/001.djvu

			.' , 


CZASOPISMO ILLUSTROW ANB TYGODNIOWB , 


PośwmCONE 
. 


LITERATURZE, NAUCE I SZTUCE. 


l
r 
\Jwagi: .... 


Napis: wc 
-- 


.............. 


........... 


............. 


TOM XIX. 
Od Nru 470-496. 


'( 


:> 


W Alł.3ZAW B.. 


"WŁASNOŚĆ. NAKŁAD I UH.UK S. LEWENTALA. 


- 
1874.
		

/002.djvu

			..... 


W Drukarni S. LEWENTALA, 
ulica Widok, Nr. 1566a. 


-- 


... 


.lI;o31łOJIeHO :U:OH3YPOIO. 


BapmaBa, 17 (29) AeKaUpJI 1874 r. 



 


5
lt'V 


'-- 


. 


81bl. UAM 
K
		

/003.djvu

			SPIS RZECZY 


za,vartycll 


w 


tomie 


XI XyłU 


Kłosów, 


od dnia I-go I
ipca do dnia 3I-go <
rudnia 187.:t r. 


Zyciorysy. Kronika P.a
"'owa. 
ienie o Karolu Szajnosze. Kartka z mego Kronika naukowa, przez T. Skomorowskiego, str. 
niętnika, przez Władysł'awa Zawadzkiego, 303, 306, 327. 
.7,21,43,56. L . t t Pik 
ki Stefan, przez Z. GIogera, str, 86. I era ura o s a. 
narszałek, str. 94. . T'" / Fragment z dziejów naszej powieści. Przez J. T. Ho- 
Franciszek. przez Stamsł'awa Krzemmskle- diego, str. 3, 21. 
, str. 126, 14u, 155. . ( O wydawnictwie dzieł' Kazimierza Brodzińskiego, od 
wski Antoni, przez Wł'adysława Zawadzkle- J. L. Kraszewskiego, str. 
52. 
, str. 163. 
kób Asmussen Worsaae prezes honorowy 
ngresu Archeologicznego w Stockholmie, 
'. 187. 
Piotr, przez Zygmunta Glogera, str. 23I. 
Konstanty, Eugeniusz, str. 243. 
przez Stanisława Krzemińskiego, str. 285, 
)2. 
.ki Maksymilian, przez A. Lessera, str. 290. 
iiczowa \Viktoryna z Szymanowskich, przez 
S. Jasińskiego, str. 315. 
ki Antoni. W spom:łienie pośmiertne, przez 

Iagię z Swiętorzeckith Stefanowiczową, str. 
i4. 


Powieśei. 
y. Obrazy z przeszł'ośti, przez J. I. Kra- 
ewskiego. str. 2, 17, 33, 50, {j6, 82, 97 
L4, li9, 146, 161, 178. 
iona, przez K Marlitta. (W dodatku do Kło- 
iw), str. J, 5,9,13,17, H, 25, 29, 33, 37, 
L, 45, 49. 
i jego epoh. Powieść hi!:ł;oryczna Maksy- 
iliana Ringa. Przełożył z nr>mieckiego Józef 
racki. (W dudatb.u do Klosóv), str. 1, 5, 9, 
3, 17, 21, 25, 29, 33, 37,41,1;,5,49,53. 
.a Serca, szkic przez Jana ZacJaryasiewicza, 
;r. 273, 289, 305, 321, 338, 3>3, 370, 386, 
02,417. 


Obrazki z iycia. 
i z życia Amerykańskiego , 
Wiśniowskiego. 
anie nowych miast, str. 194. 
anie nowej kolei, str. 210. 
ch sosnowye:h, str. 225. 
vwojna, Etr. 241. 
-al, str. 2;58. 
. szarańczy, str. 294. 
pioniera, str. 312, 329. 
jne "ybryki, str. 346, 362. 
3sisipi, str. 377. 


prze
 Sygurda 


Dzieje współczesne. 
f tegoczesne, przez J. T. Hodiego, str. 183, 
:07, :211, 227, 381, 390. 
Nauki przyrodzone. 
ątku jPstestw, pr
ez Emila BJancharda. Zmien- 
lOŚĆ gatunków l "alka o byt, str. 219, 243, 
O, 355, 394. 
FilozofiCi. 
.łość, Przyszłość i Teraźniejszość. Aforyzm 
filozoficzny, przez H. Struve, str. 414,419. 
Sztuki Pitkne. 
słów o Kaulbachu z okazyi jego pracowni, str. 
232. 


Archeologia. 
.cia A. H. Kirkora, w Kwaczale w 1873 roku. 
Skreślił Berlicz Sas., str. 110, 120. 
'cie kODgresu Archeologicznego w Stockholmie, 
str. 187. 


Listy z obcego świata. 
20 Sierpnia 1874 r_, str. 153. 
14 Września 1874, str. 205. 
28 Września 1874 r., str. 254. 
2 Listopada 1874 r., str. 323. 
W Listopadzie, str. 344.. 
Literatura Zagraniczna. 
Prelekcye Max-:Mlillera. Filozofia języka według 
Darwina, str. 13, 46,60,78,92,107,115. 
Obowiązek i prawda, przez Samuela Smilesa, prze- 
łOLył Ed. L., str. 156, 170, 182. 
Spokojność duszy i umysłu, przez S. Smilesa, str. 
202, 223, 231. 
Sposób obejścia się i sztuka, przez. S. Smilesa, str. 
272,297,316_ 
Książki, przez Samuela Smilesa. ?'59, 374, 392. 
Niewiasty Goethego, przez F. II. L., str. 398. 


Urywki hygieDiczne i lekarskie. 
Przez Prof. Dr. Łuczkiewicza. 
O kąpielach rzecznych, str. 77, 86. 
Woda, str. 3!)!}, 407. 


Podróże. 
Nad Bajkałem. Ustęp z obrazów z podróży: "Za 
Bajkałem i na Amurze", przez. D. J. Stachieje- 
wa. Przeł'ożył' Gustaw Czernicki, str. 10, 19, 
35, 53, 70, 1::13. 
Wycieczka ku Jasnej-Górze Normandzki
j, przez J. 
T. Hodipgo, str. 24, 39, 64, 67,103, 126, 1:31. 
Podróż powrotna z wyprawy północlll\j hr. Wilczka 
w r. 1872, str. 118, 134, 159, 167. 
cz.ecznia i Czeczeńcy, przez Adama m'adysm, str. 
188, 199. 
Wyprawa do bieguna pół'nocnego, 1872-1874 r., 
str. 246, 259. 
Z dziennika podróży. Żyzdra, str. 406, 423. 


Poezye. 
Anioł stróż (z Lamartina), przez Kazimirę Janikow- 
ską, str. 83. 
Szczęście, przez Hanka, str. 13I. 
Na ostre. Gawęda staro-szlachecka, przez Stanisława 
Grudzińskiego, str. 166. 

ar-dziewica. Powieść tatarska, przez 'l'omasza Oli- 
zarowskiego, str. 179. 

 górach, przez Wiktora Gomulickiego, str. 195. 
Wktora lhgo. Legenda wieków. mędni rycerze. 
Ewiradn-ls. Przekład Apolla Nałęcz Korze- 
niowskiego, <;tr. 222, 242, 258, 279, 29I. 
Bała:nutka, przez At..l)ę M., str. 306. 
Zapollniane kwitty, przez Stanishtwa GrudzińskiE'- 
go, str. 323. 
Legen'la o Ewie, S;r. 354. 
Ojcze nasz, przez T1masza Olizarowskiego, str. 394. 
Zwiastowanie, legeDia T. Olizarowskiego, str. 401. 
Wigilia sieroty, wier,z Ant. Pileckiego, str. 403. 
Kwestye'1ież,ce spółeczne. 
Krótka wiadomość o pierwszych osadach rolnych 
i ich założyciela(l. Skreślił A. 1\Ioldenhawer, 
str. 158, 172. 


Wspomnienia z przeszłości. Opisy miejscowości. 
Bóżnica w Wysokiem-Mazowieckiem, przez Zygmun- 
ta Glogera, str. 23. 
Klasztor Kartuzów w Rzymie, str. 26. 
Bitwa Hunnów z Rzymianami, str. 3I. 
Kościół' katolicki w Orenburgu, str. 45. 
Sł'onim, str. 45. 
Młyn pod Irkuckiem na Syberyi, str. 51. 
Automedon, str. 58. . 
Pożar Siedlec, str. 62. 
Willanów, str. 75. 
Nowy most na Smotryczu w Kamieńcu Podolskim, 
przez A. Pł'uga, str. 90. 
Letni dworzec w Choroszczy, przez Z. Glogera, str. 
99. 
Przy kramach w 
ukiennicach, str. 119. 
Wały Hetmańskie we Lwowie. str. 15I. 
Zabawa w chacie góralskiej, str. 156. 
Jarmark W' Łęcznej, str. 172. 
Przed cyrkiem w 
ewilli, str. 18:3. 
Otwarcie kongresu arcLeologicznego w 
tockholmi(' 
str. 187. 
Dom Jana Matejki w Krakowie, str. 218. . 
Poświęcenie drzwi w Katedrze finieźnieńskiej, str. 
25I. 
Brzegi W:isły, str. 259. 
Bóżnica Zydowska w Brodach, str. 265. 
Skarbiec na Jasnej Górze w Częstochowie, str. 268 
359. 
Budowa drugiego stał'ego mostu pod Warsza\\
_ str. 
298. 
Miasto powiatowe Koł'o nad Wartą w Gubernii Ka- 
liskiej, przez H. Struvego, str. 3 LO. 
Baca z pod Babiej góry. str. 332. 
Brzegi Dunajca, str. 332. 
Powrót z pod Wiednia wozów prowianto\\'ych przez 
Karpaty, sb'. 343. 
Straż ogniowa w Kielcach, str. 344. 
Tuman, str. 358. 
Porzecze, przez Adama Pługa, str. 376. 
Zamek w ltlontresor, str. 387. 
Stauczyk spisujący lekarzy, str. 410. 
Wjazd Wallensteina do Eger, str. 410. 
Gdańsk, str. 416. 
Bielany pod Krakowem, str. 425. 


Przegląd Teatralny. 
Stary mąż, komedya w 4 aktach Józefa Korzeniow- 
skiego. Xieszczęśliwi, komedya z memieckie- 
go; przez S. K., str. 6 L. 
Ojczulek, komedya w 1-ym akcie oryginalnie napisa- 
na, przez J('wfa Blizińskiego: przez S. K., str. 
109. 
Tricoche i cacolet, krotocln\ila. Homar komedya 
w 1-ym akcie z francuzki ego; przez S. K., str. 
150. 
Sganarelle, komedya. Moliera w 1-ym akcie; przez S. 
K, str. 190. 
Świętoszek .Mol i era. W przekł'adzie KI. Podwysoc- 
kiego. On nie zazdrosny, komedya w 1-ym 
akcie, z niemieckiego; przez S. K., str. 252. 
Sfinks. Dramat w 4-ch aktach, z francuzki ego O. 
Feuilleta; przpz H. Struwgo, str. 281. 
Miłe złego początki, komedya w l-.ym akcie hr. 
Wład. Koziebrodzkiego. FlecIsta, komedya 
w 1-ym akcie E. Augiem, przełożona wierszem 
przez Wacł'awa SzymanowsI..iego; przez H. 
Struvego, str. 348. 
Z postępem, komedya w 5 aktach wierszem, Kazi- 
mierza Zalewskiego; przez H. Struvego, str. 364. 
Nieobecny. Obrazek dramatyczny w 1-ym akcie 
Eugeniusza Manuela, przpł'ożony wierszem przez 
Sewerynę Duchińską; przez H. Struvego, str. 
395.
		

/004.djvu

			Przeglą;d Muzyczny. 
Przez Władysł
wa Wiślickiego. 
Str. 58, 137, 211, 249, 295, 332, 348,387, 426. 
Rolnictwo i Przemysł. 
Wystawa rolnicza i przemysłowa w Toruniu, str. 10. 
Wystawa rolnicza w Warszawie, str. 195, 218, 236, 
250, 2E;5. 
Przeglądy literaekie. 
Jan Lam. Głowy do pozłoty. Powieść osnuta na tle 
stosunków galicyjskich. w trzech tomach; przez 
Edwarda Lubowskiego, str. 12, 30, 42. 
Na pochyłości. Powieść w 2-ch tomach. Edwarda 
Lubowskiego, 1874 r.; przez J. K. Kotarbińskie- 
go, str. 59, 72. 
Najnowsze dramata polskie. Józef z Mazowsza.. Gero 
Margraf. Tragedya z czasów pogaństwa Sło- 
wian, w 5 aktach wierszem napisana; przez H. 
Struvego. str. 87. 
J. KościpIski. Władysław Biały, książę Gniewkowski, 
tł-agedya w 5 aktach, z prologiem. Poznań, 
187l1: r.; !Jrzez H. Struvego, str. 147. 
:I!'ryderyk Wielki, Droysena, jako symptom nowocze- 
sn
j historyografii niemieckiej, przez K. J., 
str. 25o, 318, 335, 350, 361. 
Listy J. I. Kraszewskiego. 
Za Miesiąc Czerwiec, 1874 r., str. lŁl. 
Lipiec, str. 75. 
Sierpień, str. 135. 
Wrzesień, str. 203. 
Październik, str. 282. 
Listopad, str. 342. 
Grudzień. str. 371- 
Listy z wycieczki do Szwecyi, str. 138, 187, 198, 
230, 25I. 
Studya literackie. 
Urywki historyozoficzne, przezJ. 'r. Hodi, str. 265, !84. 
Pokłosie. 
Stronnice: 26, 74, 109, 142, 175, 201,238, 268, 
300, 333, 363, 398, 427. 
Wiadomości bieżące z pola literatury, nauki i sztuki. 
Str.: 15, 48, 64, 79, 95, 128, 144, 176, 191,208, 
223, 240, 271, 319, 351, 368, 384, 416, 428. 
Korespondencye Czasopisma Kłosy. 
Z Krakowa, d. 21 Czerwca 1874 r., str. 6. 
22 Sierpnia 187lŁ r., str. 152. 
31 Sierpnia 1874 r., str. 186. 
- bez daty, str. 247. 
- w Listopadzie 1874 r., str. 339. 
Z Wiednia d. 30 Czerwca 1874 r., str. 27. 
- 17 Sierpnia 1874 r., str. 139. 
17 Września 1874 r., str. 214. 
_ w Październiku 1874 r., str. 333. 
Z Poznania d. 1 Lipca 187lŁ r., str. 38. 
1 Sierpnia 1874 r., str. 106. 
_ l Września 1874 r., str. 163. 
1 Października 1874 r., str. 263. 
w Listopadzie 1874 r., str. 340. 
Kronika Lwowska, przez Wł'adysława Zawadzkiego, 
str. 93, 102, 266, 286. 
Z Krynicy d. 10 Sierpnia 1874: r., str. 123. 
Z Franzensbadu w 1874 r., str. 215,234. 
Z Rzymu 17 Października 1874 r., str. 274. 
- 23 Listopada 1874 r., str. 365. 
Z Minnesoty 2lŁ Września 1874 r., str. 299. 
Z Springfield, przez Sygurda Wiśniowskiego, str. 302. 
Rozmaitości. 
Co z wami będzie? str. 12. 
Pastuszki, str. 12. 
Natręty, str. 26. 
Pociecha Matuni, str. lŁ3. 
Kozacy Zaporożscy u przewozu, str. 45. 
Dwie siostry, str. 45. 
Nie ma Jaśku mam},.str. 51. 
Zwózka siana, str. 75. 
Gęsiarka, str. 75. 
Przy żniwie, str. 99. 
Hic muli er, str. 99. 
Na wakacyacb, str. 119. 
Bez pana, str. 119. 
Przyszły wirtuoz, str. 131. . 
Wycieczka zamiejska, str. 132. 
Napój miłosny, str. 132. 
Połów ryb, str. 152. 


Pogorzelcy, str. 171. 
Pieszczoszka, str. 172. 
Uczony, str. 183. 
Ostatnia sosna i ostatni gajowy, str. 203. 
Na stare lata, str. 219. 
Wiosna, str. 266. 
Niewczesna ciekawość, str. 279. 
Ordynans, str. 302. 
Czwórka ukraińska, str. 315. 
Pożar we wsi, str. 316. 
Gagatek rodziny, str. 316. 
Spisanie testamentu, str. 333. 
Stary żebrak, sb'. 3lŁ3. 
Przed wójtem, str. M3. 
Tuman, str. 358. 
Kramarz wiejski, str. 359. 
Nieprzyjemny przypadek, str. 377. 
Sprawa w urzędzie leśnym, str. 377. 
Po lekcyi, str. 377. 
Szczęśliwy połów, str. 392. 
Polowanie na jelenia, str. 3f16. 
Łowienie ryb pod lodem, str. 425. 
Dziewczynka zbierająca poziomki, str. lŁ26. 
Droga do spowiedzi, str. lŁ26. 
Przeglą;d Politytzny. 
Stronnice : 15, 32, 47, 63, 80, 95, 112, 123, 143, 
154, 17lŁ, 192, 206, 220, 230, 255, 269, 288, 
299, 320, 336, 3Ml, 367, 380, 397, Ul. 
Od Redaktyi. 
Stronnice: 16. 66. 80, 112,192,288, 320,336, 384, 
400, 416, 428. Do Redakcyi, str. 426. 
. Ryciny. 
Abramowicz. Napój rnił'osny, str. 132. 
Andriolii Michał. Co z wami będzie ? str. lI:. 
Nie ma Jaśku mamy, str. 49. 
Hic mulier, str. 10l. 
Na wakacyach, str. 113. 
Pieszczoszka, str. 165. 
Uczony, str. 177. 
Otwarcie wystawy rolniczej w Warszawie, 
str. 193. 
Przy mł'ockarni jednokonnej, str. 209. 
Przy ulach, str. 216. 
Przy mł'ynku, str. 232. 
Pożegnanie gości wiejskich, str. 245. 
Duszyczki miłosierne opatrzcie biednego kale- 
kę! str. 337. 
Kramarz wiejski, str. 357. 
Po lekcyi, str. 373. 
łJowienie ryb pod lodem, str. 420. 
Bakałowicz W. Niewczesna ciekawość, str. 280. 
Bouguereau. Dwie siostry, str. 37. 
Brandt Józef. Kozacy zaporożscy u przewozu, str. 36. 
- Powrót z wyprawy wiedeńskiej, str. 341. 
Brodowski Józef. Zwózka siana, str. 65. 
Brozik Wacł'aw. Święta Irya, str. 325. 
cheł'moilski Józef. Czwórka Ukraińska, str. 308; 309. 
- Przed Wójtem, str. 341. 
coninck. Dziewczynka zbierająca poziomki, str. 421. 
cot A. Wiosna, str. 26I. 
Defregger. Uczta w chacie góralskiej: str. a9. 
Dmochowski W. Słonim, str. lŁO. 
Dymitrowicz. Starożytna Bóżnica w Wysokiem łtiazo- 
wieckiem, str. 24. 
- Dworzec w Choroszczy, str. 100. 
Eliasz Walery. Stańczyk spisujący lekarzy, str. 401. 
Gł'
bocki Adryan. Skarbiec Częstochowski. Sajdaki, 
Ryngraf, str. 264. 
- Laska, Czekan, Buńczuk, str. 360. 
Gryglewski Aleksander. Pałac w Willanowie pJ stro. 
ny ogrodu, str. 68, 69. 
Kamiński B. Na jarmark do Łęcznej, f'
r. 168. 
_ Jarmark w Łęcznej, str. 168. 
- Pożar we wsi, str. 313. 
Kaulbach Wilhelm. Bitwa Hunnów, str. 20, 21. 
Spotkanie lIIałgorz,aty z Fausten:ł' str. 389. . 
Kostrzewski Franciszek. 
enne ma:zema Pana W OJ- 
ciecha o drodze N adwiśhńskiej, str. 28, 29. 
Letnie mieszkani!\., str. 88 
Delikatne nerwy, str. 136 
Ostatnia sosna i ostatni 
ajowy, str. 200. 
Zabłoccy na mydle pf wystawie rolniczej, 
str. 237. 
Spisanie testamentu, s,t. 328. 
Nieobecny i Nieobecn, Przegląd Teatralny, 
str. 409. 
Kotsis A. Pogorzelcy, str. 1,4. 


- 


Kotsis A. Baca z pod Babiej góry, str. 32l. 
Kowalski Adolf. Natręty , str. 17. 
Kozakiewicz A. Na 'Stare lata, str. 212, 213. 
Kurella L, Wycieczka zamiejska, str. 133. 
Leopolski W. Wn
trze bóżnicy w Brodach, str. 260. 
Lesser A. Poświęcenie drzwi Gnieźnieńskich, str. 24lŁ. 
Meissonier. Ordynans, str. 292. 
Młodnicki K. Wały hetmańskie we Lwowie, str. 145. 
Piątkowski Henryk. Droga do wsi, str. 136. 
Szczęśliwy połów, str. 392. 
Picard Leon. Przyszły wirtuoz, str. 129. 
Pillati Ksawery. Wystawa rolnicza w Toruniu, str. l. 
Wystawa rolnicza w Wan;zawie,str.196,197. 
Bydło na wystawie rolniczej, str. 22l. 
Konie, str. 233. 
Inwentarz, str. 248. 
Wystawa rolnicza w Warszawie, str. 276,277. 
Posiedzenie straży ogniowej w Kielcach, 
str. MlŁ. 
Wigilia sieroty, str. lŁ08. 
Pilot Y K. Wjazd Wallensteina do Eger, str. 4:04, lŁ05. 
Piotrowski Antoni. Sprawa w urzędzie leśnym, 
str. 376. 
Regnault. Automedon, str. 53. 
Ruśkiewicz. Polowanie na jelenia, str. 388. 
Rybkowski Tadeusz. Odkrycia archeologiczne w Kwa- 
czale, str. 10lŁ. 
- Plan miejscowości w Kwaczale, str. 105. 
Odkrycia archeologiczne w Kwaczale, str. 
124, 125. 
Streitt Franciszek. Pociecha matuni, str. 33. 
- Gagatek rodziny, 317. 
S... 1Ib.rya. Zwaliska zamłu pod Kołem, str. 312. 
. Widok miasta Koła, str. 312. 
Swieszewski A. BrzegiDknajca w Pieninach, str. 324. 
Sypniewski F. Zdobyci, zamku Szczecina, str. 293. 
Szermentowski Józef. lastuszki, str. 8. 
- Brzegi Wisły, 
r. 257. 
- Nieprzyjemny ,?rzypadek, str. 372. 
- Zamek w Mon,resor, str. 385. 
Szerner W. Gęsiarka, str. 72. 
- Przy kramacł w Sukiennicach, str. 12l. 
Pracownia Kaulbacha, str. 229. 
- Bielany pod Krakowem, str. 417. 
Thomas G. H. Be7pana, str. 116, 117. 
Ulffers. Droga dospowiedzi, str. 424. 
Wastkowski F. Itzy żniwie, str. 97. 
- Połów nb, str. 148. 
_ Porzecz; na Podolu. str. 369. 
Williams Hay\,es. Przed cyrkiem w Sewilli, str. 180, 
181.. 
Witkiewicz S,anisł'aw. Tuman, str. 356. 
Portrety. S,ujnocha Karol, str. 5. 
cop.;ha marszałek, str. 84. 
cz,rniecki St(\fan, str. 85. 
PMarka Franciszek, str. 120. 
PJmetz Fryderyk August, str. 152. 
abłonowski Antoni, str. 161. 
W orsaae Jens Jakób, str. 188. 
Potocki Piotr, str. 225. 
Psarski Eugeniusz Konstanty, str. 241. 
Guizot F. P. W., str. 273. 
Gierymski Maksymilian, str. 289. 
Bakal'owiczowa Wiktorya, str. 305. 
Jaźwiński Antoni, str. 353. 
J.óżnych. Przyrząd używany przez Szajnochę do pi- 
sania, str. 8. 
Klasztor Kartuzów w Rzymie, str. 25. 
Kościół katolicki w Orenburgu, str. 40. 
Pożar miasta Siedlce, str. 52. 
Góra Św. Michała w zatoce Bretońskiej, str. 56. 
Miasto i zamek Granville w zatoce Bretoń- 
skiej, str. 56. 
Młyn pod Irkuckiem, str. 56. 
Most w Kamieńcu Podolskim, str. 81- 
Kamieniec Podolski, str. 84. 
Kolonia dla ma
oletnich przestępców w Met- 
tray, str. 152. 
Auł czeczeński, str. 184. 
Naczelnik czeczeński, str. 185. 
Kobiety czeczeńskie, str. 185. 
Otwarcie kongresu archeologicznego w Sztock- 
holmie, str. 189. 
Dom Jana Matejki, str. 217. 
Karlsbad, Eger, Franzensbad, Gtr. 228. 
Budowa drugiego mostu pod Warszawl);, str. 
296. .. 
Gdańsk, str. 412, 413. 


1 


. 


t 


---
		

/005.djvu

			- 



 


==::::::;;;; 


, 
'J 
- . /\.. 
__ - 
.:t. 

! !.;
 
IQ -ł........./ 


, -....
 l
' 
, ;. -.........;TJ' 
., . ') >oJ 




 - 


- 

 

r f 


/ 
 ) (. f
((--?' 
'
 -\ 
j;

 e ' ..'''' ---' f '\ ,,1- 
r.

,
" 
 
 '- c. .,J' 
-- 
\ '- . ' (\ l\ i J. , ' I \- 1I ' 

 

 
 '
' ...,j . 
 I 
.I { I_ 
, r'
i\\, I 'I}' ., ", ,..1 
_ _ __ I L 1\ \\łr
.J .t . 'lo 
== - "". 
 
 
, f: ":, 
 /' .a. b ' 
r . . \,. - - .'v
 
 ł ....:. 
-1":::- " - -
" f'/ ""3 1)" 
'.-F'" 
 ..., I 
",.
. \ 

.,'. : ' / ' ,. ","' 
- -- ( ..'-" -....,;!' ---- <" ". ... 'II- 
. ... \ '
 , \t 
 

 _ 
 d - ,;,,,,.
, f-=."'" ',\, 
 f "

'" I , r'\., _/ ,..... 
 
" , -,.
 

 
 "I. \1 , '1$10., ,/:'. /{. _' 
\'

=":::-' ."" r I , '.. . 
- '.
, '2" . ,I ,',h. ," · t , J ; ""-",,,, 

. \ . , (, J. I ,/ . 
. . ......("'..
 1° tI \ ... - 
_ -.:" .. " I \ \ .' \ '
 . -./. . ...:.. 
. ..',.
 

,4 ,'1', ,_
". -
 I'.H""" (I),' I'P') .J,'....... - M JI"") .(... . 
 ' 
- ..... , , 'po. \ ,""
 - 'Ił I I p>;, ". 
 ) , 1 
" " 
 - '[ 
?" 
. rg!:
'.' " II(!:;._ 
 ....,',"-: ___.
_ ... _ ._

 - ) I 
::< .... 
 - _

¥

 '-, , -. 
'- -" . ,.-v.:-

4"'-

. 
ó>.c - - ,"\.-'.,., ; '. " -, 
... _ 
 
" > 
 ' Ił: ;;;;p .kC.... s
J
 >"', -o--:J.'-< H,\!"'.,;o: . 
 .::,;. 

 ' > ..;?).,' ... 
 .(. . 1'
 ..
_ 
 .,"'
r.;':" 
-'" '., - 

 
.,..-', ,"" z '.-? 
 Ł' 
 : 
 II- \\ I ... 


 '. '" 
,',', ii;'j:L; ':'" - - '\ :\ 'ł\ 
-
- 
'Ih 
7 Ą J: \',': \: \
- 
\ I '

 € 
"11
 
 

L - I ,I 
'-= .
 
IIO L NIC ZA' :
 
. 
'i/I! w 
 er< 
 
J

':' " ,i1"
O R j
rr-'

 :. 
.. I." 
 U " . 
',F;',., .\_ :¥ l 
'


:': 
\\
t VI" " " 
'\\- 1 1 ,1 
I' l f. ..... 


'" 


" 


'" 


""r 


... :o...... 
,....... 
., .
, 
 l. ""-- 
I" 
łl t ..
 
., 
 ,1' , 'I ł 
," -
,
 
}\-" , 
li _.1' 


",. 


:.1: 
 



 - 

- 
. 


" 


IJ
' 


\, 
i " . 
Cf. C 

4 I 
.......... 
I
 .J , ,- 'I 


ł 
.1 


.' \---- 


- 


t- 



 
, - 


.,
 


-"I' ' 


-....... 
 
. 



- 
I'''' 
 
, , 


",. , 


"!'.. 



 
"!) 



,-- 
I 1-1 


) 



.. 


I{ 


,I 


-/ 


::,. 


bo, 


- --'-- \ . 
"0'1'>' - - " 
u- .. 


p.. 
... 


" ł-- 
"1 


/1 ( 



łt 


-{ 
,.;
 


"II _J . =:- 
r 
 ( 
... .. 
"a! .) '- '
 
.- ....
P , 
.. I _,'
I 
. II, 

 'iji- 


'II 


"I,,,,' 
.' 

 
;, 


l 

 
.j........ " 


\ 
\ 
[ "11
./ (;., 
l' 
I . . \ \ 
I t r_ 


- f 
.:-

-=. - . I 

;!di \ 
::.i:IiiiIi _ 
- - - - :: I 


Jffl,.\:" ...- 
...
I

' 
..... 


I 
,
 -' Ę 


I I: 


'" 


},.: ''', 
,.. 


.. 
i
 


@" 



"'I 



 
-" \ 
. ' 


I 
I , I 


- 

 


 . - f' 
.-fl-.,,_. . _ _-J.
:

 -- 
 ' 
Ił. '
d-::
- -,,
. .
; '". :.- 


 
 ->-.-
 
 
 . J 
,Ii" ,H L 1 '..:'---:. 
 -- 
-ę"1 
.,,

 
,,,.,----,;" 



 tl,
 


,7p\
 / '. \
 . 

\:\\ 
 -'" 
\:,

 
 _.': - 


 
\ ..--
 --'-'-, .- 
ł 
""' 

 .;: 
(.
..;; -
 
r .\ . ......
-;;
 -..
 .;j


 
 .aJ ,. .,. -:; . 
 


I \,,, 
_
 I 
 
ł' . 
I 


".\ 
II . 
.
. 



- 

- 


...', 


, ;... 


" 




' 


, -.. 
h A.;. 
... { 



.
 



 


I
'I. 


-----..:.... 


r 
...... ol' 


. 


Wystawa rolnicza w Toruniu, w dniu 2 Czerwca r, b, 


(2747) 


.
		

/006.djvu

			2 


K Ł O S Y. 


fNr. 470. - Tom XJX.l 


KRZYŻACY, 
1410. 
OBRAZY Z PRZESZŁOŚCI, 


razBZ 


J. I. Krasze'W"skiego. 


Tom II-gl. 


(Dalszy ci'łg. - Patrz Nr. 469.) 


Abel przystąpił bliMj. 
- To nie sztuka wyrwać się, a cóż z tego? do- 
kąd? Do 'l'orunia? Toruń już się poddać musiał, 
zamki się wszystkie poddają, bo :Malborga jednego 
bronić trzeba. 
Mówiąc to, Abel nie zdawał się ani smucić, ani 
rozpaczać. 
- Cóż to, koniec Zakonu! zguba ostatnia.. 
Grzyb kiwał głową, oczy wlepił' w stół i zbiera- 
jąc po nim kruszynki, które machinalnie niósł do 
ust, mówił' jakby sam do siebie, nie podnosząc wzro- 
ku: 
- Nie bójcie się, Zakon mocny jeszcze, ludzi 
zbierzemy, czasu potrzeba, zamki się wrócą. Stra- 
cierny dużo, ale Bóg łaskaw, Bóg łaskaw, ja jeszcze 
na. godziny dzwonić im b
dę. Polacy, ja ich znam, 
tak, naród bitny, ale stać w miejscu nie lubi. 
Rozśmiał się dziwnie. 
- Wina i chleba b
dą mieli do syta, najedzą się, 
napiją. do żonek zatęsknią i pójdą precz!! Uchowaj 
Boże głodu a biedy, tobY
1llY byli w niebezpieczeń- 
stwie, bo oni źli są gdy głodni i biją się jak lwy, 
kiedy boso i w utrapieniu na wojnę idą. A no my.. 
(uderzył się w czoło) damy im jadła i napoju pouszy, 
rozmi
kną i nic z tego nie będzie. 
Patrząc ciągle w stół i zbierając kruszynki, Abel 
śmiał' się. szydersko. 
- W pierwszej godzinie straszni, a potem!! po- 
tem i dziecko im da radę. Niemiec ma naturę inną, 
jego powalić można, da się wziąć, a powoli siłę od- 
zyska i zwyciężcę za kark weźmie. 
Zaczął Abel rękami wywijać na wsze strony. 
- Z pomocą Bożą wyzwolemy się. 
Kuno wstawszy, zbliżył' się doń powoli. 
- Pomożecie nam do ucieczki? - szepnął. 
Odskoczył Grzyb, schwycił się, strzepnął. 
- Ja? ja? niech Bóg uchowa! Komu trzeba 
pomagać, a sam sobie pomódz nie umie, tego rato- 
wać nie warto. Ja jestem prosty chłop, mówiłem 
wam, legam w piecu, z psami na podwórzu kości 
ogryzam, nic nie wiem, nic nie umiem. 
Skłonił się i wyszedł szybko. 
Nie wiele się z tego było można spodziewać. 
Kuno siadł znowu, ale go zawołano do pana An- 
drzeja. Poszedł jako jeniec rozkazom posłuszny. 
Siedzieli oba z ks. Janem w komturskiej izbie na 
rozmowie, a w progu zoczywszy Dienheima, p. An- 
drzej zawoł'ał zaraz, czemu nie przyszedł doń opo- 
wiedzićć się wróciwszy. 
- Nie miałem z czem! - odparł' kwaśno Kuno. 
- A siedzieliście do kata długo? gdzie? z kim? 
począł Brochocki. 
- Włóczyłem się bąki strzelając - rzekł hrabia 
Kuno. 
Rozmowa zacz
ta w tym tonie dla obu nie dobrze 
wróżyła. Brochocki tęsknił za wojskiem i towarzy- 
szami i zły był, Kuno Dienbeim nie lepszy, przypo- 
mnieli sobie łacno jak się zrazu kł'ócili i koty darli. 
Poczęł'a się zwada z niczego. Od słowa do słowa, 
Dienheim słowo rycerskie odebrał i oświadczył, że 
chce być strzeżonym i jak jeniec traktowanym, 
a o łaski nie prosi. 
Brochocki zagroził mu, że go do lochu posadzi, 
albo nawet w żelaza zakuć każe, bo do tego miał 
prawo. Harde hrabiątko drzwiami rzuciwszy poszło. 
Na tem się tego dnia skończyło. 
Nazajutrz posłał p. Andrzej do niego po słowo 
ks. Jana, Dienheim odmówił, kazano go do lochu 
wsadzić. Abel dostał' polecenie vryszukać cm"ceres 
i z kluczem w ręku przyszedł po jeńca, który nie 


mówiąc nic udał się za nim. Grzyb był zafrasowany 
wielce, ale w podwórze wyszedłszy, udawał stworze- 
nie, które nic nie czuje, nie rozumie i czyni co mu 
kazano. Brochocki na schodkach stał. Żal mu się 
zrobiło znać drapieżnego młokosa, krzyknął' więc na. 
Abla: -:- Dać mu pokój! a straży tylko zlecił, aby 
go krokiem z zamku nie puszczała, i choć Dienheim 
ani mu dziękował, ani go słuchał, odezwał się po 
ojcowsku doń: 
- Dobrze ci życzę, bo na tarczy wspólne godło 
nosimy, a może tam jaka kropla krwi u nas jest wspól- 
na, ale musisz i ty ze mną być dobrze, lub biedy 
przycierpisz. Jam nie łatwy też, gdy mi kto za skó- 
rę lać zechce. 
Skończyło się na tem, że Dienheimowi z zamku się 
ruszyć nie był'o wolno, a on już i z celi swej na złość 
nie wychodził' i twarzy nie pokazywał. 
Ks. Jan tylko do niego przez litość zachodził, 
skłaniając go do łagodności względem tego, co los 
jego miał w rękach. 
Ale zacięli się oba, starszy i młody. Dienhei- 
mowi tylko na miasteczko się gwałtem chciało, a wy- 
praszać się nie mógł i dać poznać, że go tam cóś cią- 
gn
ło. Utrapienie było wielkie. Ofka mogła mu 
się wymknąć sama i z oczów stracić ją mógł na zaw- 
sze. Młoda myśl i serce w samotności rozgorzały. 
Trzeciego dnia wysunął się w podwórze. Brochocki 
żołnierzy swych męczył i mordował, nie mając kogo 
innego. Zoczywszy Dienheima począł mu prawić 
morały. Chłopak już milczał, to rozbroiło starego, 
zł'agodniał. 
- Chodź do mnie na kubek wina - rzekł - 
mamy go dosyć, a pić nie ma z kim. Chodź. to ci 
powiem coś, z czego będziesz rad. 
Nie dla wina, bo mu go Abel dostarczał co dnia, 
ale dla ciekawości Dienheim poszedł. 
Stary p. Andrzej był' lepszym niż kiedykolwiek. 
- Słuchaj WMość, rzekł, kubek mu podsuwając, 
za zdrowie wasze. B!):dź ty sobie zły jak chcesz, 
a między nami jest cóś we krwi, bo czuję, że mam 
do ciebie słabość. Biłeś się dobrze, nie winieneś 
żem ja silniejszy. Harua dusza, w rycerzu powinna 
być, nie mam ci jld za złe. Wiesz co, daj mi ino 
słowo, że do Brochocic się przystawisz, choćby za 
pół roku i że Krzyżakom sł'użyć przez ten czas nie 
będziesz, puszczę cię wolno, czyń co chcesz... Za pół 
roku wojna musi być skończona. Mnie podobno 
król chce oddać Sztum jeszcze. Gdzie ja cię będę 
za sobą włóczył? Daj słowo, oddam ci miecz, zbroję, 
tarcz
, wszystko, gotówem ci nawet cóś na drogę 
dać, abyś bez grosza nie był. 
Popatrzał mu w oczy mówiąc. Kuno się uczuł 
uj
tym jego dobrocią. 
Pod.tł mu rękę. 
- Jeśli będę żyw, rzekł - słowo rycerskie daję, 
stawię się. 
- Kto to jeszcze wie - dodał śmi£>jąc się Bro- 
chocki - jak nie będę miał co robić, nazbieramy 
starych wyjadaczów i pójdziemy ci Dienheim zdobyć 
na bracie. 
W ten sposób waśIi się skończyła. Kuno był 
upokorzony i stał się ł'agodnym jak baranek. 
Wypili po dwa kubki, rozprawiając jak to pod 
Grunwaldem było, bo o tej bitwie nigdy się dosyć 
nagadać nie było można. 
- Wojować nie będę - dodał Kuno, - ale nie 
zaręczam, żebym się nie włóczył, żeby się dzieł'u ry- 
cerskiemu przypatrywać. 
- Byle cię gdzie za tę ciekawość kula nie spot- 
kała. 
Uczuwszy si
 wolnym, tegoż dnia pobiegł' Kuno 
do miasteczka. Ledwie się w rynku pokazał, Matia- 
szowa do niego ze schodów się spuściwszy, do drzwi 
wyszł'a, nawołując do siebie. 
- Jest Noskówna? I5pytał. 
- Jest, ale mi szaleje - odparła mieszczka, - 
boję się z nią jakiej biedy, po nocach się zrywa i cho- 
dzi senna a bredzi. Utrzymać jej nie mogę. 
Ppdem wpadł na górę Dienheim. Znala?l Ofkę 
po izbie przechadzającą się z rozpuszczonemi włosa- 
mi. Zaledwie się w progu ukazał, skoczyła doń py- 
tając, czy wszystko do drogi gotowe. 
- Najważnil'j
za rzecz gotowa, to, żemja wolny, 
rzekł Dienheim, - pożegnam dowódzcę, który jest 
człowiek zacny. 
Ofka mu przerwała. 


- Tak? już ich zacnemi zowiecie? 
chciał'a się odwrócić od niego, lecz namyśli" szy 
słuchał'a dalej. 
- Konia dla siebie mam, jutro o szarym mroku 
jecbać trzeba, dodał Kuno, - aby was nie poznano. 
Powiem, żem sobie dwóch ludzi zwerbował na służbę. 
Ofka nie odpowiadając nic, do drugiej izby wy- 
biegła, natychmiast się do drogi sposobić. W chwilę 
była nazad woł'ając, aby jechać zaraz, dziś po nocy. 
- Dokąd? - spytał Kuno. 
- Do Torunia - odparła żywo. 
- Toruń się już bodaj poddał- rzekł Dienheim. 
- To nie może być - krzyknęła Of-ka. 
- Przekonacie się, pojedziemy. 
Nie było rozmowy, dziewczę śpiewał'o, śmiało 
się, przeklinało i groziło, a nadewszystko śpieszyć 
chciało. 
Napróżno o czulsze słowo i spojrzenie błagając, 
Kuno wreszcie przekonał się, iż tego dnia nie otrzy- 
ma nic, i przyrzekłszy przybyć o świcie, ruszył na- 
zad do zamku. Tu musiał u wieczerzy siedzićć dłu- 
go, i zapowiedziawszy, że z miasta dwoje czeladzi 
sobie zamówił, a nazajutrz do dnia wyruszy, późno 
w noc pożegnał Brochockiego. N a wyjezdnem przy- 
pominając mu dane słowo, obdarzył go jeszcze pa 
Andrzej, zalecając ostrożność i dawszy kartę od sie- 
bie, aby f!:0 po drodze kto nie pochwycił. 
Siadł potem Kuno w celi swej jak stał ubrany, 
tylko bez zbroi, aby dnia drzemiąc czekać, bo się za- 
spać lękał. 
Już był'o późno w noc i bramy stały zamknięte, 
gdy drzwi skrzypnęły i stary Abel wszedł'. Nie wi- 
dział go prawie od pierwszej rozmowy Dienheim. 
Ostrożnie zbliżył się do stoł'u, na którym lampka go- 
rzała, dymiąc. 
- A co? - spytał - jedziecie z Bogiem? Do- 
kąd ? do domu? Sami? nie? 
Kuno wahał się z odpowiedzi!):, Samo milczenie 
już było dostateczne dla Grzyba, po chwili dodał:. 
- Nie mówcie nic, już wiem. Z babami sprawa 
zła, dzięki Bogu, ja się nie potrzebowałem L nigdy 
z niemi wdawać i brzydzę się niemi. Bądźcie ostro- 
żni. 
Namyślał się potem długo. 
- Gdybyście gdzie naszych panów spotkali.., 
mruknął. 
Dienheim w oczy mu spojrzał, świeciły się ja
 
u kota. 
- Cóż chcecie? - zapytał. 
- A ! nic! nic! tak, gdyby o Morągu mowa by- 
ła, to cóż? powiecie, że Abel w piecu lega jak legaJ 
i popiołu w nim dosyć, jak był'o. 
- Nic wi
cćj ? 
Ruszył ramionami stary. 
- Gdybyście tylko to mojemi słowy powtórzyli, 
będzie dosyć. 
- Wojowaliście pod c,horągwią Krzyza naszego 
dodał - i dla Krzyża S. należy się wam cześ< 
i wdzięczność, ale my teraz żebraki ubogie. 
'fo mówiąc, począł czegoś szukać za szarym ku. 
brakiem i z dłonią ścisniętą, którą ciągle pod sukni
 
trzymał, przybliżył się do Dienheima. 
- W podróży i wilcy mogą zjeść, rzekł - i ladf 
kto napaść, gdyby czasem od naszych było niebez. 
pieczeństwo jaki':J, a słowem się nie można wykupić 
pokażcie im to. 
l prędko ściśniętą dłoń ogromną wyciągnął ki 
jeńcowi, o
lądając się do koła tchórzliwie. Z ręk 
na stół wypadł krzyżyk czarny prosty, na któryn 
w środku była mała tarcza z jakiemiś znakami. 
- Pokażcie, dosyć będzie tego. 
I śmiejąc się, a nie czekając podzi
kowania, po 
śpieszył do drzwi, gdzie zabrawszy próżną misI 
i dzbanek, wysunął się co prędzej. 
O brzasku, zbroję przywdziawszy, Dienheim n: 
koń siadł i do miasteczka pobiegł. Przed kamienic: 
już stały też konie posiodłane, które w mroku dojrza 
zdala, a nim się przybliżył, już na obu siedzieli jeź. 
dzcy, którzy podbiegli ku niemu. Starszy, siwy ju 
człek, stanął wraz za hrabią, a drugi jechał jako pa 
cholę z tyłu. Twarzy mu widać prawie nie było 
bo płaszcz miał nasunięty niby od rannego chłodu 
Samotrzeć więc jechali w milczeniu drogą pod zam 
kiem, około samych bram, gdzie się hrabia dał po 
znać i swobodnie dalej gościńcem pokłusowal 
W końcu grobli stary dotąd milcz,!cy, wskazał n
		

/007.djvu

			[Nr. 470. - Tom XIX.] 


KŁOSY 


3 


'awo, młody wyprzedził Dienheima, spiął konia 
puścili się żywo nie bardzo utartą drogą. Ofka nie 
ówiła słowa, nie odwróciła twarzy i dopiero po go- 
:inie, koniowi dając folgę, zagadnęł'a, nie hrabiego, 
e starego sługę, czy sądził, że drogi bezpieczne?.. 
Korzystając z tego, zbliżył się Kuno, popatrzał:a 
tń dziewczyna chł'odno, roztargniona i konia pędzI- 
dalej. Postrzegł' się dopiero jak nie wiele zyskał, 
te go dziewczę za narzędzie tylko użyło, leez więcej 

 spodziewając w przyszłości i nie chcąc jej opuścić, 
Iciągnął dalej. 
Stary przewodnik obyty był' z wszystkiemi droga- 
i, znał kraju każdy kątek, wiedział gdzie bezpiecz- 
ej jechać nocą, gdzie dniem, - do kogo wstąpić, 
kim poszeptać cicho, w jakiej chacie się spytać. 
Kilka razy w ciągu podróży pośpiesznej 
rzyłą- 
ali się do nich ludzie różni, stary dostawał Języka, 
ówił po cichu z nimi, zdawał się znać wszystkich. 
ienheim mógł się przekonać, że choć zamki się po- 
'ddawały, choć polskie oddział'y krążyły po kraju, 
jemne panowanie zachowali .nad nim Krzyżacy. 
łośno mówili wszyscy inaczej, inaczej po cichu. 
Z niewiadomych dla Dienheima powodów, część 
lia w lesie przestać kazano. Ofka legła pod dębem, 
k stała do spoczynku na lichym pł'aszczu, który jej 
nga podesłał, zamknęła oczy, i czy spała, czy uda- 
lła, że śpi, rozmowy z nią prowadzić nie było spo- 
bu. Stary sługa na straży pozostał, także dosyć 
ilczący. Ile razy Dienheim chciał się 
bliżyć do 
iewczęcia, znajdował go zagradzającego mu drogę. 
Drugiego dnia przybyli do jakiejś zagrody. Był 
folwark krzyżacki, skryty niedaleko od brzegów 
"isł'y w takie gąszcze i zarośla, że tam się jeszcze 
Ica nie dostała noga. Gospodarzyła w folwarku, 
e zrzuciwszy płaszcza białego, siostra zakonna, 
iemka, kobieta w sile wieku, ogromnego wzrostu, 
sny ch włosów, twarzy świeżćj, ale nie miłćj. Ta 
Itychmiast wzięł'a Ofkę pod.sw
ją opiekę, a gdy p,
 
(ku godzinach wypoczynku dZiewczę wyszło z JeJ 
ieszkania, zdziwił się Dienheim, widząc ją w BkrO- 
nej sukni kobiecej, z kapturkiem i zasłoną na gło- 
ie. Lecz jak gdyby strój ten śmiałości jej dodawał, 
Iczęła mówić swobodniej. 
Pierwszą rzeczą, o którój się od niej dowiedział 
mo, by-ło, że konie musieli na folwarku porzucić. 
- Znajdą się one w Toruniu - rzekła uspakaja- 

 go. - Ztąd popłyniemy czółnem, zbroję trzeba 

 zdjąć, a ryba,
zą odzież włożyć. 
Spojrzała ku słońcu, miało się ku zachodowi. 
"yszła też siostra :Marta za nią i stary co im towa- 
yszyt Dróżyną mi
dzy wierzbami błotnistą, wiją- 
się wśród łóz i trzcin, poczęli iść ku rzece. Wpręd- 
błysnęł'y szerokie wody i ławy piasku nad niemi. 
U wbitego pala kołysało się dosyć szerokie czół- 
), w które m siedziało małe chłopię w nędznym 
'zyodziewku. Jak 'zajrzćć, naduI'zeże puste stało... 
przeciwnćj strony pojono stada, rybaków kilku' 
iijało się po wodzie w maleńkich jak liście czół'en- 
Ich, szybując pośpiesznie, a na plecach trzymając 
ięcierze. 
Wyszedł naprzód stary rozpatrzeć się do koła, 
gdy dał znak, postąpiła za nim Ofka i Runo. chło- 
Ik ich wpuścił do czół'na nie mówiąc słowa, odwią- 
ł sznur, oparł się \\ iosłem o brzeg i odbił. Stary 
warzysz leżał już na spodzie czół'na i dawał znak 
ienhcimowi, aby się także na dnie umieścił'. Jedna 
fka na ławie siedząca została. Wieczór był' cichy, 
?iękny, wiosła niepotrzebne, chłopak zręcznie ste- 
wał', siadłszy bokiem i wcale się nie' ciekawiąc na 
'cych. 
Łódź pędem strzał'y leciała dalćj. Sł'ońce zaszło, 
rok padać zaczął, na brzegach zdala widać było 
)rozpalane ognie, w oknach chat świeciły łuczywa, 
l zamkach gdzie niegdzie błyszczały szyby czerwo- 
!mi ogniami z wnętrzów, czółno leciało a leciało 
,mym rzeki środkiem, stroniąc od brzegów, jakby 
e chciało być widzianem. Po nocy trzeba był'o 
łJrawnego oka, aby je dostrzedz mogło. 
Ofka wsparta na ł'okciu zadumana, ocz)'ma tylko 

kiedy badał'a brzegi i światła na nich. Mały 
lłopak, mimo ciemności, machinalnie, prawie nie- 
Itrząc, umiał znaleźć drogę. 
. Gwiaździsta noc zapadła, bez księżycowa, czarna, 
lIcząca, stras
na wśród tćj wód przestrzeni. Dopić- 
gdy oko ludzkie od urzegów dojrzeć już ich nie 


mogło, podniósł się z głęui łodzi stary i Dienheimo- 
wi dał znak, że usiąść może. 
- Nim dzień, dopłyniemy do Torunia - rzekł. 
Ofka odwrócił'a się żywo. 
- Nie ma ich tam jeszcze - rzekła bijąc w dł'o- 
nie - oni nie mogą być. 
Chłopak, który cał'ą drogę milczał, westcbnął. 
Trącił go stary. 
- Co ci to ? 
- Nic - rzekło chłapię, - o kim mówicie, że 
go tam nie ma ? 
- Wszak Krzyżacy jeszcze panami w Toruniu? 
spytała Ofka. 
- Nie - zawołał chłopak - naszych panów 
nie ma, zamek się poddał, miasto obcy król wziął. 
- Kiedy? - przerwało dziewczę - na folwarku 
nic o tem nie wiedzieli. (D. c. n.) 


FraIDllent Z dziejów naszej powieści. 


Przez J. T. Hodiego. 


XIII. 
:Myśl postawienia kraju na wysokości ekonomicz- 
nych wymagań wieku naszego, przez pobudzenie 
młodzieży do godnego współubiegania się na drodze 
przemysłowej z dość licznym u nas żywiołem obcej 
zamożności, nie popchnęła przecież Korzeniowskiego 
aż do bezwarunkowego uwielbienia fabrycznej tej cy- 
wilizacyi ludów zachodnich, która dając dobrobyt ma- 
teryalny, często odbiera dobro duchowe, i zacierając 
znamiona rodowych usposobień, podkopuje energię, 
świeżość i twórczość sił moralnych i umysłowych, 
tem cenniejsze, im bardziej kon!eczną jest gdzie po- 
trzeba zbiorowego odrodzenia. Ządał on, aby spo- 
łeczność nasza zapatrywała się na życie, na obowiąz- 
ki i okoliczności swoje, jasno, trzeźwo i praktycznie; 
ale praktyczności tej, jak to sam wyraził najlepiej, 
nie zasadzał" wcale "na zbryzganiu błotem miejskipm 
zielonego tła, na którrm się cicLe sceny życia wiej- 
skIego odbywają; na zmięszaniu sztucznej a chorowi- 
tej atmosfery stolic europejskich z czyst{>m powie- 
trzem zagrodowego bytu; na zastąpieniu pod dachem 
szlacheckiego dworku prostych kwiatów polnych błys- 
kotkami przywiezionemi z obczyzny"... Rozumiał, że 
przy tego
zesnych warunkach istnienia, żywioł nasz 
miejski, jego organiczne niedostatki i wady, jego po- 
wolny i omdlały rozwój, jego plemienna jednostron- 
ność, wymagają gorliwej pomocy i czujnej uwagi 
tych, którzy powołanymi zostali do przestrzegania 
ogółu przed niebezpieczeństwem wszelkiego zbyt wy- 
łącznego, zbyt wycieńczonego, a w dodatku i źle po- 
jętego kierunku. W typach atoli, wyj
tych z tl
j wła- 
śnie średniej, mieszczańskićj sfery stosunków krajo- 
wych, i dla niej głównie przeznaczonych, autor uoso- 
bił' najpilniejszy wprawdzie, lecz nie pierwszorzędny, 
nie gł'ówny motyw zdrov, ego swojego na rzeczy po- 
glądu. Przychodził ze zdaniem i radą w kwestyi m,j- 
bardziej podówczas piekącej, lecz nie najwyższej, nie 
podstawowej. Miał' na widoku przypadkowe zbocze- 
nie i czasowy obłęd, a nie zasadnicze prawo społe- 
czności naszej; wysuwał na pierwszy plan koniecz- 
ność reformy pojęć i praktyki w zaniechanej i opusz- 
czonej dziedzinie rękodzieł i rzemiosł, lecz ani w je- 
dnem swem dziele nie spuścił z widoku sioła, praw- 
dziwej tej monady ustrojów towarzyskich, wykwitłych 
na gruncie rolniczym i rolnem gospodarstwem prze- 
ważnie stojących. 
I ten-to świat wiejski, umiłowany przez wszyst- 
kich naszych poetów i powieściopisarzy. był' wł'aści- 
wem polem działania i popisu dla bohaterów, których 
Korzeniowski obierał za chorążych sw{>j dążności, 
zawsze praktycznej, zawsze realnej, lecz praktycznej 
i realnej w duchu pojęć, stanowiących obyczajową 
i historyczną modł,: rodzinnego naszego kształcenia 
się i rozwoju. 
Wyszlibyśmy z zakresu tego opracowania, i tak 
już za wiele rozszerzoDego w niektórych punktach, 
ciążący('h na sprcu sprawozdawcy paryzkiego, gdyby 
nam wypadło zgłębiać i u W) datniać po kolei każdą 
z tych postaci szczerze rodzimych. Wyliczymy więc 
z nicb tylko rysujące się nam w duszy mocni{>j i wy- 
raźniej. :Mamy w Spekltla?lcie dodatni typ" ielkiego 


pana, zacny, prawy i sędziwy, któremu tyje tylko by- 
ł'oby .do zafzucenia, że dostatków swych używa na. 
upiększenie domu, na przystrojenie starej siedziby 
ojców, na podniesienie gospodarstwa stanowiącego 
przecież część powszechnego dobra; mamy w Nowycl, 
wędrówkach Orygillała, obok godnego potomka sta- 
rożytnego rodu, prawdziwą bożą czeladkę księdza 
Pileckiego; mamy w Emerycie wysoce moralną, acz 
nieszcz
śliwą i w końcu w żywym grobie zakopaną 
postać :Marcina, która jest prawdziwym Marcinem 
podrzutkiem, biednćj społeczności naszej; mamy 
w Garbatym :Maryana, jedyny może w piśmien- 
nictwie naszem wzór męzkiego poświęcenia, które 
się nie kończy suchotami, obłąkaniem, lub klasz- 
torem; mamy w SzCZęŚCilt za górami MarcelIego. 
szczytną syntezę rozumu przeniknionego uczuciem. 
zdrowE'go sądu, ożywionego szlacbetnemi po!'ędami. 
woli niezłomnej, oświeconej i ogrzanej tern ciepłem 
wewnętrznem, tem światłem wrodzone m, które Opatrz- 
ność zdaje się, wlała w nasze serca. _ 
I dlatego to żadnem prawem, żadnym sposobem 
nie podobna nam zgodzić się ze zdaniem tych, którzy 
tym razem w najlepszćj już i sumiennej wierze, utrzy- 
mywali, że "Korzeniowski znając serce ludzkie, zna- 
jąc stosunki życia, patrzył na nie z dziwną obojętno- 
ścią, przypominając:! utwory Goethego; że cudnie 
przeprowadzając nić powieści i pod każdym względem 
wykończone dając nam charaktery, apoteozował jeno 
to, co arcY-JDądre, arcy-rozsądne, arcy-Iogiczne; i że 
wiernie a po mistrzowsku malując świat i ludzi, oraz 
porywając nas niewyczerpaną potęgą artyzmu, rza- 
dziej dawał zwycięztwo zacnej stronie swego ideału, 
niż najpowszedniejszym czynnikom życia". 
Wolno, - wbrew temu co mamy na około sie- 
bie - wolno nazywać powszednićm to, co jest arcy- 
mądrem, arcy - logicznem, arcy-rozsądnem; wolno 
mniemać, że praca, wytrwałość, rozum, upór w do- 
brem przedsięwzięciu, systematyczność nieubłagana 
na uczciwej, a raz oQranej drodze, nie stanowią. 
jednego z fundamentalnych pierwiastków słu
by na- 
szPj Ideałowi; wolno widzieć oboj
tność malowidła 
tam, gdzie nad malowidłem czytelnik toczy gorzkie 
ł'zy niezasłużonego losu... Ale nie wolno było lu- 
dziom takim jak Wincenty Pol nieVvidzi{'ć tego, co 
jasnem jasnością pogodnych dni naszego bytu, a mia- 
nowicie, że Korzeniowski wł'aśnie kładł tryumf 
uczuciow{:j, serdecznej, nadziemskiej, boskiej strony 
Ideału, (ziemską onego stronę widząc w rnęzkiej 
dzielności), w rodzinie, pod opieką królowej świętego 
tego ogniska, niewiasty. 
Nic "iemy, i nigdyśmy tego dociec i dokładnie 
zrozumieć nie umieli, o jakie to mianowicie zwycięz- 
twa i korony chodziło krytyce naszćj, i gdzie ona 
mieściła to niebo, o które Przedwieczny dwukrotnym 
rozkazem swoim Ilolecił człowiekowi walczyć, dobijać 
się i pracować tlt na ziemi. Ale przekonani jesteśmy, 
że nie ubliżymy ani powszechności naszej, ani pi- 
śmiennictwu, którego Korzeniowski był i jest jednym 
z najpotężniejszych i najgodniejszych przedstawicieli 
i przewodników, gdy powiemy, że tryumfy odniesio- 
ne przez cały jego bez wyjątku, świat kobiecy, tryum- 
fy Jadwigi w Krewllych, Rronisławy ,we WdOWClt, 
KamiJIi w Kollokacyi, Kamilli w Wyprawie po żonę, 
etc., wziętc za wzory do naśladowania, każdemu spo- 
łeczeństwu wystarczą na długą, na naj dalszą wę- 
drówkę po ciernistych gościńcach tegoczesnego bytu. 
Wystarcza też tem bardziej społeczeństwu, które 
miało i nH
 po dziś dzień legiony całe ludzi tak chwiej- 
nie rozmarzonych jak Eugeniusz (w K1'ewllych), tak 
za lada zagraniczną bł'y
kotką uganiających się jak 
Józef (w Szcz('8cilt za górami), tak słahych a lekko- 
myślnych jak Adam (w Ofierze i slImienilt), tak zła- 
manych, choć tak mocnych jak Władysław (w Eme- 
rycie... 


XIV. 
Skończyliśmy. Jedno tylko jeszcze pozostaje py- 
tanie. Pisarz, który tak ,vielki wpływ wywarł na spo. 
łeczność naszą, który najwznioślejsze i najgon:tsze 
natchnienia swojego serca, umiał, gwoli rozumowi, 
naO'i ą ć ku rzeczywistemu, ku popularnemu poziomo"..i 
t:> ł . 
potrzeL ojczystych, który w sztuce pokona, naJtru- 
duil'jszy, niepokonalny prawie l)robJemat, upoetyzo- 
wania tego, co w dan{.j chwili ucholhir mogło za 
prozp - pisarz ten czy zostawił po souic potomstwo 
duch"owe? czy stworzył' szkołę? czy znalazł ucznió,\ ?
		

/008.djvu

			ł 


lAI 1", 111ft b I II, 


K Ł O S Y. 


[Nr. 470. - Tom XIX.] 


f 


1111 " 11111'\ ,.. II II 


lii\ 
1111 
, , 
l' 
II 'I,
 il" 
I
 
,:' 
IIIII 
I ":1 
11\ , I :l1f; 
WJII 

rl, 


\ 'I' ',', I 
Ź?-£' _
'I 

 - 
 
-- 
I 1111"\11 
\
 "1'1' I 
"',;.1,11 
II, I 
= 
- {f 


IRJF 1111 
II' 
, I 
li, I 
III II. 
li\1 II1II1 
III II 
,iI 
:',1 
III ' I 
" I 


11/11/ 


, 


\ I
;' 
- - " 
,_- 


L 


- 
= -, 



 "
 


, I ,1111111 II 1111'11' , \11111 


IF 


, ' 
, 
11,1: 


III 


II 
11 1
 , ; 
I1I1I 


II' \i 


lII' r v/ - 
 
 
II 
 
\ 
I ::
ll.

 
--i-::'" I -- 
/ > 
I'
 ( .
 _.,
 1, ' .,-_\l 
, r/ _ "er 
_ 
I J_
 


 "!:'"- 

 " ." ,,
.
 

 
;,- 
-" 
\
" =-;, 
 '/
' { 
':-..' 'fl,
,,'fr 
\ I 'ii
I
I\\ 1/ 

:. ł\.
 (, 
l' I' \\I
' , r r - _ . . \ 
.' , r 
"
I j I "\ ,

 11/
 
 ._i' . . I . \": . 
'
 ' { I""II';'i \ H
\\: 'r/If/lrf -- ..:P. ;:.
-.:
: ::'
 ,- . 
'I "
 r A
+" .....' 
:i I',' 1t11-hJ2 
-j' ."-- 
\ l' , . "o/ń.:
d' --s . . " 
I , ' \ ,(.. --:: Z 
 
 
j.,f 't c: 'o' <' -
 
\ II ' \,'''' '" -\ 
 fi ' =--: ,::-- 
li I' 'I' Z . : -- ---- - -. ---,., 
111\ ., (,I '_ _ 

. ...:::. 
n", ' == \.'
 .', -::
-', " -. 
"'
 
 :--:. - - 
-=--- ',\ 


 


1111 


II: 


1'111 


" 
}' \ J 
= '\ 


" 
I ,
 
\'.. , 
> 


- - - ,; \' 
I },\. \
' : :'1, '" : 
" ,<-; 
",
. :. I
' \ I . .......
-.. 
 !rt. "" 
" "" t ,
 \ \.
 I 
 
. 
 . 
...-.\
\'\
\)\ 
 . 
".;;;- \'\ -
 ,. , 
'\\
', I
L " '''''.
 
\ . \ i', . ._
-
. 
\i ,..' / : . :'
 
\ . . 
 
\\'. 
. 
 
 
'lit ,,>i, ", " 'c, 


'", , 
'
.
 ,_.......' -. 


 


< 
" ... 

\ .\ 
, . 
.'. ' 
"i 
';'/1. 

,tv 
. , 

... 'l · '..' 
",V' 
'. 
'" --.,.?
.i?'\*',\ 


,I 
] 
':/ 


- 
-- 


/ 
- 


I \\\ "II 
, 
II \ ! 
II 


"111- 
..... 


I,I
, 


"\ 
' 
-
--g:. 
. 



 - 


II, 


I U\\\ 1\\ 


r.... =--- 

.; 
ft 
"" 


I, ,I ł /11111111 I I 11111111111111 'IIUI,I'IIIIIIII.iliilli III !lIWIIi",' 1111 1111 IlI'm RllllllllllmlrllRllłIll:1II '''III 


'\\\1 f' 
I, 



 
III 

; ( 
n: II ," 
l, 
.. 
:1, 


,I: 
I 


'iii: 


hl 


"W i 


,'
 


I\I\
III 
,Illpl
 


, " 


- -1 


" "1 
'.. b 


)1 


li 
,II 11'1i 


,I 


"--- 

>' 


I 
i
 


li 
' I ' 
ul 
l' 
i'l 
'.,1 
I 
I 


iUf 



 


""-, 
.... 
I o ," 
'i; 

 I 
,_,_ 

'

-


<., 


:1
!11 



 


I I 


-' 
--- 



:::,
.....,,::- " 
- 
--- 


, 
...':., 
", 


.. 


-- 


ft; 


. . I 
:..;.. 
" : I ",
 ,
! :::,' 
",' " '" -' II \: 
. 'O
 
" ,....
 ,
 


l,! 


..: 





:::" 




"" 
':'
 
 
.... :0...... 
 
...,-).. 

 

 


\ 


\I, 
l\ 


, 
:--' < 
l \ l, ,'
, 
" 
 
I 
 


.......-:.: 


" - 



 
:::.:... '\ "':-
.-'":; 
;
\'
,,\ 

-':.,:. 


, 
" ' 


. 
\ 
 
",;,',1 'I ""
 
:---,< 
">:;
 
_ . 
 
,', - _ I ' ,' , '. ':v.\\
 _ \'\
 
 "'-- 

"" -i ,'{ 

'\:.'f \ 
 
 ." 


 :J)"ł,
"-"'- ł


#" 
 .' ,'
 

. 
', . ""-
">-- 

.. .. I! 
......: 
 ." 
 
, ' V' ''' 1Ir.-' . 
', 
-. - 

 I I
 "-.t..;..,.., 
 :' - _ - _ 

 ' //- . - 
"- ",... . --
" 
- 
"'JA It ,/' "';.,.. .::: "'. Y" 
"_." 

 " . 
 
j:-=:-::::.:::: - ':"=-
 
---_ .- 

 b
;J/
:; 
 d i 
 

 fi!/
# )?WQ " =- 

 irf }'-ł, 'I' ,:::' "I - 

i;'..,.
il, t.'lid ij// 
-
 -- I
.
;
.t.j.i (łł'!1J Ijj
 


 -- 
 
.. 

 - , "'-x - .
 



,/\
" -=jti 
_ 
_ ' '
,
,,',: 
 &ą-"
 .
. 
=-- 
-=---= = -
 

 
 -=- - --=- -- :: 


. 


:; 



 
" 
'... 


>::f
 



 I 



 


" 


," 
... 
.... 


'11l.: 


lli 


== 


....:::=---= 
=- 
- - 
-- 
 
.2 
=-=-: 



 f r
 I 
 

lli _ 


;- , -- 


l2748) 


Co z wand b
tlzie
		

/009.djvu

			[Nr. 470. - Tom XIX.] 


KŁOSY 


fi 


f 
 
J 


, 

 


I 
I - :---- 
- 


.*:::::...-- "'"--;; . 


- 
 


-: 

 


...r ' 
. .,.' , )) 
: 
 \'" I , 
, ' 
)
 

 . 


I, 
n 



 


-__:-':..._ t 


. 


i 1\ iii \ I PI' 

III!
IIII!, I ll"1 1 ' 
!lill!,!
I"lli iii II , 
, lntlll!_1111 ttl1
 
i\ 11! 1 
,d , I , II" " I I , rill:
(1 i; , 
\, I d l ! l l'IlIll!II, l'IIIYo'fI
111 
, 
/ I}Yi
 I ' I' ' \ .1 11 I:f. " /. I flll"- l ą! I h , 'lMt'lil , !' II, 
/I}. 
 I 1,1, I J.,;111 ' )1 V4'f111 ! i 1" 
ID I ,,' 1. ' 11 ' 1 '1 1 1 1. I /I'it. 1 f:ylll U l ' ł'I/ " I 
I ' J }i II IY-f l ll l .;, J "" 
I / 1 111 ' 'diW;; i I i " , 
d I ' 



i!iił: \ ': 


.. 


-
----_.:.. =-
 
,:-:::- 


- --:::.
- 
- 
- --- 


./ 




 

 .--:.--..::::- 
...........:::--: - 
;;
 

 
,
 
$i- 
? 



 

 


. . 


( ", I 'ł.I/ 
l it 1# II' 11f'" 
d
!'I/I', /,', i Ifl 
,
 : ,,' 1111" 


l 


. 'Iq II' H,I 

 \W,;,
{\ 
\\\\\\\\\\II\II\\\I "'" ' " " 
, 
- \ 


. 


i . 


(2749) 


]{AąOL pZAJNOCHA. 


. 


-
		

/010.djvu

			6 


K Ł O S Y. 


i w wielu innych miejscowościach. Poszukiwania ro- 
bione w tym przedmiocie, okażą w jakich stronach 
kraju panował' ten styl, gdzie si
 zaczynał' i gdzie 
kończył'. Jest bowiem przekonanie, choć jeszcze nie 
dość uzasadnione, Żł\ styl ten przynieśli ze sobą do 
Polski, Benedyktyni i Cystersi. Naukowej tej wypra- 
wy podjęli się p. Łuszczkiewicz profesor szkoły sztuk 
pi
knych, członek akademii i p. Sokoł'owski, znany 
z zajmujących swoich- prelekcyj o sztuce greckiej 
w muzeum techniczno-przemysłowem. 
W tych dniach zjechał tu prof. Dr. Eitelberger 
z Wiednia, delegowany przez ministra Stremąyra do 
rozpatrzenia się w Szkole sztuk pięknych, będącej pod 
dyrekcyą p. Matejki. P. Eitelberger bawił przez dwa 
dni; z tego co widział bardzo był zadowolony, przeto 
można si
 spodziewać, że w skutek jego raportu, mi- 
nisteryum przeznaczy większy fundusz niż ten, jakim 
ta szkoła dotąd rozporządza. 
Aby szkoła mogła stanąć na przyzwoitej stopie, to 
jest zaopatrzyć się w dobrych profesorów, z płacą 
lepszą, niż zwykle pobierają woźni, lub 8tróże, 
potrzeba summę dotychczasową 8 tysięcy reńskich, 
co najmniej podwoić; a zakład odpowie swemu prze- 
znaczeniu. Oszczędność w tej mierze, przynosi tylko 
szkodę; bo jeżeli ma być, zakład przynoszący istotny 
pożytek, oszczędność jest nie na swojem miejscu. Nie- 
którzy podsuwali myśl, aby .ciężar podniesienia 
i utrzymania tej szkoły, wzięła na siebie gmina miej- 
Nad Krakowem zawisła burza agitacyi wyborczej. ska, lub osoby prywatne, lecz zdaje się, iż w tym 
Prezydent miasta Dr. Dietl usun:!ł się ze swojćj przypadku, ciężar ten wył'ącznie powinien spadać na 
JlOsady. Teraz zaczną się nurtowania współubieg:tją- rząd, który ma dość argumentów, aby tę pozycyę 
('ych się o ten urząd kandydatów; nurtowania, powia- usprawiedliwić przy uchwaleniu budżetu państwa. 
dam, albowiem opinia publiczna nie ma nikogo, za- 'Viadomo, że komissya konkursu dramatycznego, 
kimby poszły wszystkie jej głosy. Są tylko ludzie, mająca z razu swoją siedzibę w Krakowie, przeniosła 
nie tyle należący do pewnych partyj, ile do małych się była na r. 1873 do Lwowa, w skutek życzenia 
koteryjnych kółek, którc wystąpią nicbawem do wal- p. Stanisława Koźmiana, przewodniczącego Komissyi, 
ki. Nie idzie zatćm, żeby nie było ludzi zdolnych ten który chciał w połączeniu z lwowskim komitetem 
urZ<1 d piasto\\ać. lecz sumienny człowiek, któr
muby teatralnym, nadać obszerniejsze pole dział'aniu ko- 
szło więcej o doLre gospodarstwo i pożytek Istotny missyi konkursowej. Na nieszczę
cie, jakoś tak źle 
dla miasta, nie łatwo by si
 odważył dźwigać ten wypadło, że z czterdziestu kilku sztuk nadesłanych, 
ciężar urzędowania, wiedząc z góry, jak pośród nie- ledwo jedna mogła otrzymać drugą nagrodę trzystu 
sfornych żywiołów samolubstwa i drobnych intryg reńskich, a tą jest dramat ltloimir, napisany przez 
tutejszego mieszczaństwa, trudno jest łódką kiero- p. Juliusza TurczYliskiego, profesora ze Stanisławo- 
wać. Najpewnićj tedy, dostaniemy na prezydenta, wa. Tak kompozycya, jak styl i charaktery mają 
nlias burmistrza, jakiego wymownego szermierza, być wcale mierne; ale trzeba był'o honorować tę 
który złoty wi{'k nam przyrzeknie, a skończy na gli- sztukę, stosując się do przysłowia: "na bezrybiu i rak 
nianym. rybą". Na domiar tej niefortunnej spółki ze Lwowem. 
Dotad nic można powiedzićć, żeby gospodarstwo komitet teatralny odmówił przyczynienia się do wy- 
autonon'iiczne naszego miasta, odznaczało si
 szczęśli- pł'aty połowy przypadającpj nau summy. W skutek 
wl'mi pomysłami, a nadewszystko ich wykonaniem. czego rozchwiał się sojusz i komissya konkursowa 
Zatiagni
to np. pl
zeszło milionową pOtyczkę na wca- znowu funkcyonuje w Krakowie, i właśnie ogłasza 
le ni
ki procent, z zamiarem użycia takowćj na upi
- konkurs dramatyczny na r. 1874,1875, w nast
pu- 
kszenie miasta i inne dogodności, jak chodniki, wo- jących warunkach. 
dociągi, a głównie na restauracyę oczy rażących Su- Pierwszą nagrodę w kwocie 550 złr., otrzyma 
kiennic. Takie to głoszono intencye przy zaciąganiu sztuka najmniej trzy-aktowa; drugą w kwocie 300 złr., 
pożyczki; tymczasem, kiedy pieniądze były już w rę- otrzyma sztuka najmniej w 2-ch aktach. Pozostałemi 
kach, zgadnijcie proszę, co z niemi zrobiono 
 Oto od- zaś 300 reńskieIni rozporz:!dzi komissya według swej 
dano je na wi
kszy procent. Wprawdzie nic się nie woli; gdyby jednak nadesłaną została sztuka ludowa 
robi około wodociągów, nic około Sukiennic, które, godna grania, otrzyma nagrodę 200 reńskich. 
jcżeli przeżyły ze trzysta lat, to bardzo słusznie 1110- Termin nadsył'ania sztuk 1 stycznia 1875 r., mogą 
gą jeszcze poczekać - a wyższy procencik jak 
'pły- być jednak i wcześnićj nadesłane, pod adresem: Sta- 
wa, tak wpJ'ywa do kassy. Z tego przykładu mogłby '/lisław Koźmian, dyrektor teatru w Krakowie. Naz- 
kto podejrzy wać naszą sławetną radę micjską, że ide- wisko autora Illa być w opieczętowanej kopercie. 
ałem jej jest tylko lichwa; tak źle przecież nie jest; Utwory wynagradzane stają się własnością teatru 
żyrlkowie nasi zawsze w t.ym punkcie pf)'m trzymają. krakowskiego. 
Wszakże IH.osz
 nie brai; na seryo, co powiedzia- Nagrody, jak z t.ego ogłoszenia możemy się prze- 
łem, że się nic nie robi koł'o wodoriągów i Sukienn
c; konać, wcale są przyzwoite; i gdyby można przypu- 
owszem, robią się plany, plany i jeszcze plany. Ze ścić, że nagrody tworzą arcydzieła, to niezawodnie 
jeden plan pobija drugi, temu nikt nie winien; ale scena nasza miał'aby się czem poszczycić; tymczasem 
zawsze co
 si
 robi, a tymczasem procent od po- zacLęta ta nieobudza talentu, kiedy go nie ma. \V 0- 
życzki wpływa do kassy. Dodać tu potrzeba, na góle rodzaj dramatyczny sJ'abo się u nas rozwija, lubo 
dowód, iż Sukiennire są na porządku dziennym, że forma dramatyezna używa między piszącymi wziętości; 
porobiono przy nich różne nowe przystawki i po- z czego przychodzi się do tego wniosku, że jak za- 
prawki, co im dodało wiele historycznego wdzi
ku. grzęźliśmy w powieści, tak nie możemy się z niej wy- 
Każda z tych przylepek i naprawek nosi cechę swp- dobyć. Dyalogowana powieść, to przecież nie dramat, 
jego wieku. Przyszły archeolog będzie mógł od szu- któryby się mógł utrzymać na scenie, przekonywa 
ka.e w Sukiennicach wszystkie rodzaje partackiego o tem większa część sztuk nadsyłanych na konkurs, 
stylu. który jakby umyślnie był wynaleziony dla tego będi!cych niczem wiecćj, jak dyalogowanemi powie- 
monumentu i zapewne zajmie kiedyś osobną rubry- . ściami, . 
kę w historyi naszego lJudownictwa. Jpżeli tak pójdzie dalej, jak szło dotad, daleko 
Kiedy mow/\ o budownicŁ\\ie wypada donieść, że lepiej byłoby pieniądze te przeznaczyć dla jakiego 
akademia I1miPjttnoś"i. wysył'a swoim kosztem dwóch malarza, lub rzeźbiarza, któryby wykonał dzieło na 
członków, do W. Księztwa Poznańskiego, w celu podany soLi e temat. \V takim l)rzypadku zawsze by 
zbadania wszystkich znajdnjąrych się tam zabyt- coś zostało, kiedy sztuki przed dwoma i trzema laty 
ków stylu romańskiego, jakie mają być w Gnieźnie, wynagrodzone, już dzi
 uległy zapomnieniu. 
Kruszwicy, l'rzemesznie, Strzel nie, Inowrocławiu, W obec tego stanu rzeczy, z każdym dniem rośnie 


Uczniowie Korzeniowskiego mogą być i są istotnie; 
niech przebaczą tedy, że czyniąc zadość przeko- 
naniu, bardzo drogiemu naszej duszy, wymipnimy 
tu tylko dwa imiona: :Michała BałU(.kicgo i Edwar- 
da Lubowskiego. Pierwszy - a mówimy o pra- 
('ach poznanych temu lat kilka - odziedziczył po 
Korzeniowskim di!żność pism jego, którą przyja- 
źniejsze warunki wybitniejszą tóż okoliły tęczą. Dru- 
gi wziął po Józefie jego artystyczną formę, jego ry- 

unek wierny i skończony, jego koloryt pełny i czer- 
stwy, jego zdolność do plastycznych uwydatnień i cha- 
rakteryst,yk, jak nas autor dowodnie o tern przekonał, 
w powieści "N a pochyłości", tak wysoko podniesionej 
mistrzowskićm ocenieniem Kraszewskiego. 


Korespondencya Czasopisma "Kłosy". 


Z Krakowa, 21 czerwca. 


Usunięcie sil! prezydenta millsta. - Gospodarstwo miejskie.- 
Lichwa. - 15zkoła sztuk pillknyeh i j
j uposllżenie. - Konkurs 
dramatyczny zrobił fjnseo we Lwowie. - Komissya koukursowa 
przenosi sil! do Krakowa. - Ogłoszenio programu. - Teatr. - 
Maryna p. 15zujskiego.- Towaraystwo Tntrzałl.kie ukonstytuowa- 
Dc.-nalneologia i Icknrze.- Pomnik dla Stl"Rszewskiego.-l'lan- 
taeye.-Estetyczne wyrocznie Hlldy ruiejskićj. 


ł 


(Nr. 470. - Tom XIX.] 


l 
ł 
) 
I 
I 
1 


wartość sztuk Aleksandra Fredry. Były czasy, że j
 
lekceważyła krytyka, dlatego, że za innym wiatrem 
szły wyobrażenia estetyczne... Dzisiaj, kiedy wiatr 
wieje n/\ dramat, niechże krytyka dopomoże tworze- 
niu nowych sztuk. 
Niebawem ma być przedstawiona na naszej sce- 
nie tragedya p. Szujskiego, pod tytułem: Maryna. 
Spodziewać si
 należy, że strona historyczna będzie 
tam najstaranniej wyzyskaną, lecz czy w równej si- 
le znajdzie się dramatyczny i sceniczny żywioł, okaże 
się dopiero w przedstawieniu. Szkoda tylko, że znacz- 
na część publiczności z wyższych sfer towarzyskich. 
rozjechała się to do wód zagranicznych, to na wieś. 
:Miasto coraz bardziej staje się pustt3m, a za parfZ 
tygodni, gdy mł'odzież szkolna zacznie rozjeżdżać się na 
wakacye, wszelki ruch ustanie. Mimo tego, dyrekcya 
teatru postanowiła ciągł'e dawać przedstawienia. Je- 
żeli będą słoty, publiczność nieomieszka się zbierać 
ale z pogodą i ciepł'em, walka będzie trudniejsza; wie- 
czorne spacery, chłód i muzyka ogrodów -to przeci- 
wnik do pokonania trudny. 
W pierwszych dniach tego miesiąca. odbywało 
się walne posiedzenie Towarzystwa Tatrzańskiego, 
które już się ukonstytuował'o. Prezes jego hr. Mieczy- 
sław Rej, zagaił zgromadzenie mową, w której wyłusz- 
czał cele Stowarzyszenia, zamierzające dążyć do odkryć 
i badań nauko\\ych, przyrodniczych, co dla nas jest 
tylko piękną figurką oratorską. Dlatego też przychy- 
lamy się raczej do podrzędniejszej części praktycznej, 
jaką ma być: urządzenie straży do pilnowania Tatrzmi- 
ski ch kozic i świstaków; 7.budowanie przy Morskiem 
Oku dwóch szałasów, jednego przy Czarnym Stawie, 
drugiego przy Gąsienicowym; następnie urządzenie tra- 
twy na Morskiem Oku; a w Zakopanem Kasyna i bióra 
wywiadowczego. Słowem, Towarzystwo, a raczej jego 
zarząd ma się zająć zaprowadzeniem pewnych dogo- 
dności dla podróżnych, za co rzeczywiście ci ostatni 
mogą być wdzięczni Towarzystwu, jeżeli w tej krai- 
nie nagich skał, wichrów, ulewnych deszczów i głodu, 
znajdą pomienione dogodności, nie mówię wygody, 
bo Towarzystwo zbyt szczupłemi rozporządza docho- 
dami, aby o tych ostatnich pomyśleć było można. 
Zapewne w skutek głoszonych dogodności dla po- 
dróżnych w Tatrach, wybiera się tam wiele osób na 
lato, to jest do Zakopanego, gdzie w porządnych cha- 
tach góralskich, można używać życia wiejskiego i to 
bez żadnej żenady, i bez kosztu na eleganckie stroje 
szczególniój dla płci pięknej. Powietrza zdrowego 
i świeżego tu nie brak; zastępuje też wiele innych 
potrzeb, których niedostaje w tej miejscowości od- 
dalonej od najbliższego Nowego-targu na cztery mi- 
le. Jeżeli ciepłe lato dopisze, spodziewać się można, 
że ::Szczawnica i Krynica ściągną wielu gości; a tam 
już jak u wód zagranicznych, otwiera się wyścigowe 
pole dla elegancyi. Suknia znaczy tam wiele, bardzo 
wiele; przynajmniej przez kilka tygodni można odgry- 
wać rolę damy dobrego tonu, a że na dobrym tonie 
trudniej się poznać, niż na aksamitach i gronostajach 
należących do arystokratycznej garderoby - więc 
maskarada się udaje. 
Z tem wszystkiem, Szczawnica i Krynica dopiero 
wtedy. zamienią się na 1'endez-volls eleganckiego świa- 
ta. gdy kolej poprowadzoną będzie od 'l'arnowa do Le- 
lachowa na granicy Węgierskiej. Dzisiaj niemałą jest 
przeszkodą kosztowny sposób dostania się na miejsce. 
kosztowny dla osób podróżujących z licznym tabo- 
rem: dzieci, domowników, kufrów, mantelzaków i pu- 
deł - lubo będąc samemu, można wziąć tak zwany 
"szybkowóz" i natłukłszy się w nim przez piętnaście 
godzin, stanąć nakoniec 11 portu z pogniecionemi 
członkami. 
Jazda "szybko wozem" wprawdzie nie jeRtdrogą dla 
kieszeni, ale za to tak zmęczy, że parę dni potrzeba. 
nim człowiek siły odzyska. Niektórzy wolą podróż 
tę odbywać wózkiem góralskim nakrytym płótnem. 
pod którym to namiotem można swobodnie się wy- 
ciągnąć, a jeżeli sen sprzyja, przespać cał'ą drogę. Już 
tego rodzaju koczownicze wehikuły zjawiają się na 
ulicach Krakowa, cO jest niezawodną wskazówką, żo 
ktoś wyjeżdża do Szczawnicy, Krynicy, lub Rabki, 
która zaczyna wchodzić w modę, a wł'aściwie b)'ć 
nawiedzaną przez rzeczywi
cie chorych, pragną- 
Cydl odzyskać zdrowie, Lez wszelkiej elegancyi i roz- 
rywek. Zakład ten bowiem, jest w początkach 
swego wzrostu; czyli, że prócz skutecznego zdro- 
jowiska na różne przypadł'ości, nie dość jeszcze po- 


, 


'4
		

/011.djvu

			ł 
) 
, 


[Nr. 470. - Tom XIX.] 


7 


c 

 


myślano o wygodzie chorych, którzy, jeśliby zrezy- 
gnowali z przyjemności muzyki, teatru i romantycz- 
nych spacerów, to bez wygód dobrego mieszkania 
i kuchni obejść się nie mogą. Większy nakład zrobio- 
ny w tym celu, prędko się wraca przedsiębiorcy. 
Oszczędność w tym przypadku złą jest rachubą. 
:Mimo tego, czy dla tego, kwitnie u nas piśmien- 
nictwo balneologiczne; Dr. Zieleniewski na wszystkie 
strony obrabia Krynicę, i już wydał całą o niej bi- 
bliotekę; Dr. Lutostański wydaje pismo peryodyczne: 
Zdrojowisko. Każdy lekarz kąpielowy, poczytuje sobie 
za święty obowiązek, przynajmniej raz na rok ogła- 
szać broszurę o swojem zdrojowisku, któremu przy- 
znaje cudownI} moc uzdrawiania. Lekarze krakowscy 
a jest ich co najmniej z pięćdziesięciu, w zimie zapisują 
recepty, a na wiosnę dla pacyentów swoich mają 
cztery sakramentalne słowa: Szczawnica, Krynica, 

abka, Iwonicz. Jako zaś biegli psychologowie umie- 
Ją czytać w duszy swoich pacyentów, odgadują łatwo 
kto ma chęć przewietrzyć się zagranicą i takiemu 
P
zypisują: .Franzensbad, Karlsbad, Ems, Wiesbad
n, 
VIChy, i t. p., zawsze jednak robią to z pewną me- 
c
ęcią, idzie im bowiem przedewszystkiem o powodze- 
nie wód krajowych. 
Donosiłem już dawniej o upiększaniu plantacyj 
w części od kościoła Dominikanów; teraz posunięto 
roboty ku Wesołej i w kierunku do dworca kolei że..: 
laznej. Strona ta najbardziej przez publiczność 
UCZęszczana, przybrałafizyognomię rozkosznego ogro- 
du. Wszędzie widać prześlicznej zieloności trawniki, 
otoczone sztachetami, lub płotkiem pięknie ogrodzo- 
nym. We środku pozasadzane krzewy i kwiaty. Ogrodze- 
nia te są tymczasowe, z czasem tworzyć mają nieprzeby- 
tą zaporę dla psotników. Urocze zrobiło się to miej- 
Sce dla przechadzki, jak i dla miłego wypoczynku, bo 
wszędzie są wygodne kanapki, mogące kilk
 osób 
pomieścić. :Można już tu i ówdzie spotykać pame ba- 
wiące się czytaniem, lub jakąś robotą, albo też rozmową 
w towarzystwie kilku osób. Plantacye więc nietylko 
służą do przechadzki, lecz i do dłuższego wytchnienia. 
Dr. Aleksander Kremer, zajmujący się przerobieniem 
tego parku, prawie równą oddaje publiczności usługę, 
co niegdyś StraBzewski, ów pierwszy założyciel plan- 
tacyj, którego pamięć taką obudza wdzięczność 
u mieszkańców Krakowa, że teraz wznoszą mu po- 
mnik. 
W ulicy wiodącej przez plantacye do dworca ko- 
lei, znajduje się obszerna kotlina, na której środku 
stał niewielki kopiec odarniowany. Na tern więc 
miejscu zaczęto już wznosić ogromne podmurowanie 
z ciosowego kamienia, na którem ma stanąć granito- 
Wy obelisk. Żeby nic nie potrzebować sprowadzać 
z zagranicy, postanowiono poszukać w Tatrach grani- 
tu
 i wydobyto już ogromny odłam, który o jedną 
milę do stacyi kolei ciągnęło przez pięć dni, szesnaście 
par wołów. :Można sobie wyobrazić, jaki to ciężar. 
Koleją węgierską idącą do Cieszyna, dostanie się 
do nas. 
Będziemy tedy mieli okazały monument w do- 
brem miejscu pOlOtawiony, który także przyczyni się do 
ozdoby plantacyj. Zresztą publiczność lubuje się 
\V pomnikach; gdyby tak były pieniądze, niezawodnie 
n
 każdym placu, byłoby ich z pół tuzina. Upodoba- 
nie to dało się widziM na ostatniem posiedzeniu 
Rady mi
jskiej, która przyjąwszy dymiss
J prezyden- 
ta D
. DI
t1a, zaczęła nad tem rozprawiać, czy go ma 
kaz ac . sobie odmalować, czy wyrzeźbić? :Malować! 
wołal
 Jedni; rzeźbić! wołali drudzy; a gdy przyszło 
P?przec argumentem wniosek, ci co byli za malowa- 
n
em,. dowodzili, że rzeźba - to maska, nareszcie, że 
WlęC
J mamy sławnych malarzy, niż rzeźbiarzy; a na- 

eszcle, że pędzel lepiej przypominać będzie oblicze 
l 
sobę."ukoc.hanego prezydenta", na którego jednak 
Złe umla
o Jak tylko sarkać póki był na urzędzie. 
nalazł Się nawet mówca, który wnosił, aby raz na 
k

sze stanęła uchwała, że każdy prezydent, 
ory sześć lat piastował urząd burmistrza, ma być 


zc
ony portretem na wieczną pamiątkę. Sztu- 
k
 t ękne grają feraz, jak widzimy, wielką rolę, 
. le y naw:et w kole panów radzców miejskich bywa- 
tą przedm,lOtem estetycznych wyroczni. Biedna rzeź- 
i ta k
olowa sztuk pięknych, najgorzej na tem wy- 

o a b bo Ją ": tym areopagu na nic sponiewierano! 
se y b
ł F!dyasz, :Michał Anioł, Kanowa, Thorwald- 
n PowiedZiał na to, że ich arcydzieła są tylko mas- 



 


'4 


K ;r
 O S Y. 


kami. Szczęśliwi, że już nie żyją i nic podobnego nie 
słyszą... 
Co do tego, że nie ma u nas rzeźbiarzy, jak się 
jeden mówca wyraził, to możnaby śmiało zaprotesto- 
wać, mając takich artyst6w, jak p. Gujski i Gadom- 
ski. Pierwszego prace tak są znakomite, że każde 
popiersie wyszłe z pod jego ręki, zasługuje na podziw 
najwybredniejszych znawc6w. Dość przypomnićć 
bronzowe popiersia prof. Wagi i hr. Z., które można 
oglądać na wystawie. Gadomski również prym trzy- 
ma swoim Kopernikiem, i pięknym posążkiem Wita- 
Stwosza, nie licząc innych jego bardzo pięknych prac. 
Podobne lekceważenie talentu i zasługi byłoby boleś- 
nem, gdyby go niewygłosiła instytucya używająca 
małej powagi nietylko w rzeczach tyczących się ar- 
tyzmu. Gerwazy. 


W 8 P O ID n i e n i e o Kar o l fi S z aj n o 8 z e. 


Kartka z mego pamit;tllika 


przez 


'Ii ŁADYSŁAW A 'fA W ADZKIEGO. 


Życie ludzi znakomitych, na jakiemkolwiek bądź 
odznaczyli się polu, przedstawia niezmiernie zajmu- 
jący i pouczający przedmiot badania. Pisma, które 
pozostawili, czyny, których dokonali, przyniosły po- 
żyteczny owoc społeczeństwu, przyczyniły się do 
wzrostu lit.eratury i postępu ludzkości. Wszakże uwa- 
żane w połączeniu z okolicznościami, pod których 
wpływem się zrodziły, objaśnione drobnemi i niezna- 
nem i nikomu szczegółami powszedniego życia, nabie- 
rają nowego znaczenia. Dzieje wewnętrzne ducha 
ludzi niepospolitych, koleje, przez które umysł ich 
przechodził, nim się ostatecznie dobił nieprzystępnej 
innym wyżyny, trudy, które przewalczył, wrażenia, 
jakich doznawał, i te wszystkie kierunki, któremi po- 
jęcia jego stopniowo się przeobrażały, rozjaśniały 
i udoskonalały, są to rzeczy służące do należytego 
zrozumienia ich dzieł i stanowiska, na które u nas 
dotąd mniej zwracano uwagi. niżeli w innych litera- 
turach, gdzie o każdym sławniejszym pisarzu, cho- 
ciażby należącym do liczby drugorzędnych, znajdują 
się spisane całe tomy pamiętników, szczegółów, opi- 
sów, wspomnień anegdotycznych. Poznajemy tam 
człowieka, w jego stroju codzicnnym, w jego uspo- 
sobieniu powszedniem, zapuszczamy wzrok w głąb' 
jego duszy, poznajemy najskrytsze myśli i uczucia, 
leżące po za sferą dzieł przeznaczonych dla świata, 
a psychologiczne to studyum jest ważnem nieraz źró- 
dłem do ocenienia pobudek i tendencyi zawartej 
w dziełach, ciekawym dzieł tych komentarzem, nawet 
i dla zwykłego koła czytelników, nie mających w le- 
kturze tego rodzaju celu głębszych badań psycholo- 
gicznych. Anegdotyczny ten, że je tak nazwę, rodzaj 
pamiętnik6w, przenosi nas w towarzystwo ludzi zna- 
komitych, a w tem zbliżeniu otacza jakąś lepszą, 
szlachetniejszą atmosferą. Z jakąż naprzykład przy- 
jemnością czytają się listy Odyńca o :Mickiewiczu. 
Zapewne, że jednego tylko mieliśmy :Mickiewicza i nie 
każdy posiada pióro Odyńca, ażeby mógł stworzyć 
równie ciekawy pamiętnik, chociaż okoliczności doz- 
woliły mu obcować z którym ze znakomitych ludzi 
naszych, poznać go bliżej w ściślejszem kółku rodzin- 
nego i towarzyski(>go pożycia. Zawsze wszelako 
znajdą się w takim razie ciekawe i godne powt6rzenia 
szczegóły, chociażby drobiazgowe na pozór, bo wyni- 
ka to już z istoty rzeczy, iż wszystko, cokolwiek do- 
tyczy ludzi geniuszu lub talentu, którzy potęgą ducha 
i pracy umieli się wznieść nad poziom pospolity, ma 
\V sobie szczeg6lniejszy urok, czyta się ciekawie i roz- 
pamiętywa z przyjemnością. Ktokolwiek więc mial 
sposobność zbliżenia się do takich ludzi, nie powi- 
nienby jej uronić, lecz starać się o zachowanie tych 
drobnych rysów, z kt6rych stworzyć się może sylwe- 
tka drobna, o większem podobieństwie rysów, niż pre- 
tensyonalnie na wielki rozmiar i z szumnym artysty- 
cznym przyborem malowane portrety. 
Znałem przez wiele lat Karola Szajnochę, pozo- 
stając z nim w blizkiej zażyłości. Poznałem go bę- 


dąc jeszcze wyrostkiem, kiedy zamiłowanie literatury 
zaczynało 
 chłopięcej piersi gorącem budzić się 
uczuciem i wprowadziło mnie w grono młodzieży tem- 
że samem pragnieniem przejętej i t:!:orli wie z zapałem 
ascetycznym niemal, około własnego krzątającej się 
kształcenia. Szajnocha, b
dący grona tego niejako 
kierownikiem i wyrocznią, znacznie starszy ode mnie 
i już wówczas oddany surowej i poważnej pracy, po- 
siadający już pewne imię, przynajmniej w ścisłe m 
kółku literackiem miejscowem, był mi początkowo 
wzorem i przewodnikiem w zawodzie literackim. Je- 
mu zawdzięczałem, tak wówczas, jak później, nieje 
dną pożyteczną wskazówkę, niejedną uwagę, pobu- 
dzającą do badań w tym lub owym kierunku, będącą 
nieraz źródłem całego szeregu nowych myśli i poglą- 
dów. Z czasem stosunek ten pomiędzy nami utwier- 
dził się i przeobraził w serdeczną przyjaźń, której 
pamięć tkwi w gł
bi mej duszy, niezatartćm' nigdy 
uczuciem. 
:Mało który z uczonych, z ludzi pióra i myśli, do- 
znał za żyda już tak wielkiego powodzenia, uzna- 
nia i sławy, a przy tern takiego, mało powiedzićć po- 
ważania, tak wysokiej czci, jak Szajnocha. Krytyka 
sp6łczesna oddając dziełom jego należną sprawiedli- 
wość, podniosła je do tej wysokości, iż stanął 
w pierwszym rzędzie, jako uczony badacz i dziejopi- 
sarz, a stanowisko jego tak w literaturze, jak w życiu 
publicznem i prywatnem otoczone było takim nimbem 
czci powszechnej, iż co się może nigdy i nigdzie nie 
zdarza, żadna potwarz ni zawiść nie ośmieliła si
. 
choćby najdrobniejszym zarzutem, chociażby jednem 
kłamanem słówkiem zaćmić tej nieskazitelności cha- 
rakteru, która, jak kryształ czysty, jaśniała przez wszy- 
stkie koleje życia, do deski grobowej. Istotnie posiadał 
Szajnocha nieJ:wykłe przymioty, któremi wywalcz.rł 
sobie to stanowisko. Przymiotami temi była najprzód 
żelazna wytrwałość w pracy, pracy nieustannej, usil- 
nej, pochłaniającćj Wsz)'stkie nicmaI godziny dnilL 
i nocy, pracy można powiedzićć namiętnej, dążącej 
nie znużenie do wytkniętego celu, a będącej koniecz- 
nym warunkiem uskutecznienia rzeczy wielkich w każ- 
dym zawodzie. Takiej pracy i wytrwałości nie zda- 
rzyło mi się spotkać nigdzie więcej przykładu. Po- 
chłonęła ona całe życie Szajnochy, lecz przez nią 
dobił się świetnego w świecie uczonym stanowisko, ; 
ona uposażyła umysł badawczy rozległą erudycyą 
i opromieniła blaskiem genialnym, który się odbił 
w dziełach jego. Drugim odznaczającym go przy- 
miotem. był charakter n.iepodległy, samoistny, spar- 
tańska siła ducha polegającego zawsze tylko na sa
 
mym sobie, nie dająca się ugiąć nikomu, przed nikim 
i niczem, połą:czona z wielką szlachetnością uczucia, 
dobrocią i gotowością podania pomocnej ręki każde- 
mu rzetelnie na to zasługujl}cemu. Pod szorstkim 
pozorem nieugiętego charakteru, była to pierś przc- 
pełniona tkliwością uczucia, przyjaźnią do poświęceń 
gotową i wyrozumiałą łagodnością względem innych, 
jeżeli ich położenie i postępowanie nie wypływało ze 
złych pobudek, bo w takim razie był nadzwyczaj 
draźliwy i nieubłagany w potępieniu. 
To były główne cechy charakteru, znamionujące 

zajnochę, które w drobnych szczegółach powsze- 
dniego życia poniżej przytoczonyeh uwydatnione, 
tworzą wizerunek człowieka nie zwykłej duszy, będą- 
cy IJięknym do naśladowania wzorem. Jakże mało 
podobnych ludzi, a powiedzmy otwarcie, bez apatyi 
i niechęci, jakże mało w pokoleniu dzisicjszem nawct 
pojęcia i uczczenia owych przymiotów, będących ma- 
teryałem, z którego się wielcy urabiają ludzie. 
Było to około roku 1840 wc Lwowie. Życie li- 
terackie skupiło się tam wówczas około Józefa: Bor- 
kowskiego, oryentalisty i poety, u którego gromadzi- 
ło się grono ludzi krzątających się około podniesienia 
literatury i tworzące jej nowy zawiązek. Każdy 
z nich zaświetniał już talent(>m, lub gorliwą pracą na. 
tem polu. N ależeli do tego koła Bielowski, Leszek 
Borkowski, młodszy brat Józefa, :Magnuszewski, 
Przyłęcki, Wagilewicz. Z tego koła bił prąd ożyw- 
czy, mający odrodzić życie literackie w Galicyi; 
z niego wychodziły pojawiające się od czasu do czasu 
prace zbiorowe, w których tkwiły zarody nowych 
dróg, nowych dążności, Ziewonia, Pr e literackie 
i Album na korzyść pogorzelców RzeszrJwskich. U stę- 
powali w cień przed tym zastępem nowych potęg 
i młodzieńczych talent6w dawni koryfeusze, starzy 
rutyniści, J aszowski, Zubrzycki, a na ich czele Jan Nep.
		

/012.djvu

			8 


K Ł O S Y. 


[Nr. 470. - Tom XIX.] 


r 
ł 
l 


Kamiński, zajęty już tylko redakryą Gazety lwowskiej 
i wychodzących przy niej Rozmaitości, będących 
przez długi czas jedynem literackiem, jeżeli tak naz- 
wać można, pismem w Galicyi. które wszakże nie 
wystarczało już budzącym się nowym 
prądom i potrzebom literackim. Kół- 
ko literatów gromadząre się u Bor- 
kowskiego, żałożyło pod firmą i za 
staraniem zacnego Tomasza Kulczyc- 
kiego, krawca, pismo pod nazwą 
Dziennik mód paryzkich, wychodzące 
dwa razy na miesiąc w małym arku- 
szu, gdzie obok opisu kroj6w i koloro- 
wanych rycin mód, mieściły się po- 
wieści, poezye, rozprawki krytyczne 
i rozmaitej treści literackiej artykuły 
obu Borkowskich, Magnuszewskiego, 
Dzierzkowskiego i innych bardziej 
początkującycych pisarzy, garnących 
się pod skrzydło owego grona do- 
świadczeńszych , posiadających już 
imię i zasługi na polu pisarskiem. 
W Dziennikit mód pojawiły si
 też 
pierwsze próby pi6ra Szajnochy. Re- 
dakcy
 dziennika przez dłuższy lat 
przeciąg prowadził Bielowski. Pismo 
to jakkolwiek stosownie do okoliczno- 
ści ówczesnych, w drobnym rozmiarze 
wydawane, bardziej belletrystyczną 
miało cechę, zawierało wiele pi
knych 
rzeczy i w og61e posiadało pewną 
świeżość myśli i natchnienia, znamio- 
nującą młodzieńcze siły, pełne życia. 
Obudziło ono żywe zajęcie, zwłaszcza w kółkach mło- 
dzieży żądnej wykształcenia, którego nie dawał lichy 
system 6wczesnych publicznych szkół austryackich, 
garnącej się przeto tern gorliwiej do lit(>ratury. Po- 
mocnym Bielowskiemu około zachodow redakcyjnych, 


tym sposobem naturalną koleją rzeczy pośrednikiem 
pomiędzy ową sferą posiadająrą już ustaloną powagę 
literacką, a naszem gronkiem studenckiem młodzieży, 
przejętej namiętnem pragnieniem nauki dla utorowa- 
nia sobie drogi w zawodzie literac- 
kim, - szukającej przeto z upragnie- 
niem wskazówki, przewodniej rady, 
objaśnienia. Z przyjemnością dowia- 
dywał się Borkowski od swego lektora 
o młodem kółku pracowników, biorą- 
cych się gorąco do nauki i zaprawia- 
jących do pióra, a gdy mu parę wier- 
szyk6w naszych przeczytał Jaworski, 
przysłał nam przez niego wiersz któ- 
regoś poety niemieckiego, w stylu 
oryentalno-biblijnym do przetł6ma- 
czenia, niejako na pr6bę talent6w na- 
szych pisarskirh. Był to zatem wy- 
ścig literacki, do którego rzuciliśmy 
się z ochotą, i trzech z nas, Jakób 
Zakrzewski, Jaworski i ja przetł6ma- 
czyliśmy wiersz przysłany i posłaliśmy 
pod sąd Borkowskiego. Najlepszy 
przekład był Zakrzewskiego, który ja- 
ko znacznie starszy od nas wszystkich, 
podówczas już urzędnik w prokura- 
toryi, najwięcej posiadał wprawy 
pióra i rzeczywiście później kilka poe- 
matów Byrona, Parizynę, oblężenie 
Koryntu i Więźnia Czyllonu dobrze 
przetłómaczył. Co do sądu Borkow- 
skiego, ten nie wypadł przychylnie, 
każdy z Jlaszych trzech przekład6w 
miał swe zalety i wady, ale żaden nie zachował cha- 
rakteru biblijnego, znamionującego styl i nastr6j 
oryginału. Taki był wyrok Borkowskiego, kt6ry 
nam wiele a wiele dał do myślenia, nad istotą i wła- 
ściwościami charakteru biblijnego w poezyi. 


'" '" "'" 

r: Iii I ! I" ,
 ' 
,'
 I" I ',!l' ! 
, 
<, 
 ::
 ,.; '. ,')J ", ' 
",:, . 
,,-\I\
 \ , ,\."..,:. ,J' 
, , \ ,\;:\."T . \,' ., . . . 
, ., \
 r. -,- <.,' . , 
...
 
 
y \
 '" ',I, \ I b, ' " '\I,,' . 
 ',', '':'''''\.',1 
/' 
 .... : ł i"
 ',-": ,.,,1 '
,' 
 
'," ;' 
 ',,' : (Ji,[ ...' , :' , (
I.,)' II:! 
Y;', \\ \\\\ 
 \'1 I \r., 1"'.1,, .
\ altlf' 
 I 
f} /;
 
 
 . ;,.. \
\ >,," I,>" 'fi, ",,,tł '" 
 . 
 ." 
 / 

 , 
 ','.I
 ,1,', 
 ... '" J 
 r'---:""
 
I . /, 'f-' I .,..
", !i,:! I -. . - - 
V .fi I "jD-i -- --I J--, '" '-. - -, 
 
,. ; 
I -:r- ,-- I ..""-- 
I 
 ł - 
./i I 
 
,--_ 
---r; ,7 
 
/' 
 /
V'
7 Cf1T1
tk//Iv',-r::
- -- -;
__ 
.-7 J._
 __ -- -. ..- 
-? cr r!p- - 


I 
 
\. " 
I 


\" 
'l, , 
ł
 


'-,.
, .. 
,
 .';' 


'i' 



_ 

-.- '. 

 _. , \ - 
 łr 
/
/
'- iV 
 
J...' 
0-v--, .1 '/Ii" 
-- I -:?- ...., 
 
 '\ Ij J II 


_ . "c..,... 
 
 - 1 I 
'\ I
 
-
'I \ I", lit {' 

 -vJ"" / .. 
 ",,, 
- '"" . 


w owych pierwszych chwilach założenia Dziennika 
mód, był Apolinary Jaworski, słuchacz filozofii. mie- 
szkający u Józefa Borkowski
go, żyjący zatem 
w atmosferze całego ówczesnego ruchu literackiego, 



( = =-- 



 


Il.J.;r'l,r 
El
'" 
. I&:<.
 
f.J.Jfr" ."", 
\
 
 
. 

 =-- -----= J, / 

 
 -::;-:-- --= -- 
" - - 
. 
 c::-- 

- 
 - " 
'
_ - 
_ 'O 


'" 
. " 



- 



 
I) 
 
I /I'
'I! . 
IIII
' ;- 



-
- 
, 

 
-
::--. .... 
-=.. ......... 





 


",' 


-'
 


-I' 


== 



 .::..
 


'-=- 


t 2 'l50) 
Prz3'rząd używany przez K. Szajnoclu
 (10 pisania, 
po utracie wzroku. 


i mający sposobność przysłuchiwania się wszystkie- 
mu, o czem tam rozprawiano i około czego się krzą- 
tano. Serdecznie zazdrościliśmy tego szczęścia na- 
szemu koleżce, który nam udzielał literackirh wiado- 
mości i poglądów, jakie tam zasłyszał. Stał on się 


.. 
, ' 


.;;- 


.->-... :-....:..
..
 . 


.......:.;;f - 


. 
. 
JIof..'\ \ 
.A' . 


. '\ 


.łI.' ,{ 
...1, 



.., 


y. 
.' 
> ::1 



. 
, 


I 
,-' I
 
' . " 

" . . 
" /I :'. , 


\ 1ft 


'
/ 


,/' 1\ 
\v - 
/' br ,' 
. , ....Ą 
J , 


- 
" 


, 
.
:.:' 


" 


\, 


I 
l,,.: I 



2-?, 

j/ , 
j
 
[.-: -ł'i?p7 
.
 
 'I 
" 


, , 


'I l' , 

 1&,1" 
, " .',i! 
.. J.,I 
't, 


), "I 
. I 
;, 


. ':--. I 
I /' 
( 
I 



 . 
 
" 1 
" 
Ij 
 
" , 
fI t' . " , ..' 
.... 


.\, 


I 
 i 
J ), I " 'I . I r J'
 
, (I, \, ,I ',lir .. ':', ", 
',/ . J r
 
 1
1' 1 " ,,\ , 
j.! ulI!. I
 ... ,.' "'III.', 
I t'!' J .. "I P rP' 
. I 'Ł 
 
 . I 
::----- - 


- 
-;.---1,' 


I 
_v.' 


;;; 
:::. 


Pastuszki. 


Szkic J. Szermentowskiego. 


... 


I
 \ ł 


./ 


:II' 


I 

 fi 
I 
- I 
Al/lit ' j ' 
"V': 
1// 
/ 


j, 
I, 
J 
1\., 


" 


. 
. ,!f, 
. 1 


, 
. 


, ' 
, 


... 


I 
" 


",.,
 


)$ 
/j' 
-
 .
 
- 
 


 
(2751) 


- 
- .
		

/013.djvu

			ł 

 


[Nr. 470. - 'fom XIX.1 


Najwięcej talentu poetycznego w naszem kółku 
posiadal Marceli Skałkowski, pozostający od 
aw:n8 
w przyjaźni z Szajnochą, a i mój serdeczny przYJaciel. 
Był to młodzieniec prawdziwie poetyckiego usposo- 
bienia, umysł szlachetny i pragnieniem wiedzy 
rze- 
jęty. Posiadał łatwość pióra, a w poezyach Jeg?: 
których już wówczas wiele napiRał, brzmiał nastroJ 
rzewny i świeżość pieśni ludu. Wiersze jego pom- 
niejsze były drukowane w :f.)łowianillie, Dnie
trzance 
i I Jziellllikzt mrJd Kulczycklego. ::3kałkowskl prze- 
niósłszy się później dla dalszych studyów do Wiednia, 
uczpszczał tam na politechnikę, a obok studyów real- 
nych, przedsiębranych dla chleba, mających mu .za- 
pewnić utrzymanie, \/;ajmował się gorliwie badamem 
starożytnych źródeł historycznych Herodota, Strabo- 
na, mających mu dostarczyć zasobu do poety
z
yc
 
utworów, których plany snuły się w mło
Zlenc
eJ 
wyobraźni. Wróciwszy po ukończeniu politechnIki 
do kraju, padł niewinnie ofiarą wypadków r. 1846 
w Tarnowie. Oprócz Zakrzewskiego i :Marcelego 
Skałkowskiego, najwięcej poetyckiego talent? w na- 
szem młodem kółku posiadał Leon Wiktorow
cz, sł?- 
chacz wydziału filozoficznego na uniwersytecIe. Nie 
miał on b
j łatwości i potoczystości pióra co Zakrzew- 
ski, tej lotności fantazyi co Marceli, pisał mało: ale 
poezye jego były głębokiem nacechowane UCZUCiem, 
posiadały ton rzewny, melancholijny, bez sentymen- 
talności chorobliwej, głębię poetyckiej refleksyi, bę- 
dącej własnością piór wytrawnych aniepospolitych ; 
tak, że gdy Jaworski przyniósł pewnego razu 
or- 
kowskiemu do odczytania parę jego drobnych wle
- 
szyków, nie powiedziawszy czyje były, Borkowski, 
kt6ry lubiał chlubić się tem, iż pozna każdego pol- 
skiego autora po stylu, wziął je za poezye Dominika 
Magnuszewskiego, a gdy mu Jaworski odczytał 
wiersz: Do ułudy, kończący się następującą strofą: 
O! wróć ułudo, wróć chwilo zapału! 
Jak straconą kochankę powitam cię czule! 
Z tem uniesieniem, z tą potęgą szału 
Do wdowiej piersi jak dawniej IJrzytulę. 


- Ależ to wiersz Domcia, Domcia naszego ko- 
chanego! - zawołał Borkowski. - Któżby nie po- 
znał po kaźdóm slo,,, ie ? Zkądeś ty to wyrwał, aby 
nas mistyfikować? 
Oczywiście, iż ta pomyłka była wielkim tryumfem 
dla Wiktorowicza i ogromnie go jako poetę w oczach 
naszych podniosła. 
Najstarszym w naszem gronie, a nadto najobfit- 
5zyrn i naj wytrawniejszym już wtedy pisarzem był 
Szajnocha. N aj więcej też artykułów jego było już 
drukowanych, a obok powiastek i poezyj, któremi za- 
Czynał podobnie jak wszysC) prawie zaczynają swój 
zawód pisarski, oddawał się już \\ tedy gorliwie hi- 

toryi i pisał w tym przedmiocie rozmaite rozprawy 
l rozprawki, po których można było w ich autorze 
przewidzieć znakomitego z czasem pisar
a. 
- Szajnocha -powiadał o nimBorkowski-nie 
Posiada jeszcze dzisiaj dostatecznej erudycyi. ale ta- 
lent to potężny, a przy jego pracowitości i kierunku 
który oLrał, za lat sześć, obaczycie, jak znnkomitym 
będzie pisarzem w zawodzie historycznym. . 
I nie omylił się Borkowski, - przepowiednia 
Sprawdziła się niemal co do godziny. Za lat sześć 
wyszły pierwsze prace historyczne Szajnochy w Bi- 
bliotece Zakładu ilU. Ossoliliskich, które zwróciły nań 
Uwagę świata uczone
o. On jeden z całego tego na- 
Szego studenckiego kółka, wzniósł się na rzetelnie 
\V)żlize w świeeiE} naukowym stanowisko. Innym 
Czasu zabrakło. Smierć zabrała wszystkich w mło- 
dzieńczym wieku, przecinając przedwcześnie nić prac 
rozpoczętych i świetnyeh nadziei. W lat parę pierw- 
szy umarł' na suchoty Wiktorowi cz. Wkrótce potem 
S
ałkowski padł pod ciosami zbójeckiemi. Żaden 
Ill
 dożył wieku Szajnochy, który znękany cierpienia- 
łnl fizycznemi, zszedł ze świata także nie przekro- 
cZ.Ywszy ,ś.redniego okresu życia. Gdy spojrzę w ową 
Pł.zeszłosc lat moich chłopięcych, same już tylko 
WIdzę mogiły. Trumienna deska przygniotła skronie, 
natchnione twórczej myśli potęgą, piersi gorejące 

ulka.nelU uczuć podniosłych, gotowe do walki z ży- 
c
ern I przeciwnościami, w drodze ku celom, które im 
z. !tla urocz6m P romienił y światłem P rzedwcześnie 
Cleln .. , 
nosClą g:robu przyslonięte. 
Po raz pierwszy zszedłem się z Szajnochą u Mal'- 


K :p, O 8 Y. 


9 


celego Skałkowskiego. Było to na przedmieściu konary. Dziś jeszcze, ilekroć mi się zdarzy przecho- 
Łyczakowskiem, w małym domku, w izdebce pod dzić tamtędy, widok tej chaty pochylonej ku ziemi, 
strychem, zapełnionej mnóstwem książek i najroz- tej lipy, która sama jedna z całego otoczenia zacho- 
maitszych szpargałów, rozrzuconyclJ po wszystkich ką- wała niezmiennie swą dawną powierzchowność, wy- 
tach. Stół z prostych desek zbity, zapełniony książ- wołuje w mej pamięci Ż)wy obraz owych czas6w 
kami i papierami, dwa stołki drewniane, tapczan za- i osób, o których bez rozrzewnienia pomyśleć nie 
miast łóżka, niedopalona świeca w małym mosiężnym mogę i owych pierwszych moich u Szajnochy odwie- 
lichtarzu, oto były wszystkie sprzęty i ozdoby tej iz- dzin. 
debki, z której okna roztaczał się rozległy widok na Zajmo\\ ał obszerną izbę po prawej stronie chaty, 
cmentarz Łyczakowski, Pohulankę i wieniec wzgórz która to izba całą jćj lepszą stanowiła połowę. Po- 
okryty('h domkami i ogrodami, ciągnący się półkolem dłogi w niej wprawdzie nie było, ale okienka porząd-. 
po za Stryjskie przedmieście. Domek był otoczony nie po stolarsku zrobione, wpuszczały więcej przy- 
ogródkiem, a że to było w maju, więc przez otwarte najmniej światła, niż to zazwyczaj po innych podo- 
okno dolatywała woń bzów rozwiniętych i świeżość bnych chatach bywa. Pod ścianą stał tapczan zasła- 
wiosennego powiewu, mile rzeźwiąca piersi i umysł. ny siennikiem i kilimkiem, obok niego stolik zarzu- 
Czytaliśmy jakiś komentarz do Szekspira, objaśniając cony książkami i rękopismami, a wokoło izby ław- 
go ze swej strony rozmaite mi uwagami, gdy w po- ka, tworząca cały jej zresztą sprzęt i ozdohę. Poł'owę 
śród tej gorąco prowadzonej dyskussyi, zaskrzypiały izby zajmował ogromny piec I)iekarski, jaki zazwy- 
prowadzące na stryszek schodki i wszedł Szajnocha. czaj bywa po chatach naszych włościan, około niego 
Był wzrostu nizkiego, budowy krępej, nieco pochylo- obiegała służl}ca za kanapę gliniana przyspa, na któ- 
ny, którą to pochyłość uwydatniały bardziej jeszcze rej usiadłszy rozpoczęliśmy żywą literacką rozmow,:,. 
napuód wydane ramiona. Głowę miał dużą, twarz Szajnocha pokazał mi parę swych prac ostatnich 
śniadą starannie ogoloną, z czarnym nteco podstrzy- w rękopiśmie, co mi hardzo pochlebiło i zdziwiło, gdyż 
żonym wąsem, oczy ciemne, wyraz oblicza łagodny wiedziałem, jak mało w takirh rzeczach był udzielający 
i poważny, przybierający często uśmiech ironii, gdy się i jak nie łatwo było komukolwiek pozyskać jego 
mu się co nie podobało. Włosy już wówczas bardzo zaufanie w tym względzie. Zdaje się, iż czynił to 
rzednące, miał króciutko, przy samem czole ostrzy- wówczas dla zachęty i przykładu, widząc we mnie 
żone, aby dalszemu zapobiedz wypadaniu, co jednak młodzieniaszka, gorejącego żywą chęcią kształcenia 
nie pomogło, gdyż w lat kilka później, w bardzo się i oddania zawodowi literackiemu. K apisał on był 
młodym jeszcze wieku, zupełnie prawie wyłysiał. już w6wczas wiele rzeczy obszerniejszego rozmiaru, 
Na pierwsze wejrzenie Szajnocha nie czynił sympa- nigdy niedrukowanych, które sam później po nisz- 
tycznego wrażenia. Był on z pozoru szorstki i suro- czył; kilka mniejszych i większych powieści, z kto- 
wy w obejściu, i bliższa dopiero znajomość dawała rych jedną, tom spory obejmującą, pokazywał mi 
w nim poznać obok siły i stanowczości charakteru, wówczas na czysto do dl"Uku przepisaną. Napisał był 
umysł tkliwy, pełen dobroci i uczynności, ale wów- także wiele rzeczy wierszem. Bzajnocha obok daru 
czas tylko, gdy ten, który się doń zbliżał, posiadał refleksyi i wrodzonej trzeźwości spostrzegawczej, nie 
jego szacunek i zasługiwał na zaufanie i otwartość. zawsze chodzącej w parze z poetycznemi porywami. 
Szajnocha przywitał się serdecznie z :Marcelim, posiadaJ: ",iele poetycznego usposobienia w duszy, 
uprzejmie ze mną. Bielowski wydl"Ukował był jedną wiele wysoce idealnego poglądu i t\\Órczej fantazyi. 
i drugą małą powiastkę moją w Dzienni/at mód pa- kt6ra przedmiot nieraz suchy z natury, opromieniała 
ryzk'ł-cll, i wspomniał o mnie Szajnosze. Byłem mu prawdziwie IJOetycznemi Larwy i w żywych plastycz- 
więc trochę znany, jako już 
. likowany literat ril spe. nych uwydatniała kształtach, jak to w j£'go hi- 
Po kilku słowach, po załatwieniu jakiegoś krótkiego storycznych dziełaeh widzimy. Posiadał przytem 
interesu literackiego z 31arcelim, wychodząc zaprosił wielką łatwość wierszowania, co było pobudką, iż 
mnie bym go odwiedził, a mieszkał wówczas w jednej za młodu pisał poez) e, a potem kilka dramatów histo- 
z chat włościańskich przy drodze wiodącej do lasku rycznych wierszem, z których dl"Ukowany był Jerzy 
W 
gleńskiego, czyli na tak zwaną Pohulankę, daleko Lubomirsh i ustępy z Maryny ftIJliszcMwnej. Z tem 
za miastem. pod samym już prawie laskiem, jak to wszystkiem Szajnocha nie był po(>tą, w wm rozumie- 
mówią na świeżA/n po';;z'etrzzt. Brak funduszów znie- niu, jak zwykle bierzemy. Oprócz kilku pomniejszych 
walał go wynosić się każdego lata za miasto, na to prześlicznych wierszyków lirycznych, z czasów mło- 
świeże powietrze, pomimo, że utrzymując się z lekcyj, dzi.,ńczych, ani poezye jego, ani dramata, nie mogły 
codziennie, z wyjątkiem niedzieli, zlDuszony był od. się liczyć do pierwszorzędnych utworów tego rodzaju, 
bywać daleką, a podczas słoty, nawet bardzo uciążli- jakoż Z\\ r6ciwszy się wyłącznie do prac ściśle nauko- 
wą wędrówkę do miasta i dopiero na zimę, gd) już wych historycznych, zaprzestał oddawać się poezyi, 
niepodobna było myślM o takich codziennych prze- a natomiast duchem jpj opromienione zostały wszyst- 
chadzkach, przenosił się znów na mieszkanie do mia- kie jego !)I'ace dziejopisarskie. 
sta, z wielkiem wysileniem kieszeni, bo lekcye wów- W porze, o której mowa, zajmował się tłómacze- 
czas licho płatne, mało co przynosiły, a praca lite- niem pieśni serlJskich i wiele z nich przełożył był 
racka żadnych nie dawała dochodów. Epoka honora- wierszem nierymo\\ ym, usiłując zastosować się ściśle 
ryów literackich później dopiero nastąpiła, z obudze- do oryginału i zachować jego prostotę, do czego zda- 
niem się ruchu dziennikarskiego, gdy prassa peryo- niem jego nie nauawał się przekład rymo\\y. PrzJ- 
dyczna zapotrzebowała nieprzer\\ anego zasobu ma- '" iązywano podówczas do tych pieśni pod względem 
teryałów i co za tem poszło, stałych współpracowni- literackim niezmiernie wielkie znaczenie, jak w ogóle 
ków. Pierwszem honoraryum literackiem we Lwo- do pieśni ludu. Uważano je jako źródło mające odro- 
wie, była sztuczka na kamizelkę, dana przez krawca dzić literaturę, a mianowicie poezyę, przez wprowa- 
Kulczyckiego, Wagilewiczowi, za poezye i uczoną dzenie do niej now) ch żywiołów swojskićj prostot} 
jakąś rozprawę dostarczoną do Dzt"ennika mód, a dru- i uczuć rodzinnych, od których oddalała się pieśń pod 
gićm trzydzieści guldenów zapłaconych przez księga- natchnicniem sztucznej tworzona cywilizacyi, na 
rza 
Iiliko\\ ski ego. Józefowi Borkowskiemu, za l)rze- gruncie poj
ć abstrn.kcyjnie kombinowanych i uczuć 
kład Bogów Grecyi Bzyllera, które z tekstem niemiec- nie płynących z głębi duszy, lecz kunsztownie wypie- 
kim wydał bardzo ozdobnie w osobnej broszurze, z 0- lł.:gnowanych, różni:!ca się od pieśni ludu tak jak 
głoszeniem nazwiska tłómacza, bez czego, pomimo kwiat cieplarniany o bladćj harwie, bez woni, od 
piękności przekładu, wcale drukować nie chciał. polnego kwiecia na wiosennem IJłoniu. Zwrót ku pie- 
Był dzień trochę mglisty, posępny, gdy korzysta- śni gminnej. był wtedy powszechny w literaturze i od 
jąc z zaproszenia, pewnego poranku wyszedłem, aby czasów Zoryana Chodakowskiego, fanatycznie, rzec 
odwiedzić Szajnochę w jego letniej willi na wiejskiem można, rozmarzał umysły młodego pokolenia literac- 
powietrzu. Dobre pół godziny, jeżeli nie wi
cej, h:;ć kiego. Niedawno wtedy wyszedł był zbiór pieśni l
du 
było potrzeba, aby się tam dostać. Po lewPj stronie Wacława z Oleska i trzytomowy podobny zbiór Ze- 
drogi wiodącej na Pohulankę, stoi chata obszerniej- . goty Paulego. Przyjmowano je z uniesieniem, a pie- 
sza od swych sąsiadek, a wówczas i pozorniejsza od senka gminna, chociażby najniezgrabniej sklecona, 
nich okazalszą nieco powierzchownością, dzisiaj bar- koszlawa i szorstka, pozbawiona wszelkiego wdzi\,ku. 
di:o już podupadła, ku ziemi pochylona staruszka, nie posiadająca w sonie iskry poezyi, a czasem l'ro- 
w której mieszkał Szajnocha. Wokoło chaty był stego nfIwet sensu, dlatego tylko, że miala się uro- 
ogródek z owocowemi drzewami, dziedzińcz) k zarosły dzić '" uściech ludu, być podsłuchanI!: na jakiejś wie- 
zieloną murawą, otoczony żywopłotem, z bramką zbitą czornicy, lub u starego dziada lirnika, jako utwór sa. 
z desek, po nad którą s,:dziwa lipa poch)liła cieniste morodnego jakiegoś wieszcza gminu, teru samem na.
		

/014.djvu

			10 


K Ł O S Y. 


[Nr. 470. - Tom XIX.] 


bywała praw do poszanowania, unoszono się nad nią, 
zachwalano prostotę chropawcgo wicrsza i naciąga- 
nych rymów. 
Po ogładzonym aż do wylizania klassycyzmie, po- 
padnięto, jak zwykle bywa, w drugą ostateczność. 
Z pieśni gminnej wionęła świeżość romantyzmu; z u- 
pragnieniem pojono się tedy jej pięknościami, które 
czasem w niej rzeczywiście znachodzono, ale częściej 
wmawiano. Przewertowawszy 'Wacbwa zOleska 
i Żegotę Paul ego, poczęto za śladem chodakowskie- 
go i innych, rozglądać się w coraz rozleglejszym za- 
kresie, za owemi skarbami, przedstawiającemi się mło- 
dzieńczej fantazyi w tak uroczych barwach, blasku 
i świeżości. Z pomiedzy pieśni gminnych, najwyżej, 
niezaprzeczenie, stoją pieśni serbskie; do nich tl'Ż zwró- 
ciły się wszystkie młode umysły, szukające nowych 
żywiołów odrodzenia literatury, nowej treści i no- 
wych kształtów do zasycenia swej twórczej wyobraź- 
ni. Pieśni serbskie stały sil,; ideałem poezyi. Uno- 
szono się nad ich, jak powszechnie mówiono, pla- 
stycznością, nad prostotą i tkwiącą w nich siłą wyra- 
zu, pochodzącą z szczerego natchnienia, nad rytmem 
pieśni bohatcrskich i naiwną rzewnością piosnek mi- 
łośnych, przemawiających wdzięcznie do serca i wyo- 
braźni. 'rłómaczono je i naśladowano. Ze starszych 
poetów, począwszy od Brodzińskiego, tłómaczyli je 
Bohdan Zaleski, nawet 1\'lickiewicz, późnićj Bielowski 
i Lucyan Siemieński; zbiór Wuka Stefanowicza był 
jakoby Ewangelią adeptów młodej literatury, książką 
wyżej cenioną, jak nnjuczeńszc i naj pożyteczniejsze 
dzieła. W naszem kółku bardzo udatnie przełożył 
kilkana
cic pomnicjszych piosnek serbskich Wikto- 
rowicz, a Szajnocha powziął myśl, niedoprowadzoną 
do skutku, jak to się dzieje po większej części z pla- 
nami literackiemi, zwłaszcza młodzieńczemi, przeło- 
żenia wszystkich pie
ni bohaterskich wierszem niery- 
lllowym, odpo",iednim oryginał'owi, jakoż pokazał 
mi podówczas ukończoną właśnie Bitw(} lla Kossowem 
polu. 
Zajmował się on już wówczas bardzo gorliwie hi- 
storyą, obrawszy sobie jako cel główny zawód dziejo- 
pisarski. Rozczytywał się pilnie.w kronikach i zapozna- 
wałzmateryałami źródłowemi, wszelako głównie zaj- 
mowały go jeszcze dzieje powszechne i ogólne badania 
historyozoficzne. Zastałem go właśnie nad Duchem 
praw :Monteskiusza. Napisał tćż już był wówczas 
Dz'ł-cje powszechne starożytne, obejmujące w rękopiś- 
mie tom gruby, z kilkudziesięciu arkuszy złożony. 
Odznaczały się one tern, iż wykluczył z opowieści 
zupelnie chronologią, która, jak wówczas mniemał, 
przerywa niepotrzebnie tok wykładu i 11suje jego 
obrazowość. Oczywiście, iż zdanie to zmienił nieba- 
wem, przekonawszy sie, że chronologia jest niezbędnie 
potrzebnym drogoskazem dla zoryentowania się w cba- 
otycznem powikłaniu wypadków dziejowych i dla 
właściwego tychże uporząrlkowania. Ale w tej pierw- 
szej pracy swej historycznej, w owych dziejach staro- 
żytnych, których rękopism podzielił los innych pism 
początkowych, przepadłych w niepamięci i prawdo- 
podobnie puez samego autora zniszczonych, nie by- 
ło przytoczonej ani jednćj daty, a brak chronologii 
zastąpić miała synchronistyczna metoda opowieści. 
Okoliczność ta dowodzi, jak naj genialniejsze nawet 
umysły, wpadają za młodu zwłaszcza, na błędne drogi, 
jeżeli chcą być koniecznie oryginalnemi i wprowa- 
dzać nowości nieuzasadnione naturą przedmiotu. 
(D. c. 11.) 


Wystawa Rolnicza i Przemysłowa w Toruniu. 


(Str. 1.) 


Rok minął, kiedy w Toruniu, tern gnieździe ro- 
dzinnem Kopernika, obchodzono uroczyście jubileusz 
cztero-wiekowy narodzin genialnego astronoma, któ- 
remu cały świat naukowy zł'ożył swe należne hołdy. 
Ruch niezv>ykły obudził nieznane żyrie w tym sta- 
rożytnym grodzie, w dawnej ziemi :Mazowsza leżą- 
cym i w roku bieżącym. Ożywił się Toruń na nowo, 
lubo w innym celu. 
Właściciele ziemscy w Prusach i Wielkiego 
Księztwa Poznańskiego, powzięli myśl zacną wy- 
stawy rolniczćj. Komitet wybrany, a złożony z pp. 
Leona czarlińskiego, Michała Szczanieckiego, 'Vła- 


dysława Rodkiewicza, Zygmunta Dziadowskiego 
i Edmunda Donimirskiego, odpowiedział godnie swe- 
mu zadaniu. 
Wybrano plac na wystawę, po za miastem, nie- 
daleko bramy Chełm'l'ńskiij, nad szos są wysadzoną 
podwójnym szpalerem topolowym. Liczne rOzma- 
itych barw chorągwie powiewały na nim; główną 
chorągiew z herbem prowincyi umieszczono na wy- 
sokim maszcie, tuż przy orkiestrze. Plan wystawy 
wyraźnie odznaczaJ trzy główne jćj działy: obszerne 
targowisko z krzywą linią po lewej ręce, stanowiące 
jeden jej bok, mieściło w sobie wystawę ?olniczą,o 
dwa budynki stojące w jednej linii, chociaż dość 
odległe od siebie, głównie były przeznaczone na wy- 
stawę przemysłową; rozdzielały one targowisko, od 
przynajętego pola koniczyny, na które m umieszczo- 
no machiny rolnicze, i to stanowiło trzecią część 
wystawy. 
Dzień 2 Czerwca r. b. był przeznaczony na jej 
otwarcie, które stosownie do programu odbyło się 
o godzinie 10 z rana, przemową zastosowaną do oko- 
liczności i cclu właściwego. Wypowiedział ją p. 
Ignacy Łyskowski, mąż znany zarówno z wymowy, 
jak i pil,;knych zasług na polu obywatelskiem. 
Komitet z gorliwością godną uznania, nietylko 
zajął się przystrojeniem odpowiedniem miejscowości, 
ale nadto pomyślał o wygodzie i 110mieszczeniu licznie 
przybyłych gości, z dalekich nawet okolic. 
Do upiększenia i urozmaicenia widoku całego 
placu Wystawy, trybuny dla sędziów, i wejść do pa- 
wilonów wystawowych, znakomicie przyczyniła się 
fabryka wyrobów z lanego żelaza z Poznania A. 
Krzyżanowskiego, wystawieniem sześciu figur i zna- 
cznej liczby medalionów na przejściach. 
Własnym kosztem wystawił oddzielny pawilon, 
obywatel Zygmunt Działowski, w którym urządził 
wystawę broni, którą nazwać można hi!3toryczną. Tu 
bowiem oglądano broń ręczną od naj dawniejszej do 
najnowszej świeżo wydoskonalonej, i z Berlina na- 
desłanej. 
Chętny udział obywateli zbogacił niepoślednio 
wystawę. Jakoż ukau...
a się na niej znaczna liczba 
rassowych koni, wśród których przeważnie reprezen- 
towane były rassy trakeitska i angielska, mało dla 
ogółu użyteczne, a przy kilku ogierach arabskich, 
tylko jedna klacz czystej krwi polskiej, która kiedyś 
stanowiła chlubę stadnin krajowych, i na wagę złota 
byla ceniona, dziś zaś dla czczej wyścigów zaba",-ki, 
zapomnieniu oddana. Cztery źrebce litewskie, obok 
koni roboczych i włościańskich zwracały uwagę 
pra'Ydziwych ziemian. 
Swietnie przedstawiony był drugi oddział wysta- 
wy: Bydlo rogate, W blizko trzystu okazach. Najpo- 
waj:niej w tym oddziale wystąpił obywatel Alf?'ed 
Zawisza Czarny z TVarszewi1l, przedstawił bowiem 
trzydzieści sztuk bydła rassy Berneńskiej, różnego 
wieku. 
Inne okazy dawały wymowne świadectwo troskli- 
wości tutejszych ziemian, w podniesieniu chowu bydł!t 
rogat.ego, tak krów dojnych, jak i wołów roboczych. 
Niemniej zasobnie przedstawiony był dział trze- 
ci: Owce, których chodowla oddawna w tych okoli- 
cach z niezwykłą starannością byJa podtrzymywana; 
w następnym występowała nierogacizna, dziś tak chci- 
wie przez Prusaków zakupywana, a dalej drób', ten 
przysmak stołów naszych i podstawa gospodarstwa 
kobiecego. Niezapomni.ano i o wystawie psów, w roz- 
maitym gatunku. 
Pszczolnictwo, słabo było reprezentowane; dosta- 
wiono ule rozmaitej konstrukcyi i narzędzia pszczol- 
nicze. Sprawiedliwą była uwaga jednego z obywa- 
teli, który oceniał należycie całą wartość tej części 
gospodarstwa wiejskiego, gdy spoglądając smutnie 
na ten oddział wyrzekł: "widać, że polskie miody 
poszły w poniewierkę przy szampanie". 
Płody rolnirze, ogrodowe, leśne, surowe i prze- 
robione stanowiły dział osobny. Najprzyjemniejszą 
zgromadzeni znaleźli niespodziankę, w wystawie 
przez 11Rnią Helenę Slaską z Trzebcza bielizny stoło- 
wej . domowej roboty. 
Zniwiarki, przynoszącc tak wielką ulgę dla ludu 
rolniczego, stawały do konkursu, z krajowych nie- 
ukazała się żadna. 
Wystawcy otrzymali jako dowód uznania medale 
srebrne i brązowe. Długi ich szereg podał Tygodllik 
rolniczy w Nr. 25 z r. b. my tylko wspomniemy ko- 


óiety, obywatelki, które takowemi zaszczycone zosta- 
ły. Julia Działowska z Turzlla za konie: medal 
srebrny i list pochwalny; za drób' takież listy: Hele- 
na Donimirska i Marya Dziawwska; medal brązowy: 
Helena Slaska za bardzo piękną bieliznę stołową 
własnego wyrobu, o której wspomnieliśmy. 
:Wystawa 
oruńska, zacną i obywatelską myślą 
podjęta, wdowim groszem, bo składką ziemian wy- 
tworzona, zasłużyła sobie na powszechne uznanie 
i współczucie. Podajemy więc w załączonej rycinie 
cztery jej najwydatniejsze oddziały, dla zachowania 
w pamięci tego objawu, tak pocieszajacego w kraju 
rolniczym. . w. 


NAD BAJKAŁEM. 


Ustęp II Obrazów z podró
y "Za Bajkałem i na Amurse". 


PRZEZ 


D. .:T. 8ltachieje,va. 
Przełożył G. C. 


. . . W czasie długiego mojego pobytu w kra.ju 
Zabajkałskim, często zdarzało mi się przejeżdżać przez 
Bajkał w rozmaitych porach roku. 
Pierwszy raz wyruszyłem z Irkucka, w jesieni 
186.. r. W zimny i wietrzny dzień posuwała się mo- 
ja pow6zka ku Modrzewiowej przystani. Było to 
w połowie listopada, w chwili, kiedy bajkałskie statki 
parowe: stary weteran bajkałski "Cesarzewicz nast
p- 
ca tronu", który później tak smutnie zakończył swój 
żywot, i dwa nowe "Generał Korsakow" i ,.Hrabia 
1\'lurawiew Amurski" skończyły swoje obowiązkowc 
kursa i pływał'y po jeziorze tylko wtedy, gdy upatrzy- 
ły czas pogodny, i gdy się uzbierała dostateczna ilość 
ładunku do przewiezienia przez Bajkał. 
1\'limo dwudziestu pięciu stopni mrozu i późnej 
jesieni, neka Angara nie była jeszcze pokryta lodem; 
po nad nią unosiła się gęsta para, i szeroko rozście- 
łając się w mroźnem powietrzu, zalegała na powózce 
i śnieżnemi kryształkami obmarzała na mojej odzieży. 
Posuwaliśmy się naprzód, to dźwigając się w górę, 
to spuszczając się w dół po kamienistych wypukłoś- 
ciach górskiego podnóża; a im bardziej zbliżaliśmy 
się do Modrze"iowej przystani, Mm zimniejszy 
i gwałtowniejszy dął wiatr, tem wyraźniej dolatywał 
do naszych uszu głuchy szum fal Bajkału. W dali 
ukazało się ubogie nadbrzeżne sioło z drewnianą 
cerkiewką i rozległ się stuk toporów; na brzegu szła 
żwawo robota, budowano łódź. Ujechawszy nieco da- 
lej, znowu ujrzeliśmy buduj!!ce się łodzie; u brzegu 
stały także łodzie, krótkie, wysokie i bardzo kształtne. 
Nadbrzeżna ludność nazywa je "okrętami", nie zwa- 
żając na to, że te okręty mniejsze są od najlichszego 
czółna na Wołdze. 
Łodzie te przypominają bardzo statki chińskie. 
tylko, że nie są tak barwne i wzorzyste jak tamte. 
O wiorstę od wsi Nikolska, znajduje się przystań 
zwana l\lodrzewiową. Nazwę tę odziedziczyła ona po 
dawniejszem zimowisku, które było w tem samem 
miejscu, gdzie dzisiejsza przystań, a samo znów do- 
stało tę nazwę od modrzewiowych lasów, rosnacych 
na nadbrzeżnych górach. . 
Na brzegu Bajkału, do podnóża g6ry przylepił 
się dwupil,;trowy dom zajezdny. Bliżej Nikolska, od 
strony drogi, leżało dużo drzewa przygotowanego na 
nowe budowle. Z tego drzewa miały się budować 
nowe domy zajezdnc, jako pmdent do nowych stat- 
ków parowych. Ale tymczasem, w oczekiwaniu na 
nowe domy zajezdne, trzeba było stawać w starym, 
nie zważając na wszplkie jego niedogodności. 
Zbudowany on był prawdopodobnie w tym sa- 
mym czasie, kiedy pierwszy statek parowy ukazał się 
na Bajkale, a więc mniej więcej przed dwudziestu 
laty. Statek ów był poprzednikiem "Cesarzewicza na- 
stępcy tronu" i podobno zgorzał - tak przynajmnićj 
zdarzyło mi się raz słyszćć. Dom ten choć postawio- 
ny po czwartym dziesiątku lat bieżącego stulecia, wy- 
glądał już na zgrzybiałego starca; okna w górnćm 
piętrze miejscami były powybijane, okiennice powy- 
rywane, a resztki ich wisząc na z
rdzewiałych zawia- 
sach skrzypiały i wyły na różne tony, akompaniując 
szumowi fal Bajkału.
		

/015.djvu

			, 


[Nr. q70. - Tom XIX.] 


11 


. Czy budynek ten zestarzał się tak od jesiennych 
wiatrów, owiewających go ze wszystkich czterech 
s
ron; czy zniszczyli go jego opiekuno,,-ie i zarządcy- 
nie wiem, i nie pomyślałbym nawet o tern, gdyby 
ni.eporządna i ponura jego powierzchowność, nie wy- 
wlerał'a takiego smutnego i przykrego wrażenia. 
Powierzchowności tej odpowiadało zupeł'nie wnę- 
trze domu: stołki były połamane, stoliki o trzech 
nogach, kanapy z oberwanem i w strzępach wiszą- 
cem obiciem, krzesła bez poręczy, a czasami i bez 
IJleców; nigdy nie myta podłoga, krzywe, dziurawe 
d
ski, zapadające się pod nogami, jak klawisze forte- 
pianu; w ścianach szpary, przez które z przeraźliwym 
świstem wdzierał sie we\\natrz domu ostry jesienny 
wicher, i t. d. " . 
W szystL:o to dowodziło, że o tych, dla których 
właściwie zajazd }Jył zbudowany, nikt się nigdy nie 
tr?szczył, ani troszczyć si
 nie uważał za stosowne; 
zajazd jeden, wi
c nie ma obawy konkurencyi, a kto 
pr
yjedzie do przystani, rad nie rad musi się pogo- 
dZIć z tem co jest, bo choćby chciał, nie ma w czem 
przebierać. . . 
. . Wodze rządu tego zajazdu spoczywały w rękach 
Jakiegoś dymisyonowanego żołnierza, który w bufecie 
swoim nic nie miał oprócz wódki i słoniny. 
- Samowar molna nastawić, jeśli sobie pan ży- 
czy - zagadnął mnie zaraz na wstępie. 
- A zakasić co nie ma? 
- Zakąsi6? a dlaczego nie? l\Iożna, z przepro- 
szeniem, słoniny podać. 
- I cóż jeszcze? 
- Solonego ogórka można przynieść. ;PJososia, 
jeśli pan chce... wódki... A dużo tego podać? 
- A wi
cćj nic nie macie? 
-:- Jakto nic? Przecież panu mówi
: może być 
słonma, może być łosoś, może być ogórek... 
:Milczałem. 
:- '1.'0 ja przyniosę porcyą. 
. Zołnierz zwrócił się ku mnie pół obrotem, i trzy- 
maJąc się za uszak drzwi jedną ręką, ponuro wpatry- 
wał się w róg l)ieca. 
- Daj już lepiej samowar! 
.O
dawna nieczyszczony, pozieleniały samowar, 
c
aJnl
 ze zbitym dzióbkiem, filiżankę bez uszka, po- 
giętą. l zabrudzoną tacę, a wszystko to ogromnych 
rl)zmIarów, przyniósł żołnierz naraz, ale l)rzyniósł 
w sposób oryginalny: samowar trzymał w rękach, 

acę miał zawieszoną na guziku od kamizelki, a fili- 
zankę i czajnik, ku wielkiemu mojemu zdziwieniu, 
wyją;ł z obu kieszeni dziurawego surduta. 
- Czy ty i słoninę podajesz na stół z kieszeni? 
Zapytałem go. 
:- Nie... jak się zdarzy... 
. Zoł'nierz uśmiechnął się, i znowu oparłszy się 
l
ką o uszak drzwi, zaczął wpatrywać się w róg 
Pieca. 
. .- Dlaczegoż u was nie ma obiadu dla przy jeż- 
dzaJących ? 
Nie ma dla kogo gotować. 
- Jakto nie ma dla kogo? Dla przejeżdżają- 
cYch. 
- Kto teraz przejeżdża? Teraz uczciwy gospo- 


rz psa za drzwi nie wypędzi, a cóż tu gadać o prze- 
Jezdżających. Słyszy pan jak to morze wyje i huczy. 
- A kiedyż gotujecie dla przejeżdżających? 
- Kiedy? At, wiadomo, latem. Wtenczas to 

nóstwo narodu jedzie; codzień tego pełno, nie tak 
Jak t
raz - dwóch, albo trzech na tydzień. Wtedy 
gotujemy kapuśniak, dajemy kotlety, wino także 
trzymamy. Jak czasem najedzie się porządnych ludzi, 
a zachce im się czegoś osobliwego, dajmy na to zupy 

Ub czegoś podobnego, to pożyczamy kucharza u pana 
l re ktora. Latem zupełnie co innego. Latem zdarza 
:lę, 

 kupcy po dwa. i po trzy dni sobie tutaj. hulają, 
ameJ nalewki po wladrze na dzień wychodzI, a cza- 
S
In l szampańskiego każą dawać. Szampańskie także 

l dYre
tora bierzemy; on zawsze ma szampańskie 
d a 
wolCh przełożonych, naturalnie kiedy jako goście 
z
 nleg
 przyjadą. Oboźni *) także czasem zawitają, 
t a
zy Się, że który i harmonijkę ma ze spb,!:. W kar- 
l ;lę też wieczorami ogrywają, kiedy statku nie wi- 
a '. Ot 
atem, to zupełnie co innego. 
ZOł merz , widocznie pod wrażeniem miłych dla 
--- 


-) Oboźny, pr.tcwodnik obozu, tahoru. 


K Ł O S Y. 


niego letnich wspomnień, westchnął głęboko i za- 
milkł. 
- Więc słoniny nie trzeba? - zapytał po jakimś 
czasie. 
- Nie, nie trzeba. 
- A to ja przynios
 porcyą, z ogórkiem? 
- Nie, nie trzeba. 
- Wódki by się pan oto napił z drogi, to 
zdrowo. 
:Milczałem. 
Żołnierz pogładził ręką oddrzwia, spojrzał na 
mnie jeszcze dwa razy, westchnął zno" u głęboko 
i wyszedł. 
Oprócz ponurego domu zajezdnego, i oprócz bu- 
dowli, które miały być kicdyś domami zajezdnemi, 
na brzegu przystani, niedalcko zgrzybiałego zajazdu, 
stały jeszcze trzy albo cztery domki dla służby, i od- 
dzielny pawilon dla dyrektora żeglugi parowej. Wo- 
knach tego 11awilonu widać było firanki i kwiaty, 
i w ogóle powierzcho\\ ność jego stanowiła uderzają- 
cy kontrast z obdartym, na wpół rozwalonym domem 
zajezdnym. 
Umieściwszy się jak można było w ponurym za- 
jeździe, nie przyzwyczajony do ciągłego huku fal, 
okropnie męczyłem się przez cał'ą noc, a miałem 
przed sobą jeszcze trzy takie noce, jak mi to oświad- 
czył kancelista z bióra żeglugi parowej. 
Wszystkie trzy statki były na przeciwnym (posol- 
skim) JJrzegu, i tylko jeden z nich miał przyjść, stary 
parowiec "Cesarzewicz następca tronu"'. Dwa pozo- 
stałe rzadko w jesieni puszczały się na jezioro, i że- 
gluga niemi była niebezpieczna. W czasie burz je- 
siennycll, fale bajkałskie niemiłosiernie niellu kołysa- 
ły, kiedy jednocze
nie stary parowiec szedł sobie 
bardzo spokojnie i nie czerpał wody burtami. '1.'am- 
tej si ludzie mówili, że "Bajkał nie polubił nowych 
parowców; że nie przypadły mu jakoś do smaku". 
Tymczasem lJl'zyczyna tego była daleko l)rostsza. 
Obydwa parowce były mniejszego rozmiaru niż stary; 
przy budowie ich nie wymierzono wielkości bajkał- 
skiej fali, a panowie kierujący robotą troszczyli się 
t)lko o to, ahy nowe parl,wce mogły wpływać na 
rzekę Selengę. Zamiar ich był bardzo dobry: chcieli 
oni urządzić komunikacyę st.atkami parowemi aż do 
Striełki (70 wiorst od Kiachty), ale zamiar ten spełzł 
na niczem; parowce okazały się za wielkiemi dla Se- 
lengi, a za małemi i niedogodnemi dla Bajkału. Tak 
więc wymyślono wszystko, co tylko można było wy- 
myślćć najgorszego, i nie pozostało nic innego, tylko 
zapłacić za robotę. 
Zegluga parowa na Bajkale dotąd nie jest nale- 
życie urządzona; parowce się często rozbijają, psują 
się maszyny, ogień niszczy pokłady; potem się to 
wszystko potroszę naprawia, znowu się psuje i znowu 
się naprawia. Przyczyną tego, wedle zdania ludzi 
obznajmionych z tą sprawą, nie jest Bajkał, ani jego 
burzEI, na które zwykło się spędzać wszystko w takich 
wypadkach, ale poprostu nieudolność i nieum.iejętność 
zarządu żeglugi. Dość przypatrzćć się, jak po tym 
samym Bajkale dziesięć, albo i piętnaście lat pły" a 
sobie nie jedno stare czółno, a nie pali się, ani rozbi- 
ja, choć cała jego osada składa się z pi
ciu do sze- 
ściu ludzi. 
Nieumiejętność kierowania parową żeglugą pocho- 
dzi podobno prawdopodobnie ztąd, że właściciele pa- 
rowców często się zmieniają, a z nowym właścicielem 
zmienia się i służba. Czyż to dawno, jak parową żeglugę 
zaprowadzono na Bajkale, a ileż ona to już razy prze- 
szła przez ten czas z rtki do ręki! Najprzód należały 
parowce do pp. l\Iiasnikowych, potem dostały się pa- 
nu Benardaki, potem p. Rukawicznikowi, na jakiś 
czas stały się własnością cerkwi amurskich, a w os ta- 

nich czasach przeszły w posiadanie p. Chamino" a. 
Zyczyćby należało, aby choć w tych rękach pozostały 
dłużej, może przecie służba i robotnicJ pl"zyuczą się, 
i nie będą rozbijać i palić takich pożytecznych rzeczy, 
jak parowce. 
Zeglugą łodziami po Bajkale zajmuje si
 kilku 
kupców i mieszczan irkuckich, a najwięcej łodzi na- 
leży do włościan z powiatu Ilińskiego, z tej strony 
Bajkału. Łodzie przewożą w Zabajkałską prowincyę 
ruskie towary, sól i spirytus, a ztamtąd biorą hCt'batę 
i ryby. 
Łatwo zrozumićć, że rozwój żeglugi parowej na 
Bajkale, może być bardzo niekorzystny dla statków 
żaglowych, ale jednak zupełnie wyrugować ich nie 


jest w stanie. Przy łodziach pozostanie zawsze cały 
przemysł rybny, a po:części i przewózka towarów. 
Łódź bez l)Orównania mniej kosztuje od parowca, 
a zatem właściciel ł'odzi może daleko taniej przewo- 
zić to1'rar niż parowiec, i te towary, przy których 
\\ysyłce nie idzie o pośpiech, zawsze przewożone będą 
na łodziach żaglowych. Zapobiedz temu może po- 
woli tylko zniżona cena na parowcach, a dotąd jest 
ona jeszcze bardzo wysoka. Za miejsce w kajucie 
pierwszej klassy, za przcjazd stu. wiorst, płaci się 8 
rub., za drugą klassę G rub., za miejsce na pokładzie 
3 rub.; cena przewozu towarów wynosi 10 do 15 
i 20 kop. od puda, stosownie c.o umowy z biórem 
żeglugi i do ilości ładunku. 
Bywały takie wypadki, że zarząd żeglugi parowej 
znajdował się w bardzo lH'zykrem położeniu, widząc 
jak prywatne łodzie naładowane herbatą odpłJ wał'y 
w drogę, a parowce stały u brzegu bez zajęcia. Je- 
den z dyrektorów wpadł był na koncept, żeby nie 
sprzedawać biletów na l)rzejazd parowcem osobom, 
które towar swój wyprawiły żaglowemi statkami. 
Pomysł był rzeczywiście dowcipny, bo komuż chcia- 
łoby się kołysać na łodzi dwa albo trzy dni, a cza- 
sem i cały tydzicń, kiedy lJarowcern można zajechać 
za 7 - 8 godzin; cóż kiedy pomysł ten nie dOl)rO- 
wadził do pożądanego celu; podróżni umieli poradzić 
sobie na to, i wyrobili sobie od kogo wypadało taki 
bilecik polecający, że zarząd żeglugi parowej ci- 
chuteńko i zgodnie wydał im bilety na parowiec. 
Nazajutrz, po przyjeździe, udałem się pieszo do 
miejsca, w którem Angara wypływa z Bajkału; jest 
to niedaleko owej wsi, w której budowały się na 
brzegu i stały na kotwicach lodzie bajkałskie. 
Celem Jllojpj wycieczki było obejrzenie Szamań- 
skiego kamienia. 
Nazwa tcgo kamienia pochodzi ztąd, że jak zape- 
wniają Buriaci, mieszkają na nim ollgony, duchy nie- 
bieskie, z któremi w bezpośrednich stosunkach zosta- 
ją Szamani, osobnego rodu I)rorocy i czamdzieje. 
Każuy Buriat jest o Mm naj mocniej przekonany, 
i przejeżdżając brzegicm rzeki mimo szamańskiego 
kamienia, szepcze nabożnie swoje modlitwy i od cza- 
su do czasu spogląda z podełba na straszny dla nie- 
go kamień. 
W czasie burzy dokoła kamienia bełkoczą i pienią 
się fale rzeczne, rozbijając się w drobne br,yzgi 
i rozsypując się wysoko w powietrzu. 
Świętość Szamańskiego kamienia w takićm jest 
u Buriatów znaczeniu, że nie rzadko przyjeżdżają 
o 300 i 400 mil do tego mistycznego miejsca, ażeby 
zmusić swego rodaka, obwinionego o cokolwiek, do 
uroczystego wyspowiadania się na tern miejscu z swc- 
go przestępstwa. 
Przeprawiwszy się w łódkach przez rzekę do ka- 
mienia, Buriaci zmuszają obwinionego do wejścia na 
sam wierzch kamienia, i każą mu tam przysiądz, w o- 
becności niewiuzialnych duchów, że to co mówi, jest 
prawdą. Szum fal rozbijających się o kamień, wyso- 
kość po nad wodą, fantastyczność samego miejsca 
i zupełna wiara w obecność duchów niewidzialnych, 
wszy
tko to razem działa na nerwowy ustrój przysię- 
gającego, i winowajca po większej cz
ści nie może 
ukryć swojego przestępstwa, i ze strachem i drżeniem 
przyznaje się do wszystkich grzechów. 
Zdarzało się, że po takićm badaniu, badanego 
zdejmowano z kamienia bez czucia, i przewożono na 
brzeg pogrążonego w głębokiem omdleniu. Przy- 
szedłszy do siebie, Buriat długo jeszcze drży z prze- 
rażenia i dzwoni zębami, tak go straszą ongony. 
Po obu stronach Angary, w miejscu gdzie wy- 
pływa z Bajkału, podnoszą się wysoką ścianą góry; 
prąd rzeki jest nadzwyczaj bystry i łodzie wypływają 
z Bajkał'u rudlem naprzód, dla tego, że oprócz Sza- 
mańskiego kamienia, u samego wypływu są jeszcze 
i inne płytkie podwodne skały. 
Z Irkucka łodzie wracają próżne i holują je 
w górę przy pomocy kilku koni; rzadko kiedy można 
spotkać łódź naładowaną solą, pochodzącą z warzelni 
o 60 wiorst od Irkucka leżącej. Wszystkie inne to- 
wary idą ku Bajkałowi suehą drogą i dopiero pod 
wsią Nikolskiem, albo w Modrzewiowej przystani 
ładują się na statki. 
Towar idący z po za Bajkału na większych stat- 
kach, także na nich na Angarę nie wchodzi, ale prze- 
ładowują go w :Modrzewiowej przystani. albo pod 
i-
		

/016.djvu

			12 


K Ł O S Y. 


[Nr. 470. - Tom XIX.] 


przystani wysyłają oddJ;iały Buriatów i włościan na 
wytknięcie drogi i pozbijanie gór lodowych. 
(D. c. ?l.) 


kolskiem na karbazy i łódki, i d0l'ićro na nich spu- 
szczają Angarą do Irkucka. 
W og61ności Angara jest bardzo oryginalna i nie- 
podobna do innych rzek. Woda jej przezroczysta 
jest do tego stopnia, że kiedy powietrze jest' ciche, 
można nft dnie nujdrobniejsze policzyć kamyczki, 
a tak zimna w najv.itksze nawet upał'y, że zaledwie 
kilka minut wytrzymać w niej można. Wylewa nie 
na wios

, jak inne rzeki, ale w jesieni, kiedy tamte 
zamarzają. 
Zaczyna zamarzać ode dna, i zamarzając, podno- 
si z dna do góry kamyki, drobne 1') bki, robaki, 
pija" ki, słowem biedną ludność swojego podwo- 
dnego państ\\ a. V\r ówczas, w końcu grudnia, nad- 
brzeżnemi ulicami Irkurku, przejechać nie można: 
Angara wystąpiła z brzegów, i rozlawszy się po uli- 
cach, okrywa się wielkiemi bryłami lodu i zamarza. 
Po dv. óch, albo tr7ech dniach, zamarzły lód opada 
coraz niżej, i uspokojoną Angarę silnie ściskają sy- 
birskie mrozy. 
. Bajkał zamarza później, a dopóki nie pokryje się 
lodem, g\:sta, zimna para unosi się w okolicy jeziora, 
na sto wiorst dokoła. W Irkucku, o 60 wiorst od 
Bajkału, w ten sam dzień kiedy jezioro zamarznie, 
wiedzą o tern z pe\\"nością: niebo się wyjaśnia, mgła 
znika, i charakter) styczne kontury odległych gÓl' 
wyrałiście rysują się w dali. Irkuczanin, zarówno 
mieszczanin jak kozak, zaprz
ga konia do lekkieh 
saneczek i jedzie (l'o S} birsku: bież) ku 
lodrzev. io- 
wej przystani, na zwiady do morza. Nied.ługo po- 
t{'m pociągną taLory za morze i ustali się droga 
zimowa. 
Trzy dni musiałem przesiedzieć w zajezdnym do- 
mu )lad :Modrzewiową zatoką. Przejeżdżających 
było mało, Lo każdy śpieszy się, żeby Bajkał przebyć 
wcześniej, kiedy jeszcze burze na jeziorze nie sa tak 
silnI', ani częste. I lU bliż{.j jesieni. tern burzliv. 8zym 
i niegościnni('jszym stoje sił.: Bajkał. 
Od połowy listopada do połowy grudnia, a eza- 
sem i d!użl
j, Bajkuł buczy i wyje silnemi burzami; 
po całem jeziorze unoszą si
 lod)' i dmą wprost prze- 
ciwne sobie wiatry. 'Dzi
 nalJiętrzą się góry lodowe 
przy jednym brzegu. nR przelStrzeni dziesi
ciu wiorst; 
potoki fal je oblewają. Nazajutrz cał.1 tę massę wiatr 
oderv. ie od brzegu, rozrzuci po falach, roztrzęsie po 
całem jeziorze, a potem znów zaczyna na.p
dzać je- 
dną bryłę na drugą u przeciwnego brzegu. 
Ucichną na chwilę burze, i trzydziesto-stolmiowy 
mróz zacznie znów skuwać Bajkał lodem; aliści 
zaled" ie przejdzie dzień albo dwa, a Bajkal zagrzmi 
znowu i rozniesie lody na wszystkie strony. 
Riada podróżnemu, którego los rzucił \\ objęcia 
fal na wątłej bajkałskiej łodzi j łódź j('go upędza sie 
po świętem morzu i kołysze się z boku na bok, z szta: 
by na rufę j biją w nią i fale i kry lodowe. Ł6dź 
obmarznie i w takim stanie, czasami dwa i trzy ty- 
godnie pływa po Bajkale z jednego końca w drugi. 
To poniesie ją "iatr ku Kadzidłowemu wY}Jrzeżu, 
pozwoli nacieszyć się podróżnemu widokiem wysokich 
gór i ISkał, to popchnie go \\ drugą .,b'onę, i rzurając 
wedle swojej fantazyi, postawi łódź naprzeciw posol- 
bkiego monasteru. Podróżny przeżegna się, na wi- 
dok cerkwi, i nie zdąży zmówić modlitwy, a już wiatr 
pchnie go znowu w inną jakąlJądi stron
. 
Ale zima coraz lmn]zirj a bardzi{.j skuwa morze. 
Dokoła unosz,!cych się łodzi tworzą się pływające 
lodowe massy, mające 6 - 7 wiorst obwodu; poroz- 
tłukana, nalana wodą łódź przymarz
 do lodów i ra- 
zem J; niemi podróżuje po jeziorze. Zagle olJmarJ;na, 
wszystkie liny się potargają, maszty i boki podruzgo- 
czą się na szczapy. Zal1asy jakie były na statku po- 
dróżni zjedz,! w l,icrwszy tydzień, a potem żywią się 
wszystkićm, czrm tylko można; niby cienie niebo- 
szczyków błąkają si
 po pływaj:!Cej louowej wyspie, 
nie tracąc jednak nadziei dostania się do brzegu. . 
Z knldym dniem przy by'\ a coraz więcćj lodu, aż 
naresJ;cie burzliwe morze zamarza. 
Przy ujściu rzeczki Bogult1ejchy, Bajkał zamarza 
zawsze ",cześni{'j, aniżeli w innych mirjscaeh, a ta- 
bory, niecheąc daremnie karmić koni, w oczeki" aniu 
aż stanic droga zimowa, idą zwykle BognlU('jehą, na. 
tydzień i wi
c{>j przed oh, m'ciem prostej drogi. 
Kiedy Bajkał na dobre już zamarznie, wtedy 
z obudwu stron, to jest z Posolskil.j i :Modrzewiowej 


Co Z "ami będzi
? 
(Str. 4.) 


Niewyczerpany w pomysłach, wysoce uzdolniony 
artysta, M. Andriolli, umie wybierać ze zwykłego 
życia osnowy zaró" no zajmujące, jak rzewne, które 
przemawiają tak wymownie nietylko do oczu, ale i do 
serca patrzącego. 
W załączonej rycinie, widzimy jednę z najsmut- 
niejszych scen, w ubogiej izbie rzemieślnika, który 
na prostem łożu leżąc, złamany chorobą, te bolesne 
słowa przemawia: 
Co z wami będz.t"e! 
Jest to wykrzyk zacnego uczucia ojca rodziny, 
którą utrzymywał pracą rąk własnych, a teraz czując 
zbliżający się koniec życia, żegna na zawsze. Przy- 
tula do siebie zrozpaczoną małżonkę, trzymającą na 
kolanach naj młodszego chłopczynę, gdy starszy, bosy 
i z biedą już oznajomiony, założył ręce, głowinę spu- 
ścił, łzami zalewając drobne oblicze. 
Warsztat tokarski i szaflik drewniany, to wszyst- 
kie SlH"zęty w tej opustoszałej zresztą izbie, w której 
rozegrywa się straszny dramat życia - a jego roz- 
wiązaniem nędza biednej rodziny, gdy jej głowa, oj- 
ciec, pożegna ten śv. iat na zawsze i skończy praco- 
witą pielgrzymkę ziemską. Chwila rozłąki wieczystej 
już niestety nadchodzi, a te bolesne słowa umierają- 
cego: 
Co z wami będ::ie 'P 
które najlepiej pojmuje żona i matka, uczuje i drobna 
dziatwa, kiedy chleba zabraknie i głód zawita. Nie 
traćmy nadziei, że miłosierny Bóg i ludzie dobrzy 
przyjdą z pomocą nieszczęśliwej wdowie i biednym 
sierotom. W. 


I) a s t II S z k i. 


(Str. 8). 


Osiadły w Paryżu, nasz utalentowany artysta 
J. Szermentowski, w stolicy Francyi kreśli wdzieczne 
i pelne prawdy obrazki, których treścią są postacie 
i pejzaże rodzinnego kraju. Widać jak często jedne 
i drugie staje przed oczyma jego duszy, gdy swe 
wspomnienia i wrażenia oddaje ołówkiem czy pędzlem. 
W .z
łą
zonej rJ:cinie widzimy pełną prostoty sce- 
nę z wiejskiego żYCIa. 
:Mała dziewczynka do strugi czystej wody przy- 
prowadziła krowę, aby ją napoić, a mniejszy od niej 
braciszek, gdy mu wiatr słomiany kapelusz zrzucił 
do tejże strugi, zaczyna w niej brnąć ostrożnie i kijem 
pragnie go pochwycić. 
Widać, że to pierwszy początek wiosny, bo wierz- 
ba :aie puściła zielonego liścia, przy brzegu tylko 
podrasta trawa i sitowie, które już wybija w górę ku 
słońcu. 
Jaskółka spłoszona podlatuje po nad wod
, jako 
zwiastun wiosny pogodnej i ciepłej. .*** 


PRZEGLĄD LITERACKI. 


Jan LaD1.. 


"Głowy uo poLłotY"' - po\\icść osnut8 nR tle stoBnnkow galicyj- 
skich, w trzech tomach. 


Komu się nie zdarzyło słyszeć i czytać utyskiwań 
poetów i artystów, na jednostajność dzisiejszą w sztu- 
ce i w życiu, spowodo\\"aną coraz szybciejszym po- 
stępem ekonomicznym, wiąż.ącym za pomocą potęż- 
nych swych środków: telegrafu i 'pary, najdalsze na- 
rody ze sobą? To co pociesza przemysł, handel, ideę 
wreszcie wzajemnego zbliżenia wszystkich rass 
i szczepów ludzkich, to ma zasmucać sztukę, a przy- 


najmniej wielu jej, adeptów, którzy w coraz bardziej 
ustalającej się gładkiej szybie wszech - spółeczni>j, 
upatrują nUlącą monotonność, zabijająl'ą wyobraźnię, 
polot i eharakterystyczną odrębność. Tak naprzykład: 
jeden z pisarzy następne w tej mierze wyraża zdanie: 
"Społe
zeńst\\ o dzisiejsze zalJiło indyv. itlualizm, nie 
pozwohwszy mu rozwinąć się w całej jego sile i pię- 
kno.śc
... Ni
 lllamy już Peryklesów, nie mamy po- 
mD1k
w orygll;lalnych, są to tylko kopie. Podziwiając 
pOSągi, malowidła, odnalezione dzisiaj w Herkulannm 
i Pompei. co mamy myśleć o cywilizacyi dzisiejszej? 
W ówczas 
ztuk
 plastyczne podawały sobie r
ce. 
:\Ialarstwo l rzezIJa, były tylko dopełnieniem archi- 
t
ktury, a 
ajdrob.niejsze sprzęty domowe były rzeź- 
bIOne z. zamlłow
D1em, przystaj,}c zupełnic do st) lu 
budowh, do ubioru mieszkańców do wzniosłości ich 
myśli. Bogaci czy ubodzy, wszy
cy żyli w atmosfe- 
rze idealnej, wszyscy byli \\ tajemniczeni w religię 
piękna. My przeciwnie, budujemy fabrycznie, czyniac 
jedynip zadosyć prozie życia. Uczucie artystyczie 
jest tylko maską powierzcho\\""ną, pod którą ukrywa 
się świat bez fizyognomii i bez piękności. Sztuka za- 
miast wniknąć w nasze życie, stala bi4t dla nas jedynie 
środkiem popisywania się naszem bogactwem lub 
gustem, do którego nam daleko..." 
Inny pisarz doehodzi po długim wywodzie o clli- 
sipjszym upadku sztuki i literatury, do takiej konklu- 
zyi: "Chciałbym, dla naszego rychlejszego odrodzenia, 
iżby spalono,muzea, katedry, pał'ace, salony, buduary, 
ze ',"szystkiemi ich dawnemi i no\\ emi sprzętami, 
chcmłbym, iżby zakazano artystom zajmować si
 
przez lat pięćdziesiąt sztuką. Zapomniawszy o pTLe- 
szłości i teraźnipjszości. może by coś zdziałali w przy- 
szłości" . 
,.Sztuka- mówi znów inny- rozszerzając się co- 
raz bardzićj w massach, staje si
 coraz drobiazgow- 
szą, zamiast rozrzucać zloto w obiegu, rozrzuca mie- 
dziaki. W ten to sposób miedziorytnictwo nastąpił'o 
po malarstwie, litografia po miedziorytnictwie, aż 
teraz fotografia zast
puje rysunek. . . .. 'W muzyce 
operę przekładają nad symfonią, a balet nad operę. 
Nie ma już dz.t"ś czaSlt oddać się zltpcłnie wielkim wra- 
żeniom. Chcemy mirć rozrywkę i zabawę po pracy 
całodziennej. Artyści też stosując się do gustu llU- 
bliczności, ograniczają się do śpiev;ek, romanzy, 
drobiazgów. Nie chcemy przezto powierl.zićć, iżby 
piękno istniało tylko w ",ielkich ksiażkach i w wiel- 
kich obrazaeh, bo flakonik rzeźbiony'Benwenuta Cel- 
liniego, to arcydzieło sztuki, ale nie trzrbaby tracic 
z oczu natury, lecz ogrzewać ją zawsze w ogniu du- 
szy ludzkićj". 
A inny tak: -"Nauki urodziły si
 zaleuwo wczo- 
raj, sztuki po dv.ukrotnem odrodzeniu. upauły,-lite- 
ratury naśladują raczej nil tworzą... a jednuk i to do 
czegośmy doszli, kosztowało nas nieJ;miernie wiele". 
N areszcie ktoś inny woła z rozpaczą: "Co znajdą po 
kilku wiekaeh w ruinach naszych miast? Kilka ka- 
mieni ociosanych wedł'ug najrozmaitszych styló\\', 
kilka kawałów żelaza w miejscu gdzie przechodziły 
koleje, kilka posągów bez charakteru i bez piękności 
plastycznej - wi
cej gipsu, aniżeli marmuru!... ł\ie- 
podobna jednak, iżbyśmy zaginęli całkowicie, a je- 
żeli musimy koniecznie prędzćj lub później pozosta- 
wić ruiny, niechże przynajmniej wspaniałemi be da 
jak ruiny Teb o stu bramach, lub piękne jak Acroj-o: 
lis albo PartIJCIlon!" 
Prz.Jtoczyliśm,Y UIll) ślnie rozmaite ustępy pióra 
zagramcznych pisarzy, po części słuszne, po części 
jednak, jednostronnie zapatrujące się na. następstwa 
dzisiejszej cywilizacyi. Jeżeli bowiem fałszywie \\y- 
k
zykują ci, którzy. wiek nasz uWl3.żają za najwspa- 
malszJ: ,.ze ws
y:stkIc
, post
p przemysłu. za oznakę 
wysokiej cywIlIzacYl, koleje żelazne I telegrafy 
za najwznioślejsze pomysł'y w historyi postępu ludz- 
kiego, "ystawy przemysłowe za uroczystości dalpko 
ważniejsze od igrzysk olimpijskich, to jedynie i głó- 
wnie dlatego, że biorą te podziwienia godne udosko- 
nalenia za sam cel cywilizacyi, gdy tymczasem sa one 
tylko środkami, jej skrzydłami, z pomoca ktÓrych 
zbliżamy si
 tell1 prędzej do celu. . 
Atoli zaprzeczyć się nie da, że dzisiejszy rozwój 
udoskonaleń ekonomicznych i komunikacyjnych, ła- 
cząc najdalsze kraje ze sobą, ułatwiając wymiai
 
produktów materyalnych, a rozpowszechnienie umy- 
słowych, stwarzając komfort rzecl.iy można między- 
narodowy, zaciera nieznacznie odrębności rasowe-
		

/017.djvu

			[Nr. 470. - Tom XIX.] 


K Ł O S Y. 


"' 


i narodo\\"e, ujednostajniając w znacznej CZęl:1CI ze- 
wnętrzny sł'ój społeczeński. Zapewne, że różnice ra- 
sowe, narodowe, pozostały i dzi
 jeszcze widome dla 
poważnego badacza, ale dziś był'oby daleko trudniej 
wielkiemu jakiemuś poecie, oprz('ć się z takim nacis- 
kiem na różnicy ras s zaludniających Europę, z jakim 
się opierał Szeks}Jir, który jeuen z pierwszych, zwa- 
żał nietylko na różnicę rassy (w Jagonie, Hamlecie, 
Makbecie, Otellu) ale i na zwyczaje narouowe, ko- 
stiumy- nawet i cały pozór zewnętrzny. 
Ten założ)ciel nowoczesnego dramatu, laopatrzo- 
ny opowieściami legendowemi i poetycznemi średnich 
wieków, wprowadził w dzieła swe, charakterystyczne 
i główne odróżnianie rass, które umiał przemienić 
na nieśmiertelne typy. 
Dziś przeto, ten pozór zewnętrzny ujednostajnio- 
ny, Ila który złożyły się wszystkie wynalazki nieznane 
wiek temu, utrudnia o tyle zadanie poecie i artyście, 
o ile w kreacyach &woich oprzeć się oni muszą wy- 
łącznie niemal na podstawie ogólllie-ludzkićj, która 
swoją drogą, zaWSLe pozostaje jedną i niezmienną, 
pra" dziU' ą i przema" iającą jak:o taka, zrozumiale do 
wszystkich ross i pokoleń. 
Ujednostajnienie tego zewnę.trznego ustroju spo- 
łecznego, oubił'o się w dziełach rzecby można 
wszystkich literatur europejskich. 
Balzac uczuwał to tak dalece, że się niejedno- 
krotnie na to skarżył, nazy" ając je postępującą w ga- 
lopie niwelacyą, że UlU nawet serdecznie żal lJyło bu- 
rzonych niektórych ulic Paryża, bo w budowaniu re- 
gularnem nowyeh ulic, zacierała się do reszty, dawna 
wybitna ich oryginalność. A jednak społeC'zcństwo 
w romansach Balzaca, nie mówiąc tu o stronie psy- 
chologicznej, nieprzedawnionej bynajmniej, odznacza 
się jeszcze bogatą rozmaitością barw zewnętrznych, 
których dzisiejszemu francuzkiemu, braknie juj: zu- 
pełnie. 
Gdybyśmy mogli w wywodl.ie tym, !Jadać prze- 
bieg historyczny po"ieści obyczajowej polskiej, do- 
strzeglibyślll), że i tu 1Jl'z'yczyny powyższe nie }Jozo- 
stały bez wpływu; że nasza powieść ob)'czajowa naj- 
nowsza, trzymając się \\ięcej ogólnych kierunków, 
polegając głównie na zabarwieniu psychologicznem, 
stała się koslUopo1ityczniejszą, i kto wie, czy przetło- 
maczona na języki obce, nie stałaby się zrozumiałą 
doskonale, w najdrobniejszych nawet szczegółach. 
TJj odrębności charakteryzującej koniecZl
ie na- 
ród każdy, tt'go kolorytu wyrazistego, pozwalającego 
z krótkiego ustU)U zrozumi6ć tajemnice domowego 
lycia ogółu, - coraz mniej w powieści polskićj, a je- 
dnak co do nas przynajmniej, radzilibyśmy autorom 
pozostać przy badaniu stosunk6w i potrzeb na grun- 
ct"e; na nim budowae swoje temata, rozwijając je przy 
pomocy różczki czarodziejskiej talentu, w świ!1-tku 
pełnym życia, najblij:szym nam i najlepiej wszyst- 
kim znanym. Pierwszorzędne t)lko talenta, zdolne 
są wyemancypować się z warunków wśród których 
żyją i stworzyć dzieło nie należące specyalnie do la- 
dnego narodu, ale należące do wszystkich. 
Powtarzamy wszakże, że nie każdy kraj, nie każda 
prowinc)'a obrana za temat 11O"ieści, przedstawia 
tyle odrębnośC'i oryginalnych, tyle stosunków wy t" 0- 
l'zonyeh niezwyczajnie, tyle okoliczności napływo- 
wych, iżby pośród nich, pełną garścią czerpać mo- 
żna było, i doznawać tylko kłopotu w wyborze. Kraje 
takie należ'l już dziś do wyjątków, Ił, nie wahamy się 
twierdzić, że Galicya zaliczoną być powinna do kra- 
jów wyjątkowych. 
Przypominamy sobie ba
ń jakąś, w której czarno- 
księżnik przywołuje do życia umierającego, dawszy 
mu się na11ić cudownego elixiru. 
W nadziei ozdrowienia i używania na nowo da- 
rów bożych, v.-ypił ów !Jiedak podany sol
ie napój 
chciwie, aż nadto chciwie, bo się odurzył. Zycie 
a- 
częło w nim grać z poczwórną siłą. krew krążyć 
gwałtownie, nie pozwalając mu spokojnie i rozumnie 
korzystać ze szczęścia. W szystko co czynił, czynił 
przesadnie, chodził nawet w poskokacb, albo się rzu- 
C
ł na wszystkie strony, jalby chcąc lJrzezto w
zyst- 
kl?h.zapewnić, że istotnie życiem sil,; cieszy. Swiat 
llHał go za dziwaka, przyjaciele nie wierząc w wy- 
z
rowienie, za chorego, - on sam czuł chwilami, że 
Ule. tak postępować winien, ale się zatrzymać nie 
Um,lał... I i.ył, żył jeszcze lata dosyć długie, aż... 
konca bajki nie pamiętam. ale posługując. się tem 
Porównaniem: Galicyi równiej: od lat dziesiątka no- 


\I 


we otwarto drogi. Rzuciła się z imprtem na wszystkie 
równoeześnie, i na wszystkicb w połowic zatrzymała, 
nie wiedząc, czy iść naprzóu, czy wrócić, czy zostać 
na miejscu. 
Przewodniczący w tym popędzie naprzód, pierwsi 
się zmęczyli, zniechęcili, czy znużyli, a w gromadach 
idących za nimi, odezwały się krzyki niesforne, nawo- 
ływania groźne, lub rozumne napomnienia, z\\yczaj- 
nie jak w 11Jdzkiej gromadzie. Niektórzy znów oM'l- 
czyli się od całości, wyszukując nowych ścieżek pro- 
wadzących niby pe" niej do celu, - ale zmarnieli 
tćm prędzej. Cóż witc uziwnego, że w tak popląta- 
nych bezładnie gromadach, ",kradł si
 i rozstrój mo- 
ralny, a za nim spółeczny, o tyle jeunak pozostawiający 
nadziei ratunku, o ile doświadczenie bolesne stać się 
może, stać się musi zbawiennym przykłauem na przy- 
szłość. 
. Społeczeństwo Galicyi kształtując się według tak 
menormalnych okoliczności, nie normalnie też choć 
wielce charakterystycznie się przedstawia, a każdy 
chcący piórem zatrzymać doznane tu wrażenia, musi 
mimo\\oli odezwać się często z goryczą, z sarkazmem, 
ze zwątpieniem prawie. 
Rozmaitego rodzaju są pisarze, zajmujący się ba- 
danicm stanu tego kraju. Jedni chwytają dramatyczną 
tylko stronę, (Zacharyasiewicz, Walery Łoziński, Ba- 
łucki, da"niej Dzierzkowski), ,,,ysnuwając z niej wy- 
bitną przestrogę, inni czy z naturalnego u&posobirnia 
swych zdolności, czy z tak obranego umyślnie po- 
glądu, czy z obojga przyczyn razem, chłoszczą ostro 
piórem satyrycznem, błędy, słabości i grzecby swych 
współziomków. Która droga praktyczniejsza, go- 
dniejsza, lepsza? nie chcemy rozstrzygać. Jedna. i dru- 
ga. ma swoje prawa i zalety, a nadewEzystko S\\ oją 
stosowną porę, jedna i druga posłużyć może zbawien- 
nie; sądzimy wszakże, że satyra wtedy tylko gdy ją po- 
dyl.towała naj szczersza miłość, najgorętsza ch
ć spra- 
wienia dobrego, wyda pożądane owoce, inaezej \\ alkę 
tylko zajątrzy, zadrażni, zaogni, albo co byłoby gor- 
szem jeszcze, oswoiwszy ze sobą wszystkich - zobo- 
jętni. 
P. Jan Lam w trudnylU zav;odzie pisarskim, tem 
trudniejszym, iż zwielollm niezwyczajnemi okolicz- 
nościami krajowellli poł'ączonym, obrał sobie drogę: 
społ'eczno-politycznćj satyry. Olirał, a raczej był ku 
niej nakłenionym wrodzonem usposobieniem i wro- 
dzonym potężnym talentem, którego dał pierwsze 
świetne dowody, zwracające nań powszechną u"ag\" 
swemi felietonami czyty" anemi cł-łci\\ ie w t) lU kraju, 
w którym w ogóle czytać nie lubią. Załować przychodzi, 
że potrzeba było dopi
ro aż tak silnej przyprawy, aże- 
by pobudzić do uwagi na działalność pisarską. Bądź 
co liądź, już w t)eh pierwszych występach, umiał 
odrazu wkroczyć na. tryumfalny tor, szezególnego ro- 
dzaju siłą, oznaczaniem rzeczy po nazwisku, niepospo- 
litą werwą sarkasŁyezllą, przypominającą za" zięty 
i skupiony w sobie ton 
wifta, i druzgoczącą bez lito- 
ści inwektywą, która mimo swej gwałtowności, roz- 
śmieszała zawartym w niej jl.'drnym komizmem. Ja- 
kież to wszystko zalety niel)ospolite, i jak z ich pomo- 
cą oddział"ać można na wet na najbardziej uśpiony ogół! 
Czy oudziałał? Niezawodnie. Czy skutecznie? - 
wątpimy. Wątpimy dla przyczyn rozlicznych, prze- 
dewszystkiem zaś dla jednej naj główniejszej, a we- 
dług nas szkodliwej stano" czo. 
P. Lam jest bowiem pessymistq, jakeśmy rzekli 
z wrodzonego usposobienia, z doświadczeń przebytych, 
o których często w powieści niniejszej pośrednio 
wspomina, i z powziętego z góry, może nieumyślnie 
ale niepowstrzymanie, uprzedzenia, które ustalając 
się w nim samym, przerodziło się w filtalne zwątpie- 
nie. Zwątpienie to, pozwalając mu w)"bornie chara- 
kteryzować stan rzeczy, osoby i instytucye, wdraża się 
znakomicie w wyobraźnię czytelnika, którego śmieeh 
ma z góry zapewniony. lecz niestety śmiech ten raz 
prze!Jrzmiały, zostawia po sobie tćm większą gorycż, 
a
m smutniejsze rozczarowanie... Każdy, mimowoli, 
zamknąwszy ksiąlkę, zapytuje siebie z przykrem uczu- 
ciem: Jakto? - więc tam nie ma nikogo? więc tam 
nie ma nic? Tyle środków do pracy Vi przemYEle 
i oświacie, tylu ludzi kształcących się, - i wszystko 
nadaremnie, wszystko jakby przez ironią, działające 
na przewrót i na złe? Czyż nie lepiej by uczynił autor, 
umiejący tak rozruszać swych wsp('łziomków, gdyby 
si
 trzymał owego wiersza: 


13 


Durum! !;ed levius fit patientia 
Quidquid corngere est nefas 1... 


Pierwsze dwie powieści, z któremi autor ten wy- 
stąpił na szerszy widnokrąg literacki, jedna: "Wielki 
świat Capowic", - druga "Koroniarz w Galicyi", za. 
pewniły mu od razu najgłówniejszy warunek powo- 
dzenia każdego powieściopisarza, to jest poczytno
ć. 
U nas prlynajmniej, o ile wiemy, porywano sobie 
z rąk do rąk te książki, czytając je z zaciekawielliem. 
tem zaszczytniejszem ula autora, że wiele szczegółów 
czysto lokalnych, leżało po za obrębem zrozum.ienin 
dla tutejsz) ch mieszkańców. 
W tych dwóch lJowieśriach, talent p. Lama wy- 
razisty, jędrny, zasadniczy, lubo nie malowniczy jak 
\Valerego Łozińskiego,-indywidualny, a raczej po- 
wicdzielibyśmy: w najwyższym stopniu sllbjektywny, 
okazał się w całym blasku. 
Talent ten przedewszystkiem jest oryginalny. 
chodzący ,,,łasnemi drogami, nie po cudzyrh ścież- 
kach, posługujący się w rysunku środkami jedynie 
sobie właściwemi, nie rutynistycznemi i zużytemi. 
Proceder jl>go niemni('j jest odrębny od wszystkich 
innych. 
Kiedy każdego innego powieściopisarza obchodzi 
żywo stan duszy jego pacyentów, oddziaływanie nań 
natury, otoczenia., piękny wreszcie krajobraz,-dla 
p. Lama rzeczy te nie istnieją wcale, a min'lo to ry- 
sunki jakie daje czy to małego miasteczka galicyjskie- 
go, czy instytucyi, czy grona. dygnitarzy miastecz- 
kowyeh (w czem przypomina najbardziej Walarello 
Łozińskiego) są tak schwytane na gorącym uczynku, 
tak trafnie przedstawiające stan rzeczy, że ieh zap'-'- 
mnieć niepodobnn. 
Autor nie zagł
bia się w psychologiczne studya, 
nie sonduje duszy swych bohaterów i bohaterek, 
ale ukazując ich nam ciągle w żywem działaniu, 
w ni(>ustannych drobnych czynach, odsłoniwszy 
przytem ich fizyognomie najrozmaitszego kalibru, - 
podaje nam przewyborną sposobność do wytworzenia 
samoistnego sądu, opartego na tych pozornie zniko- 
mych, a jednak nieomylnycu wskazówkach. 
(D. c. n.) 


PRELEKCYE MAX -MULLERA. 


.FILOZOFIA JĘZYKA WEDŁUn DARWINA. 
III. 


(D,IISty dlłg. - Plllrz Nr. 469.) 


w tymże samym ullcLu mówi Darwin o nadzwy- 
czajnej przenikliwości i roztropności zwierząt kosmit- 
tych Ameryki Północnej, która to roztropność rodzi 
się, "edług niego, skutkiem zręczności m)'śliwych, 
ścigających te zwierzęta. 
Darwin usiłuje przedewszystkiem okaza(
 w zwie- 
rzętach wyższych, początki poczucia moralnego, 
które łączy z ich towarzyskością. U koni i psów, jako 
należących do gatunków szlachetnych, istnieje eóś 
niby honor i pewna sumienność. 
A jeżeli sumienie psa trzeba Uómaczyć, jak nie- 
którzy chcą, napomnieniem bata, to czyż rzecz &ię 
ma inaczej z nij:szem.i gatunkami ludzi? 'fe instyn- 
kta zwierzęcia, które go skłaniają do wychowywania 
swych małych, troszczenia się o nie i do i('h obrony, 
po\\inny być uważane jako pierwsze zarodki przy- 
miotów moralnj'ch naj wznioślejszych. "Widzimy, jak 
mówi Gothe, w zwierzęciu kiełek tego, co si
 prze- 
mieni w kwiat w czło\\ieku." 
Tak mówi panegirysta. Odpowiem mu, nie po- 
dając bynajmniej w v.-ątpliwość przymiotó\\ instyn- 
ktu: roztropności, rozróżnicnin, bystrości, przenikli- 
wości, geniuszu, I1.ni nawet cnót towarzyskich zwie- 
rzęcia, że nie cznj
 się w prawie t\Vierdzić pozytywnie 
cokolwiekbądź o jego zdolnościach umysłowych, bo 
mi tego zabraniają reguły filozofii pozytywnej. 
Dochodlimy wszyscy, do przypuszczenia. w pewnej 
mierze wyższości zwit'rzęcia nad człowiekiem, Któż 
z nas nie zazdrościł kiedy niekiedy ptakom icb skrzy- 
deł? Któż z nas zaprzeczał muszkułolli lwu wi:,:cej 
siły, a muszkułom kota więcej zwinności? Kt
i
 
wątpił kiedy o bystrości wzroku orła, o delikatnosCl
		

/018.djvu

			14 


K Ł O S Y. 


[Nr. 470. - Tom XIX.] 


słuchu daniela, a węchu psa? Któż nie życzył sobie 
kiedy futra lwiego, domku ślimaka? Pójdę dalej. 
Gdyby mi metafizycy powiedzieli, że zmysły nasze 
3łużą tylko mi. to, żeby osłabiać naturalne intencye 
iuszy, że organa nasze są słabe, zwodniczp, bez do- 
niosłości, że mieczak mogący trawić bez żołądka i żyć 
bez mózgu, jest istotą daleko doskonalszą, a z pew- 
nością, szczęśliwszą od człowieka, to skłoniłbym się 
w milczeniu, ale trwałbym w odwołaniu się do jed- 
nego niezbitego faktu, to jest, że nigdy zwierzę, choć- 
by nie wiem jakie miał"o przymioty, nie 11l6wiło. 
Posługuję się umyślnie tćm wyrażeniem, ponie- 
Ivaż używając wyrazu: język, otworzyłbym wrota 
Ivszelkim przenośniom i fantazyom, 
Ażeby rozumować jasno, potrzeba oznaczyć co 
rozumiemy przez : j
zyk. 
Otóż, istnieją dwie czynności, głęboko różniące 
,ię między sobą, oznaczone w mo
ie )\wykłćj jedna- 
mwą nazwą, a które potrzeba rozróżnić starannie, 
rJ.azywając je, jednę: jfzykiem WZ1"IlSZellia (uczucia), 
Jrugą: jezykiem rOZllml
. 
Zdolność wyrażania znakami zewnetrznemi tego 

o uczuwamy, jest źródłem języka wzruszenia, a roz- 
Doznanie tego porządku znaków, zrozumienie tego, 

o rhcą wyrazić, jest po prostu skutkiem pamieci; 
)amięć wy\\ ołuje w nas wrażenia boleści, lub lJrzy- 
iemności, odnoszące się do tych znaków. Ten język 
.\ zruszenia, posiada człowiek wspólnie ze zwierzętami. 
Szczekanie psa, oznacza stosownie do okoliczności, 
"Llbo gniew, albo uczucie przyjemności, lub niespo- 
dzianki. Każdy pies mówi tym językiem, każdy pies 

o rozumie; inne zwierzęta: kot, albo baran, albo na- 
Ivet dzieci zrozumieją go. Kot, który się raz przestra- 
,zył szczekającego psa, albo którego tenże ugryzł, 
lrozumie odtąd głos ten i będzie tak samo uciekał, 
jakby uciekały i te istot y, które nazywają rozumnemi. 
Kiedy kot pryska, jest to oznaką gniewu, a taki pies 
którego kot raz podrapał, z łatwością pozna się na 
tym dyalekcie kocim, skoro się tylko znajdzie w na- 
lcżyt6m pobliżu. 
Rzężenio kota ma już całkiem odmienne znacze- 
nie; })odobne ono, jak nam powiadaj
h do czułego 
szemrania matli nad ukochaną gło\\ ą swych dzieci. 
Krótko mówiąc, język wzruszenia, taki jakim mówią 
lwierzQta i rzłowiek, stanowi przedmiot do rozlJrawy 
nieskończony, ale jest-to przedmiot, który pozosta- 
wiamy poecie raczćj aniżeli filozofowi (Darwin, Po- 
ehodlenie gatunków, t. I. str. 53-54). 
Jakaż więc jest rÓlnica dzieląca jezyk wzruszenia 
od języka rozumu? Samo już naz\\anie wskazuje. 
Język, którym my Il1ónimy, jest jQzykiem rozumu, 
't rozum w znaczeniu filozoficznem, oznacza zdolność 
tworzenia i urabiania pojęć ogólnych, a ponieważ 
zdolność ta nie objawia się na zewnątrz inae:,z{.j, jak 
tylko językiem oddanym głosem, mamy przeto prawo 
jako filozofowie pozytywni t\\ ierdzić, że z\\ierz
ta po- 

bawione jeo}nego znaku wyraźnpgo rozumu jaki my 
mamy, czyli jezyka, pozbawione są rozumu, a nic po- 
wiadam: obsenvacyi, przytomności umysłu, rozumo- 
wania \V znaczeniu namysłu, ani nawet geniuszu, - 
lecz zdolności hvorzenia i urabiania pojęć ogólnych. 
Różnica jaką ustanawiam pomi,?dzy językiem 
wzruszenia a językiem rozumu, wyda się może sztucz- 
ną i zwodniczą tym, którzy nie są obeznani z histo- 
ryą i pochodzeniem języka, lecz niech tylko przejrzą 
fizyologów i lekarzy spółczesnycb, celem przekona- 
nia się, że ta różnica opiera się na podstawie, którą 
oni sami uważają za bardzo trwałą. Doktor Hughlings 
Jackson, wartykułaell pomieszczonych w d. 14 i 20 
grudnia 1867 r. l)rzez Medical Times alld Gazette, mó- 
wiąc o chorobie pewnej części mózgu, tak fiię wyraża: 
,,'ra choroba pociągnąć może za sobą utratę częścio- 
wą lub zupełnąjęzyka1"O.w1/lowego, a nie pociągnąć za 
sobą utraty w równej czę
ci języka wzruszcllia. Czło- 
wiek podległy tej chorobie, posługuje się wyrazami bez 
związku, albo i traci użycie icb całkowicie; nie może 
też myśli s\.,.ych wyrażać pismem, ani jakim bądź in- 
nym znakiem wypracowanym, a mającym zastąpić 
słowa mówione, lub pisane; nio może też już czytać 
książek. Ale może śmiać się, płakać, uśmiecha
, ję- 
czeć, śpiewać i wykonywać ruchy elementarne. W mia- 
rę o ile znaki te porozumienia okazują się przydatne, 
chory nasz może objawiać uczuciu swe otaczającym. 
lIIoże kopiować pismo przed nim położone, a nawet 
bez pomocy wzoru, mOle podpisać swe nazwisko. 
:Może zrozumićć co mówi!); do niego, zdolnym jest za- 


jąć się czytaną mu książką, przypomnieć sobie sceny 
zaszłe i opowiadania. Czasami uda mu się wymówić 
kilka wyrazów, lecz bez możności utrzymania ich 
w związku ze sobą; ą czemkolwiekby mówiono i w ja- 
kiej bądź okoliczności, zawsze mówić będzie w tym 
sposobie pozbawionym związku. Kiedy jest podnie- 
cony, może kląć i nawet użyć w tym celu zdań dosyć 
skomplikowanych, (Gairdner Dr. "Les fonctions du 
langage articulć 186(j"') naprzykład: Dopomóż mi Bo- 
że! - które jednak przez używanie bezmyślne, tracą 
w jego ustach właściwe znaczenie, stając się równo- 
znaczne z prostym wykrzyknikiem. 
"Lecz tych wyrazów, tych zdań nie może l)owta- 
rzać dowolnie, ani na żądanie osób drugich. I tak 
samo, jak jest zdolnym do kopiowania pisma, może 
tć
 w danych okolicznościach, wymawiać zdania za- 
stosowania specyalniejszego. Tak np, chora ta poz- 
bawiona mowy, widząc, że dziecko upaść może, krzy- 
knęła niespodzianie: Ostro lnie ! Lecz tak w tym 
wypadku, jak i we wszelkich innycb, chory j!'st cał- 
kiem niezdolny do powtórzenia dowolnie zdania, któ- 
rego użył dopiero tak stosownie, \vymawiając go tak 
wyraźnie. Choroba rzeczona d@tyka tylko jednej 
strony mózgu, strony lewej:' 
A w innem miejscu: "Pewne choroby szcze- 
gólniej części półkuli mózgowej lewej. pociągają za sobą 
utratę zupełną, lub częściową zdolności: oznaczania po 
l1azwiskl
, a w nastt;:pstwie tego: mówienia, i to na- 
wet wtedy, gdy cały zresztą mechanizm anatomiczny 
głosu i wymawiania, pozostaje nietkniętym." 
Przedmiot ten badany był niedawno bardzo sze- 
roko i z głęboką nauką przez doktora Bateman, w książ- 
ce jego p. t. "Aphasis", a jeżeli godzi się mieć pewne 
skru}Juły co do wniosków szczegółowych, które dok- 
tor Broca wyciągnął z tych doświadczeń, to można 
przynajmniej uważać jako niewątpliwy rezultat na- 
stępujący: 
"J eżeli pewna część mózgu, strona lewa przod- 
kowa, podpadnie chorobie, chory przestaje mówić ję- 
zykiem rozumowym, zatrzymując jednak, z wyjątkiem 
innej choroby umysłowej, zdolność mówienia języ- 
kiem wzruszenia, zdolność porozumiewania się z in- 
nymi: znakami i ruchami". 
Spodziewam się, że słowa te wypowiedziane prze- 
ze mnie, wywołają przeciw mnie podejrzenia, jakobym 
przypuszczał, iżmózg lub jakaś część mózgu, wydziela 
z siebie język rozumowy, tak jak wątroba wydziela 
żółć. :Moim jedynym celem }Jyło, opićrając się na 
badaniach i doświadczeniach lekarzy, okazanie, że ró- 
żnica mi
dzy językiem wzruszenia a językiem rozu- 
mu nie jelSt sztuczną, ani charakteru czysto 10- 
girznego, lecz że jest stwierdzoną świadectwem 
wyraźnem, dosta,rczonem nam przez choroby patolo- 
giczne mózgu. Zaden człowipk, jeśli tylko cokol- 
\dek obeznany jest z filozofią, nie będzie uważał mó- 
zgu, albo tej cześci mózgu, gdzie jest zlokalizowany 
język rozumowy, jako siedzibę zdolności językowej, 
tak samo jak nie umieszczamy zdolności widzenia 
w oku, zdolności słyszenia w uchu. Co jest niezbęd- 
nem iżby rzecz jakaś stała się niemożebną, nie jest 
koniecznie tem, co j.} umożebnia. 
Nie możemy widzićć bez oka, ani słyszeć bez 
ucha, być może, że nie możemy mówić bez trzeciego 
zwoju, klapy lewej przodkowej mózgu, lecz i bez nas 
oko nie może widziM, ucho słyszeć, ani ta część 
mózgu: mówić. Szukać zdolności mówicnia w mózgu, 
byłoby nie mniej cbimerycznćm, jak umieszczenie 
duszy w osierdziu ( diafragmie). 
Ta jednak rój,njca między językiem wzruszenia 
a językiem rozumu, jest ogromnego znaczenia, ponie- 
waż pozwala nam dostrzedz jasno, w jakiem znacze- 
niu powiedzićć można, że człowiek i zwierzę współ- 
dzielą ze sobą zdolności języka, i w jakiem znaczeniu 
zarazem, powiedzenie to jest niedokładnem. Wy- 
krzykniki np. które w rozmowie stanowią żywioł da- 
leko ważniejszy ani:2eli w utworze literackim, należą 
do jl,:zyka wzruszenia; zwierzę używa go tak samo 
jak człowiek, zwłaszcza czł'owiek namiętny, lub nie- 
ucywilizowany. Lecz nie ma języka nawet pomiędzy 
naj dzikszymi z pierwotnych epok, w którymby więk- 
szość słów nie była rozumową. Jeżeli więc Darwin 
powiada nam, że istnieją dzicy, którzy nie mają liy- 
najmniej wyrażeń abstrakcyjnych w swym języku, to 
oczywiście nie zważał na różnicę rzeczywistą, jaka 
dzieli język \\ zruszenia od języka rozumu. Przez ję- 
zyk zaś rozumu, nie rozumiemy hynajmnil.j jęlyka 


posiadającego wyrażenia abstrakcyjne, jakiemi są np. 
wyrazy: białość, dobroć, mt"t!Ó, być, ale cały język, 
w którym wszystkie wyrazy, nawet najściślejsze, 
opierają się na pojęciach ogólnych, i wypłynęły ze 
źródeł wyrażających pojęcia ogólne. 
W każdym języku znajduje się IJewien pokład 
wyrazów; pochodzących czysto z dziedziny wzrusze- 
nia (uczucia). Pokład ten jest większy lub mniejszy, 
stosownie do ducha i historyi każdego narodu, 
lecz nigdy nie został on całkowicie pokryty pokładami 
późniejszemijęzyka rozumu. Większość wykrzykników, 
wielka liczba wyrazów naśladowniczych, należą do 
tej klassy. Charakter, pocbodzenie tycb pokładów 
są naj zupełniej jasne, i nie wolno nigdy twierdzić, że 
opierają się na pojęciach ogólnych. Lecz wyszedł- 
szy przez dedukcyę z tego pokładu nieorganicznego, 
cała reszta jpzyka, czy takiego jakim mówimy, czy 
takiego jakin; mówią dzicy, da się doprowadzić do 
pierwiastków, a każdy z tych pierwiastków jest zna- 
kiem jakiegoś pojęcia ogólnego. '1'0 właśnie nie- 
zmiernie ważne odkrycie, UCZ) niła nauka języka. 
Weicie wyraz jaki się wam podoba i doprowadź- 
cie go po l)rzcz jego historyą aż do formy naj pier- 
wotniejszej, a przekonacie się. że po oddzieleniu ży- 
wiołów pochodnycll, które łatwo dadzą si
 odosobnić, 
wrraz ten zawiera źródło własnośriowe. Zkąd po- 
chodzi stabululn? Od stat, zkąd siodło ?-od siedze- 
nia. (Bardzo wiele jeszcze przykładów przytoczon) ch 
przez autora, a uderzających trafnością dla czytelni- 
ka angielskiego, w języku naszym nie dadzą się pra- 
wio przctłómaczyć). W ten sam sposób, wszystkie 
wyrazy, nawet wyrażenia naj pospolitsze, te które 
znajdują się zapewne w każdym .itzyku, doprowadzo- 
ne były do pierwiastków oznaczonych, z których ka- 
żdy wyraża pojęcie ogólne. . 
Tak więc, chyba, że Darwin utrzymyw
ć zechc
, 
i
 są języki, w ltórych nie ma wyrazów daJącyc
 Sl
 
odnicść do pierwiastków własnościowych,-teza Jego 
jakoby istniały języki bez wyrażeń 
bstI:akcyjn
ch, 
11Ozbawioną jest podstawy. Każdy pierwiastek Jest 
wyrażcniem abstrakcyjnem, a te pie,rwiastki w ic.h rze: 
czywistości historycznej zaznaczają. peryod lustorYl 
ducha ludzkierro, zaznaczaj a pocz
ltkI Jł:zyka rozumu. 
Co chciałb
m także dO\;ieść najjaśniej, o ile się 
da, to, że pierwiastki takie jak dd, dać, stM, stać, gil 
śpiewać, które dały początek niezliczonCl?u pOtO
lstwu, 
różnią się od dźwięków wykrzyku, lub nasladowmczych, 
zupełnie tak samo, jak się różnią pojęcia ogólne ou 
wraleń szczególnych. . , 
Ci więc, którzy wraz z Hume'm sądzą, że pOJęCH1 
(Hrólne nie sa niczem innćm tylko wrażeniami 
s;czegóhullni, I
cz osłabionemi, i którzy uważają to 
osłabienie wrnżeiL szczególnych, które je przemieni!L 
w pojęcia ogólne, jako fakt niepotrzebnjąe:,y o}Jjaśnień, 
łJO można objaśnić go prost
 przenośnią, - wytłómaczą 
zapewne \V ten sam sposób przemianę krzyku, albo 
westchnienia w pierwiastek. Ci przeciwnie,którzy są- 
dzą, że pojęcia ogólne, nawet naj skromniejsze.' nie w,Y- 
pł'ywają nagle z tabula /"asa, lecz przypuszcza}ą w,społ: 
działanie czynne mojego Ja, będą uw
żać plerwH1: stkl 
języka jako dowód niezbity współudziału człowieka 
w stwarzaniu pierwiastków samych języka, jako pierw- 
szyobjaw rozumu ludzkiego;-śladu zaś takiego o}Jja- 
WU , nie znaleziono nigdy w królestwie zwierzęcem. 
U wagi te pozwolą dostrzedz, że spór datujący się 
od przeszło dwóch tysięcy lat, i panujący pomiędzy 
zwolennikami naślauowania dźwięku, jako początku 
jrzyka, a tymi, którzy wyprowadzają język od pierwia- 
stków jest nieskończenie ważniejszy od zwyczajnego 
sporu tćj lub 0\\ ej szkoły. 
Gdyby wyrazy naszego języka dały się doprowa- 
dzić wprost do pewnej liczby wykrzykników i dźwię- 
ków naśladowczych, rzekłbym, że Hume miał słusz- 
ność w obec Kanta, i że Darwin słusznie upatruje 
w tem prostą tylko kwestyę czasu w przemianie ję- 
zyka zwierzęcego w język ludzki. Jeżeli przecin:nie 
jest faktem nie\\ątpliwym, że obok części słowmka, 
która jest czysto naśladowczą, znajduje siQ część 
inna,- i to uaIeko ważniejsza, a pochodząca od pier- 
wiastków, z formą oznaczoną, z pojęciem ogólnem,- 
to w takim razie peryod historyi jQzyka, który dał 
początek tym pien\ iastkom, a który ja nazywam pe- 
,'yodem mdykalll!Jnl, stanowi przeszkodę, - wysoką 
czy nizką, mniejl:iza o to - pomiędz) człowiekiem 
a zwierzęciem. (D. c. 11.) 


'"
		

/019.djvu

			[Nr. 470. - Tom XIX.] 


K Ł O S Y. 


PRZEGLĄD POLITYCZNY. 


15 


Dnia 1 Lipca 1874 r. 


Pomimo ciągłych z dnia na dzień zapowiedzi, 
że Komissya 
1rzydziestu w Zgromadzeniu narodo- 
wem francuzkiem wyda decyzyę względem wniosku 
Periera, -wyznaczy sprawozdawcę i przedstawi opinię 
swą pod uchwałę reprezentacyi, do dziś dnia nie 
można jeszcze było doczekać się żadnego rezultatu. 
Złożona w przeważnej bardzo większości z royalist6w 
i ludzi obozu zachowawczego, Komissya chce przez 
samą już zwłokę nieprzychylność swoją okazać. 
W poniedziałek nareszcie miała zapaść ostateczna 
decyzya ; jeżeli fakt ten istotnie nastąpił, to w bieżą- 
cym jeszcze tygodniu, około soboty, wniosek wr
z 
z opinią mógłby przyjść pod obrady Zgromadzema 
narodowego. Widoki powodzenia są dla niego bar- 
dzo małe, prawie żadne. N a pewno powiedzieć mo: 
żna, że sprawozdanie Komissyi będzie dla propozycYl 
zaprowadzenia rzeczypospolitćj nieprzyjaznem; 
z wszelkiem zaś prawdopodobieństwem godzi się po- 
stawić domniemanie, że propozycya ta upadnie także 
i w Zgromadzeniu narodowem. Przypominam:f t
, 
cośmy już przed dwoma tygodniami w przedmIOCie 
tym powiedzieli. Z trzech wniosków oddanych do 
Komissyi, najwięcej ma za sobą wróżb pomyślnych 
wniosek Lamberta de St-Croix dotyczący zorganizo- 
wania rzeczypospolitej na lat siedem. Projektowany 
tu porządek rzeczy może liczyć i na przyzwolenie 
:Mac-Ma ho na, którego praw i stanowiska w niczem 
nie narusza i na poparcie stronnictw wstecznych, no- 
szących w zanadrzu ustawiczne zamysły odbudowa- 
nia monarchii. Stan siedmiolecia, jego charakter 
tymczasowy, w niczem się przez uchwalenie propozy- 
cyi J-,amberta de St. Croix, a właściwie 13rog1iego, 
nie zmieni. Porzadek prawny państwa francuzkiego 
będzie ciągle tylko. zawieszeniem broni między woju- 
jącemi stronnictwall}i i Francya o tyle jedynie przy- 
wdzieje formy. republikańskie, o ile dla braku króla 
i dla niezgód panujących w obozie monarchicznym, 
monarchią właśnie stać się nie będzie mogła. 
Zerwany w dnIU 16 maja w chwili upadku Rro- 
gliego w
zeł, jaki łączył dotąd legitymistów i royali- 
stów krańcowych trzymającycb za Chambordem, z po- 
zostałemi wyznawcami idei monarchicznej, zasiada- 
jącymi po prawicy umiarkowanej i w prawym środku 
zgromadzenia narodowego, nie łatwo daje się na no- 
wo zacieśnić. Prawy środek, stronnict\\ o monarchii 
umiarkowanej, konstytucyjnej, popieranej przez ksią- 
żąt Orleańskich i ich zwolennik6w, samo w sobie 
rozpadnięte na parę odłamów, napa£towanem jest 
zarówno z prawej, jak i z lewćj strony Zgromadzenia 
o przymierze zaczepno-odporne do walki wywołanej 
przez propozycyę Kaz. Perier. Lewy środek może 
spodziewać się przyci:}gnięcia kilku, może kilkunastu 
pojedyńc:6ych osobistości, przez co wcale sobie jesz- 
cze większości nie zapewni. Prawica zaś, współza- 
wodnicząca z nim, w pomyślniejszem znajduje się 
położeniu. W obec niebezpieczeństwa, jakiem było- 
by zaprowadzenie rzeczypospolitć>j projektowanej 
przez Kazimierza Perier, prawy środek, choćby tylko 
na chwilę stanowczej rozprawy pogodzić się bęuzie 
Inusiał z royalistami i legitymistami, tak krańcowymi, 
jak i umiarkowanymi. Innej polityki przypuścić nie- 
podobna; wypływa ona z samej istoty rzeczy. 
Wskazówką takiego obrotu wypadków w parla- 
lllencie wersalskim jest głosowanie z d. 20 z. m. nad 
organi7.acyą municYIJiów. Trzy główne punkta pra- 
Wodawcze przedstawiały się w projekcie tej organi- 
zacyi: podniesienie wieku wyborców z lat 21 na 25 ; 
\V sprawac11 budżetowych składanie rad municypal- 
nych z radców i z obywateli najwyżej opodatkowa- 
nych w równych ilościach i wreszcie pozostawienie 
rządowi In"awa mianowania merów we wszystkich 
gminach Francyi. W dwóch pierwszych punktach 
Zgromadzenie obaliło projekt Komissyi; w trzecim, 
najważniejszym, najsilnić>j z wielką polityką i intry- 
gami stronnictw związanym, większość Zgromadzenia 
oświadczyła się za rządem i za Komissyą. Wszyst- 
k
e stronnictwa monarchiczne głosowały za. nada- 
niem rządowi bardzo i dla niego i dla nich samych 
pożądanej prerogatywy. Jakoż przedłużono ją jesz- 
CZe na dwa lata - wiadomo, że przed pół rokiem 
rZąd miał ją sobie po raz pierwszy i tylko na pół ro- 


ku nadaną. Głosowanie z d. 20 z. m. przekonywa 
o panującej między stronnictwami wstecznemi soli- 
darności tam gdzie idzie o postawienie rzeczywistej 
tamy republikanizmowi. Niezgodni pomiędzy sobą, 
uwikłani w wojnę domową, łączą się zawsze w jeden 
obóz w obec wspólnego nieprzyjaciela, jakim jest 
rzeczpospolita. Ta przewodnia zasada postępowania, 
otrzyma niezawodnie nowę stwierdzenie przy głoso- 
waniu nad propozycyą Kazimierza Perier. 
:Mac-Mahon odbył w niedzielę d. 28 z. m. prze- 
gląd wojsk na Longchamps. Uroczystość tę okala- 
ła monarchiczna wystawność. Na drugi dzień po 
przeglądzie "J. Officiel" zamieścił rozkaz do armii, 
w którym marszałek dziękując wojsku za dobrą po- 
stawę, potrąca także kilku sło
ami o siedmiolecie. 
Przez słewa te przebija silne. postanowienie mar- 
szałka utrzymania sil,; przy władzy. Prezydent rze- 
czypospolitej francuzkiej wyraźnie oś"iadcza, że mis- 
sya utrzymywania "porządku" przez lat siedem przy- 
padła nie tylko jemu samemu, ale i armii. Jeżeli 
według doktryny prezydenta, do owego porządku 
należy i niewzruszalność siedmiolecia, jako prawa 
nabytego, - to wiedzą już teraz wszyscy autorowie 
projektów ostatecznych, zarówno republikanie jak 
i legitymiści krańcowi, czego po :Mac-.l\Iahonie wy- 
glądać mają. . 
Deputowani depo Sekwany l Oazy, wyprawiali 
bankiet polityczny w rocznicę urodzin wielkiego Ho- 
cha (ur. r. 1768). Uroczystość ta przyczyniła się 
do Hciślejszego zespolenia ze sobą wszystkich trzech 
odłamów lewicy - zesI101enia tak w chwili ouecnćj 
potrzebnego. Gambetta miał mowę bardzo umiar- 
kowaną i wymierzoną głównie przeciwko bonaparty- 
stom. 
W gabinecie francuzkim spodziewany jest bli- 
zki przewrót, wprawdzie tylko częściowy, ale ze 
względu na osobistość mającą wyjść z zarządu mini- 
steryalnego, zasługujący na istotną uwagę. P. Magno 
upada ze swemi projektami nowych podatków, ob- 
myślonych dla dostarczenia skarbowi potrzel.mych 
funduszów. Komissya budżetowa zamiast zwię- 
kszać dochody, na wniosek Ludwika W ołowskiego, 
postanowiła zmniejszyć wydatki, mianowicie coro- 
czne umorzenie długu IJrzypadającego Rankowi fran- 
cuzkiemu, z 200 milionrJw na 150. )[agne zapowie- 
dział w komissyi, że w razie przegranć>j, usunie się 
z rządu - a przegrana jego w zgrom. narouowem 
nie ulega prawie wątpliwości. Pytanie, kto zastą- 
pi p. )Iagno i w jakim stosunku stanie marszal'ek 

lac-Mahon de bonapartystów po wyjściu byłego 
ministra skarbu drugiego cesarstwa? 
Władze policyjne i sądowe w Paryżu, zabrały się 
nareszcie do śledztwa przyrzeczonego przez p. Tailhaud, 
ministra sprawiedliwości, w obec całego zgromadze- 
nia naroliowego. Dokonano rewizyi \V redakcyach 
dzienników bonapartystowskich i u kilku osobistości 
znanych ze swych sympatyj dla cesarstwa. Gazeta 
Kolońska donosi, że u Perrona, byłego urztflnika 
z czasów Napoleona III, znaleziono papiery niezosta- 
wiające żadnej wątpliwości co do istnienia naczelne- 
go komitetu bonapartystów, pod prezydencyą Rou- 
hera - co właśnie wykazywali republikanie na po- 
siedzeniu Izby wersalskiej w d. 9 b. lU. - ,.Revuo 
l)Qlitique et litteraire" podaje wiadomość, że na 5 
maja r. b. przygotowywano coś w rodzaju zamachu 
stanu. Książe cesarski miał zjechać do Paryża, wy- 
słuchać mszy u Inwalidów i następnie zostać prokla- 
mowanym przez wojsko. Nazwiska generałów do 
spisku należących, ułożono w osobne listy, dotych- 
czas nie wykryte. Brak współudziału w wojsku _ 
nowemu uszczl,;śliwieniu Francyi zapobiegł. Odpo- 
wiedzialność za to doniesienie, zostawić: należy pi- 
smu, które je podało. · 
Po dwu miesięcznych przygotowaniach, marszarh, 
i kontrmarszach, które zjednały już generałowi Con- 
cha nazwę kunktatora, d. 26 b. m. nastąpiły pierw- 
sze dziahmia bojowe około .l\Ionte JurTa i };steHa 
w Kawar7.e. Wszystkie siły armii rządowej, od 
wschodu i południa, od Lodosa i 
'afala, zeszły się 
w pobliżu pomienionych stanowisk karlistowskich, 
nad rzeką Ega i po zajęciu kill-u miejscowości. usi- 
łowały pozornemi obrotami zwabić przeciwnika na 
prawy brzeg rzeki, aby później atak właściwy od le- 
wego wykonać. Telegram z Madrytu przedstawia 
usiłowanie to jako dobrym uwieńczone skutkiem, zda- 
je się jednak, że inarzej być musiało w rzeczywisto- 


SCl, ze w sztabie karlistowskim poznano I)odstep 
i kiedy rZlldowi przerzucili się nagle na lewy brzeg 
Egi, w stronę p6łnocno wschodnią EstelIa, dozwo- 
lono im zająć miejscowość Abarzuza jedynie dla 
wciągnięcia ich w zasadzkę. Pozorne zagrożenie 
EstelIa z prawego brzegu rzeki Ega, i obejście kar- 
listów od północy i wschodu na lewym brzegu rzeki 
dokonały się w d. 27 z. m. Telegram o rezultacio 
działań w tym dniu rozesłany, przedstawia położenie 
kadistów jako zrozpaczone. Kadiści jednak umieli 
wydostać się z niego i na podstęp podstępem, na 
obejście obejściem odpowieuzieli. Ważne te ruchy, 
które zmieniły zupełnie ustosunkowrmie strategiczne 
obu stron i odwr6ciły niebezpieczeństwo od D. Car- 
losa, musiały się dokonać w nocy z 27 na 28 Czer- 
wca. Trzeci dzieli walki rozpoczynał się już w zmie- 
nionych warunkach, z których wódz wojsk rządo- 
wych dobrze sprawy zdać sobie nie umiał. Wojska te 
znalazły się naraz d. 28 z. m. w niedogodnych pozy- 
cyach pod Muro, czy 
\Iurco, o 3 kilometry od EstelIa. 
Przyszło do bitwy. Wśród nieszczęśliwych jej kolei, 
Concha prowadząc żołnierzy w ogień, legł trupem. 
W ojsko jego cofnąć się miało w porządku, na dawne 
stanowiska, nie zostawiając w ręku karlistów żadnych 
trofeów. Prezes ministrów Zabala, zamianowany na- 
czelnym wodzem armii północnej; w jego zaś miej- 
sce prezesem Sagasta. 
D. Alfons, brat D. Carlosa nie ma szczęścia. Po- 
bito go po raz trzeci pod Chelva, niedaleko od Ebro. 
Radykalni hiszpańscy zamierzają poruczyć mar- 
szałkowi Serrano na lat 5 władzę najwyższą w rze- 
cZYl1Ospolitćj; marszałek otrzymałby tytuł konsula. 
W pewnych warstwach monarchicznie, a nieprzyja- 
źnie dla !za/Jelli i jrj syna Alfonsa usposobionych, 
pojawiła się myśl oddania tronu dynastyi portugal- 
skićj llraganza. 
Skarb hiszpański znajduje się w wielkim niedo- 
statku. Projekt budżetu ogłoszony przez rząd wpro- 
wadza nowo podatki wielce uciążliwe, jak podatek 
od soli i potrącenia z pensyj. Ogólne dochody ozna- 
czone na 708 mil. pesetas, wyuatki na Gż7. Różnica 
pójdzie na koszta wojny domowej z karlistami i z po- 
wstańcami na Kubie. 
Biskupi pruscy odbywali w d. 24, 5, i G, z. m. 
narady w Fuldzie, nad dalszą postawą, jakąby wobec 
nowych praw majowych prqjać należało. Wyni- 
ków narad jeszcze nie ogłoszono: 
Programat rozpraw mających zl1jmować komis- 
syę międzynarodową, zwoływaną do BrukseHi na 27 
lipca r. b. obejmuje następujące przedmioty: 1) wła- 
dza wojskowa w kraju nieprzyjacielskim, 2) różnica 
między walczącym i niewalczącym, 3) dozwolone 
i niedozwolone środki prowadzenia wojny, 4) obl
- 
żenie, 5) bombardowanie, G) organizacya sZI)iegów 
wojennych, 7) jeńcy, 8) ranieni w boju, 9) władza 
osób stanu wojskowego, 10) rekwizycye, 11) kon- 
trybucye, 12) parlamentowanie, 13) kapitulacye, 14) 
zawieszenie broni, 15) repressalia. 
Obie Izby reprezentacyjne Szwajcaryi dokonaw- 
szy zupełnie przetworzenia konstytucyi, rozjechały 
sie na wypoczynek. Katolicy liberalni wszystkich 
kantonów myślą o zawiązaniu się w osobny kościół 
helwecki. 
D. 30 czerwca parlament Angielski miał roztrzą- 
Sać mocyę Butta, o autonomię dla Il'landyi. Stronni- 
ctwo Horne rule myśli teraz systematycznie nasta- 
wać Anglikom na pięty. Synol1 biskup6w irlandz- 
kich projektowany na jesień r. b. odbędzie się do- 
piero w roku przyszłym. 
(Le Nord. Times. J. des Deb. Ind. Bel. N. Allg. Ztg.) 


Wiadomości bieżijce z pola literatury, nanki i sztuki. 


- w.- Tragedye Escltylosa. przekład Z. Węelew- 
skiego. Poznań. Nakładem Biblioteki Kórnickiej 
1873 roku (w 8-ce, str. XV, str. 430). Z karty tytu- 
łowej na czele umieszczonćj z napisem: ,., Tragicy 
greccy. Tom P mamy zapowiedź, że staraniem 
Jana hr. Dliałyńskiego, otrzymamy w tłómaczeniu 
polskióm, zbiór znakomity wszystkich pisarzów dra- 
matyczn ych starożytnej Hellady, Tom pierwszy 
ohejmuje tragedye Eschylosa, najdawniejszego z tego- 
grona, bo urol1zonego na pięć wieków z górą rH.zed
		

/020.djvu

			16 


K ;fJ O S Y. 


[Nr. 470. - Tom XTX.l 


Chrystusem. (Urodził się w czwartym roku 63-ej 
Olimpiady, czyli w roku 525 przed Chrystusem). 
Z wielkiej liczby tragedyj zachowało się tylko sie- 
dem, z kt6rych trzy: Agamemnon, Choejory i Eume- 
nidy stanowią trylogią: Oresteę. Wedle pewnych 
śladów Eschylos napisał utwor6w dmmatycznyrh 
osiemdziesiąt, a1e te, opr6cz wzmiankowanych, za- 
ginęły bezpowrotnie. . 
Tłómacz, jeden z najpierwszych filologów kI'ajo- 
wych, od wielu lat pracował nad przekładem siedmiu 
tragedyj Eschylosa, i te w krytycznem wydaniu 
obecnie marny drukiem ogłoszone. 
Na czele podaną mamy wiadomość tak o teatrze 
greckim, jak o dziełach tego pisarza i jego życiorys. 
Do każdej tragedyi dodaje p. W ęclewski wst
p 
ogólny i szczegółowy, a w końcu uwagi i objaśuienia. 
Jedne są przełożone wieł'szem rymowym, drugie bia- 
łym, lub też mięszanemi razem. . 
Praca. to wielka i mozolna, którą zasłużony pro- 
fesor b. Szkoły Głównej Warszawskiej ubogacił lite- 
ratur
 krajową i zapewnił dla siebie wdzi
czność jej 
zwolenników. Z porządku teraz zapewne w drugim 
tomie, ujrzymy przekład tragedyj Sofoklesa, współ- 
czesnego i współzawodnika Eschylosa na teatrze 
grerkim. 
- TV.- W dniu 9 h. m. i r., na posiedzeniu Ko- 
missyi Archeologicznej Akademickiej w Krakowie, 
przedstawionym został projekt: "Encyklopedyi staro- 
żytności polskich", wypracowany przez J. 1. Kraszew- 
skiego, czynnego członka t6jże Akademii. Czas już 
był po temu, ażeby skrzętnie i pracowicie zabrać się 
do odtworzenia wiernie zagasłych wieków. i spo- 
łeczności, która dla nas tyle drogocennych zabytków 
zostawiła, jako pamiątke po swoim pochodzie. Za- 
danie to niełatwe, a chociaż nie brak materyałów, 
zebranie ich i ułożenie z nich całości, zgodnej z praw- 
'dą, nietylko żelaznej pracy, ale i nieł-nałego potrze- 
buje b11entu. :Myśl pi
kna J. I. Kraszewskiego jeżeli 
wejdzie w życie, da nam główm
 podstawę do na- 
pisania pożądanego dzieła o starożytnościach pol- 
skich, którego brak dotkliwie czuć się daje tak na 
polu sztuki dla malarzy, jak dla poetów i powieścio- 
pisarzy, którzy pragną się myślą przenieść w zapadłe 
wieki. Same dzieje narodu, zyskałyby wiele, w ja- 
śniejszym ich wykładzie i pojęciu przeszłości. 
_ TV.- " JVallenstelil, Studyulll Literacko-hił;to- 
. ryczne, przez Edwarda Lubowskiego", (w 16-ce, str. 
108. Warszawa 1874 r.) Wydatną jest postacią 
znakomity ten wojownik, występujący tak odznacza- 
jąco się na kartach dziejowych, jak też i w słynnym 
dramacie SzylIera. Autor w powyższem studYUlll 
I z nauką, i głębszym poglądem, przedstawia nam 
Wallensteina wprawdziwem !h\ietle, na tle owo- 
czesnego świata i ludzi. Praca ta zarówno zajmu- 
jąca, jak i nauczająca, i starannie oddana. 
- W.- "Przy stl/dm:'. Krakó\\, nakładem księ- 
garni A. Kowoleckiego 1874 r. (w 8-ce, str. 28, 
w drukarni Leona Paszkowskiego). Mała ta broszurka 
. wydana nader ozdobnie. N a czele, udatny drzewo- 
ryt przedstawia scenę z dramatu Alfreda de :Musset, 
" On ne badine pas avec l'amour", (który przełożył Wła- 
dysław Sabowski p. n. Ostrożnie z ogniem) pomiedzy 
Perdican'em a I(amillą przy studni. Pierwszego 
przedstawia p. Ładnowski, drugą l)ani Hoffmanowa, 
artyści tcatru Krakowskiego, na 
tórym sztuka ta 
odegraną była. 'l'reść tćj książeczki skreślonej z głę- 
boką znajomością przedmiotu i wytrawnelll piórem, 
poświęconą jest ocenie tego utworu i talentu Alfre- 
, da de Musset. Autor ukrył swe nazwisko lwd imie- 
niem Erazma. 
- W.- We Lwowie wyszły z pod prassy, na- 
kładem Karola Wilda: "Pisma Tymka Padun'y", 
, (w 8-ce, str. 420, r. 1874). Wydanie autografów 
l, zmarłego poety, poprzedzon(l jest obszernym i szczegó- 


łowym życiorysem. Pi1durra pisał 1)0 polsku i po 
rusku, w llilrzeczu ludu ml)łorosyjskiego, wydał 
u Gustawa Leona Gliicksl.Jerg "Ukrainky z llutO}I£ 
Tymka Padurry," (\rarszawa 1S44 r. w S-ce, str. 
195), zbiór duUl i pi
śni w tćm narzeczu, wraz 
z przekładem na język polski; drukował także za swej 
bytności w tcm mieście i poezye polskie w Bibliotece 
Warszawskiej. 
Stanowisko tego \\ ychowańcfi szkoły Krzemie- 
nieckiej, . a nast
pnie nieodstępnego towarzysza Wa- 
cława Riewuskiego (t 1831 r.), słynnego orypnta- 
listy, znanego pod imieniem Emira, Alep-Bogdadlt, 
stanowisko jako poety, już jest w literaturze naszej 
oznaczone. To, co sam Padurra ogłosił było małą 
tylko cząstką jego utworów w obu językach; wydany 
teraz zlJiór ma ohejmować wszystkie pisma jakie zo- 
stawił zgasły 11Oeta. Obszerniejsze sprawozdanie 
poświęcimy we właściwym dziale naszego pisma, 
gdy wydanie to najświeższe otr
;mamy. 
- TV.- Autor "Zamku I{aniowskiego"', "Sob6tki" 
i tylu innych znakomitych utworów, poeta liczący się 
do pierwszego rzedu po 
Iickiewiczu, Seweryn Go- 
szczyński, kończy w r. b. pięćdziesiąty rok swego za- 
wodu literackiego. Dla uczcze-nia przeto pół-wieko- 
wej pi'acy na niwie piśmiennictwa, ksil,'garnia Gu- 
brynowicza i Schmirlta, zajmuje się wydaniem książ- 
ki zbiorowej, do której wzywa wszystkich pisarzy 
polskich. Nie po" ątl)iewamy, że znajdzie licznych 
zwolenników, którzy to wezwanie wezmą za obo- 
wiazek sumienia. 
. - Tr.- Nakła ('m J. K. Żupańskiego w Pozna- 
niu wyszła: ,.Botanika dla niższych i średnich klas8 
gimnazyalnych i 1'ealllych ułożQ1la lJrze:; Bolesława 
Jb/"zykiewicza, nauczyciela etatowego, przy szkole 
Realnej w P(Jznuniu. Z 140 drzeworytami"', (1874 r., 
w S=ce, str. Yl, str. 228). W dziele tern, jak czytamy 
w przedmowie, autor szedł za układem Linneltsza, 
podając zarazem gł"ówne zarysy układów Jltssieu'go 
i Decandolle'a. rW końcu (pisze) zestawiłem \\szyst- 
kie poprzednio opisane ro
liny, jako tt
ż niektóre inne 
pospolitsze, z 110daniem ich głównych cech podług 
układu Linneusza, już to, aby rośliny te systema- 
tycznie ułożyć, już też ażeby na tym przeglądzie, 
módz uczniów wprawiać, jak nieznane rośliny ozna- 
czać należy. Metoda. której użyłem, nie je:;t nową. 
gdyż z polskich naturalistów Szafarkiewicz, z nie- 
mieckich, Liiken, Eichelberg, Wagner, Gabriel i inni, 
przy uczeniu historyi naturalnej podobną, chociaż 
nie tą samą szli drogą, Budowę układu jednakże 
(od gatunku począwszy, aż do rodziny i całego ukła- 
du) przeprowadziłem ściślej, jak co dopiero wymie- 
nieni przyrodnicy". 
Krytyka oceni }H"awdziwą wartość tej pracy. Wy- 
danie ozdobne i staranne, jak wszy::,tko co wy,chodzi 
nakładem zasłużonej dobrze firmy J. K. Zupań- 
skiego. 
- W.- W Londynie wyszedł zbiór powieści 
ludowych słowiańskich, w tłómaczeniu angielskiem, 
p. n.:" Slavonic Fairy Talcs. Collected and tronsltJted 
by JOhll T. Naake oj the British il'Iuseum, LOlldon. 
1874 r. (Klechdy słowiańskie wybrane i przetłó- 
maczone przez Jana Bogumiła Naake, Urzędnika Mu- 
zeum Brytańskiego). Zhiór ten składa się ze 40 po- 
wieści: polskich z K. \VI. Wójcickiego, jedenastu ; 
czeskich ośmiu, z teki Erbena: rossyjskich ośmiu 
z B. Bronicyna i Czudińskiego; oraz trzynastu ser!J- 
skich z W. S. Karadicza. Najwil,'cćj tłómacz wziął 
z Klechd K. Wł. Wójcickiego, z tego pow(\du, że 
wszystkie inne, już były przełożone dawniej i dru- 
kownne w czasopismach angielskich. Klechdy te 
w całości wyszły w wybornem tłómaczeniu niemiec- 
kiem, w Berlinie 1839 r., wkrótce po ich ogłoszeniu 
w \Varszawie, dokonanem przez F. H. Lewestama 
p. n. "Polnische Volkssagen und JJldrclłelt", (w 12-ce, 


str. 157), przełożone także zostały w znacznej części 
na języki : francuzki, włoski i czeski. 
-H.- W centralnym parku w Nowym-Yorku, 
ma być wzniesiony pomnik Kościuszce, według mode- 
lu ut.alentowanego artysty-rzeźbiarza Kwakowskiego. 
Figura będzie mieć 8 stóp wY:5okości i spoczywać 
ma na piedestale granitowym, pohytym płaskorzeź- 
bami. Główniejsza z nich l'rzedstawia spotkanie Ko- 
ściuszki z Jerzym Waszyngtonem. 
-H.- W niedawno wyszłym 40-tym tomie roz- 
praw belgijskiej Akademii nauk, znany uczony p. F. 
Lenormant ogłosił ciekawą pracę p. t.: La lćgende de 
Semiramis, w której wykazuje, że historyczna Semi- 
ramida nie była żoną Ninusa, lecz żoną króla Binni- 
rara (od 810 po 781 przed Chr.): podania zaś mytycz- 
ne, jakie o ni
j powstały, nie są niczem innem, tylko 
upostaciowamem starodawnej !Jogini Istar, majacej 
wassyryjskiej mitologii toż samo znaczenie co Wenus 
w greckiej. Takim sposobem historyczna Semirami- 
da, nie ma nic wspólnego z legendową i mytyczna, 
oprócz imienia. . 
-H.- Już od dawna dawały się słyszeć poważne 
głosy, które w sposób przekonywający domagały się 
poszanowania sztuki dramatyczllej, teatru, jako je- 
dnego z nadzwyczaj wpływowych czynników życia 
społecznego. Pomimo to jednak, wi
kszość dyrekcyj 
teatralnych nie ma prawie żadnego pojęcia o praw- 
dziwie cywilizacyjnej missyi teatnt i w widokach 
osobistego interesu schlebia różnorodnym słabościom 
ludzkim, w sposób nieraz jak naj nikczemniejszy, za- 
miast dbać przedewszystkiem o spełnienie swych za- 
dań prawdziwie artystycznych. Przeciwko podobnym 
nadużyciolll, któremi, jak wiadomo, celuje szczegól- 
niej wiele teatrów paryzkich, wystąpił obecnie znowu 
p. Paweł Peval W" ykładzie publicznym, mianym 
\\- Paryżu, w obecno
ci wielu znakomitych artystów. 
literatów i innych przedstawicieli inteligencyi lu- 
dności Par)ża.. Pan Fćval wykazał, że jeżeli 
teatra na tej drodze jak dotąd dalej postępować będą, 
to dojdą do zupełnego upadku, bo wypłoszą ze swoich 
przedstawięń każdą kobietę uczciwą, każdego ojca 
rodziny. Zeby zaradzić złemu p. Feval podał pro- 
jekt urządzenia w Paryżu teatru wzorowego pod na- 
zwaniem TMdtl.e morale, któryby przedstawiał wy- 
łilcznie tylko sztuki doborowe, mające istotną wartość 

rtystyczną, zdolne uszlachetnić i podnieść widz6w. 
Zyczyć \\ ypada, aby projekt ten przyszedł jak n8:jry- 
chlej do skutku, gdyż podobna reforma przeprowa- 
dzona konsekwentnie może wywrzeć wpływ jak naj- 
zbawienniejszy na znaczną część społeczeństwa. 


Od Redukc) i. 


P. A. Wołda. Przekład bajek proponowanych nie odpowiada pro- 
gramowi naszego pisma. 
P. Stanisławowi. Wiersze: "Wierzaj mi" i "Sonet", nie będą 
drukowane. 
P. J. T. \Viersz: "Sekcya", nie do druku. 
F. A. M. Przedmiot wzięty II życia "Pajaca". nie jcst nowym; naj- 
lepilU go przedstawił J. N. Kamil,ski w swoj
j: "Hali. 
czance". 
P. M. S. Wierszyki: "Notatki mego brata"" i "Szczęście" nie 
będą pomiedzczone, ZArówno joik wierszo p. Ks. Przeg. 
,,\\'iosna." i "Pasterkł\u. 


Na stypendyum imienia Mikołaja Kopernika 
otrz} lllaliślllY: 
Od P. Antoniego Hołowko z Łozanowki rs. 5 
kop. 60. 

 Dla prenumerujących przy Kłosach: 


.
 Bibliotekę najcelniejszych utworów li- 
teratll1'y europejskiej w arkuszach, dołączamy: 
Walter Skotta: KeniI W01'tl1. arkusz lI. 


1.'reść: Krzyżacy, 1410. Obrazy z przeszłości, przez J. I. Kraszewskiego. (C. d.) - Fragmellt z dziej6w naszćj powieśd, przez J. T. Hodiego, XIII i XIV. 
] (Dok)- I(orespolldencya czasopisma "Kłosy": (Z Krakowa).-lVspomnz'enie o Karolu Szajllosze. Kartka z mego pamiętnika, przez Wł. Za\\adzkiego. - TVystawa 
Rolnicza i p1"zemysłou:a w Toruniu, przez W. - Nad Bajkałem. Ustęp z Obrazów z 110dróży ,.Za Bajkałem i na Amurze", przez D. J. Stachiejewa. Przełożył f1-. C. 
_ Co z wami brdzie? przez W. - Pastttszki, przez *** - Przegląd litcracki. Jan Lam. "Głowy do podoty"-powieść osnuta na tle stosunków galicyjskirh.- P,'e- 
lekcye Max-Mtillem. Filozofia j
zyka według Darwina. III. (C. d.) - Prz.p{Jlqd polityczny. - TViadomości bieżqce z pola literatury, nauki i sztuki.- Od Redak- 
J C!f1.. - Rycin
': TVystawa Rol1ticza w To/"ltlt '/t. w dnitt 2 czerwca 1.. b. - Cu z wami b{'dzie? - Karol Szajllocha. - Przy,.zqd u
ywany przez H. Szajnochę do pi- 
sallia,po utracie wzroku. - Pastuszb.. Szkic J. Szermentowskiego. 


W drukarni S. Lewpntala, ulica Widok, M 1566a. ,J,03BoJ[eHo Ueu3YpolO. Redaktor odpowiedzialny S. LewentaI. 

 Do dzisiej
zego l'\um('ru Kłobów, dołącza się dla wszystkich pl'enumcratorow, ark. 1 powicbci E. .Marlitta, p. t.: r.DI'uga ŻOlla".