei ludzkiego postępu od dzi­ 
kości przez barbarzyństwo do cywilizacyi, 
przekład A. B . 
Rozwój inteligencyi. — Rozwój idei rządu. — 
Rozwój idei rodziny. — Rozwój idei własności. 
Cena 
rs.4k. 
— 
„ 
dla abonentów Prawdy 
, 
3„ 
— 
z przesyłką pocztową 
„3„50 
Egzemplarze oprawne dzieła Morgana Społeczeń­ 
stwo pierwotne nabywać można za dopłatą kop. 40. 
8) J. Barni i A. Krzyżanowski: Mę­ 
czennicy myśli (w oprawie) . „ 1 „ — 
9) A. Świętochowski: 0 powstawa­ 
niuprawmoralnych . . .» 1„50 
10) W. Okoński: Dramaty (Antea, 
Na targu, Helvia, Poddan- 
ka, Błazen,Zamaską). „ 1 „ — 
11) — 0 Życie, powiastki: Cha- 
wa Rubin, Karl Krug, Da­ 
mian Capenko . . 
. 
„—„50 
12) — Klemens Boruta, powieść „ — „ 40 
UWAGA. Abonenci, którzy prenumerowali 
Prawdę przez cały rok 1887, otrzymają w gru­ 
dniu, oprócz zwykłego dodatku kwartalnego, do­ 
datek nadzwyczajny, pierwszą część (25 arku­ 
szy druku) dzieła Historya wieku XIX; ci zaś, 
którzy będą prenumeratorami przez półrocze 
pierwsze roku następnego, otrzymają w czerwcu 
resztę tegoż dzieła (ark. 15). 
— 
Student uniwersytetu poszukuje kore- 
petycyj. Szczygła nr. 5 . m . 5 . 
Szan. abonentów w Warszawie i na prowin- 
cyi upraszamy o natychmiastowe doniesienie 
nam o każdem opóźnieniu lub nieodbiorze PRA­ 
WDY. Pismo nasze wysyłane jest w Warszawie 
w sobotę i niedzielę każdego tygodnia, na pocztę 
zaś — w sobotę. 
Prenumeratorzy „PRAWDY" otrzymują przy 
końcu każdego kwartału dodatek bezpłatny, 
składający się z sześciu arkuszy druku. 
Druk K. Kowalewskiego, uliea Królewska Nr. 29. flosBoaeHO D[eH8ypojo. 
Bapmasa, 16 OKMÓPH 1887 r. 
Redaktor i Wydawca, dr. fil. A . Świętochowski.