/0001.djvu

			BIBLIO'I'EKA 
VNIWERSV'ł'ECI(A' I 

 '\Y POZNANJV ,,- I
		

/0002.djvu

			.-
		

/0003.djvu

			...
		

/0004.djvu

			ZI E \VOX lA 


ROK DRUGI 


, 
\W 
 U) j1 
.Hł Ul U> \!) 'IW 
 (!) Ul 
 1] 


r 


rO:UN'OZONE. 


. 
STARANIEM I NAKŁAlHiDI W. I.
' p('.

' 


= .
 
\\
W 
..//.
 
- _.,
» c-o 







: 


lii < 

- /', 

 I jiJ:

II.;=- 


/ ! l19 l (f 

' 
/ 


STRAZI3URG, 


-. 


.... 
W TLOCZNł GUSTAWA SILHElllVIAN*, 


I'RL\- PLACU Sa 'rOI\1ASlA N. 3. 


1839. 


......
		

/0005.djvu

			.. 


· Ąq50
q,
\
 


Ą "fS"! ł'I II 3 8
		

/0006.djvu

			'in, 'UJ 
 'tłi\ 
 '12 f:'li\ WKI-'fi; 'i'!l\ 
"'ł-

*;


) 'Ma

 


...aO:il
 


>-
 ,ś"n",,,,,,,"o lażd""o narodo 

 .i

 . o 
,

- 
 . przybiera w wiekach szczcgÓI- 
. 
 
 
 .. ;)'r
 n y ch śwież ą właściw ą i nie- 
. [?
= , 

 --
 .. 
 powtórzoną postać. Jest ona 
koniecznym wypływem szczególnego w tych 
wiekach życia i potęgi umysłowej narodu. 
'Wydobyć z każdowiekowćj takiej postaci jej 


--
		

/0007.djvu

			VI 


duszę, wskazać jej cel i określić charakter, 
jest zwykle wieków następnych zadaniem. 
\V samem tedy rozwijaniu się tegoczesnego 
piśmiennictwa polskipgo byłoby rzeczą nader 
trudną rozsh'zygnąć o jego dążności i prze- 
znaczeniu, jakkolwiek z nmiejszem lub wię- 
kszem podobiellstwem każdy je przeczuwać 
lub odgadywać może. Zastanowiwszy się nad 
terazniejszym jego ogó
em, trudno niepo- 
strzedz, że górującą w nim stroną jest głębo- 
l,ie, cały naród przejmujące, a więc gl'Unto
 
wne natchnienie; przesuwa się ono jak góru- 
jący prąd rzeki, torując falom pomniejszym 
bezpieczne i jedyne przejście. Niepodobna 
uwierzyć, aby ten silny popęd, z jakim naj- 
tęższe umysły w tern się ognisku zetknęły, 
był tylko wypadkiem jakowegoś stronnictwa, 
jakowychś nierozmyślnych uprzedzeli w na- 
rodzie, jednem słowem, dziełem bez rozumu. 
Jest on w nasze m przekonaniu koniecznym 
skutkiem potrzeb narodu, a eecha Jego, ro-
		

/0008.djvu

			VII 


I 


zum Jlajwyższy. Dzienniki polskie miasto roz- 
jaśniać bieg piśmiennictwa narodowego, i 
ułatwiać mu w łono ogółu przystęp, przy- 
bierają mniej więcej jakowyś oderwany, ab- 
strakcyjny charakter. -Więk
zą ich część, tak 
pod względem treści jako i języka, nazwaćby 
można niedorzeczną fikcyą. Są inne, co jak- 
by z ogółem pism polskich zwaśnione, ściga- 
jąc siłą niepo
lednią najwyższe wszelkiego pi- 
śmiennictwa zalety: gruntowność i oryginal- 
ność, zaprzeczyly ich nietylko dzisie,jsze- 
mu piśmiennictwu Polaków, lecz w ogólności 
wszystkich Sławian , i we wsz.}'stkich wiekach. 
Tyle upragnione przymioty zdaje im się po- 
siadać filozofia Szelingo -Hegloska, a w ogólno- 
;ci filozofia niemiecka; usadowili się więc na 
jćj polu, przegryzając niedotrawione z niej 
kąski, jako pokanu jedynie żywotny. 
Nie ograniczając się mnićj dogodnym bie- 
giem pisma czasowl'go, pragniemy w książ- 
kach, z których każda dla siehie osobną i 


!
		

/0009.djvu

			VIII 


skollczoną całość stanowi, miei. na baczeniu 
szczególne m piśmiennictwo narodowe pol- 
skie, i jego chód główny; do niego więc za- 
stosujemy się przy wystąpieniu każdokroł- 
nem. Skor
zy lub powolniejszy ruch jego, 
jędrniejsza lub wątlejsza treść ogólna przy- 
spieszy lub opóźni bieg pojedyt'lczych części 
naszego pisma i nada im odpowiednią war- 
tość wewnętrzną. Kilka pomysłów rozjaśnia- 
jących prosty lub uboczny nowszegopiśmien- 
nictwa kierunek, kilka promieni z jego głó- 
wnego pasma w jedno ognisko skupionych, 
tych mianowicie, którym niezaprzeczona ich 
swojskość i własność ognistsza świętsze im 
miejsce w piersiach narodu zjednały; rzucone 
rysy bądź ziemi ojczystćj, bądź jej mieszkań- 
ców i ich zwyczajów; piśmiennictwo wreszcie 
innych Sławian jako najbliżej po piśmien- 
nictwie narodowem nas obchodzqce, stano- 
wić będą przedmiot Ziezvonii.. i dostarczać 
siły Żywotnej pojedYliczymjćj częściom. Piel'-
		

/0010.djvu

			IX 


wszemu niegdy jej pojawieniu przewodniczył 
rok nowy. 'W pletła go ona jak wieniec we- 
selny na młodocianą SkrO"l swoją, pytając, 
czy jej z tern hasłem, które tak często kłamli- 
wy pozór lub płochą lekkość przystraja, do 
twarzy? Gdy ku powtórnej ma się wędrówce, 
żar powrotnego sl'Ollca pokruszył lody i nową 
wiosnę zwiastuje. Bogdajby z jej łagodnemi 
promiellmi wpl'ynęła w serca ogółu, budząc 
w nich nowe uczucia z muzyką gwarów wio- 
sennych, i nagradzając barw świeżością po- 
Ilurą jednostajno
ć zadługiej zimy. 


Lwów dnia 11 lute{;o lR37. 


.A. B.
		

/0011.djvu

			s
		

/0012.djvu

			ZIEWONIA. 


,
		

/0013.djvu

			
		

/0014.djvu

			"$
ęJl. 


......
		

/0015.djvu

			
		

/0016.djvu

			UQ 


ZASIADŁ mistrz wielki w czworogrannćj sali, 
A górą lampy, spodem głowy, głowy 
:Męskie, dziecinne. jak faJa przy fali; 
Gdzie nil'gdzie bły
nie czepiec białogłowy, 
Jak piana morska, gdy woda" brzeg wali. 
Wszystko się zapomniało na głos mislrza muwy, 
Wszyscy pokłękli ucbem, rozpu
cili my
li, 
I głodni słów proroczych do nóg z cznciem pnyszli. 
A ten llum miał chęć jmłną, młodź, sIarce, kobiel), 
Grzmieli głosem narodu: «PoCI), pOCI) !»
		

/0017.djvu

			2 


-Ja nim będę! lub taki, Inb taki być może. 
Co się na starożytnych wykołysał Wzol'Ze. 
Dziesięć wieków kowało prawidła poecie. 
I nkowało ołtarz na Olimpu grzbiecie; 
Stroma tam ściiżka wiedzie, ).,ędy laur zakwita. 
A na nil
j dziewięć Gracyj z uśmiechem dl) wita; 
Siwy tam starzec w poprzek idącemu stanic. 
To stróż Olimpu, badd o mnzy _nazwanie. 
Której poślnbowałeś swą myśl i zamiary, 
I twemu dziełu swoje przykłada rozmiary. 
mada młodziClicze! jeśli troistość złamana: 
Czynu, miejsca i czasu; myśl twa rozbujana 
nez ł"Ozmiaru na podróż wybrała się długą, 
Arystotel cię swoją odtrąci maczugą. 


A w okoł szepce młodzież pieśIi nowćj osnowy, 
Co wyszła z serca, rzewna, bez kOlica, bez głowy, 
Dziką pieśII Dziadów. 


Mistrz posłyszał, i smaga żartem, plwaniem, śmiechem, 
A młodź 19nęła daleko za liIewskiem echem. 


Wiem oto wieszcz litewski nowe zawdzial szaty: 
T.irę Petrarka, zemstę lIiszpana, dwa kwiaty
		

/0018.djvu

			3 


Życia uszczknął, nie swego ,-i niemi frymarczył 
Póty, póki dech Szkoty włoskim piersiom starczył. 
Brakło, porwał Anglika w gardziel; Anglik jary 
lUiał splin, wieszcz splinn dostał. i luzyczy na czary, 
Językiem jak maczugą tnie w czucia, tnie w czyny, 
I rośnie olbrzym w ogniu; innych myśli z gHny 
Ciągnie w splin, i cborują w pałacacb, w salonie; 
Splin modny, trup z nim zasiadł w głowie jak na tronie. 


A zdala, o dwa łokcie wyżej od ich głowy, 
Gdzie siedział trup koronny i wieszcz salonowy. 
Wisiały antenat y stare na obrazach: 
\Vąsy im widać, i coś twardego w wyrazacb, 
\V szabli. Wieszcz na nich wskazal i luzy CLY: "Ci starzy 
Płakali, czuli, jak my; to im widno z twarzy, 
Co nam; jedne im czucia grały w piersi dzikii-j , 
I ten sam język czucia, ż"l , poklask lub k rzyki.n 
-«Lub nic ten!" Ktoś się z boku wychylił z Iym głosem. 
Glos jego był donośny, w salon rzucił skosem 
Oko i słowo swoje, obie błyskawicze, 
I wszyscy padli wzrokiem na jego oblicze. 
Damy gwarzą do siebie, znały go w uściskach; 
I mlodź orężna gwarzy, poznala go w błyskach 
Dzial, nawet w jednym śpiewie skradzionym, połową 
4 l\liędzy chwilą kobiecą a ucztą wojslwwą.
		

/0019.djvu

			-1 


Wieszcz się mieni, znał lę pie
{,. ZIIał i głos ';piewacz
.. 
I czuł, jak go ten piewca okiem w dusz!) haczy; 
I zbiera nat. II młodych serc jak sl;dzia kreski. 
I zagrzmiał głos okólny: {(Ej cic/IO ltlalczcski!» 


ilU Q 


j 
l, 


l' 
I 


Ryllo dzieli czwarl.y maja, roi. dwndziesty szusty. 
W pola! majowe sło{lce, dalej, hej! kto żyje! 
J Iwżdy w og-ród śpieszył; w ówczas obok pusl
 
J{arawan po ulicy rozwlóM si!;, i w szyj!; 
ltJiasla jedzie, i prostą trunę, bez przyjaciliJ , 
\Vzjął na barki posługacz, drogi Iwnie zadIII ; 
To b
.1 jl'ilyny odgłos na wielkim pogrzebie. 


Spojrzalem w inną stron!) : tn wgrono sęilziwi 
Zaszli męże, a w okol, przy wielkim stolikn,
		

/0020.djvu

			5 


Dzieł rzymskich, greckich, gockich jak śmiecia bez liku; 
A starzy, jak okładki z pargamiDll bIedzi, 
Rozprawiają i krzyczą. Zda się, każdy śledzi, 
'Vyradza, wydobywa. Coś myślą, coś czują, 
AIniemałem. Spojr'zl
 bliżej, oni przepisują 
J eden drugiego, chyżo. i tak wielki zaród 
Słów zrobili, dla czego? by odgadnąć Daród 
'V kołebce, jego czyny, nazwę i siedziby; 
I chcąc przebiedz . przelecić, okuli się w dyby 
Sztuczni szybkobiegacze kraj"w, za stolikiem! 
A jeden z nich rej wodził głosem, miną, kr'zykicm, 
Wszystkich oczy mówiły: «To mądry jak rzatlko, 
Dobrze krzyczy, tlowotlzi i cytuje gladl	
			

/0021.djvu

			6 


To nic Saturn, ona swych dzieci nic pożarła! 
Bądźcie dla niej Mojżeszem, z laską przez pustynie 
Nic ze szkłem przy stoliku; lo nic gwiazdy szukać; 
Nie chrzcić wam, wy nic mnichy; nic pieluchy płukać. 
\Vy nic dziewki; a język, język nie naczynie 1.... 


r 
A pomiędzy starcami to się śOliech wywiuie, 
To znowu złość wschodziła węglem po ich twarz
'. 
I każdy na wędrowca szczuje i potwarzy. 
Rozżarła się papuga, a zbierając głoski 
Niclubego imienia: « Precz, precz C'lOdalwwski l" 
I{rzyknęła. za nią cały rój greckićj mitfl)gi. 


I znóW lat kilkanaście przewracają lisięg-i ! 


Dziwny śpiewak! powićcie, 11ziwny trup papuga. 
I ów świat, co się śmieje, to z gło,vy poety 
\Vymarzony, ponczowy świat. Chciałbym, niesiety! 
Jużbym się nigl1y poncZll niedotknął ustami, 
ny tak przykre przebywać sny; już odtąd z wami 
Zgodzilh
m pułs gorączld, Il'ez z trupem niezgodzę.
		

/0022.djvu

			7 


\Vasza poezya Irnpmn, ja z pieluch pochodzI:' 
A czuję, że ona mi kroku niedotrzyma ; 
Ona szaleje, piersi, duszl). głow/) wzdyma, 
Kona, i w swych konwulsyach okropna i szczylna, 
ł.zy nam wykrada ale serca nie !... Zorza błl)kilna 
W włoskim kraju sprowadzi piewcę i gitar/)j 
I.acha sprowadzi tylko szabla, śpiewa wiar/) 
W siły swoje; gitarą koń mu, co go nosi, 
Tak szczerze bije w wroga j,ll" w pierś, z ).t.\rej prosi; 
Nie z wodnej barkaroli śpiew mu sil) wywinął, 

Uiecz za wiosło ma w ręku, na łbach Turków płynąl !.. . 


Wam historya papugą! przeszłość, to na lala 
J.iezyeie, nie na myśli. J.udy, co zalały 
Pierwsze wasze siedziby, bierzecie za wały 
Morskie. Mniejsza, z jakiego wypłyu('ły świala; 
Mniejsza, co za muł osiadł na rodzinni'j ziemi 
Z ich obrządków, z ich wiary; dopiero z chrzczonemi 
Chcecie wyieżdżać syuy, kiedy oni serce 
'Mieli z wieków niechrzezonych. Kroniki oszczerce ! 
W nich zakonnik z dziecinnych pieluch łudów szydzi, 
Nicwie , że ezlowiek, jako za młodu zawidzi , 
Takie mu na starość goreją widzialIla, 
Że co w dllcha wpłynęło, łiczba łat nic zjadla. 


.
		

/0023.djvu

			nic Schrifist('lIcrei jst, je nachdł'1U Illan sic t."cibt, ci ue luramie . 
(';neAusschwcifung. einc Tag1ce1mc."ci, l'in lIanclwcrk, einc Kunst, cine 
T'ugcnd. 


SLIILII.GEL. 


() picsni gminna! 
W\I.LENROD_
		

/0024.djvu

			i 
oeci. 


POWIEŚĆ. 



)

 1 
YLOTO W maju, hyłolo na Ukrainie. 
Pif 9 ft '" szystko jedno jakbym zaczynał po- 

 _ j"\>
 
 wiastkę moją; na sposób wschodni: 
, """,-< 
 byłoto w miesiącu róży i słowika, 
w sadach Alhambry lub Kaszemiru. 
Kto oddychał tamtćm powietrzem, kto się dał 
oczarować tej dziewiezćj ziemi, nieposądzi mię 
o przesadę. 
Jak inne niebo w Neapolu, tak insza wiosna na 
Ukrainie. Nicjestlo wiosna ani w eiemnćj szacie bo- 


I
		

/0025.djvu

			12 


rów Polesia, ani w płowym całunie piasków Ma- 
.lOwsza , ani w lodowatym wielicu tatrzariskim. Ukra- 
ina na wiosnę, to kielich jednej róży, nieustannie 
I'Ozwijającćj liście, nieustannie woniejącej, pie- 
szczącej roje motyli, słuchającej roje słowików. 
Ukraina, mało powiedzićć: płynie miodem i mle- 
kern. Stary Trembecki myślał gdzieś o swoich zdro- 
wych i niezdrowych pokannach, kiedy na Ukrainie 
widział tylko miód i mleko. Ukraina płynie tysią- 
cem barw tęczowych, tysiącem woni, tysiącem 
dźwięków, tysiącem myśli, uczuć'; w płodnej przy- 
rodzie bujne być muszą i myśli i uczucia. 
Powtarzam, było to w maju, byłoto w Zofijówce. 
Ale w Zofijówce nicbyło nic ukrail'iskiego procz 
słońca i nieba. Tu platan szerokolistny podnosi 
dumne czoło jakby stał w Atenach, tam wierzba 
babilońska płacze, ponury cyprys ocienia grobową 
kolumnę; rzędem stoją pomarańcze, cytryny, gre- 
naty, jako seraj Owe piękności, wzdychające za ro- 
dzinnym krajem; a niżćj kwiaty wszystkich wiosen 
przeglądają się w marmurowych sadzawkach, niby 
chcące się dowiedzieć, jak dużo im z wdzięków uby- 
ło. RuczaLhłąkający się niegdyś na dnie ciemnego 
jaru, (IW ulubieniec pastuszka i trzody, dziś jak
		

/0026.djvu

			" 


13 


\nijo w Tiwoli rOf.bija się po ogromnJch grani
 
tach. Polnc glazy, na których nicgdyś starzy ojcowic 
składali obie ty Ladzie lub Kupale, porosły w piętra, 
w łuki,,, labirynty Pausylipu lub w grotyFingala. 
Mechanik Metzcl cuda tc potworzył milionowe- 
mi skarby tulczYllskiego magnata. Dziś on w mun- 
Jmzebyłcgo oficera artyleryi narodowej przcchadza 
się od samcgo świtu pomiędzy uZl'
cznionymi ukra- 
ińskimi chłopami, którzy pracują w ogrodzie. Jak 
przedsiębiorca tcatralny w dniu przcdstawienia no- 
wćj opcry niecicrpliwi się, miesza, oblicza tryumf} 
i niełaskę publiczności: tak i on, z całą niespokoj- 
nością, która tryumf poprzedza, oczekuje przybycia 
gości znakomitych. Czynnie krzątała się czeladka. 
cieźki, cllOdniki, wysypywano drobnym zwil'em i 
piaskiem; zmiatano, i polćwano gazony; oczy- 
szczano greckich bożków i półbożków, zimnJch śród 
żyjącej przyrody jak marmur, z kt()rego wykute. 
Jednakże ze skał spiętrzonych niespadał jeszcze 
gl'zmiący wodospad. Tctys niezeszła do swego chło- 
dnika, a jasna szyba sadzawki nicmyślała trysnąć 
w tęczowe łuki. noteż przyroda tcgo ogrodu nie- 
zawsze lubi igrać swoją pięknością; istnato gam- 
ratka, która na zawołanie umie i śmiać się i łz,} 
2 


.
		

/0027.djvu

			, I 


I 
II 
! 


, 
I 
I 


.. 


14 
wylewać i każdym wdziękiem nęci.: do roskoszy , 
a potem, samotna, zapada w smutek, w melan- 
cholię, otrętwienie. Zofijówkę bez Szumu fontan, 
bez wodospadów mieniących się tęczą, bez szklan- 
nych chłodników, mruczących zdrojów, bez gada- 
jącego echa w podziemnych jaskiniach, wzjąłbyś 
raczej za ogrodową galeryę; takic tam nagromadze- 
nie przedmiotów, taki labirynt ścićżek, takie mnó- 
stwo pieczar, pomników, kiosków, osobliwości. Za 
każdym krokiem poznać tu myśll1lagnata, klasycz- 
- nym przepychem salonu chcącego zaćmić przyro- 
dę, a jaką jeszcze przyrodę? ukrail)ską! z jćj ste- 
pami szerokiemi jak promiel) oka; z jćj Bohem 
i Dnieprem śpiewającym po granitach na nulę 
hojanową o rycerzach włodzimićrzowych, o Bole- 
sławach, o Bohdanie, Niczaju, o Koliszczyznie; 
z j
j cćrkwiami, krzyżami, mogiłami! 
Około jedenastćj przed południem, kiedy ogród 
uprzątnięto jakby z płatka wywinął, dano znać 
Metzlowi.', iż pan hrabia z całym dworem swoim 
z humańskiego wyruszył pałacyku. Za clnvilę przy- 
będzie on oglądać po raz pierwszy tego roku to 
ziemskie cudo, i jakiemuś rzadkiemu gościowi oka- 
zać je w całćj 'pełności, w całćj krasie wiośnianej. 


I
		

/0028.djvu

			15 


(,Puścić fontannę! puścić wielki wodospad!» 
krzyknął Mctzcl jakby dowodził bateryą. 
I natychmiast wody, zebrane w górnym stawie, 
puszczone, z grzmotem podziemnym leciały, kędJ 
ich przemysł hidraulika skjcrował; leciały, aby 
rozbić się o głazy w miliony kropel, w mgłę jesien- 
ną, aby w niebo strzelić kolumną i spłynąć bryJan- 
tow,ym deszczem, aby wylać się w gładką szybę 
jak weneckie źwierciadło. 
Grono przydworne tulczYliskiego królika, zło- 
żone z kilkudziesięciu osób, napełniło ulice parku. 
Sam pan przodkował wszystkim; z jednćj strony 
miał najpi
knicjszą kobićtę, zwieszającą się najego 
ramieniu, a z drugićj szedł jakiś si\vy i poważnJ 
mężczyzna; za nimi grono młodych paniątek, ku- 
zynki, kuzynowie, artyści, kilka intrygantek i in- 
trygantó\Y francuskich, poplecznicy z gotową sza- 
blą do obrony imienia i honoru pańskiego, rezy- 
denci (rodzaj ludzi, których zasługi tajemnica 
pokrywa), trefnisie uprzywilejowani, zasłużeni i 
zasługujący się dworacy, wreszcie mnóstwo przyby- 
lych ze świata gości zwabionych otwartemi stoły i 
roskoszami tulczYliskiego dworu. 
Wszystkićm, co tylko p.'zepycb i zbytek wyszu-
		

/0029.djvu

			Hi 


kać może, błyszczało to grono. Widziałeś tam: po- 
wiewne pióra, koronki flan(h'yjskic, szale z Kasze- 
miru , śród mnó8twa brylantów, pereł, orderów 
i pierścieni. Wschodnia fantazya naszych magnatów 
lubowała się w takich przedmiotach; nie jeden 
z nich jak paw jaki roztaczał ogon swego dworu , 
i pyszny stąpał, i dumnćm okiem powodził, zawie- 
szał myśl na każdej błyskotce, puszczał ją, że tak 
rzekę, ze złotą nicią litego pasa, która nicginąc 
zawsze na wierzch wypływa; lecz drzał przed głę- 
bią, bo tam straszno i czarno, a pan miałby noc 
bezsenną. 
Ale pan Szczęsny jakże dziś wesoły! Pojrzyj na 
jego czoło / Ten zmarszczek, który je na pół prze- 
lrawywał, jakby w tćm miejscu wbity był I
wiek 
myśli jakiej pickielnćj, mózg wygryzającćj, zawie- 
szonćj przed nim jak zasłona, wygładził się, a na- 
wet i usta ze znamieniem dumy przeciągnęły się 
w uśmiech. 
« Brawo J\Ietzel / brawo /» zawołał pan Szczęsny- 
«dodałeś jeden jeszcze brylant do klejnotów mego 
domu» i przyjalnie uderzył go po ramieniu. 
-To I<'raskati, Tiwoli, Carskie-sioło/-zawo- 
łały kobićty lubiące zagraniczne porównania.
		

/0030.djvu

			17 


-To ogród Armidy! to raj odzyskany!-wykrzy- 
knął iJW siwy, poważny mężczyzna szambelan Trem- 
bccki, a grono czciciclów muz j:łk echo powtórzy- 
ło za nim: To ogród A rmidy! to raj odzyskany! 
-«Nic, mości panowie! n - przerwał dworny 
poeta, ńiby pochwytując się w hłędzic-"płaskie 
nasze aluzyc do cudzych bogili i bogów» i ubrócil 
się do najpięknicjszćj kobićty: «Bóstwo ogrodu 
przebywa tu, między nami; za cóż nicmamy po- 
wiedzieć najpiękniejszej Zqfii najpi..;.kniejsza Zofi- 
jówka!n 
I najpięknicjsza kobićLa Ickko wachlarzem trą- 
ciła szambelana - poetę, jakby go pasowala na 
rycćrza dworu mił-ości; i pan Szczęsny ścisnął go 
za rękę, jakby wiecznie chciał przykuć do progil\" 
swego palacu. 
-"Trafnie się znalazł szamhelan! co za dowcip I 
to 'V ol ter polski! n-poklasnęly pięknI' dowcipy. 
-«Szamhelanie In mowił- p{)lgłosemjcden z wy- 
,trawnych pochlcbców, odciągaj,!c go na bok,- 
"teraz szambelanie pora z jakim rymem wystqpic, 
ugodziłbyś w myśl hrabiego.» 
-Widkic dziclo unieśmicrtelnić! pochwycili 
hliźi:j SLojący. 


2.
		

/0031.djvu

			18 


-Został: polskim Dclilem !-zawołali drudzy. 
-Poetą dydakLycznym! 
-(,Ja byłabym za sielanką» ozwała się jedna 
z damsenLymentalnych. (,Scenę np. dać w Arkadyi, 
wprowadzić alegorycznych pasLuszkuw Medora i 
Angielikę; po LycIl gazonach, skałach i sLrumykach 
I'Ozpuścić owieczki, kozy....» 
-Owieczki! kozy!.... pil;'kny mi koncept! do 
ogl"odu owicczki i kozy! aby pogryzły młode szcze- 
py, i popsuły gazony wypielęgnowane takim tru- 
dem, takim nakładem.... 
I całe zgromadzenie parsknęło głośnym śmie- 
chem ze starego botanika-dworaka, nieznającego 
się na sielankowej alegoryi. 
I całe zgromadzenie żarLami, ucinkami, rzuciło 
się na cz
owieka, kLury nic w życiu, nawet Sztuki 
'J'l11otworCZf?j nieezytał. 
Trembecki uradowany, że go przestano naga- 
bywać o wiersze, jUl przemyśliwał, jakby siQ odbi{ 
od tego grona, kiedy z niewymowną jego pocie- 
chą, kobieta, którą w7jąłbyś za królowę piękności, 
za czarodziejkę tych ogl'Odów, z okiem dużćm , ży- 
wćm jak hijące źr{ldło, z ową białością, kLórajakby 
spalpna żm'cm hwi PI"zypomilla córki 'Vschodu, 


j 


.
		

/0032.djvu

			19 


kobieta w lekkim sll'oju pasterki, ideał oh razów 
Teniera, sama niewinność złotego wieku, podała 
rękę poecie, mówiąc: (,Zguhiliśmy hrahiego, chodź- 
my go odszukać.)) 
I poszli uhoje. Trembecki wypudrowany, w su- 
kni fraf1cus1.icgo kroju hogato haftcm upslt'zonćj , 
ze szpadą przy boku, pełen słów słodkich i galan- 
teryi wersalskićj, jakićj nabył na świetnych salo- 
nach pani Geoffrin, mimo lat siedmdziesięciu kil.. 
ku, .zdawał się odmładniać obok tak uroczej kohić- 
ty. Rzadkato grupa! KawalerLagarde de Messence, 
który swoją wyobraźnią francuską wystawił sobie 
tę parę w lat kilkanaście potćm, jakże ją trafnie 
porównał du Malwin)", oprowadzając
i starego 
Ossyana po skałach Erynu! Ossyan, Malwina ! Trem- 
hecki, Zofij a fanaryotka! bard czwartkowych ohia- 
dów, z golowym rymem dla wszetecznicy północ- 
nćj, do 
aruszewicza w podróży kaniowskićj , dla 
Zadunajskiego, dla wszystkich! - Ona miłośnica 
kupiona korcem złota, drapieżna jak szakal, wsze- 
tccznajak wiek ośmnasty, Malwina !_Gdzieżjeszcze 
jedna strona obrazu? gdzic ślepa i I'ogata duma 
ohok czołgającej sili podłości i uh'adY'I) gdzież 
afektacya ,Ila sztuk pi,
knych i poezyi? dla sławy i
		

/0033.djvu

			2n 


(Ha cnót rzymskich? gdzie 0JCICC I'Odziny, który 
na przyczołku swojego gniazda pisze zlutemi gło- 
skami ironii: Oby hyło zawsze wolny.ch i cnotli- 
wych mieszkaniem! Gdzieżeś panie Szczęsny?- 
Stanąłeś tu, na szczycie skały, cały ten raj podesłał 
się pod twoje nogi, i w pysze swojćj tak dumasz: 
« Oto ja potworzyłem te dziwy. Czem słyną Carskie- 
sioła, Wcrsalc, Szenhruny, zgromadziłem wjednę 
Zofijówkt;'. Ale czyż te drzewa, te skały, te wody po- 
wtórzą imie swojego twiJrcy potomkom? O 
ie! 
nieśmiertelności potrzeba ,
krzydcł poezyi! Sława 
założyciela Zofijówki, miłośnika sztuk pi
knyc1J, 
powinnalJY zagłuszyć szmer brudnego gminu I... Tak, 
bądź cohądź, poezya unieśmiertelnil
 mię musi 1....» 
«Hrabio! szukamy cię. Trzcha szamlJclanowi 
wszystkie cuda naszego ogrodu pokazać; trzeba mu 
gwałtem wybić z głowy Puławy, i piękną stópkę 
Izaheli, o której z takim rozprawia zapałem.» 
« Nie w naszychto siłach,» - ozwie się hrabia 
z ironiczno-pokornym lIśmiechcm;-«tu niepły- 
nie patryotyczna \Visła, tu nif'ma 
wiątyni pamią- 
tek, ]{tóraby jak pralJahka szeptała dzic:je prapra- 
dziadów łamiących karki dla pit:knrgo slow., : Oj- 
czyzna! »
		

/0034.djvu

			21 


-«A jednak jest tu wszystko,» - pochwyci I 
Tl"embecki -(f co zapomnieć każe o reszcie 
wia.la ; 
sąto pola elizejskie, na które się wchodzi niepijąc 
ze zdroju Lety. Piękność Zofii wybija z pamięci 
wszystkie piękności; rozum, go
cinność, możno
(: 
gospodarza: wszystkie mądrości i hojne pyszno- 
skąpstwo świata. » 
«Zbyt pochlebny krdlisz obraz szambelanie.» 
-«Hrabio! mógłżcbyś mię posądzić o nieszcze- 
rość?" 


«Nie! lecz o przesadę, właściwą pięknym dowci- 
pom i wierszopisom.» 
-Gdzież dowód?- 
-(,Sameś się wydał. Jeśli przyznajesz, że to są 
pola elizejskie, za cÓż tęsknisz za innym światem P 
za co wzbl'aniasz się przyjąć ofiarowanej ci gościn- 
ności P-Daruj mi szambelanie, ale nieuwierzył- 
bym, gdybym cię nieznał, że jesteś poetą, kiedy te 
wielkie obrazy, kiedy ta przyroda wypieszczona jak 
. lalka, te alegoryczne świątynie, ten Olimp cały, - 
kiedy to wszystko ma tak mało powabu dla cicbie! 
Rozważ tylko: pół sławy w zysku, jeśli opiewasz 
to, co jest szczytne samo pl'zez się; kto wie, Homel' 
może dla tego tak słynie, że Achiłcsa śpiewał.»
		

/0035.djvu

			22 
«Ależ i Homer czasem się zdrzemał»- dodał 
Trembecki z złośliwym uśmiechem, jakby chciał 
rozumieć: w tenczas, kiedy niebyło co o Achilesie 
śpiewać; lecz jako przebiegły dworak wnet myśl 
obrócił, i dodał z westchnieniem: «a ja już jestem 
drzemiącym Homerem!» 
-(C Obudzim cię, obudzim! Zasmakuj tylko w ro- 
skoszach mego dworu gaszącego przepychem dwo- 
ry książęce; zostań z nami na zawsze, używaj, co 
mamy. Nic byłbym Szczęsnym, gdybym nieumiał 
uszczęśliwiać! n 
-(C Ach, hrabio 1 słów mi niestaje 1.... ależ za- 
miar milj dostania się do Warszawy, ależ chęć po- 
święcenia ostatnich dni życia na usługi ziomkÓw; 
podźwignienie języka, wyoLrażeli pracami bisto- 
rycznemi, którym się teraz poświęcam....» 
-«Romanse, romanse, szambelanie! Co chcesz 
począć z 'Varszawą! p -to popioł, kupa gruzów; 
Suwarów niewieleco zostawił, a ty, poeta salonów, 
chciałżebyś jeremiady rozwodzić P tobicito porzu- 
cać ten raj ziems
i , gdzic z berła naszej Semirami- 
dy wszystko sypic się jak z rogu okwitości ? _ Nie- 
dziwiłbym się komu, ale tobie, mój Trembecki....n 
,Jakkolwick dobitna ta namowa wicie skutkowała
		

/0036.djvu

			23 


na poecie, mającym nałogowy pociąg do dworac- 
hva, do epikureizmu, jednakże pomysł jakiś wznio- 
ślejszy, którym chciał resztę życia swego skiero- 
wać, jakieś poświęcenie się dla sprawy ogółu, ja- 
kieś wyparcie się miłości własnej, przeważało w nim 
jeszcze, i pociągało ku tej stronie, którą pan Szczę- 
sny tak :smutnemi farbami malował. 
«Nic, nie, mości hrabio! Młodszym zostawmy 
duchom drogę do tylu względów, do sławy! Mnie 
staremu potrzcba będzie osiąść gdzie na przed- 
mieściu w stolicy, żyć patryarchalnie i uzbieranym 
owocem ohdzielać młodą dziatwę, jak ów dąb, któ- 
ry na to potrząsa czołem, aby koło niego młode 
wyrastało plemic !» 
« Marzenie! chcićć trupa odrodzić! ha! ha! ha!» 
pan Szczęsny parsknął śmiechem politowania. I umil. 
kli.-Jeden przemyśliwał, jakby go przywabić du 
siebie, drugi wyszukiwał sposoby, jakby obstać 
przy swoim uporze, uporze, bo dusza 19nęła do 
Llasku pańskiego. Między trojgiem tych osób roz- 
mowa całkiem ustała, a Trembecki zamyślony ani 
się postrzegł, jak nagle stanęli u wnijścia do cie- 
mnej pieczary; podziemny strumień szumiał, łodź 
czekała gotowa.
		

/0037.djvu

			II 



 


24 
« Ukarzmy Zofio szambelana!n - przenvał pan 
Szczęsny ciszę,- II on, co ma zamiar wskt'zeszać 
umarłych, niechaj sam pierwszy wnijdzie do pań- 
stwa Plutona. Charonie bierz twoją ofiarę !.... n 
I w mgnieniu, olbrzymi i barczysty, z siwą Lro- 
dą wioślarz pochwycił w pół szamLelana, i środ 
śmiechu pięknej Greczynki i hrabiego, opierają- 
cego się wtłoczył do łodzi, która natychmiast od 
biła od brzegu, i znikła w ciemno
ciach podziemne- 
go kanału. 
-«Przez litość hrabio! n-wołał z głębi odpły- 
wający poeta, a głos jego głuchem rozlegał się 
echem,-«przez litość! pomnijcie, że niemam z so- 
bą ani cytry Orfcusza ani złotćj gałęzi 5yLili!n 
«Rymy twoje staną ci zajcdno i za drugie!n- 
zawołali obojc za odpływającym. 
Poeta, straciwszy z oczu ostatni promyk dnio- 
wy, utonął w dumaniu, do którego usposabiały 
go i obecne położenie ważącc się między niepe- 
wnością, i jednostajny szum wiosła. Całe przeszłc 
życie jak fantasmagorya rosło przed nim w ciem- 
ności: mozolne lata nauki w jezuickiem kolegium, 
pierwsza miłość, pierwszy wierszyk na cześć kochan- 
ki, pierwszy wstęp na pokoje magnata, podróże,
		

/0038.djvu

			9' 
_J 


dwÓr wersalski, DubalTY, Woher, Kagliostro , Ka- 
zanowa, krocie inlt'yg, pojedynki, pitagorejskie 
utopie; dalćj powrÓt do ojczyzny, dwÓr Stanisła- 
wa, hurze, jak syczące żmije wychodzą z pod ziemi, 
aby ten tron z desek teatralnych i kulis obalić, a 
potćm-potęm-.... słychać jęk milionowy, ruszają 
się groby, rozdzićra się zasłona.... Gdzież on? 
poeta? czy może podziela boleść skonu? sel'ca sty- 
gnące pieśnią rozgrzewa? O nie, łodźjego żywota 
spokojnie płynie; stoickie: impavidum feriU11t m., 
ina?, godłem jego chorągwi; jemu zawsze grają 
strumyki, uśmiechają się piękne oczy, zazdrośne, 
spazmatyczne; jemu płyną wierszyki do pańskich 
pieskÓw, mał.}'ch nbżek, a szpada i pistolet kawa- 
lera błyska dla każtlćj obrażonćj piękno
ci. To się 
nazywa przeigrać, przeżartować, przejeść i przeska- 
kać z gÓrą lat siedmdziesiąt. 
-« Gtlzieżeś wieku mÓj młody?» jęknął Trem- 
becki w boleśnćm opamiętaniu się - «gdzieżeście 
proste i niewinne uczucia? wszystko przegralem za 
jeden uśmiech pańskićj łaski. Dosyć już tego; prze- 
niosę niepodległą miernuść, żyeie ciche, a glośne 
w sercach milionów, nad twoje, dumny hrabio 
roskosze, względy, za które na każde zawolanie 


., 
"
		

/0039.djvu

			I 


26 


muszę być dowcipnym, uczonym, pochlebcą. O nic 
mój hrabio! niezwabisz mię niczem, nawet gdyby 
twoja Zofij a.... » 
Poeta dłużej jeszcze byłby prowadził ten mono- 
log pół mówiony, pół myślany, gdyby nie 
miech 
ironiczny, prostoduszny, bo z całego-gardła, któ- 
ry się rozległ w sklepieniach kanału. Trembecki 
na wieki zapomniał, że nie sam jeden był w łodzi. 
"CÓŻ cię tak śmieszy, mój ty wesoły Charonie?» 
-«Ha! ha! ha! śmieję się jak z tego chłopa, 
kt6remu szatan pokazuje palącc się pieniądze, a 
potem topi go w błocie.....» 
«Cóż przez to chcesz rozumićć?» 
-(,Nic, albo coś, a mOlc tylko się domyślam.» 
(,Jakto, czyś mię podsłuchał?» 
-«Samiście się wydali, a doświadczenie mOJe 
odkryło mi resztę tajemnicy.» 
«Doświadczenie twoje ?» 
-(C Nieinaczej ; widzę, żc was ciągnie coś gdzie 
indziej, tu znowu nasz hrabia na wędkę was bie- 
rze. O ł jeśliś przestąpił próg pańskiego pałacu, 
jeśli li pił z jego szklanki, a dotknął cię ręką, może 
jeszcze ścisnął: toś przepadł, musisz mu służyć, 
jako czart u czarnoksiężnika, nic jedne lat siedm.»
		

/0040.djvu

			27 


I 
l 


Trembecki, który nigdy nicprzestawał z gminem, 
nie spodzicwał się znalćźć tyle filozofii w prostym 
ukraińskim Kozaku, a im więcej się dziwił, tern wię- 
cej rosła w nim cickawość dowiedzcnia się czegoś. 
-(,Trzeba wam wiedzieć»- rzekł Charon, opie- 
rając wiosło na krawędzi łodzi,-«że nie zawsze 
byłem dziadem pilnującym tego ogrodu od pso- 
tnych studentów, i nic zawszem woził gości po tym 
kanale.... » 
Oho!-pomyślał Tremhecki,-to coś zakrawa 
na powieść jak o królowćj Golkondy. 
-«Nicgdyś koń mój był najlotniejszy na ste- 
pie; między mołojcami znano rękę moją najwpra- 
wniejszą do szabli a oko do rusznicy. Na całym 
brzegu bohowym czcrń wierzyła we mnie jak w obraz 
cudowny. A jam usłuchał chytrych podszeptów! 
jam się wdał w rozmowę z wojcwodą kijowskim, 
ścisnął mi rękę, i miasto baraniego kożucha odział 
szubą z czerwonym atłasowym wierzchem; odtąd 
zajęcze serce zaczęło bić pod szubą, namawiałem 
mołojców..... zdradziłem ich !.......» 
SLarzec wcsLChnął glęboko, i ;tak silnie zaczął 
wiosłcm rohil
, że woda pryskała nad głowy. 
Okropna twoja hisLorya !-pomyślał Trembcc- 


ł.
		

/0041.djvu

			28 
ki, - chciałeś mi dal; naukę, a wlałeś truciznę 
w duszę, która o czemsiś lepszem marzyła. Tyś 
był człowiekiem gminu, i zdradziłeś go, zaprzeda- 
łeś; a ja, z małego na dworskim chowany chlebie, 
dziś chciałbym miłość gminu pozyskać, nad gro- 
bem rozprzestrzenić życie, które się w ciasny obręh 
zamknęło, w przedpokbj ! 
Tylesofislycznych myśli dręczyło go, tyle sprzecz- 
nych miolało nim uczuć, że, zakrywszy twarz ręko- 
ma, ani się obaczył ,jak łodź wyhiegła z podziemne- 
go kanalu na wody jeziora, słOliccm olśnione, a 
w tym śnie bolesnym dzień, przenikający przez 
szczelin.r palców jego, zdawał się mu być jutrzenką 
owej światłości, klórą chciał opromienić swoich 
spółbraci! 
-{( \Vilaj z lam lego świala ! witaj nam szambela- 
nie !»-ozwały się selne głosy. «Niech żyje!» za- 
brzmiała huczna muzyka. 
Szambelan jakby siłą czarodziejską ujrzał się 
przeniesionym, rzekłbyś, na pola dusz szczęśli- 
wych; pełen podziwu wodził około siebie okiem 
odwykłćm od słOlica. Kilkanaście łodzi, coraz pię- 
kniejszych, pływa po wodach słodkiego morza. 
Wiosenny wietrzyk igra ri)żnobarwnemi wstęgami
		

/0042.djvu

			9 


napma żagle, roznosI WOnIe z wieliców orszaku 
Amfitryty; Trytony dmą w trąby; wdzięcznie pieją 
Najady. Owoż okręt, piękniejszy nad wszystkie, spra- 
wnćm cięty dłótem, ujaśniony farhami i złotem 
lśniący, podobny do weneckiego bucentaura , zmie- 
rzał ku łodzi naszego Charona. 
"Szambelan! szambelan!»-wołały piękne damy 
wiewając na niego wachlal'zami; _ll witaj w dobrem 
zdrowiu! zapraszamy cię do naszego baciku.» 
«Jakżeż skutkowała k:wa? czy nawet i tu między 
błogosławionćmi »-i l]rabia wskazał na gl'ono ota- 
czających go kohićt - "czy i tu jeszcze myślisz 
o tamtym świecic?n 
I piękne d:Jmy uśmiechnęły się, i muzyka hrzmia- 
ła, i pieśll śpiew:Jno na cześl
 poety. Zofia tylko je- 
dna miała głoWI,.: opartą na ramieniu hrabiego z lek- 
ką mgłą smutku. 
({ Zofio! Zofio! powi taj szambelana, spojrzJj we- 
soło n-rzecze p:Jn Szczęsny, calując ją w przeŚlicz- 
ne oczy;-«zkądże ta chmurka na czole p» 
-({Czytałam tel'az w smutnej przyszłości naszćj, 
lęk:Jm się.....» 
« Ty przy mnie, śl'ód roskoszy , ';I'ód niclJa l))"zyclIJ- 
lonego na ziemię, miałażbyś się lęka
 przJszłości P n 
3.
		

/0043.djvu

			30 


r 


«Lękam się o całą płeć nasz;!, i widzę jak co- 
raz wł:Jdza nasza słahic:;e;-kobieta dziś prosi{
 
musi, kied,y dawniej zgadyw
mo j
; myśli.....}) 
«Kobićl:J dziś rządzi duszą, n:J tchnieniem, kiec/y 
dawnićj więzy tylko wkładać mogła.» Pochw,ycił 
TI'embecki, którego ubodly przymówI_i Zofii. 
-«Nie rozumiem, o co wam chodzi!» rzeknie 
pan Szczęsny. «Zofijo! to jakicś okrótnc żądanie; 
zmuszać poetę: czy wićsz, że to są istoty do nas 
niepodobne ani duszą ani ci:Jłem? oni zawsze 
gdzieś żyją między niehem a ziemią jak sylfy. 
A przytem, nie prawd:Jż szamłJclanie, ty masz oho- 
wiązki, które.... tak Si! mocne.... święte....» 
«Nie, nie, mości IJl'aLio! wahanie się moje po- 
chodziło dotąd z nieufności wc własne siły; odło- 
giem leżąca niwa poezyi niewróżyła mi bujnego 
plonu; lecz w tej chwili takie natclmicnie, t:Jki z:Jpał 
Uczuw:Jm w duszy, że......» 
-«Zofio! Zofio! uśmiechnij się do niego! no 
zgoda, podaj mu rękę. Tak-t:Jk-ha! co panie 
Trembecki, ucałowałeś ją, zaczynasz odmładniać; 
patrz, rumieni się jak student, lubię to, jcstto nie- 
winność wieszcza, natchnienie....» 
I Trembecki śród tćj przYWI'lIcoućj hal"mouii 


,
		

/0044.djvu

			31 


. 


zapomniał o swojćj podróż"., o wielkich celach, 
O nauczkach starego c'hal'Ona, o wszystkićm.... Je- 
mu tak dohl'ze w tym żywiole ócz jaskrawych, tych 
uśmieszków, tych słowek pieszczonych, pałiskich 
wzgl",dów, kadzidcL.. Jemu tak słodko brzmi ta 
muzyka, ten hymn takie wdzi
czne przynosi słowa, 
bo to wszystko dla niego siurpryza, tryumfpoety! 
Lodzie opłynąwszy jezioro przybijały do wyspy, 
która niby bukiet pływający przyjmowała na łUlłu 
swoje rój rożnobarwnych motyli, dzicwice postro- 
jone wc wst
gi iwielice. 
Zofia, oparta na ramieniu szambelana (znowu 
Ossyan iMalwina l), wchodziła z nim w ulicę usta- 
wioną z dzicwic, kt()re pod nogi sypały im lilic i ró- 
że. Ulica ta wiodła do lśniąccgo jedwabiami i złotem 
namiotu rozbitcgo na łące. \V namiocie stół na 
dwieście osób, gnący się od śrebcr. Na każdym 
torcie, piramidzie: cyfm poety! w każdym kielichu 
pieniącego się szampana: zl]rowie poety! w każdćm 
patiskićm wejrzeniu i uścisku: pomyślność poety! 
a w gl'zmi'lcej muzyce i słodkim hymnie: sława 
pocty ! 
Co za szalelislwo !-myślił oczarowany Trem- 
hecki, kiedy w towarzyslwie, w klórem przybył, 


, 


\
		

/0045.djvu

			ł 


II 


32 


odpływał z wyspy ;-na starość chciałem za I:mrami 
gonić, które tu pcłnemi garściami zbieram! 
« Hrabio! lu, gdzie wszystko ma swoje znacze- 
nie i nazwę, zwłaszcza żc mi do mego pocmatu 1'0- 
trzebnem b'idzie, jakież ta wyspa nosi miano?» Z:J- . 
pytał Trembecki w chwili, kiefły na brzeg wysiad:Jł. 
-Anti-Circe n:Jzw:Jłem ją Jla jej szczególnej 
własności: każde źwierzątko, które tu przybywa, 
staje się lepszćm i bierze twarz człowieczą. 
« Więc odcz:Jruwuje to. co w podlejszy l wór za- 
mieniła Circe?» 
-Nieinaczćj; len cud i na lobie się pok:Jzał,- 
Jodał żartobliwie pan Szczęsny; - przed chwilą 
byłeś up:Jrtym wolem, a hokiem wstąpiwszy na 
tę wyspę przybrałeś poslać samego }1'eba. 
Trembeckiemu nie wypadało jak w r:Jz z dru- 
gimi poklasnąć i lIsmiechnąć się na ten Jowcip, lecz 
uśmiechem, w którym dużo IJyło ironii i goryczy. 


'XJ 

.., 


{( Prosić pana szambelana, i powieJzie(:' mu, że 
od godziny wszyscy oczekujemy go z niccicrpli-
		

/0046.djvu

			33 


, 


wością.» Taki rozkaz dawał pan Szczęsny w naj- 
gorszym humorze marszałkowi swojego dworu. 
"Szczególni to ludzie ci panowie poeci! Wiecznie 
każą na siebię czelmć, wiecznie ze swemi płodami 
drożą się.» 
-Jakhy łaską pa6ską nicbyli zapłaceni z góry;- 
poszepnął jeden z zauszników hrabiego. 
-Czas poobiedni mljlepszy do słuchania wićr- 
szy: ciało zajęte trawieniem, umysł do drzemania 
skłonny łatwo w krainę marzeń się przcniesie. Trem- 
becki utraci wiele na zwłoce! 
I rozmowa w gronie coraz stawała się ociężalszą, 
urywaną. Oczekiwanie przechodziło w nudy. Go- 
spodarz w głowę zachodził, ale dowcip Zofii i tą 
razą przyhicgł mu z pomocą. 
,,\Viadomo patlstwU» -rzeknie ona-«że pan 
Trembecki opisał wićrszem Zofijówkę; fnieho tak 
jest pogoJne, powietrze tak przyjemne, że grze- 
chem byłoby nicsłuchać opisu ogrodu w ogrodzie.» 
-JeJno w Jrugićm daleko lepićj się wyda; przy- 
prawdzi ktoś z gości. 
-A przytem i umysł się otrzeźwi; dodał inny. 
"A więc służę moi panowie i panie ,-szambe- 
lana prośić do ogrodu.» 


, 


I
		

/0047.djvu

			t 
II 


34 


I para po parze, poważnie, spaniale, przez wiel- 
kie drzwi szklanne wysuwała s
Q do parku. Dwie 
spływające rzeki tworzą tam u podnóża pagórka, 
na którym pyszny pałac się wznosi, szybę jeziora 
gubiącą się w gajach topolowych i ocienioną bu- 
kietami dwóch czarujących wyscp; stado łabędzi 
żcgluje po tych cicbych wodach, jak myśli dziewi- 
cze marzące o niebie; do(1aj do tego kręte ścieżki 
bielejące piaskiem po tle ciemnych trawników, lek- 
kie mostki rzucone na rzece, ławeczki pod drzew 
cieniem, i odleglejszy widok na staw drugi z ciągną- 
cemi się na hrzegach domami przedmieść tulczyń- 
skicłl,-a maSz całą powabną prostotę tego ogro- 
du, tak dobrze nazwanego Clwroszem. 
I całe grono zasiadło już w półokrąg ustawione 
kanapki pod cieniem gałęzistych lip i klonów, i 
przy źródle wypływającem z kamiennego posągu. 
I całe grono chowa poważne milczenie; niewie- 
dzieć słuchaczów czy sędziów? bo nie jeden już 
naprzód w duchu układa zdania, wytyka błędy, 
sypie pochwały, poprawia. SLatiże wieszczu, czyLaj, 
co się żadnemu nie śniło, o czćmby i na dziesiątej 
gwiaździe nic wiedział, a on ci w końcu na jotę wy- 
!'Oku nie zmieni.
		

/0048.djvu

			35 


«(Oto i nasz Trcmbecki ! witaj! witaj!» i wszyscy 
powitali poetę. 
Powierzchowność jcgo wydajejak zawsze człowie- 
ka wielkiego świata. Żaboty z koronek, mankietki, 
starannie wypudrowana fryzura, trzewiki, pończo- 
'hy; wszystko mówi, że mimo lat sędziwych ani na 
włus niespuścił z wersalskit:j etykiety. Taż sama ży- 
wość char:Jkteru, taż bystrość dowcipu, przytomność 
w odpowiedziach, taż chęć podobania się wiecznie 
pIci pięknej, ezynią go zawsze do siebie podobnym. 
-«Brawo, hrawo! widzę, że nie z gołemi przy- 
chodzisz rękoma!" powitał go pan Szczęsny, wska- 
zując na zwitek, który poeta trzymał. 
-Ach que de dcliees 1 słyszeć pierwszej to, co 
niedrukowano nigdzie 1- zawołała w uniesieniu 
jedna z (Jam literatek. 
-Świeżewiersze-passez moi ceueexpression- 
ffi:Jją- dla mnie smak kurzącej się jeszcze potrawy. 
-O zapewne 1 boteż nic nudniejszego nieznam 
jak wiersze powt:Jrz:Jnc przez wszystkich. 
-Des platitudes,des bizarreries, najprędzej prze- 
chodzą do gminu. 
- Tant mieux, dla tegotćż nigdy gmin góry nie- 
weźmie. 


,.
		

/0049.djvu

			36 


-Messieurs et (James! słuchajmy! słuchajmy! 
Trembecki, siedzący pośrodku grona, zaczął 
czytać: 


1\lila oJm a licznym ożywiona plodem... 


Głos jego czysty, Jonośny, wygł:Jszał treściwym 
wierszem, z całą barwnością zygmuntowskiej mowy, 
opis bujnćj Ukrainy, dzieje tej ziemi, przemiany 
jćj panów, a kiedy przyszedł na miejsce: 


A jaJ{ w dodo{lskim drzewo jowiszowe lesie, 
TaJ{ PotocJd nad innych wyższość w sobie niesie. 
Wspominać przodJ{óW mialbym zbyt osnowQ dlugą, 
Ktoż się z tym domem zrównać ośmieli zasłngą ?.... 


Pan Szczęsny zrywa się z miejsca, obćjmuje go 
w ramiona, lica starców zlćwają się łzami rozczule- 
nia. Słuchacze w zachwyceniu-uroczysta cisz:J, 
nawet w całej przyrodzie. tcez j:Jkiżto dźwięk do- 
latuje z głębi ogrodu? 



 


Oj ty pane Poto"ki wojcwod.iki synu 
 
Zaprodawcś Polszczu, LYlwu, taj Ukminu! 
Hadka twoja hula koroJom zistaty; 
Piszoweś do caryci pomoczi szuka ty . 


Nuta ukraińska, wyr:Jzy u kr:Jillskic. Pieśń jakaś 
karczemna, gminn:J.
		

/0050.djvu

			37 


(.oście słyszeli każde słowo, goście pojrzcIi po 
, sobie znaczącem sp
jrzeniem, pół uśmiechliwem, 
I pół wzgardliwćm. 
Pan Szczęsny pobladł, zadrgały mu wargi. 
«Hej służba! ktoś nam tu śmić przeszkadzać, pe- 
{"'nie chłop jaki pijany.» 
Ale służby niebyło pod ręką, i SplCWU JUz nic- 
słychać, i pan Trembecki znowu wygłaszał swoje 
wiersze. Znowu obrazy Zofijówki: jej gaje,jćj wody, 
skały, gl'oty, wyspy, jćj wszystkie cuda; obrazy 
dzierzgane pochwałami dla ich pana i pięknćj 
pani. Poeta w t.ak czarodziejski kraj porwał słu- 
chaczy, że zapomnieli o piosence owćj, o parodyi. 
Pan Szczęsny nawct upił się dymem kadzideł i 
z serca wygładził każde przykre uczucie. A w końcu, 
kiedy wieszcz duma nad mogiłą jego: 


Ta bolesnem wspomnieniem rażąca mog-iła . 
Czyjeś niepospolile zwłoki b
dzie kryła. ' 
Niechaj ta za dni naszych nie nadchodzi pora. 
By miala zniknąć ziom]{ów w nieszcz
ściu podpora. 
Nieśpiesz się budowniczy, słuchaj lndów głosu. 
Nieldadź rychło pierwszego pod mogilę ciosu: 
Ai kiedy dwa od dzisiaj miną polwlenia, 
Dopiero.... niekladz jeszcze i wledy ),amienia. 


,I 


4
		

/0051.djvu

			38 


I 


poklasnęlo calc grono, Zofia z uśmiechem, pan 
Szczęsny z tysiącznemi oświadczeniami, uściskali 
poetę. 
"Bosko! cudownie! co za słodycz wiersza! co 
za szczytne myśli 1»-1 znowu nastała chwila mil- 
czenia, która miała poprzedzić dalsze czytanie po- 
ematu. Znowu w tej krótkićj przerwie, tuż, blis- 
ko, w gęstwinie, czysty, dźwięczny, żałosny śpiew 
się odzywał: 


Pryjde foj czas, pryjde i faja hodyna, 
Zhynesz pesij synu i twoja rodyna. 


Trembecki chciał go zagłuszyc rymami, przyjacie- 
le hrabiego kaszlem i kichaniem, lecz cisza jak na 
złość panowała grobowa; goście pomieszani, poble- 
dli, porumienieni, poeta zadrzał i rękopis upuścił. 
Obłąkanie, zgryzota sumienia, wściekłość gnie- 
wu, wystąpiły na twarz Targowiczanina. 
Goście zerwali się z miejsc swoich. 
Zofij a zemdlala. 
Pan Szczęsny chustką zakrył twarz i spiesznie 
wracał do pałacu. 
Lekarza! lekarza l-wołano. 
Przetrząść ogród l-wołano z drugiej strony.
		

/0052.djvu

			39 
Czy jaki zbójca ukryty? 
Ktoś świstał piosneczk
, która hrabiemu nerwy 
zdrażniła. 
J nic więcej? 
Czyż to nie dosyć? 
Służba rzuciła się hurmem na krzaki, na kląby- 
i znaleziono małego ogrodniczka, który okopywał 
drzewa. 
Tyżeśto śpiewał? -krzykni
to groźnie. 
«Jam sobie śpiewał, ho mi kuczyła się praca, »- 
odrzekł obojętnie. 
-Kto cię t9go nauczył? od kogoś słyszał? 
«Od ludzi!» 
Co za katastrofa! szeptali goście między sobą. 
«Zapewne ktoś z partyi nieprzyjaznej hrabiemu..» 
-Co więcćj, nieprzyjaznćj sławie narodu ,-za- 
wołał jedcn z Targowiczanów załamując ręce.... 
-Biada nam! wracają ezasy Gonty, jcżeli już 
taki robak śmić przeciw panu i myślą powstawać!- 
i ze wzgardą mierzono nieszczęśliwego chłopca, 
który drzał niewicdząc dla czego. 
Co myślisz o tern szambelanie? - rzekł ktoś, 
przystępując do zamyślonego i zmienioncgo starca. 
« f7 ox populi.....-» otlpowicdział ozięble.
		

/0053.djvu

			4U 
Odtąd szambelan rzadko pokazywał się na salo- 
nie; po całych dniach przesiadywał w swoim poko- 
ju wjednem szkrzydle pałacu; po całych dniach 
nie ubierał się, wszystkich unikał, tylko czasami 
grywał z chłopcem swoim w szachy, a towarzystwo 
naj milsze znachodził w licznej rodzinie wróbli,któ_ 
re karmił i wychowywał. Ten ostatni rys w życiu 
poety charakteryzuje go, wierzył On bowien w prze- 
chodzenie dusz, i zawczasu przyjaciół sobie mię- 
Jzy wróblami ujmował. Na schyłku dni swoich do 
tego stopnia pamięć utracił, że niepoznawał swo- 
ich własnych wierszy; - powodem do tego, jak 
ulrzymują niektórzy, miała JJYć owa pieśń gminna 
słyszana w ogrodzie. 


Jlh:;Jall, s. 


rS-:57;
,. 
'
_" )1
 ..r ',r," 
."'1:,;2
: ,
,,
: :lSl\\iJr d;I"1I'!
'; 
 
'\'.' ;:'
, 
'I'f' I 
 ł fi' ,:\,"'J'.t 

':'" t-J.' t 1"." l" . \' '
:' ""
 
f,1 \p' J 

 l" I . . I ' 
 ..' 
I 'I ".I
-':
\' . ' I,' " ", { . ł r J ,
 \" ;; 
, .. ,
 .,
 > .':'" 'I:> 
II .> 
ę 'I ": ,.... ;1, , ,". '-f ,.' 
. ""'
"
$
'
-
:,
 
-:-

 ", -w
		

/0054.djvu

			)- 


1- 


h 


II 


[) 


, , 
'łY'


!.d'Ui.4
 







O&Q 





 


WIOSNA burzą poczyna swój wesclny taniec, 
Ito myśl jćj najpierwsza, jak mnicha I"ożaniec, 
Jak u dziecka płacz - burza. A może (ktoż zgadnie?) 
Wiośnie burza potrzebna? nią liść zeschły spadnie, 
A pączek kołysauy wiatrcm, ja}{ kobieta, 
Zrodzi liść; a liść młody, to wiosny pocta. 


Człowiek burzą poczyna swój na ziemi taniec, 

 I burza, lo dla niego od młodu kaganiec, 


1/.
		

/0055.djvu

			I 


4:2 
Co UlU świeci do stara. Nią rozkolysany, 
'Vstaje umysł, i wstrząsa kwiatem, jak pijany 
Szklauką; a z kwiatu leci owi(
dły liść mamek: 
Przesąd, te drzwi na rozum, ale drzwi bez klamek; 
Pokora, co mu dotąd za stopuie służyła 
Do podróżnego wozu; bo pod kwialem siła 
Jak owoc na dojźrzeniu wykłuwa liiI), rośnie 
1 do serca mu gada o zaczętćj wiośuie. 
A z kwiatu wstaje czucie: lekko i nieśmiało 
ł'ijolkiem wonnym w kwietniu nad pleśll zeszło, bialą 
Darwą stulisnćj rMy polyska w dni maja, 
\V czerwcu soczystą jagl>d słodyczą upaja, 
..U ranne wiosny krasy, i pogody letnie, 
Zmieni grudniowa zamieĆ' i plon szronem zetnie. 
Jeden wdzięk ruu przyświecał, jedna go poduieta 
'V świat i wichry trącała. To człowiek-poeta. 


I 



aród burzą poczyna swą na ziemi wiosnl) , 
eurzy winien, gdy strzeli w trzcinQ albo sosuQ, 
Kiedy mu przy I.olebce grają w szczerb sąsiedzi, 
Gdy się porodem ludzi jako Iw ica biedzi, 
1 myśl każda, nim \I zrośnie, we krwi mu się płuka , 
Gdy siQ o stopy jego dwoje morz olluka. 
Tatarską ospę przejdzie, a 'Vila chorob;, 
Gdy nogi mu sil) skurczą, i zdala za sobą 
Ostawi dwoje Illurza: burszlyollc i czarnc, 


I
		

/0056.djvu

			43 
A konajqc jak Chrystus wola: «Ja was zgarnę!» 
W ówczasto, może jeszcze kiedyś, jak planeta I 
Zejdzie w sIonce ku życiu. To naród-poeta. 


.. 


A za stolikiem siedzqc młodzian, jak za krzakiem 
Slowik, dumał: Czemuż mi niebyć dla Cię ptahiem 
Wesolym, a nie so'"q; śpiewać Ci nie w nocy; 
Choćbym Ci jako bocian użyczył pomocy, 
I przy zródle twej wody wyjada) robaki, 
Dziobem odpędzał stare strachy, wilkołaki; 
Choćbym Cię jak kruk czarny ostrzegal krakaniem, 
Że się tw('j wróg przybliża, byś pogonił za nim. 


A za księgami siedzqc młodzian, jak w trój Dogu 
Sybila , dawne czasy wywoływał z progu 
Grobowca, i rozmawiał z niemi jak z mamuta 
Kościq przedpotopoWq; a ich jędrność, skuta 
W jego piersi, tak zcicha modliła sie bogu: 


aSamarytkq ja pauie! w tym młodzieiwu żyj!:, 
« Daj, niech mu źródło moje prosto w piersi bije, 
«Daj mu łzy l\iagdaleny, objawienie Jana, 
« 
iech darmo u stóp moich nie ścićra kolana.
		

/0057.djvu

			44 


« Zapał, o! ten grosz wdowi podaj mu do r/;'ki. 
« On nim dla mnie nie rzuci ino w głos podzięki, 
«I daj mn poznać panie na starość i zmłodll 
« Troistość wielką: listka, człowieka, narodu.» 


Tak się mysi jego ,wicha modliła ku bogu; 
On w Iwściele pamiątek skurczony, na pl'Ogu, 
Skłddilł ręce sieroce w serdecznćj pokorze. 
t;zy przyjdzie ohjawienie dla niego? 
Daj boże! 


I 
I . 


I muja IR'
!I- . 


/), II. 


II 
,I j <::: 

-- 
',- ....,. 
1,1 


(
		

/0058.djvu

			CZY JUZ WIOSNA? 


II 


J\'IuRv, dachy, wszćrz i dluż, 
Nad dachami dym i kurz; 
Ani nieba, ani łąki, 
Ani m(,wią tu skowronki: 
Czylo wiosna już? 


II 


A, tam w oknie coś zieleni? 
To walOnki 
Pełne lilij, niż. 
niedne kwiatki
		

/0059.djvu

			4(; 


z swojej klatki 
Zapytują tych kamieni: 
Czy to wiosna już? 


-Czy już wiosna, kto nam powie? 
Czy nietoperz, pan ciemnicy? 
Czy powiedzą krzyki sowie 
Z pustek dachu ?-Zle \\lo budzi 
Duchów nocY!-Spytam ludzi. 


!I 


Ot tam widzę ogl"Odnicy 
Z koszylmmi na targ śpieszą, 
Z wiosny się cieszą, 
Do z wiosny żyją. 
Mają ogl>rki, sałafę, %roch młody, 
Tętna przyrody pierwej dla nich biją, 
Jak dzieci wiszą li piersi przyrody, 
Ich zapytam. 


II U 
II 
I 


Czy już wiosna? 
Czy się ,"ozmaiły lasy, 
Łąki w majowe przybrały atlasy? 
Czy dużo kwiatków? kukułka miłosna 
Czy lmka ? 


OGRODNIK. 


Nam co po wiośnie?
		

/0060.djvu

			47 


U nas bez wiosny a wszystko rośnie; 
To sztuka! 


JA. 


Ależ drzewa, murawa......? 


OGRODNIK. 


Tylko dla oczu zabawa 
Ogród angielski; u mnie warzy" ny 
Nic piękny lecz pożywny. 


Źlem trafił, on zysku kłem 
W ziemi ryje, jej przerabia soki 
Zgnilizną, szkłem; 
1 myśli, że bóg obłoki, 
Że stworzył ziemię i światy 
Dla ogórków i sałaty. 


Tam grono miejskiej czeladzi 
W święto niedzielne rade się prowadzi 
Od warsztat(,w na wioski, na błonie, 
Wyschłe piCI"si poić zdrowiem. 
Lśnią się oczy, radość w łonie, 
0,1 nich o wiośnie się dowiem.
		

/0061.djvu

			-18 


-Moi panowie! pewnie z przechallzl.i ? 


JEDEN Z CZELADZI, 


Tak. ze wsi. 


JA. 


III 
I 


Czy tam już wiosna? nic wiecie. 
Czy jak dziewica wieniec sobie pleci£'. 
Rozwiesza perl.v i motyle. cacki? 
Czy się rumieni rumieilCem róż? 
Czy zerka oczkiem strumyków? 
Powiedzcie, czy wiosna już? 


: ' I I 
II 


JEDEN Z CZELADZI. 


'I 
I 
I 


Klóż to powie! ogrodników 
Pytaj panie czy tam wiosna; 
Tam masz piwo 
I l\Iarysię czarnobrewą, 
I zieleni się tam sosna 
G.odło karczmy. 


Słuchaj kumie! 
Boto waszeć wszystko umie, 
JeśIiś widział, powiedz panu.
		

/0062.djvu

			49 


DRUGI Z CZELADZI. 


II 


Nie widziałem...... 


Czcza mozl/ła ! 
Duszą, ciałem, 19ną do dzbanu, 
Świat im krąży po pijanu, 
Oni osią tego koła. 
Klnę fęsknotę ! 
Z ust prostaka, w szczerozłote, 
Fantazyjne chciałem ramy 
Ująć obraz, jak źwierciadłem 
Porozświecać głąb mej jamy 
Słoń cem wiosny - i w noc wpadłem! 


Bądź cobądź , 
Choćbym miał się lodem ściąć, 
Zapytam jeszcze. Widzę młodziaua 
Z J.siążką w ręku wraca z poJa, 
Woku myśl wielka wplątaua, 
Czytał Jan-Paula. 


-J\>lłodzieilcze I z nóg twych okurzonych pyłem 
\Vnoszę, żeś był za miastem. 


5 


I.
		

/0063.djvu

			bO 


)11 OnZmNIEC. 


Dylem. 


JA. 


III 
III 


Ha! czy tam wiosna? schwytałżeś wietr7.0icę 
) tulisz w zmysłach, jak w oku źrenicę, 
Darwę, cień, blaski? jak w zaklętym domie 
Sił rozpowiciem grałać niewidomie. 
A tyś dźwięk łowił, trzymał w dzwonie ucha. 
Aż w rym odegrał dzwon ducha? 
Czy tak? wiosna. młodzieniec, 
l\lyśljedna; milion kwiatów w jeden wil'niec. 
Ty mi objaw wiosny clld. 


:1 


. IIlł.OnZIF.NIF.C. 


Cud wiosny?- po deszczu coś trochę zielono. 
To fenomen; ziemi lono 
Resztką ognia topi lód. 
Czytam wulkanów systema. 
I powiadam: wiosny niema 
1 być niemoże ; w jądrze żar przygasa. 
Z wierzchu rośnie lodów masa. 
Słońce tożsamo w lody się zamyka, 
I mowu chaos nastaje i!ziedziczny.
		

/0064.djvu

			51 


J_\. 


Więc wiosny niema? Dowód śliczny! 
Jam go wzniósł nad brak uliczny, 
A on mu nie wart rozwiązać rzemyka! 


Jest wiosna, bo jest miłosć ; 
Rozpowicie, bo zawiłość. 
Pierwej krąży sok pod korą, 
Nim wystrzeli maju wiankiem; 
Zgaduj czuciem, a przed porą 
Staniesz się wiosny kochankiem. 


,834. 



 


l, 


II 


Lllcyan S.
		

/0065.djvu

			5
1r$
niJt
1tł 


t 


I :11 
II 


T Al\I slowik wieczorem. kukułka o 
wicie, 
Śpiewają w gaiku; tam kwitnie kalina, 
Tam bujnych paproci i ziela okwicie, 
A nocą się błąka jak zorza dziewczyna. 


I kąpie włos kmczy we blasku miesiąca, 
I gwiazdy zdejmuje białellli rękami, 
1 fale jeziora jak rybka roztrąca. 
I szumi jak ptaszek pomiędzy lisciaml.
		

/0066.djvu

			53 


Wiatr cbłodny roznosi i smiechy i krzyki, 
1 jęki ktoś słyszał od strony mogiły, 
I ducby ktoś widział, i modre płomyki, 
I dzwony w kaplicy same zadzwoniły. 


Chędoga jej cbatka biełeje śród lasku, 
Tam wil)dną na płaczu jej piękne źrenice; 
Dziewczyna czarowna, jak świl)ta w obrazku, 
Dzień cały we dłoniach krasne cbowa lice. 


A szepty biegają od chaty do chaty: 
Tu mleko gdzicś znikło, tam chłopiec oszalał, 
Tu trzodl) zbląkano , zwarzono tu kwiaty, 
Tam zboże na polu rzęsisty deszcz zalał. 


I widział dziad-żebrak, gdy do dom szedł z miasta, 
Na drodze rozbieżnć.i w północy milczeniu, 
Na kopcu graniczuym siedzi ala niewiasta, 
1 glowl) na krwawem zwiesiła ramieniu. 


Pil)kniejsza dziewczyna w gaiku nie mieszka: 
Jćj lice barwione jak owoc jabloni; 
A przecież do wrót jej zarosla już ścieżka, 
011 bożej dziewczyny okólna młodź stroni. 


5. 


:1 
il 


J.
		

/0067.djvu

			54 


Daremnie barwinek listeczki rozkłada, 
Daremnie na cbatce wciąż sroczka szczebiota; 
Plak cbyba podróżny słów kilka zagada, 
1 gacek po nocacb w okienko łopota. 


.f. 8, 


ł 


II
		

/0068.djvu

			'I 
I 


NIE SŁUCHAJ PIOSNEK. 


mo 'H 


NIE słucbaj ,Iz;pwcze piosneczek guślarzy, 
Choć ucho głaszczą słowiczemi dźwięki, 
Zalruly oddech kwiat twćj wiosny zwarzy; 
, Guślarz dba lyll.o o sławę piosenki. 
I 


Piosnka guślarza, (o uścisk upiora, 
Co w śnie niewinnym krew dziewic wypija; 
Z jedwabnych rzęsów, rumicllca, kędziora, 
Piosnkę uprzędzie, spokojllosć zabij.l.
		

/0069.djvu

			56 


Słyszałaś w bajkach, jak w.;:drowca zdradą 
Wabi na bagna szatan w złota błasku. 
Tak guślarz wabi w swoje eldorado, 
Aż wyprowadzi na pustynie piasku. 


no serce jego-jak wulkan spalony, 
A ideały-jak pajQcze sieci, 
'Weslcbnienie jego-jak rozbite dzwony; 
A bł.;:dny ognik do I.resu mu świeci. 


Nie słucbaj piosnek, dla dusznej swobody! 
Każda z nicb wagą uczucia sil) ceni; 
Uczucie wielkie-dyament cndnej wody, 
Ozdoba koron; rozbity, pierście";i. 


LltC)-an s.
		

/0070.djvu

			. 


. 




W,41Q 


. 


ESDlo! ty w krynic źwierciedle przeczyslem, 
'\V lecącym ze skał potoku, 
Na niebie chmurnćm , lIa niebie gwiazdzistem , 
Mojemu połyskasz oku. 


. 


W pośrodku gwarów bucznego wesela. 
'\V nocach bezseunych w samocie , 
Ty twarz ozłacasz twego przyjaciela, 
Odbierasz gorycz tęsknocie.
		

/0071.djvu

			.ss 


Ty dajesz skrzydła duszy osłabionej. 
Ptaku uroczy! niebieski! 
Cały mój żywot slllUlny i zamglony. 
Odbily w perle twej łezki. 


t 


o ESlIJo , Esmo! i na koniec świata, 
Gdzie gwiazdy ocw twych świecą, 
Jak kurz za jeźdcem stepowym ulata, 
l\lysli za tobą polecą. 


II. 


c)-
 
-- . 

 ; 


I II 
l,: I: 


J. B.
		

/0072.djvu

			ID lO ID lLJ.ł
\W Ja ID lO illlD\!l i\ (j 


--- 


o hożc! ja w ciebil: wicTZp. , 
Ja ciebic kocbam o bożc ! 
Jabym tak cbciał kocbać cicbic . 
Rocbać i wicrzyć tak szczcrzc , 
1 z taką siłą. jak tylko tcn może, 
Komubyś zdarzył być cbwilę w twem niebil'. 
Od ciebic lylko w lćj cbwili 
Pełność mej wiary zależna. 
Tobie taki dar jest niczem, 
Daj mi go! oto do twycl. sL{,p sip. ch
 li
		

/0073.djvu

			60 



 


Chę6 bezdenna, chęć bezbrzeżna. 
Pada przed tobą pokutnem obliczem; 
Dopełnij mojej miłości i wiary I 
Jam nigdy nie wchodził w sprzeczkę, 
Że, co mam tylko, to są twoje dary. 
Ja zawsze widzę twoją cząsteczkę 
W kaMem uczuciu mego istnienia; 
Wyznaję siłę twego ramienia 
Ilekroć dobrze uczynię; 
Za każdą roskosz sumienia 
Wielbię twą dobr06 jedynie, 
Czuję ciebie w każdej cnocie, 
W każdym wieszczeg-o natchnienia polocie; 
Alebym pragnął jaśnićj, wzniośliU . szczerzej 
Czuć, kocha6, wierzyć ,-pragnąłbym bez miary. 
Dopełnij mojćj miłości. i wiary! 
Podnieś lot mej duszy wyżćj , 
Postaw mię przy sobie bliżej, 
Zabłyśnij mi choć na cbwilę , 
Choć jedną iskrą twoją wszechświęty ! 
A ostatnią moc wysilę, 
Choćbym mial zdeptać nogami 
Najkosztowniejszc ziemskie ponęty; 
Stargać tl; wstęgę, co serce wiąże 
Z najdroższemi sercami, miejscami; 
Cboćby natychmiast to ciało 
Trnpem ze mnie opaść miało. 


I I 


II
		

/0074.djvu

			61 


Pójdę do ciebie, podążę, 
Byle tylko to sumienie, 
Które tak ciebie przeczuwa, zgadywa ,_ 
Byle myśl tylko, co tak niecierpliwa 
Puka ku tobie w podniebne sklepienie ,- 
Stanęły rychlej przed twoim tronem, 
Ujrzały ciebie okiem bez plam nocy, 
1 uderzyly wiecznym pokłonem 
Twojej po trzykroć świętej wszechmocy. 



'ewelyn c. 


6 


II 
J
		

/0075.djvu

			, 
jl 


TWÓRCZE CIIWILE POEIt. 


---- 


CZY los złowrogi bez przerwy 
Tak rozstroił umysł młody, 
Że tylko wiatr niepogody 
Zdolny grać w moje nerwy?... 


Kiedy chmura niebo kryje, 
Jak zbolały wzrok powieka, 
Kiedy samotny wiatr wyje, 
Jak jęcząca pieśli daleka,
		

/0076.djvu

			-< 


Czerwiec 1834. 


63 


Dla mnie wledy pełne życie, 
l myśli płyną okwicie. 
Wtedy z bosJ.ą, twórczą mocą. 
Otoczony duszy nocą, 
Trzymam wielowładne dłonie 
Na świecie roboty własnej. 
Serce tam, jak słOllce płonie 
W gwiaździe ni ciemniej ni jaśniej, 
Jak słońce przez pół w zaćmieniu. 
A ja na Ue tego blasku 
Maluję nowe plemiona 
Obce całemu stworzeniu, 
I takiego wynalazku, 
Że może sam pomysł boży 
Nic podobnego nie stworzy, 
Boskim palcem niewykona. 


S.U'.ry'n G. 


II
		

/0077.djvu

			r 4 1 
I 


u:> lli \D 
 
 &. ID \!) UJ \]f lli 
 '\:ł lO 


...11 0._ 


I. 


Zll\IOW A bnrza we wściekłość się sili, 
Nieba pomrokiem jak morzem zaIfwa . 
Śniegiem jak śniegu potopem w dół spływa, 
Olbrzymiem wichrów skrzydłem lasy cbyli. 
A ja sam stoję na puste m zamczysku. 
Wsparty o drzewo nierodzinne stoję. 


-
		

/0078.djvu

			65 


.. 


Wlepiam wzrok w burzę, i (ło wichrów pisku 
Pośród gałęzi mieszam skargi moje: 


II. 


Grobowy liści uwiQdlych szełeście! 
nnrzo, co nieba zawiejami mroczysz! 
Szumie, co wichry nad lasami toczysz! 
Przynieście mojej duszy, o przynieście! 
Ten obraz z mojej przeszłości wiosnowej , 
Dlask coraz lQPszy, W coraz mglislszćm niebie, 
I\:iedym slał pośród śmielańskiej dąbrowy 
Jak dziś, słuchając lo burzy lo siebie. 


II 


III. 


Cłunura , szumiąca nad głową jak morzc , 
niła lwarz śniegi cm jak morzc pianami; 
:\. luż w gałęziach syczał slu żądłami 
'Vialr, co drzcwami grzcchotał po borze, 


6. 


...-
		

/0079.djvu

			II 


66 


A ja wesoły i szczęśliwy siałem: 
Że w mroku bnrzy myśl świeciła mile, 
Że w zgiełkn bnr7)' ciche serce miałem: 
WrÓĆ mi tę chwilę, burzo wróć na chwilę! 


16 


1836. I. 


.5ewer.:rr. C, 


'L 


- 
 


"",
2'
 
 



-
 .'.. , .
 
 ->-
 , ::c . . 
"'\\IJ ._;:-1' 
 
 


 

., ), ," . Mi,; , ] 
J!?-' 

, 
;. t \J'
 '", "

 -,, 
 ' :I.
,. 
.
 0;':0 Nr. ,
:f,:\;1' ,t 
,; 
 ':' '", I ... I (
_ _ .' , 

:':: 

..v :I: 
l' - .. 
\' .....:.. "/,\

, 
:". .
":).;: 
\' . ",".h$/

"'" 
", ,
"

 
"'£VI.5Iłj"
'
		

/0080.djvu

			.. 




('))m@6;

. 


I. 


, 
I 


J\..OBIETO świata, salonowa tęczo! 
Tobie grzmią uczty, tobie bale dźwięczą. 
Dla ciebie świateł i złota połyski, 
Wieniec roskoszy, westchnienia, uściski; 
Jako w jesieni przy jagodach ptacy, 
Koło ust twoich latają próżniacy. 
Płoche twe myśli głosisz obcą mo
 ą, 
Próżność oblekasz jak słalI) godową, 
Całem twem szczl)sciem kapelusik no\\y, 
A twoim światem stolik hl'rbalowy; 


.
		

/0081.djvu

			68 


Kobieto mOlIna! ty jak z płótna kwiatki; 
Ni serce w tobie kocbanki ni matki, 
Wieszcza mar złotycb niepłosz twym odllechem, 
Twój nśmiech fałszem, miłość twoja grzechem. 


II. 


I I 


J\llolla dziewico w ubogiiml ubraniu, 
Lzy i te,sknota na twojem posIaniu, 
A domel, pusty; a rozkwilłe lica 
Brylant nie zllobi, perla nie rOlświeca; 
Usta nbogie, W nich tylko brzmi mowa, 
W jal,iej pisl,oce jasl,nlL.a domowa, 
I w jakićj słowik, i skowronek w chmnracb. 
I slare llrzewa gallają na górach. 


III. 


Jako l\larya, niewinna i cicha, 
W
piłaś gorycz z żywola Idclicha;
		

/0082.djvu

			69 


" 


lak J}farya na wszecbmocy łonie 
Rozbłyśniesz kiedyś w zasługi koroni£'o 
O, niech o tobie czyste SCJ'ce wi! 
Dla ciebie promk świętą arfę stroi. 
Kochanko, matko, witaj! twoje syny 
Skroń niezwiędłemi opaszą wawrzyny. 


) fi I 
J4:. 
$ 
 
<
 " , 'Vt,'
' 
i, . 
;. , ""-. 
iii" ',' _,
 
/ 1 ' ,'.' \" - ';"', 
I
r 
- 
. - ""vr' i "lj 
, .. ,
.f I 
I, _ 
-;:,.::,-<-- 
=::-...-E 


. 


.I, H.
		

/0083.djvu

			\ 
I .1 
ł I 
[I 
I
		

/0084.djvu

			ID	
			

/0085.djvu

			I 


IJ 


,I 
I
		

/0086.djvu

				
			

/0087.djvu

			74 


II 
I 
I 


uprzedzenia przychodnia w jakie królestwo wstępu- 
je. Przechodząc przed kilką laty z Sinowódzka do 
Urycza, ujrzałem za Kmszclnicą ł'Zędy ogl'Omnych 
zabudowań, któI'ym dla spoźnionćj dnia I)ory do- 
kładnie pł'ZypatI'zyć się niemogłem. Poznawałem 
z d,tleka kOl'ynckie słupy z ich nagłówkami, wyso- , 
kie piętm i kmżganki ubielone księżyca pI'omieńmi 
i gęsto łamiącym się cienicm pI'zecięte. Śledziłem 
w różnych kiemnkach ciągnące się ulice, nie ma- 
łym tylko było mi dziwem, że ani w oknach świa- 
da upatI'zyć, ani z ulic Wł'Zawy, La i najmniejszego 
gwam dosłyszeć nicmogłem. 'Vyobmźnia moja 
przylgnęła mocno ku temu jakby zaklętemu mia- 
stu, do którego w spiesznym moim pochodzie zbo- 
czyĆ było mi rzeczą niepodobną. Wracając dopiero 
z [I)'cza przez Podhorodźce miałem czas i sposob- 
noŚć Iwzypatł'ZYć się z LIiska i po dniu białym tćj 
okolicy, a w miejscu gmachów i słupów korynckich 
ujrzałem pasma skał nagich, ciągnące się z zacho- 
du ku wschodowi, jakby kołowaniem ziemi wył'ZU- 
cone, I'ozmaitćj postaci i składu, najczęściej wy- 
drążone i kończące się w wysokie ostrosłupy, nad 
kt(lI'emi się mnóstwo orłów kołysało. Pojedyńcze 
takowe 5>kał)' napotykałem po lasach w całćj mojlj
		

/0088.djvu

			7.5 


wędrówce ku Beskidowi, najwięcej zaś i najosobli
 
wSze w okolicach SkolI1:,O-O, Położenie ich zwyczajne 
ku pochyłości gór wyjaśnia ich początek. Sąto po- 
spolicie jądra gór, którym spłukiwana z wie
'zchu 
ziemia w ohopną wielkość róść dozwoliła, a pł'Zy- 
rodzona miękkość kamienia oddała tuczy i pioruno- 
wi ł'Ząd ich postaci. Pełno w nich bądź przypadko- 
wycII bądź umyślnych z niemałą pracą dokonanych 
wydl'ążeń, a te ostatnie zasługują na szczególniej- 
szą uwagę. tlili w I'óżnych sh'onach nazywa różnie 
takowe skały. Bady, bołdy, 1 chełm,Y, niekiedy 
llszczołhy, sąto słyszane dotąd miejscowe ich mia- 
na. NajznakomiLsze z tych, które oglącłałem, tak 
przez swój skład osobliwszy jako i znajdujące się 
IV nich wydrążenia, są te, kLórych szczegół owemu' 
opisowi tych pal'ę sh'onnic święcę, zah'zymując 
IV ieh opisie właściwą, w ustach okolicznego ludu 
żyjącą ich nazwę: bołdy. 
Na obszernćj dolinie ciągnącej się od Km'patów 
ku Bolechowu , któl'ą jedna z piękniejszych rzek 
górskich Brieżka })fZel'zyna, leży wieś Polanica. 
Grunta jćj, w gÓł'Zyst
i stronie północnej zwane 


.. 


I Bold, znaczy ruasę skał; podobnie jal< hojdur ozna,'za 
w powiatowszczy lnic sI< upioną chili lir masę. 


-
		

/0089.djvu

			7G 


,I 


.wkolowe, stykają się z gmntami Bulmiska i 'fru- 
chanowa. Ta część najeŻona jest mnóstwem bołd(nv, 
z których wyższe w dniu pogodnym o mil parę 
z równiny bolechowskićj lub okolic truchanow- 
skich zajł'Zeć można. Zbliżając się ku nim od stmny 
południowej, przez wysoką połonint;J bOl'em okrytą, 
wychodzi się na nicwielką polanę. Nal'az odsłania 
się tu przed okiem okrągły glWY wicł'Zcbołek, wko- 
ło wiekowemi bukami obl'osły, mieniący się bar- 
wami gęstolistćj swćj sza!y, któl'ą wiatr z szele- 
stcm w I'ozmaite fałdy układa, a w icb śmdku, jakby 
jedno ollwzymie buczysko, wpł'Zedpotopowćj pł'Zy- 
rodzie wybujaje, liści i konarilw po.lbawione, i pło- 
wą mchu szatą okutane, wznosi jt:uen z najwyż- 
szych bułdilw spokojnie sUl'owe swoje oblicze. 
O kilkaset krok()\v odkrywa się cała ich gromada. 
Skład ich ogólny ma postać warowni, pł'Zeciw 
zniszczeniom czasu umocnionej, najeżonćj gęste- 
mi wicżami i w ollwzymich rozmiamch. Dwie ściany 
skał, szczelnie sit;) z sobą wiążącycb, 50-60 kro- 
ków długieb, zamykają kąt PI'osty; mocny nasep 
czyli wał od })oludnia i wscbodu I'ównolegle do 
ścian usypany, w którym ostatki mum widzieć się 
dają, Ol'aZ otaczająca je fosa, tworzy z powyższemi
		

/0090.djvu

			11 


. 


skałami niefommuy czworohok. W równych odstę- 
pach, ze ścisłćm niemal odliczeniem hoków, wzno- 
szą się na rogu wschodniopołudniowym i połu- 
dniowozachodnim pojedyńcze, w postaci głowy 
cukru, na kilkaset stóp wysokie kamienie, tWOl'Ząc 
narożniki tej pl'Zyrodzonćj wal'Owni. Dwa inne tćjże 
postaci, nieco nawet wyższe, zajęły w dalszym tro- 
chę odstępie róg północnozachodni ; stoją one 
obok siebie, a wierzch jednego z nich wyobł'aża 
ogromną twarz człowieczą. 
Ściana skał od zachodu ma następujące Wydł'ą- 
lenia. Pim'wsze,jcstto długa izba fOł'emnie wykuta, 
bez okien. Dwie kamienne Pł'ZYSPY ciągną się wzdłuż 
ścian. Po nadłamanćj ku ich śl'Odkowi hawędzi 
można poznać, że pierwotne nieforemne wydł'ąże- 
nie poprzedziło wykucie, które dziś oglądamy. 
Uwagi godna jest dość wysoka nisza nade drzwiami 
jakby do wystawiania posągów zrobiona. Znajdują- 
ce się nad nią zahojcnie skały zdaje się świad- 
f2Yć o przytykającem niegdy do niej pohyciu, 
celem zahespieczenia tych wystaw od słoty. Nieco 
dalćj ku Śl'Odkowi, na spojeniu dwóch skał, 
jest wy(h'ążenie ciągn*-ecsię przez całą ich wyso- 
kość, u wierzchu ot 
rlc, i zda j " e się byt; deszcza- 
: ;J .
 
 7. 
. . 
"" 
.:., 
"'b.. 


. 


II 


-"'-
		

/0091.djvu

			7R 


mi wypłukane. Po lewej stronic widm: kamienną 
III'zyspę jak i w poprzedniczćm. Następuje izba 
czworogranna, ktiJrćj trzy ściany w skale wykute, 
czwarta zaś od wschodu domurowana. Kawał po- 
bielonego muru pozostał jeszcze z tćj ściany. Obok 
nićj jest jeszczc jedna izba tym sposobem jak . 
pierwsza wykuLa lecz mniejsza nieco. Nareszcie 
wchodzi się schodami, umyślnie na to p,'zyrządzo- 
nemi, do dużćj izby na pierwszćm piętrze. Uderza 
w nićj osobliwiej czworogrannc w jej posadzce wy- 
kucie, mające postać głębokićj studni wysoko pia- 
skiem i kamieniami zasypanćj. Z tćj izby ciągnie 
się sklepiony wychód na skałę; w sklepieniu jego 
widać między łupanym kamieniem kawałki cegły. 
VI'ÓCZ tych wydrążeń jest jeszcze w ścianie półno- 
cnej jaskinia, jakby gwałtownym wpływem wody 
zdziałana, a w ni
j na lewo nisza ogromna, pod- 
murowana od spodu. \Viększa część wydrążeń za- 
kopcom, jest dymcm i mchem obrosła. Ze środka 
tego zamczyska prowadzą głęboko kowane schody 
w różnych kierunkach po całćj skał powierzchni 
aż do najwyższego ich szczytu. Są one mocno wy.- 
deptane. Na samym wierzcholku skały, z którego 
lIa pł'Omicll kilkunastu mil w koło zajl'zcć moina,
		

/0092.djvu

			7!J 
jest otwór wielkości kociołka piaskiem uścielony , 
kolebka i przytułek niejednego z tych ptaków kró- 
lewskich, co swoim tu pobytem nazwę temu miej- 
scu nadały. 
Taki jest stan obecny tych bołdów. Chcąc z do- 
s!rzeżonych llziś znamion wyrzec coś pewniejszego 
o ich przeszłości, potrzeba uważać kolej, jakiej 
wszystkie rzcczy podlegają. Cząstkowc osuwanie sil,' 
ziemi wystawiało je coraz bardziej na ciosy burzy 
i ludu, gnieżdząccgo sil,' w ich okolicy. Do przyro- 
dzonych lub przypadkowych wklęsłości przybywa- 
ły ręką ludzką zl'Ządzone, klll1'e ze zmianą potrzeb 
czasu mnożyły się lub przeinaczały. 'Viek za wie- 
kiem dolłaczał lu swoje pięlna, a stan ich dzisiej- 
szy przedstawia nam przewyżkę sił, które się tylu 
wiekom opady, i zawiera w krótkości ich dzieje. 
Trzy są okresy do których wszyslkie lu wyciśnięte 
znamiona odnieść się dają. Picrwszym jest okres tu- 
łacźego po wi<;,kszćj części pasterskiego życia czer- 
wonych Chrobatów. Odznacza on się zamiłowaniem 
i czcią przyrody czyli wiełobóstwem. Okres ten 
przeciąga się aż do ostatnich czasów bałwochwal- 
stwa, i kończy się zjego upadkiem. Można twierdzić 
z ni<:jaką pewności.!, że za czasów tych przyrodo-
		

/0093.djvu

			I I 

 


80 


chwalców mi
jsce tyle orlszczególniające się w ca- 
łej okolicy było bugajem czyli miejscem świętem, 
do którego w dniach zwyczajnych surowo zabronio- 
ny był przystęp wszystkim prócz kaplanów. Więk- 
sza część wydrążeń należy do owych kamiennych 
że tak rzekę wieków, z których wykopywane topor- 
ki lub naczynia kamienne tyle nas swojćm mister- 
stwem zadziwiają. Są one właściwe wiekom i ludziom, 
którym kruszec za mało jeszcze był znany.Wtedyto 
wznosiły się tu posąg-i Peruna i Lady, i nigdzie 
lH'oczyściej nie przemawiał bóg grzmiący jak w ka- 
miennym tych skał oddźwięku. Same nawet ich 
wierzchoły, tak zgrahnie twarze udające, mogły 
za dołożeniem jakiembądź r..kami przedstawiać 
bogów w całej jej wielmożności. Stado krogulców 
rozweselało gaj święty, a szerokie dokoła płyty ku- 
rzyły się żertwami ku czci bog'ł\v. Ilekroć spojrza- 
łem na leżące niedaleko ztąd truchanowskie plyty, 
zdawało mi się, żeto o nich słyszę głos Czestmtra: 


Dosiądź rumaka, nieeh wiatronogi 
Skokiem jelenia knieje przebieży ; 
Jest tam w dąbrowie skała n dl"O
i. 
Bogów siedziba, t;v na jćj szczycie
		

/0094.djvu

			fil 


lIojnym obictcm uraczysz bogi 
Za wybawienie, za życic........ 


\V zebraniu szczególnych nazw osad i mIeJsc 
okolicznych, jakiemi są: Pob6g, Caryny, Sokoło- 
wo i t. p. możnaby znaleźć dowód powyższego 
twierdzcnia. Wyparte wreszcie i prześladowane 
wielobóstwo mogło siQ w micjscu tak mało dos tę- 
pnem do najpoźniejszych przechowywać czasów. 
\V drugim okresie napady i pustoszenia Tatarów 
zrobiły to miejsce dla okolicznego ludu warownią, 
i do tegoto okresu odnióslhym okopy, mury i fo- 
sę, o których wyżćj namicniłem. Ku śledzcniu poru- 
szeń nieprzyjacielskich Lardzo były dogodne pud 
wierzchołek wiodące schody, i w ów czasto znaczny 
one otrzymały przyrost. \Vreszcic, z ustanicm na- 
padów tatarskich i wzrastającą bezsilnością rządu, 
służyło to miejscc za przytułek nie jednej zgrai 
łotrów, która, prilCz zakopconćj tu i owdzie kry- 
jówki i powszechnego w umyśle ludu postrachu, 
żadnej po sobic niczostawiła pamiątki. A to jest 
okres ostatni. 
Kilka wierszelw w żyjącćj kronice ludu zajrza- 
nych da siQ wygodnie odnieść w te trZJ' różnc okresy. 


-
		

/0095.djvu

			I 
I 
I 


- 


s':! 


Najdawlliejsza zapewne jest wieść międz,} ludem 
truchanowskim słyszana. Było dawnych ludzi za- 
miarem (tak opiewa powyższa kronika) wykować 
sobie całc miasto ze skał. Zabrano się żwawo do 
pracy, wstawały coraz nowe z łona zicmi kamienie, 
mnożyły się jaskinie, wrychleby przyprowadzone 
było wszysko do skutku, ale waśń dwóch naczel- 
nych braci zniweczyła uskutecznienie zamiaru i 
skończyła się bratob{,jsLwem. Cała ta historya (do': 
daje opowiadacz) wypisana jest na tych skałach, 
mają się nawet tam znajdować wykute szczątki ich 
obrazów. 2 Poźniejszc jcstto, co mi wieśniak jeden 
w Bubnisku powiadał, że pan iakowyś mieszkał 
w tych pokojach, niebał on się nikogo, bo żadne- 
mi wojskami niemożna było nic zdziałać przeciw 
niemu. Zdajc. się to wskazywać na jakiego starostę 
lub horodniczego , hroniącego się przeciw Tatarom 
lub innym wrogom dawnej Rzeczypospolitćj. A mo- 


2 Co do napisów starożylnycII , na takowe tak tu jak i 
w kilkunastu innych skałach, które WI"az z towarzyszami 
kilkakrotnie opatrywałcm, nic nalrafiłcm. Śmicm nawcl 
twierdzić, żc ich tu ni{;dy niehyło i niema. Kilka kiryłic- 
kich i hcbrajskich wp.azów na płycie lruchanowskićj, są, 
po lcpszem w nich rozpalrzeniu 
i", zwied"ających je go- 
ści nazwiska.
		

/0096.djvu

			83 


że był nim kLóry z Konfederałów barskich, o nich 
bowiem powiadano mi wiele w okolicach Skolego , 
a na Beskidzic, niedaleko wioski Żupanie, pokafY- 
wano mi gróL jedncgo z nich, poległego przypad- 
kowo od swoich na placówce. \V końcu rozpowia- 
da lud o JJohoszu,jak tenżc napadł był na miasLecz- 
ko Bolechów w Sam jarmak, i z łupami powrócił 
w swoje podówczas siedlisko: Polanickie jaskinie. 
. Nim zarnkniem tych słów kilka o bołdach, rzuć- 
my raz jeszcze okiem na ich okolicę i przebieżmy 
myślą ich dzieje. Dzieci niepodlcgłćj i bujnej przy- 
rody składały nicgdy wraz z ziemią jedno ciało. 
W nasLępnych przemianach czasu były miejscem 
czci Logów, obroną i przytułkiem prześladowanej 
cnoły, lub garści łOLrów kryjówką. Odłączone od 
ziemi rodzinnej, nagie i piorunami krajane, przed- 
stawiają dziś posrod kwitnącćj dokoła przyrody 
dziwne przeciwieństwo. Wyżółkła mchu garstka, 
gałązka sosny lub bluszczu, wciskając się pomię- 
dzy rozpadliny skał, jak nadzieja w serce zr
- 
spaczone, silą się nadać im barwę życia, niepo- 
mne, że je przed czasem północny wichcr obedrze. 
A. .8.
		

/0097.djvu

			II 
j 
I 


II 


. 


I l
		

/0098.djvu

			, 
SCHADZKA ARTYSTOW. 


POWIASTKA. 


II 
'I 
I 


'ł 

 


II 


I 
I 
I 
II
		

/0099.djvu

			
		

/0100.djvu

			IJ 

Jł!llftID
R\ft ftlli
YC

(J) \WC) 


I
O\VIASTKA. 


a 



 - '
II;;KNY poranek w sierpniu 1819 roku 

 
 zastał trawę i drzewa lśniące kroplami 
. !
. ..,,]\ deszczu; krótka ale rzęsista ulewa prze- 
'
. - - 
 
 szła się po Saskim ogrodzie, zanim 
słońce wstało; potem jak wszystkie chmurki, co 
nadpływają z nad Bielan, rozbiła się wrychle; a te- 
raz poranek podniósł nachylone czoła lilij; lekkim 
szmerem grała kasztanowa alea; a słowiczek, owe 


.
		

/0101.djvu

			I 
I 
" 
II 


.1 


II 


88 


zaklęte serJuszko krzewiny, kwilił zeicha, Jokoń- 
czając jak senne niemowIe poczynany co rano pa- 
ciorek. 
y, Miasto Warszawa, ze swoim turkotem kół, z krzy- 
kiem przekupni, z wirem kręcących się ludzi, spało 
jeszcze, i niezawdziało na siebie owego płaszcza 
kurzu, w jakim pod dzień wstaje ku pracy, by go 
Jopiel'O pod wieczór złożyć. Trzy ino wielkie głosy 
mogłeś pochwycić nadstawionćm uchem: dźwięk 
Jaleki dzwonu to u fary to na święto-krzyskiej wie- 
życy,-szum dalszy, Wisły, co się tl'Ochę upoiwszy 
deszczem skakała rączo pod łyżwowym mostem, 
i jeszcze dalsze krzątanie się Pragi, co sposobiła, 
jak skrzętna klucznica, Jniowe zapasy dla swej 
śpiącej pani. 
Trzech ludzi o tak rannej dobie przechadzało 
się po Saskim ogl'Odzic. Wysoki, krwisty mężczyzna, 
błądził między kasztanami; chM jego zmęczony a 
prędki, iście nieregularne i zataczające, pomówiło- 
by o trunek, gdyby, pilnie zapatrzywszy te ruchy, 
nieuderzała owa przytomność umysłu, która pija- 
ków zwykle odstępuje. Raczćj był on upojony mo- 
ralnie, bo błękitncmi pełncmi wyazu oczmi jak 
pługiem oral w ziemi, głowQ podał ku piersiom, 


I
		

/0102.djvu

			. 


89 
i piękną swą postać pocllyleniem zeszpecił. Ale 
w tern pochyleniu była gibkość wićrzby płaczącej, 
a sprężysty rzut nieraz w wyprostowaniu gadał 
o jego młodszych leciech , żywości i sile. Sinawa 
rumianość lica bardziej pędem krwi, co się śpie- 
szyła w jcgo łonie, niż nagłćm wzburzeniem umy- 
słu wywołana, czyniła tak wyznacznem jego obli- 
czc, że raz go widząc niczapominałeś już nigdy 
t
j pięknej głowy, ocienionćj miękkim jasnym 
włosem, z pod którego dwoje wypukłych tkliwych 
liCZ patrzało, i ow
j rzęsy długićj, co jakby do 
płaczu wdziQcznic ocienia źrenicę, i całego składu 
uroczej twarzy, w której kobićce rysy zlały się ze 
swojćm zaokrąglcniem pieszczotliwćm, ledwie skła- 
dem nosa i wyższćj wargi dając męskićj twardości 
poznakQ. Zgadniesz od razu, że on nosi twarz swćj 
matki; zgadniesz z Lawaterem, że w takich licach 
drząca czułość micszka, i serce chodzi w pętach 
l'ozkołysal1(
j tkliwości. W wypukłćm jego czole, 
jeśli wschodzą jędrne i męskie myśli, to w ich wy- 
konaniu znajdziesz nic jedn:l stronę kobićcą. Łzą 
mu zajdzie oko, gdy piQkny czyn słyszy; wspiel'3jąc 
lI
dzQ, lIiewieseio drzy mu ręka i niepopatrzy w nę- 
,1J:arza. Jest w nim ów wstyd samego siebie, co 
8. 


. 


, 


.
		

/0103.djvu

			dl 


li 
I 


90 


tak wabnemi czyni niewiast.Y, co tak niezręcznym 
w świecie czyni mężczyzn
. Cała moc jego w my- 
ślach, niemi skochać, niemi wojować, niemi władać 
jest zdolny, bujno i silnie, może więcćj jak kto 
inny; ale w czynach zwyczajnych jakieś wahanie, 
jakaś oględność nieśmiała, niepewność siebie, i 
nigdy przenigdy myślom jego czyn nicspl'Osta. 
Powiecie: to poeta!-Hal możeście i odgadli. 
Kto wić, czy nie kobićca drażliwość budzi serce 
do rozmow'y z rozumem, a rozpłakanie się czucia 
czy nie jest pieśnią człowieczą? 
Od Żelaznćj bramy toczył się drugi mężczyzna, 
nisko-pękaty, przeważny brzuchem, znaczny nosem; 
lica rumiane, a może więc
j zapalone niż rumiane, 
swobodny uśmiech ukraszał. To człowiek, którego 
niepytaj : Jak się masz? -Postawa jego odpowiada 
ci na wstępie; oko piwne, duże, wita cię, obejmu- 
je, przegląda; drwinkuje, śmieje się. Otworzyste 
lista czekają na ciebie, by przywitać, zahawić, roz- 
śmieszyć, całe jego oblicze chichocze; jakby wwiecz- 
nćj I'Ozmowie nos z ustami, bl'Odą i dwoma pod- 
bródkami, trzęsie się za każdym ruchem, a twarz 
maluje cl]iriską swobodQ tłuściocha. Jemu wszyst- 
ko Zar(IWnO, pogoda czy deszcz, szczęście czy bo-
		

/0104.djvu

			91 


" 


leść; on ma na wszystko dowcip; na każdą okolicz- 
ność swoje obosicczne słówko; nie czuje sercem 
ale dowcipem; boleść, smu tek, odpędza żartem, i 
żart u niego duszą i treścią życia. Duża głowa podgo- 
lona ma przecież rysy proste, wyraźne i szczere. To 
nie hipokryta kostyczny, lo nie złośnik z suchot- 
niczego składu, to nie żartowniś chwilowy, cu 
trąci dąsem lub ucinkicm; to szczera wesołość, 
typowa, sarmacka, rubaszna, tuzinkowa czasem, 
ale częściej to śmiech jenialny mzumu, co stąpając 
po błocie życia patrzy się w niebo, a błoto błotem 
nazywa i żartuje z niego; to żart jenialny, co pa. 
trząc w ludzi jak w ludzi patrzeć należy,-zapomi_ 
na że człowick, i rzuci śmicchem, za który i bó- 
stwoby się niegnicwało. 
To pmsty człowiek, to śmićszek, trefniś, powić- 
cie? Ha! możcscie i zgadli. 
Lecz kto wić, czy żart szczery i otwarty nie jest 
większem piętnem wielkićj duszy cierpiącćj niż 
wszystkie skargi i sarkania? czy śmiech nie jest 
ową wielką harmonią, którą każde szczę
liwe stwo- 
l'Zenie brzmicć powinno i) 
Żwawym, micl'Zonym krokicm, pu lewej części 
Saskie!)'O ogmdu, między klombami dotykajl!Cemi 


ł 



 


, 


/1 


j 
I 
II 


I l 


I 
l' 
, 


'I I
		

/0105.djvu

			I I 


I 

 


1 
I 


92 


mul'U ordynackich budynki)w, przechadzał się trze- 
ci, wysoki, piękny mężczyzna; lica białe rumicń
 
ccm znaczone, oko jasne, nicbicskie, włos płowy 
kt-ótki, na wielkic czoło niczachodzący, twarz jasna, 
żywa, promienna; ubior obcisly, wojskowy, pierś 
wydatna białą kamizcIką upięta, i lekki granatowy 
surdut z kołnierzem amarantowym i śrebrnemi 
guzikami, oznaczały wyższego oficera armii pol- 
skićj, zajętego przechallzką, poświstującego marsza, 
('zasem aryę z opery. Krągłe lice miało przyjemny 
wimiech kobićcy;zwillność nicprzymuszona, lekkość 
chodu, uznaczały zwinną i żywą fa n tazyę. Dyłato po- 
eZJa fizyczności, i(lcał mchu i rzezkości młodzicń- 
('zćj. Jakieś ukontentowanie swobody jaśniało w 0- 
czach jego; stan wujskowy, powinność stopnia, mu- 
siały mu czascm zacil;'żyć gł
boko, gdy w wolnym 
mchu tyle przy,jemności zażywał. AlI' w tćm wszyst- 
kiem znać było duszę z wrażcniem mocnćm, lecz 
uicstałćm, zapalająq się, ale umicjącą stygnąć, bo 
w pierwszych krokach był chi,,1 skwapliwy, jakby 
ciekawy ogl'ollu, poźnićj wolniejący, okiem tu i 
owdzic szukający nowości; nal'cszcie zamyślenie 
siadło na spokojnych licach żołnićrza.... i wyraz 
twal'z
' się zmienił; :mac: było, jak umysł odl'zucit
		

/0106.djvu

			93 


ł 


siQ od ciała; żywość została w ruchach; ale swobo- 
da, ale giQlkuść wesołości i ten zapach nieprzymu_ 
szonego stanu, w którym czlowiek zawsze jednaki. 
zblakowały w obrazie naszego wojskowego; znacz- 
no, że musiał przymuszać się często, udawać, zwo- 
dzić i być zwodzonym. Ha ! cóż chcecie! pmwdziwJ 
obraz siły, wojskowości, któm wiecznie, by się nie- 
stracić, powinna byt: na wodzy, w przymuszonym 
stanie. 
Jeszcze tam jeden wyraz bawił się przy licaell 
wojskowego; miQdzy okiem jasnćm i rzeźwem a 
wypogodzonem czołem kilka lekkich fałdów od po- 
sady nosa idących, jakby brzemie myślenia, sie- 
działo wyraziście, i obliczom łagodnym i śmiejącym 
rzucało cień zadumy. Tak woda na stawie łagodna 
i cicha śmieje się pogodnem licem ku nicbu, lecz 
popatrz bliżej, a znajdziesz kilka fałduw w jćj czole, 
ho tam zawadza tajcmniczy kwiat, co jeszcze zam- 
kniętym kielichem niewyrzucił się na powierzchnię, 
i w czole jćj drzemie niewidziany, ale czuty przez 
wodę. Kwiat tajemniczy i w czole człowieka robi 
te fałdy myślenia: kiedy z serca rośnie, to najczę- 
ścićj obrzuci całą otwartość oblicza wyrazem m{)- 
wiącym o sobie; kiedy z myśli, kiedy z duszy wyrasta, 


/' 
I 
I 


I 
II
		

/0107.djvu

			91 
lo już nie jawny, nic cieniujący twarzy, ale obiera 
jcdno siedlisko w iakiej części czoła, i w godzinie 
swego kwitnienia rozpl'Omieni się w oczy, zachmu- 
rzy wnętrze człowieka, jakby tam siatka pajęcza 
spadła między światem dotykalnym a osobą du- 
chową, i niedała jej się bawić niczem, jak tym 
kwiatem w głębi I'Osnącym. Ludzie to zowią ilhJ- 
i 
min izmem , mistycyzmem, zapominaniem się, egza- 
geracyą; nie każdy doń zdolny, alc każdy poczuje, 
każdy odgadnie chwilę, kiedy na drugiego przypa- 
dnie ów paroksyzm zamyślenia; i jest jakieś wiel- 
kie, wrodzone uszanowanie, co wtedy zamyka usta 
obecnym, i każe im słuchać potulnie tej czarodziej- 
skiej symfonii ducha. 
On był w tern zamyśleniu, on był na dobie mi- 
stykiem, i chwila jego przechadzki była chwilą 
rozmowy d ucha. 
'V hążeniu tych trzech osób nadeszła zmiana 
mimowolna, niekiel'Owana żadnym rozmysłem a 
przecież bez woli pomyślana. 
Na pagórku akacyami obrosłym kamienna stoi 
\ urna z kilką ławkami do siedzenia; małym chłop- 
I cem często biegałem do tćj mety z towarzyszami. 
Chęć spoczynku zawiodła tam hoki naprzód owego 


. 



 


,II 


.
		

/0108.djvu

			95 
młodzieńca z kobiecą postawą; niebawem rubaszna 
znajomośl: nasza jęła się toczyć ku tym ławkom; lecz 
zanim doszła ze swoją śmiejącą twarzą, trzecią 
lIrożyną uprzedził go wojskowy, i zasiadł ławkQ 
na przeciw młodzielica. Dwaj zamyśleni ocknęłi się 
dopiero na głos chichotny nadchodzącego jegomo- 
mościa, i skłonili się sobie i jemu. 
-Ha I ha t dzień dobry Tymoniel Ranne myśli, 
ranne ptaszki, to nie fraszki !-Dwócb nas ze świ- 
tem zcrwało się dla tej Warszawy; nuż w kłopoty 
jakby jej natkać drukowanych myśli. 
-Słuchaj Aloizy! przerwie młodzieniec, - ze 
mnie gość tutaj, ale nic goŚĆ natchniony; pożywam 
ll'ana powictl'Ze tego ogrodu, jak koń trawę z rosą, 
bo mu powiadają, że tuczy. Cóż chcesz? mojezdro- 
wie puszczam tu na paszę; niech się to bydle naje, 
by na dzień duchowi wystarcz'yło. 
-A mnież panowic nic policzą do rannych go- 
ści tego ogrodu?-wesoło zagadł wojskowy. 
- Wybacz panie jcneralc!-ozwic się Aloizy- 
z wojskowymi człek ostl'Ożnie, ho tam idzie groź- 
nie, i kalamburów niclubią. Aja gdybJm ci powie- 
dział: Rannyś jenerale, mógłbyś mnie zapytać: 
fj"dzic ranny?-i w
iąć za słowo. 


II 
II 
II 
I 
j' 


[I 
l! 


I 
I[ 


II 
I 


,I
		

/0109.djvu

			96 


r 
II 


-A ty się tak boisz , by cię za słowoniebranol_ 
przerwie Tymon. 
-Nieżartuj mój maJylllem słów napisał, tylem 
ich odsiedział w kozie; koza, to mój ulubiony spo- 
czynek; ile razy z dowcipem idąc zmorduję się po 
mojej artystowskiej drodze..... bach I z Brylowskie_ 
go pałacu posyłka prowadzi pod baryerę odwachu, 
aby odpocząć strudzonćj szkapic; a po harapie, ja 
znowu na szkapie. 
-I zawsze wesoł, zawsze szczęśliwy! Aloizy, ty 
musisz mieć receptę na dobry humor? 
-Mam ją, i napiszę ci w Jlfo/Jlltsie, alc nie na 
czczo, bo na czczo głupiuteńkie ze mnie iwierze. 
Chcesz mnie polityka, chcesz mnie artystę, trefni- 
sia, aktora ,-wszystkićm ci służę przy moim pół- 
beczku. Współpracownik mój, piwo, ma jakieś 
szczęśliwe powinowacto z memi myślami; daje im 
'owe salto-morlale, ową giętkość wydania, co 
w słówko jakieś zabiegłszy, umić z nićm jak z lalk[! 
potańczyć, potargować, poigrać, pobzdurzyć. Każ- 
da głoska mi żyie, i zna się ze mną, i pokazuje mi 
dwie swoje twarze, i głęboko wsiąkam, jak wosk, 
jak żywica, sam niewićm kiedy, w jądro słóweczka; 
i ja filozof, Tymonie, g-ł
boki, spekulacyjny liIo- 


II
		

/0110.djvu

			97 


LOf,ja miewam nawet wtcdy całe pojQcie żalu dziec- 
ka, kiedy ono be l be l hz.yczy. Bo i m6j umysł tym 
wyrazem beczy, ilc razy na czczo jestem. lkcepta 
na wesołość owoż z tych samych głosek się składa, 
ino na wY.lSZJ ton nabtrojonych. Kiedy już czło- 
wiek potężnie się zwitał z poczciwym kuflem, pierw- 
szy jego wyraz na czyjąś rozmowę jest owe szczytne: 
Bal bal-Nie głupi nar6d colo żył przed nami 
i pił przed nami; kiedy siQ napił, wołał: bihi. Owoż 
Tymonie, to mbj ciem en tarz; pierwsze spilłgloski 
m
ićj recepty ba, be, bi; w nic wsadż rzcźnika albo 
polityka, kalafal'Za alLo referendarza, jurystę albo 
publicystę, astronoma alho agronoma, wojskowe- 
go albo cywilnego, patryarchę albo monarchę,- 
wesoł być musi.... 
-Pijano l-i wielka sztuka m6j A.loizy.... ale daj 
napój, coby chłodził lrze-iwo serca zbolałe; daj 
napój, cohy siły natęż,ył w równy rozkład chęciom; 
daj trunek ręce, aby mózgowe wydała wstrząśnie- 
nia; daj myślom napój, aby wyplynęly takim po- 
rządkiem,. jakim się tasują, gdy zapał wbiegnie 
rozhukanćm skrlydłem i maluje ci niestworzone 
rzeczy. 
-Piwo, i jeszcze raz piwo, mój Tymonie! Dziec- 
I! 


II
		

/0111.djvu

			'1 


I 


I 


98 


kiem będąc, kiedy głodno i chlodno Lyło koło 
mnie i we mnie, nic mi niedodawało Lol1źt;a więk- 
szego, nic bardziej nicgnało do książki, jak na 
tarczy malowan)' kufel czerwonego piwa. I1eżto 
razy, chodząc koło szynku, ohlizywałem się z zapa- 
łem na ów znak czarodziejski. Ha! toż będę pić, my- 
ślałem sobie, gdy już zarobię na ciebie, ino czekaj 
na mnie. Znak stał, stał ciągle, col1zień na drodze 
mojćj ze szkoły do domu, z domu do szkoły, zaw- 
sze pełny malowanego piwa, zawsze gadający, nę- 
cący zawsze. I tak mirosła nauka, z pragnienia ; i Lak 
mi rosły moje dowcipki akLorskic, moje Lrefnisio- 
skie żarty, moje błazeńskie miny, przy owym zna- 
ku; nic, ino patrząc na nieg'Q, ino przypatrując 
się wesołym twarzom wychodzących z szynku, wy- 
razy ich liea urabiałem, zamezałem się jak oni, 
wmawiałem w siebie, żem się podchmielił, klaska- 
łemjęzykiem w suchem mem gardle z owym sma- 
kiem piwnej pianki, chmielowej podpinki, dob
e- 
rałcm wszystkich min pijackich ;-i w głowie mo- 
jej, rOzmowa po rozmowie, słowo po słowie, żart 
po żarcie, budziły się, rosły, gorzały. I nicpamię- 
tam, kiedym przeskoczył z chłopca na aktora, z akto- 
ra na autora; byłolo na szynku, byłolo pijane
		

/0112.djvu

			t 
J 


9!J 
1)J,zejscie, bylto szał piwa i piwny dowcip. Pierwsza 
złotówka była groszem wdowim, który zaniosłem 
memu poczciwemu kurtowi. Mój malowany kufel 
dotrzymał słowa, dostał na miejscu, doczekał się 
mnie; idąc na piwo mimowolnie głasnąłem go 
I'Qką jak konia, którcgom miał dosiąść. Mój ty 
poeto o źródlanćj wodzie, o słabćm zdrowiu! ty 
dziwisz, czemu wasze rymy takie szklanne, przezro- 
cze? czemu wasza puezya taka zawodząca, fabryko- 
wana, ulotna, i czemu nieoddaje waszych ducho- 
wych dl'zączck? Ha! ba! bo czemuż gorejąc nie- 
wstąpicie do szynkowćj klatki? czemu w naturze \ 
1)('OSlćj naszego ludu nie poszukacie natchnienia 
i owych pieśni mazurskich, co po kilku kuflach 
rwą się z pyzatego oblicza: 


II 


I 
I 
f 


,I 


lIej zawracaj Ot} komina !.... 


I 
j 


jak słyszysz ten zgiełk t,Hicujących, ten nieporzą- 
dek mazura, to nawoływanie ostatnićj pary, aby 
nawracała, bo tu się tłoczą, zapchali, stłukli; a 
chcą hasać swobodnie, ogniście, pijano, 


Da u",azaj, którćj niema.... 


i owe odwołanie się zręczne, bartoszowskie, do 
sw	
			

/0113.djvu

			100 


picl'wszy tanecznik. Tu jakhy
 widział, że dziewka 
rzuciła okiem ku niemu, ku spiewakowi, ale okiem, 
ktlJre powiada: « Ale ty tańczysz z inną, i jeszcze 
z inną tańczyłeś,n- a on j
j na to dalćj :.... 


Jest ci I{aś(,a i Maryna... 


Zrozumiał dziewczęcy wzrok, ona słucha, bada, 
czeka końca zwrotki, czy jćj umizgnie się ostatnim 
wierszem, czy jćj niewywoła , nic rzuci innych, lub 
czy ją do gniewu chce swym llUlactwem z Kaśką i 
Maryną postraszyć? A Mazur, poczciwy, pijany, ko- 
pnął nogą, podrzucił głow1ł włosy na czoło, i już 
z sercem, z wrzaskiem krzyczącym, dokończa pio- 
sen ki: 


Ale moj<'j Zoslii niema! ! 


Tymonie, Tymonie! zrób taką piosnkę, zróbcie 
l taką scenę w waszych poematach; na co te diabły, 
meduzy, wisi elce , i płaczące baby i panny? Na co 
wietrzyki, fontanny,szpalcry, selery, i na co koniecz- 
nie księżyce, chmury, dziury-lisiury?..Tymonie! 
kilka świeczek, karto{lanny świecznik, kilka szkla- 
nek piwnych, ćma MazUl'ów,jcden czerwieńszy od 
drugiego, wszyscy jak ćwiki, skrzypki fałszywe 
miasto WaSLej harfianl;j muzyki, Kaśka w żilłtćj 


-
		

/0114.djvu

			101 


spodnicy, Magdalcna w zielonćj,-owa Magdalena 
wiecznic niczgl"aLlla,-. ów trefniś, co mu z nićj piosn- 
ki na docinki idą: 


A lailCujz!' Magdal!,110 w tej zielonej suliII;... 


i macic ohraz, kLóry każdy zrozumie, który wam 
się posunie, potańczy, zabawi, zl'oskoszuje; i nie- 
westchniecie przy nim, i niezawiedzie was pióro. 
-Ino czytelnicy. 
-Kto? czytelnicy? a nie ciż bywają w naszym 
teatrze? nic oniż poklaskują pijanemu organiście 1> 
Jenerale, nic takichże Mazurów musztrujecie po 
paradach i wodzicie potćm aż kędy pieprz rośnie? 
Ale co ja tam, wam tragikom, z grubszcgo końca 
pokazuję społeczność! szparażki, francuskie win- 
ko, ciasteczka Lesia, to wam daj 1 LegOltv(
, son- 
nety, l\asyny, w to wam graj! A jeśli komika, to 
Zdanowicz niech wam szwaba głuptasa udaje. 
-O mój Aloizy 1-0 nie mnie zarzucaj obczy- 
znę; dziś właśnie nasz wielki jeden monarcha za- 
jął całą myśl mojQ. 
-Który? nagalmął skwapliwie jenerał. 
-Bolesław chrobry. Dawneto czasy, dawnc zapa- 
sy, z Rusią bracią, SzczCI"biec wyszczerbił on na 
Kijowic;dwie krwie, lacka i ruska, skipiały w jedno. 
9.
		

/0115.djvu

			102 


Ja za nim teraz myśli! się gonię, on już w wyprawie. 
Błud czarnoksiężnik hl'oni pl'z<'prawy i rzuca czary, 
broniąc swe cal'y; d3remnie hmni, słyszysz I'zenie 
koni, chrzęst zbroi? to nasi, moi!-Aloizy, oto 
pieśI-J. moja! Dziś go przeprawię przez wodę. Oj, 
tak! bo dziś jakaś pokusa, sen jakiś całą noc o 
wodzie, żem tonął, ginął, wodą się poił. 
-U diabła! przerwie Aloizy, i mnie woda obu- 
dziła; zdało mi się, że mi ktoś z3miast piwa szklan- 
kę wody podał. 
-Ha! to dziwaczniejsza panowie, z3wołał jenerał 
wstając, że u nas trzech sen dziś jednaki; i mnie 
się marzyła woda, statek, gdzieś na morzu, w Kry- 
mie, T3ganrog.-1 zamilkł jenerał, i zamyślone 
opuścił w dół piękne oczy niehieskie. 
Chwila milczenia zawisła w mówiącćm kole; zda- 
ło się, że z oka jenerała trysnął ów strumiclltajem- 
nćj zadumy, i oblał obu artystów. 
-Nie czekać, wody uciekać, przerwie wesoło 
Aloizy,-i dla tego tak rano, prędzćj ciągnę na ku- 
felek. A dziś kufelek pl'zedni, ho wygr3ny w zakład; 
tak tak, panowie, założyłem się na (!ziś, że po linie 
pójdę na paradyz. 
-Kto, ty? zawołał Tymon. 


ł
		

/0116.djvu

			103 


-Co, pan? z zadziwieniem pyta jenerał, i żar. 
tohliwie popatrzył na połbeczkową postać linnego 
sztukmistrza. 
-,J a w własnej osobie, z owym ciężarem ciała, 
brzucha i nosa ,-odparł Aloizy;-jak mnie widzi. 
cie panowie, tak wlizę po linie na paradyz-et 
slanlo pede ztamtąd na beczułkę lufLowego piwa, 
które strona opozycyj na zapłaci. Bo u mnie tak za- 
wsze jak u wielkiego króla, opozycya płaci. 
Uśmiechnął się jenerał i żartobliwie dodał: (' Po- 
wolisz mi pan stanąć w gronie opozyeyi?» 
-Czemu nie, odparł Aloizy, więcćj patrzących, 
więcej płacących, to moja gratka; ależ jenerale, 
do tego układu trzeba bliższćj znajomości z nami 
a"lyslami. My obaj z Tymonem wygadaliśmy już 
połowę myśli i życia naszego; nieznając nas, już 
jakbyś znał zupełnie. Artyści dwoma słowami się ) 
kreślą: praca, płaca; to jest ich surdut .i czarka, 
a trzecie slowo obszerne, które jak płaszcz wielki 
zarzucąją na sicbie, jest ów poklask czyli chwała, 
ktbrem chcą okryć swe imic przed szanowną pu- 
blicznością. 
-Rozumiem, odparł jenerał, trzeba panom 
udowodnić, żcm i ja artystą; nieprawdaż? Zgoda 


I 
.1 


I 
I 
I 


I' 
I 


II
		

/0117.djvu

			101j 


i na to; ałe czyż przyjmiecic myśl za czyn, lub czyn 
mój jaki będzież miał cały urok poezyjnych wa- 
szych pomysłów, gdy go wypowić żołnierska szczć- 
I'OŚĆ i prostota? A pr'zecież, mialem, mam myśli; 
były, są czyny llIoje. Co z brzegu, co dziś mi w pa- 
mięć zajrzało, opowiem: 
l< Niedawno to było, lat kilka; mój przyjaciel 
Napoleon szcdl na Moskwę.» 
Aloizy i Tymon spojrzeli po sobie. Aloizemu tro- 
('hę śmiech si
 pokręcił w oczach, i ciekawie IJli- 
żćj zatoczył się ku opowiadającemu. Jenel'ał ciągnął 
dalćj. 
l< Siedmdziesi
eioleLni sLarzec, żegnając sili 
w trzy krzyże, dowodził nami. Pł'Zeciw nam mło- 
dość z młod,ym jeniuszem, zapał gorącego nieba, 
l'ąCZY koń Miurata, wieczna piechota DawusLa; 
przeciw nam wasz ulan cłSLel""ki, zgola Europa 
cała, od Gwadalkwawim do 'Visl'y, z małym ka- 
pralem na czcłc,-a z nami sLal'zcc siwy, leniwą 
nogą stąpający do grobu, i siwsza zima; z nami 
nasze Kozaki, rzekłbyś, koń z łukiem, arkancm i 
brodą, mchem żyjący, lub wiatrem, l.ti)ry ściga 
po stepie. Z nami bóg lodów naszych, co je skul 
na obronli Rossyi; z nami jego al"chimandl',yta,
		

/0118.djvu

			105 
sługa.... Cały tcn wir goniących i gnanych stanął 
przcd Moskwą, jakby na ostatni rozgowor w stolicy 
Ilaszych carów, i przcd krzyżcm krcmlińskim wiel- 
kicgo Iwana, jakby chciał zmówić ostatnie modł-y 
prawowiernych. Zdawało nam się, żc ino jedno 
amen było do zmówicnia w pacierzu naszym. Na 
wał-y Moskwy patrzał mużyk jak na gróh swój, na 
na dzieli następny jak na dzień ostatcczny. 'Vidzia- 
tcmoblicza, same oblicza, zimne, martwe; twarzy 
żadnej, krew z nićj ku sercu zlJicgała, - i żal mi 
było synilw mojćj ziemi. Noc zacbodziła, a ja do- 
koła gdym podłużył okiem, za Mosk\vę, ujrzał-cm 
ino jednę czarną wstęgę wojsk na sniegowym po- 
kładzie, a na najbliższćj zaspie, co wkształt pagór- 
ka usypał wiater, jednego człowicka w trój grania.. 
stym kapeluszu w brązowym surducie. On rękę wy- 
ciągnął ku Moskwie. Pomyślałem: Tak, będzie two- 
ją!-'Vracał-em do siebic, pół-nocbił-a. Jcszcze ośm 
godzin nasza Moskwa, ośm godzin z całćj wieczności 
posiadania. Zwróciłem konia na Kremlin , czckany 
byłem, niecierpliwie czekany. Jakiś starzec, kupicc, 
pewno z prośbą, bym mu dozwolił, aby uwieźć 
lOw
U"y, jego skIer) futer, kobierców. Niechciałcm 
widzicć,-domaga się, łaje, beszta, klęka. W imic 


" 


[, 
l'
		

/0119.djvu

			lUli 


hoga! puszczajcie go! To nic kupiec, to nic czło- 
wiek, to był artysta, poeta, ktbrego słowo było 
echem całego narodu, rada, ralłą ginącej Rusi, 
którego poemat zaczynał się od czynu tak rozgłoś- 
nego, że go wieki powtarzać b
dą. A jednak tylko 
jednem słowem, jednym gestem przemówił do 
mnie. Dziecinny starzec postawił kabałę: karta 
przy karcie stojąca, jak dla dzieci w zabawę; po- 
tem wzjął, pierwsze od końca podpalił swićcą, wska- 
zał na nic, i rzekł: «To dla nich zabawka. ,,-Zrozu- 
miałem siwą dziecinę boga, ucałowałem w czoło, 
i zawołałem: O wielki bóg ziemi mojej!» 
«Cicha, sina Moskwa, poczęła Jomy swe zamy- 
kać, jakby nic w świecie, jakby zwyczajna godzina 
noclegu, ino od zamkniętych domów sznurkiem, 
jakby rybitwy ptaki, uciek3ły przelotne kibiLki. 
ł we dwie godzin koścień Moskwa żyła ino kilką 
krążeniami cofającego się wojska, co jak krew 
ostatnie przebiegało ulice. » 
«Jest wiara, że, gdy ciało ostygnie, duch je- 
szcze Czuwa nad nićm, i niepuszcza się ciała aż 
w grobie. Ta wiara prawdą, o nićj mi nieraz mówi 
moje serce. " 
To mówiąc rękę na piel'ś skrzyżował jenerał,
		

/0120.djvu

			107 


\lsta w Ickkićm poruszeniu zawiesił, fałdy myślenia 
pofalowały w czole, dziewiczym wdziękiem rozśmia- 
ło się jego oblicze. Tak ra

 pamiętam, śnił, śni mi 
się mój brat młodszy niedawno umarły, gdy mnie 
budził z łoża i wołał: «Patrz bracie, jak się pięknie 
wypogadza niebo r a ja patrzyłem na jego anielski 
uśmiech pogody, i zapomniałem tej chwili, że umarł. 
Obaj słuchacze, w pół odurzeni spowiedzią 
wojskowego, niewiedzieli co myśleć; jeszcze się 
błąkał uśmiech Aloizemu, w Tymonie zapalił się 
obraz poetycznego opowiadania; opowiadacza za- 
pomniał, ino ulgnął w jego niebieskiem oku, i 
dziecinno położył mu rękę na kolanach, jak pie- 
szczoch, któremu się chce, aby mamka dalej koń- 
czyła swą powicść. 
«O wschodnia wiaro! ty prawdę mówisz, »_ 
ciągnął wolno jenerał, »-jest duch, przyjaciele, 
jak długo? póki ?......» 
Wtem od Erylowskicgo pałacu otwiera się bra- 
ma boczna, co prowadzi do Saskiego ogrodu, i 
wielki książe z licznym orszakiem krokiem prędkim 
postępuje w ogród. Spostrzegł go najpierwszy Alo- 
izy, i z lekka trącając zamyślonego jenerała: 
-Duch w ciele! jenerale, póki go do kozy nic- 


- 


I 
1/ 
I 
I 
I 
I 


I
		

/0121.djvu

			'1 1 
II 
ł I 


l', 


I I 
II 
I j 

 
I 


I 


t08 


wsadzI!; a wledy po duchu, gdy ciało w łallcuchu. 
-Jaklo? zagabał wojskowy. 
-Ot tak, najiaśnićJ i najoezywiścićj, o ezćm 
będziesz miał honor wkrótce sam się przekonać, 
jeŻeli z całą filozofią swoją niczapniesz czćm IJl"ę- 
llzćj sUl'duta i niekopniesz w nogi. 
-Dla czego? przerwie Tymon. 
-Bo wielki książe idzie, nuż tutaj; jenerał nie 
po formie ubrany, ni szpady, ni szlify, a mundur 
rozpięty, o mój boże święly! bez oznak, bez chreslu, 
ehoć trzy dni areszlu. 
-Tak myślisz? przerwie śmiejąco jenerał, i za- 
ezął wolno guziki zapinać. 
-Dalibóg idzie, przerwie przestraszony Aloizy, 
tu prosto, jak slrzelił, ani cllybi, widział, widział 
ciebie jenerale, bo wskazał do orszaku, i sprosto- 
wał się aż strach. 
-Nie czas uciekać, odparł jenerał, przyjmiemy 
go do kompanii. 
-Ba! chyba w kompanii pójdziem Jo kozy; a 
mój kufel, a moje liny! Ha! ellż robić, przez kozę 
po linie wyjdę na paradyz ,-to będzie Jodatek. Za 
doJatki płacą przynajmnićj Gazecie warszawskiej. 
Jenerał prędzej zapinał guziki. Tymon z lekka
		

/0122.djvu

			109 


odsunął się od niego. Gruby Aloizy trzy razy ob- 
tarł pOL z czoła, bo wielki książe żwawym chodem 
na dziesięć już tylko kroków był od jenerała. W szy- 
scy powstali. Jak mógł Aloizy, tak się przyciskał do 
ławki, aby się w tył ustąpić przed wielkim księciem 
i niezawadzić mu w drodze ku jeneł'ałowi. Groźne 
zmarszczenie brwi ksit	
			

/0123.djvu

			110 


,I 


czy przebaczy jenerałowi swemu, że bez zwykłych 
ozdób napotkał mnie tutaj? z niemi niebyłbym 
miał przyjemności poznać lak swobodnie tych pa- 
nów. Wesoły i żartobliwy towarzyszu! rzekł obra- 
cając się do sapającego artysty. 
-To Żółkowski, przerwał wielki ksiqże. 
-Żółkowski? znane mi imie.... a, leraz przypo- 
minam sobie, tyś aktor i artysla? 
- Kuflowy, Najjaśniejszy Panie! ozwie się Aloizy 
Ż{)łkowski. 
-Pamiętaj, żem w opozyeyi z lobą. Jakże bę- 
dzie z liną i z paradyzem? trzeba wygrać! 
-I owszem Naijaśl1i
jszy Panie, i krótko i 
w oczach Waszych Najjaśniejszy Panie, jeżeli po- 
zwolicie na lo. l3elwedc(' niedaleko, na śniadanie 
się wpraszam; zjćmy lina, marynuwanego czy swie- 
irgo, to wszystko jedno, a po linie na paradyz 
włażę. 
l':lrsknęło śmiechem całe grono świty. 
-Chwat Żółkowski! zawołał cesarz. 
-On zawsze taki, odparł wielki książe. 
-A z wami panie, rzecze monarcha obracając 
się do Tymona , znajomoś(: niechaj się zacznie pod 
godłem Bolesława chrobrq;o, co śmiało zabiegł 


I 
ł 
I /' 
II 
II
		

/0124.djvu

			lit 


I 
I 
-( 
I 


111 


Jo Rusi. Imic wasze chcę wyczytać pIerwszy 1Ia 
podpisie poematu. 
-Jeżeli go skończę, odrzekł Tymun Zaborowski, 
i nicpewnćm okiem rzucił na nicbo, jakby zapyty- 
wał, czy mu tylc przedłuży życia, aby mógł swój 
wątek wyśpiewać. 
Huk hębnów wezwał cesarza, ruszyła świta. Ce- 
sarz skłonił się swym towarzyszom. 
-Na parafIę! powtórzył książc. 
Żółkowski skręcił się na nodzc. Orszak w prawo, 
on w lewo,-a przybrawszy minę duwódcy, co w,y- 
grał bitwQ: - «Tak jest,» powtórz.ył do sicbie 
rusz.ywszy sążnistym krokiem, «tak jest, idźmy na 
paradę kuflową!» 


III. 


l, I
		

/0125.djvu

			II I 
J 


.. 


..
		

/0126.djvu

			II 
I 

 
iii 


PIOTR PSZONKA JASIENCZYK. 


%J

MI
i
. 


PIOTR herbu Jasieńczyk, Pszonką zw:m, 
P:m na Kl'Zyzanowie, 
I Toporczyk Szczekarzewic pau. 
lIardzito panowie; 
Niemają boskiej bojaźni, 
Smieją siQ z ludzkiej przyjaźni. 


WYl)adli oni jednego duia 
Na bliskii'j wsi pole, 


II 


10.
		

/0127.djvu

			lU 


Z nimi ludzi, koni, chartów ćma, 
I stado sokole; 
I polują jak po borze, 
I tłuką zboże nie zboże. 


Zaszedł im Mogę lud calćj wsi, 
Błagali biedacy: 
"Co robicil'? toż pot naszćj krwi, 
"Szczędźcie krwawćj pracy.» 
I czapkami się kłaniali : 
"Nil'ch sil) Ich Miłość oddali.» 


Fnkiem, śmiechem zbyto prośby ich. 
Dla biednych niellola , 
A dla panÓw niepobożnych smićch. 
Pognali przez l)ola, 
Wieśniacy odeszli zniczem, 
Sl'szcze nie jeden wzjąl biczern. 


W tym czasie zjechal na sądy w gnilI 
Król wielki Kazimierz. 
Przed nim więc UI13lll i wołnł hul : 
«Wymierz prawo, wyrnil'rz t
		

/0128.djvu

			115 


,iPanom, co gorsi od Litwy, 
«Jak bóg masz nasze modlilwy." 


ł 


Bacznie wysłucbał żałoby król, 
Wyjechał na rolę, 
Przeszedł się w poprzek i w podluż pól , 
Obejrzał swawolę, 
Szkodę na palcach zrachował, 
I tern słowem wyrokował: 


"Za szkod" to a to każdy z was 
"W cbłopskie ręce złoży; 
"Byście umieli na drugi raż 
"Szanować dar boży; 
"Zboże główny niebios datek, 
"I cały kmiotka dostatek; 


"A za biczowanie ludzi cnych, 
"Abyście wiek wiekiem 
"Pomnieli na to, ze ból nie śmiech, 
,lA czlowiek czlowiekiem: 
"Po razu każdy z tych kmieció" 
«Smagnie biczem grzbiet Waszeciów."
		

/0129.djvu

			116 


I stało się. że Piotr Pszonką zwan , 
Pan na Krzyżanowic , 
I Toporczyl. Szczekarzewicz pan, 
Choć butni panowie, 
Zapłacić szkollę musieli, 
I jeszcze biczami wzję1i. 



 I 


Pan Pszonka wielce do serca wzjął 
Tę swoję przygodl) , 
Zmienił sil) jak jl)dor , króla kląl , 
Targał się za brodę; 
-Poczekaj. wołał, stary psi£' ! 
lIługo ty popamil)tasz mnie; 


Poznasz ty, co to za chłopski gnój" 
Biczować rycerza; 
.Ta ci w ten łobzowski stolce twój 
Tak podsadzI) jeża, 
Że niech wszyscy chłopi babią, 
T,? 1(0 ztamtąd nic wywabią. 


I pokryjomu sz£'dł z Polski precz. 
Pomiędzy Litwiny,
		

/0130.djvu

			117 


I wolalllo nich: «Ogil'll i mien 
«Na lackie krainy! 
«K r{,l stary, i przy ł:stl'rcł' 
('
palił n popioł ml)skił' scrcl'. 


. 


"(:ała walii Polska leży jak t!'Up. 
«Tylko ją oprawić. 
«Tam Ind, grosze, bydło, wszl'lki łup. 
«Ty:ko sil) niehawic. 
«j:t walU wsk3Ż1) takie szlaki, 
"Że sil) zjawim j:tk cud jaki.» 


Przystala Litwa. Litwie 
 to graj. 
I1ura do zachodu! 
Wyją. jak żeby wHków sto zg-raj 
Zawylo lId głodn. 
I dalćj wzuwać cbodald, 
I)rzepasywać sil: w sajdaki, 


})rzysmalac w plomieniach groty dL.ld , 
A kiełznać Żmudziny. 
Za cbw HI) ciągną jak cbmura bićd 
Do lackićj krainy.
		

/0131.djvu

			118 


'I 


A Piotr poprzodu. o wsl.ydzie ! 
Na kraj własny z wrogiem idzie. 


1 I 


! I 
III 
'I 


Jak Litwin w lasy raz nurka da. 
Tak płynie pnszczami , 
Aż sil) wycbyłi na !iwiatło dnia 
Nad Wisły brzegami; 
Tam sil) otrząśnie. wypocznie, 
I radzi co dalćj pocznie. 


"Stójcie! rzekł Pszonka, ja p6jdl) w przód. 
"Z Wisłą żartn niema. 
«Ja pójdę w przM i wytknl) wam bród!" 
Co rzekł, to doh'zyma. 
Poszedł. wynalazł bród rzćki , 
I na znak postawił tyki. 


Sprawiwszy wszystko, już wracać mial, 
Gdy njrzał , że blisko 
Święty Stanisław I,amienny stał; 
Więc na Dł'ągowislw 
Rzekł mn w szyderskim nsmićchu 
Grożąc palcem: "No! sza mnichu !>,
		

/0132.djvu

			119 


Na lo z kamiennych święlego warg 
'Vyszły ciche słowa: 
- ",,'ielki Dożl'! zlam len hardy kark! 
Niechaj zdrajcy głowa 
Sobą lę czyslą krew spłaci: 
Klórą w myślach toczy z braci. 


I w tejźl' chwili slizga się łodź 
W udą jak po IOtlzie. 
f)w(Jch w niej siedziało: anielska młodź, 
W anielskiej nrodzie, 
W anieIskiem opromienienin, 
Ale w ryhackiem odzil'nin. 


Jak ślmł od gwiazdy, taki płomieil lIał 
Za lekkiem czóll'nkiem. 
Z hrzega do brzeg a podnilJsł się wał, 
I toczył się z dźwiękiNu. 
Żerdzie wierzchów uchyliły, 
SZl'regiem z miejsca ruszyły, 


I szły jak płacI" a wodnego \"ZQd ; 
A gdy przl'plym:1i , 



\
 
'
 
..\
		

/0133.djvu

			ł20 


ł\(:dy Ilajwit:ksza gł(;bia i pl;11 , 
Rybacy znikn(;Ii, 
Żerdzie znóW S!P, wprost podniosly, 
I slant:Jy jakby wrosly. 


Zaledwie ziemi!) oslonil zmrok, 
1I0rda Litwy rada, 
Urznca gęstwin!) pnslyil, i w skol.. 
Nad Wisll) przypada. 
I jak szła, tak w wodl) wbiegła, 
Gdzie znaki bl'Odu postrzcgla. 


Ałe jak tylko rzncili Jąll, 
Straszny krzyk się budzi, 
Niczhiullowany, bezdenny prąll 
Ilwie konie i ludzi, 
Przewala wiru falami, 
I rzuca dalćj trupami. 


. 


Zginp,1i wszyscy. ('O pil'l'wsi szli. 
Ci, co pozostali , 
Iść już nil'c hcil'1i , a "ścjpldl
 źli, 
«To z(lrillla! "olali;
		

/0134.djvu

			121 


Ij 


"Gdzie jest Lach, co nas prowadził? 
"Pod miecz go! on Litwę zdradził.» 


Próżno się Pszonka wymówić chce; 
Czeni Litwy rozjadła 
Na nic nie baczy, miecz tłnmu tnie, 
Jnż głowa odpadła, 
Jnż na ż('rdzi głowa ścięta 
J,.k pamięć zdrady zatknięta. 


i I 
I 
ł I 
, I 
II 
I 


Litwa, dalszy zaniechawszy łup, 
\VróciIa w swe knieje. 
A pana Pszonki w pół nagi trup 
Nad Wisłą bieleje. 
I głowa kiwa się ścięta 
Od I)taków nawet nietknięta. 


,I 


Tylko skrzydłami ptak czarnych piór 
'Wiał z nilU jak pJ'Oporczyk. 
] wciąż krakał; mialto być zły twor, 
Pan OUo Toporczyk, 
KII'lry z żalu, jak wieść niesie, 
Obwiesił się w bliskim lesie. 


,I 


Sewetyn C. 




:<0 


11
		

/0135.djvu

			II 


, . 


":;Y lli 	
			

/0136.djvu

			" 
{23 
Adzie", ka. cM d . patrzy w robotę; 
... 
Myślałbys: pilna; ona na psotQ . 
'Vić. że jest gladka. że patrzy matka, 
'ViQc niby poważna, ni slwcwa ni raźna, 
Podbnlba matki ochotQ. 
Matrona na nią, to na siwą wodQ. 
To wiJw na lasy podłnży okiem. 
Co pod jćj zamkiem, jak córa pod bokiem, 
flosną, i z cicha, glly wiatr w nie wleci . 
Szemrzą jak dzieci. 
Nie długo mogło dziewcze wydostać, 
 
I tak spokojnie na miejscu wstać; 
 
Podniesie oczy. 
1)0 matki skoczy, 
Śmieje siQ, ściska, obwija szyj!;; 

lalka i córka. jak dwie lilie. 
Siwemi na siQ spojrzą oczami. 
I bnrsztynnemi ścisną rQkami . 
A całus plywa . I 
Jak gdy przybywa 
Piana na Wiśle bić siQ z brzegami. 
Na te pieszcwty, na te zaloty, 
Co maj wywolal z piersi dziewczQcia, 
Rusinka mała z zam!,u zbieżaJa.
		

/0137.djvu

			124 


I między matki. córki objęcia 
Maleńkie chłopie poddala. 


I 
, II 
1,1 


Jako kalina, co w rnskićj pieśni 
Chłopca z dziewoją zaloty sincha; 
Tak Koniecpolska do nst, do ucha, 
Przyciska owe pączki różowe. 
I z dzieckiem. które o mowie nie
ni, 
Pieszczotną wiedzie rozmowę. 


-Co synku drogi? co córo moja '? 
nelkota synek. córa pustnje, 
A nad obiema, trzcina 1J zdroja, 
]\latka się chyla, obie całnje. 



 


Córka nskoczy, niby odbiegla, 
To znów przyskoczy, w kolana legła; 
I tak klęcząca, i tak smiejąca, 
Prosi, że oczy swe skryje. 
I głowkę matce w kolana zwije: 
-I\łatko, ja będę tak wrÓŻka, 
A ty mi rękę pokładź do łona. 
To ja wróżebnym snem otulona. 
Córa. twa wróżka. 
Biciem serduszka 



 


Powie, co czuje. co śni. co lubi.
		

/0138.djvu

			125 


Dziecie wi
c gubi 
Oczy w rączęla , i slucha cicho. 
WIem, bujnćm drzewem, co z boku sIało, 
Zaczął szamolać wicber jak licho; 
I z drzm\'a małe piskI e zleciało, 
Krzykło, skonało. 
Krzykn
ła dziewica: 
-Matko, o malko ! niema rodzica! 
Gdyby z nas które pisklęciem zleciało, 
Co by się z lobą, o malko! stało? 


-Lepiej mi pomów: co w niebie? wfł,żlw! 
Zagaba malka. Długo milczała 
\Vróżbiarka mała. 


Aż się odezwie: Ziole jabłuszko 
I krzyżyk nad nićm; a od północy 
Chmnry, d\\ie, lrzy; o! nie chmury, smocy; 
Ilby podwójne, koroną slrojne.... 

iema jablnszka, tylko przyświeca 
Napis z chmnr ,.... nazwa mego rodzica. 


-A co na ziemi?-Dzieci tak sporo, 
Ale mojego bl"ala niewidno ; 
Biją się, kłócą, przedają , biorą. 
Malko, ja\.. im la\.. kliJcić nie wsl.ydno ? 
A inne dzieci cierpią z pokorą, 


11.
		

/0139.djvu

			126 


W lachmanach dzieci ;-biedno im, biedno I 
I.... matko, malko, dzieci tak sporo, 
Ale mojego brata nił'widno. 


-A co w powielrzu teraz goniło? 
Dziewica milczy, i gorzko płacze. 
Matka ją bierze, nsty kolacze 
Do jej oblicza: Co ci się śniło? 
Czego tak płaczesz.?-Drata nicbyło I 


I 
! 'I 


-Rojenia twoje niedobre , dziecie! 
W szak to zabawa; a połóż jeszcze 
Główkę w kolana, jak cię popieszczę, 
Coś się milszego zaśni ci przecie; 
Przyciśnij moją rl)kę, ma wróżko! 
Ja twe podsłncham serduszko. 



 


Ledwo skłoniła córka swą głowę, 
W zamku Jazłowca słychać podkuwę. 
To ojciec l-O nic! dziewczc wołało, 
To jakiś młody. 'V dłoni matczyny 
Serce ściśnięte młodej dziewczyny 
Jakby na koniu jechało, 
Tak drzalo. 


'I 


Wybiegła służba. To ojciec wraca, 
I kłos gościną. Dył gość, i młody,
		

/0140.djvu

			127 


I 

 
I 
II 


SWleże zaranie, takie jagody, 
A ml.'skim ruchem mlodosć doplaca. 
Ojciec go bierze, i córze stawi, 
Miody Potocki wesolo bawi. 


\ 


@ 


Zewnątrz zamczyska brzemiennćj siły 
lIasa nlewa. Czy nieba placzą ? 
Czyli tak ściska ziemiQ tnlaczą, 
Ey ją piorunne gniewy nic stlily?... 
'Vichry sil.' w zamku całym goniły, 
Straszyły ludzi. A dziecie małe 
Z łona piastunki krzyczy i kwili; 
Ciągle wyciąga rączki skostnialI', 
Jakby za okno rzncić sil.' sili. 
Darmo je mamka cisnic do łona, 
Dziecina, jakby bnrzy spragniona, 
Ciągle tam swoje ciśnie ramiona. 


Jest pęd, co ze krwią skacze nam w łono, 
Co gwiaździc drogą, Judziom jest losem; 
Jest glos, co w ludzkićm nazwaniu glosem 
A w nazwie pisma czynem przechrzczono;
		

/0141.djvu

			r- 


12x 


Pl)d , glos, czyn: jedno, jednoto ciało, 
Ma sil) stać, stani!' , lub stało. 


Ten pl)d , ostatni dziedzic Koniecpolskich, 
Dziecie, niemowi!' , w łonie swem sIY'l.alo. 


II 
r 
I 


Rusinka tuląc dziecinę pobiegla 
Prosto do okna starego zamczyska. 
Pod oknem studnia; kamyki w nią ciska. 
Dziecina, skoro pluski wód postrzegla, 
Zaśmieje sobie, kamuszkami bryzga, 
l'o się odrzuci, to na krawędź ślizga, 
I tak ciekawie w stmlnil) sil) I'rzegina , 
Jakby czarami ciągnl)la głl)bina. 
Wtem sil) zerwalo, wpadło, i po cbwili 
Gród, matka, ojciec i siostra.... sieroty! . 


lHugieto dziwy, długie wiek.,w psoty, 
ZlamaJy pożnićj i zło t!' jabluszko , 
1 krz
 żyk nad nićm. 


" 


. Uotychczas utrzymujc si" podanie mi
dl.Y :;minem ja- 
zJowicckim, jakoby ostatni potomck Konic('J,oJsk ich, dzie- 
cic, upuszczone przez m:ullk
 W slmlni" J:amkow
, pojawiaj.. 
si
 w ohłoku trzymaiące w ręku jahlllszko z kl'Zyżykicm. 
Dziw tcn póty ma si
 pojawi:H;, ....k:!,' l'olsl,a cała w [
ra" 
nicach swych nic I,owsLanic.
		

/0142.djvu

			129 


Z,.(adtaś, młoda wróżko! 
I dzieci sporo było ,-biło się, walczyło. 
I twego brata niebyło. 


\V dom cudzy weszła Jazłowca dziewica; 
\V gr6d Koniecpolskich zaszła tajemnica, 
I siadła na zamku, w gruzy się obległa, 
J wola: Ja b
dę, ja będę go strzegła 
Na rnskiej ziemicy, 
Póki głos wielkiej wr6żki , dziewicy, 
Nie rozkrzyknie w dzień swobody: 
Ol POWSTAŃCIE NASZE GRODY! 


11.
		

/0143.djvu

			_rąB!! tU gttiepr31'. 


TREŚĆ. 


Bolesław ehrohry z o(;'romnćm i dohrzc sprawionćm woj- 
sk'lCm ciągnął na kmje ruskie. .Jarosław, syn \Vłod.r.imićrza, 
.r.gromad.r.iwszy równic pOlo;źne wojsko z Rusinl;w, Warc- 
p,-ów i Slawianów, zasl
l,il IIoJesJawowl przy r7eee BUGu. 
Poprzedziły przez kilka dni lekkie .r. ohustron barce kamieli- 
mi i slrzaJami, nim przys.r.lo do walnćj rozprawy. Pierw- 
sq król zaczaJ potyczkO; r07G'niew3ny (;'mhija",s kićm szy- 
Jerstwem niejakic(;'oś muda poradnika ksi;p.ęeeGo, który, 
sloj'!e na drugi{.j slronie rzl-ki, samego k,'óla dla otylośri
		

/0144.djvu

			131 


lI>icPI':'C1Jt naLJwał. \V ojsko za 1"'Lykładem k,'óla wI}]aw rZt:- 
kę p,'zt'sLło; posl,iech hólewski J,oJUieszal Rusinów, po kilku 
i;'Odzinapb krwawi:j hilWy znisze7eni prawie i sIarci, pełne 
illarlWJch piał Lostawili Lojowisko. OhóL z cal,PIl plonem 
dosiał się królowi. Sam .Taroslaw" s,unoczwarl ucieklszy 
L pola, ,mi w Kijowie widLial si'!. hespiecznyrn, ho zlaml,
d 
skoczył do Nowo;;-roda. TIoleslaw podsl
pill'od Kijów; po 
dłuGiem oLlężeniu zdoLył sZIUl'lllern, a wjeżdzaj,!c przez 
złotą hram,,- u{jodzil \V ni,! palaszem, kióry Odl
d nazwę 
s:.czerbca olrzyma!. Z hramy uda! sit
 do monasleru Ś. Zofii, 
[jdzie GO clucbowiei,slwo przyjmowalo nios,!c krzyże i kości 
świętych. Zahrane skarLy odesIał do Gniezna. \Vydano mu 
rnacod](
 z Lon,! .Jaroslawa ; osm ,iUSII' je;;-o', z któr.reh jedn'!. 
soLie ll}lOduh.JL Król, na znak LW.rci'!.slwa swe;;-o i rozsze- 
rzenia krtileslw
, sluI'y {jraniezne żelaLne w Dnieprze, 
[
dzie du nie[;"o Sula ,'zćka wpada, JJOwhijać kaLał; p,'zydaj;
 
lakże, Le powrzucal do lćjże rzćki miSlct"l'ą jakowąś robot
t 
z k "usU'U udzialane IrąL y, 1"'zcz któ,'e sącząca się, woda 
dżwi(
k jakiś dziwny w.rdawać miała. 


N.3.lI.laZEW;C;;t. His_. nar. (11'1. 



@ 


STAŁ obóz polski, slala Rus w taborze, 
.\ między nimi Jługu święte łoże. 


Rusin jedwabne rozbijał namioty, 
l'awolocznemi opollczmi czerwienił; 
Śrcbme tam szable i zlocone groty, 
Obóz Uusin6w jak poMz siQ mieni!.
		

/0145.djvu

			I
 


132 


Pod golem niebem, w kożuchu baranim, 
Lach obok konia, szczyt i zbroja na nim; 
Twardy ich żywot, jak żywot pokuty, 
Cbłop, koń i puklerz z jednego ukuty. 


\V dzień piel'wszy głazy miotali kamienne, 
'\V dzieJI wtóry strzały miotali kalenne, 
'V dzień trzeci z brzegu mud obelgi miota 
Na króla Lachów: "Ej ty tuczny wieprze! 
«Azać Dug przebrnąć nic bierze ochota, 
«Kiedy się kusisz wody napić w Dnieprze? 
«Azać żal sadla na ruskie pazury?» 
-Natu na, wieprzu! ryknie Ruś, jak tury. 


A Dłud, czarownik, stroił strachy lepsze: 
Zaklął Peruna i wszystkie Kumiry, 
Dug w mgłach rozkropił, wiatry podniósł czlćry; 
Rzucił zwierciadło-i woda po pasy; 
Iglę na rolę-wstały w okrąg lasy ; 
Kamień na stepy- i gllry na siepie. 
Trafiajże Lachu, choćbyś miał stoślepic ! 


-Zlc z nami wiara, czart nas wzjął do koła, 
I k' kopijniku król: lJejno ! zawola, 
'\VłócZlIl\'laurycego, i szabla anioła, 
Krzyż pański, iwie Chryste i 1Iarya ! 
Ciął szablą", zmory, kopią mglę przebija: 


I 


\'
		

/0146.djvu

			133 


. 


Jak sen o świcie pierzchnliły tnmany, 
Znów świeci slolice , i Dug płynie sklniany. 


. 


«Bogarodzico! wiara wpław, koil łodzią!.. 
Pierwszy król skoczył, a za nim czereda, 
Aż rzeka nad brzeg bryznliła powodzią, 
Tylu w bród poszło. Ruscy popłoch trąbią, 
Strach im do szyków i oręży nieda; 
Lacby na karku siedzą, koJą, rąbią, 
Z martwych do Bugu krew wali sil
 rzeką, 
Chorągwie w I'iask u, z ciał wstala mogiła, 
l)ycha butnego w piasek sil; wtłoczyła, 
Pycha Dl Uflowa ; a gdzie Dlud 1- daleko, 
Wyprzedza wiatry...... 


hniazlU JarosławIc ! 
IUasnąłcś w fI)ce J'o ciężkićj I'ozl,rawie, 
Samoczw(,r szlakiem lecisz do Kijewa. 
IłrailCe, namioty, slwt, sobole. kuny, 


Padł) zdobyczą; z grodów biją łuny; 
Ba, Kijewowi on pożar dogrzewa , 
I sam Nowogród : Gorze mnie! zaśpiewa. 


Tam, czy to zorza na stropy upadła? 
Czy glira zlota siedzi śr(,d żwierciadla ? 
J>ytają Lachy.-To Kijew: gór tr{.jca 
Czterysta cerkiew dżwiga; pasem z glazu 


. 
-, 
.
		

/0147.djvu

			131 


Biodra mil siedmiu okr
ca ; do razu 
'V ylrąbi ze slo lysi(:cy mołojca. 
A Lachy na to: Na głazy i bramy 

lamy bukszIele i tarany mam}, 
Na sto tysięcy, tuł,V pełne grotu, 

zabłe toczone, rumaki do łolu. 


Stadami kawek czernieją dzwonnice, 
Will" zallnieprzaliski wyje korowodem. 
Dal1zi-b6g datkiem nic darzy, a głodem 
'Vybija wnuków. Solwł zazuIice 
Porzucił młode.... Synu WłOllzimićrza! 
W mur Nowogrodu niesie cil; łodź chyża, 
Od sióstr i żony!... <ł czej dzwon wiecowy?.. 
Za gockie brz('gi tyś pociec gotowy! 


'I 


Uniż się grodzic! pas się twój rozkował, 
Pożar złociste stropy pozdejmowal ; 
Zgasłeś !... Bołesław konia wskok WYJlIlszcza, 
Oburącz mieczem w bram
 ciął ze złota; 
Jtiecz się wyszczl'rbił, padły na wznak wrola; 
Na h\ arz bojary, na twarz czarna tłuszcza. 


«Chrobryśpan, chrobry! mir, mir rusl.it;j ziemi! 
t:hłi'h, st.ł i kości świętych! pawołollą 
Szla), ci wymościm; dzwony sofijskicmi 
OdZ\"lollim sla" ę. Ośm dziew ic , jaJ, 01,0, 


\' ,
		

/0148.djvu

			135 


.. 
I 


Sióstr \Vłodzimi!!rza z oprawą twym płollom. 
:stolec Ruryl(a pOl]eprzelU wysoko, 
Szerolw stopnie wybijem pokłonem. 
Cześ" tobie ninie, chrobry, po wsze czasy !,) 
I szedł król, za nim oszczepów szly IlIsy, 
W chram świętej Zofii. Pieśń: Bogarodzica, 
W strzęsla sklep cerl( wi , oskrzele i lica 
Pokorą pyłu I)rze,] oIlarz się miotły; 
A wszystkie dzwony dzwonią, huczą kolly. 


Żyr, żyr, sokoły! krlll dzieli zdobyczą; 
Jezdny czy drabant brał proporce, tul.r. 
OpOlicze: resztę grz.rwnami doliczą. 
:Skarbiec cerkiewny sIal do kapituły 
Gniezniejł
kiej, kędy święty \V ojciecb w grobie... 
Sam król nic niebr"ł, tylko dziewkę mlodą 
Z branek książęcych rall podobał sobie, 
I wiMł do loża. llralicom rozciął Iyka, 
Syny bojarów puszcz,) na swobodQ, 
A sobie wybrał DIuda czarownika. 
-Nie byłoć llIudzie bojowa{-, językiem! 
Snać go pan w łazni ochwoszcze winnikil'm , 
I da mn ścier)(/): bie
 wić, czy niegorzp j , 

Ioże rozerwą )wlimi na rozdroży. 
Tak przcbąl\ali dwaj, ciura z łucznikiem; 
Tak po Kijewic ; krzywym tropią torem; 
I{rlil wyzćj hUJa niż dziw z bi"łozOl'eUl. 


,.
		

/0149.djvu

			- 


136 


Co mi za tuman? czy to tur.lw stado 
Hasa na błoniu? czy to hufce jadą? 
,Co mi tam ciemno na Dnieprn błękicie? 
CZ.Y wodni goście?... Wstałże Igor stary 
Zbierać nosaily' na łatyilskie cary? 
Czy po raz wtory Ruś pogaJJską chrzcicie? 
-Ni Ruśto chrzcimy, ni z łgorem płyną; 
Jeno królłacki ze zbrojną drużyną 
\Vjechał na zalew dniel)rO'vy w pólk.n;że: 
«Tu kres:» grzmiał piersią. Tu kres! rykną In(;że. 
«Tu słup żelazny'» Gdzie Iwń wrył kopyty, 
Koń Bolesława, słup żelazny wbity. 


Na srodek rzćl-i łodz wygnały wiosła; 
mud płynął" łodzi, cisza siQ podniosła, 
Dziw będzie. Z łodzi wielkie trąby cztery 
DzwigniQto, jako słupy chramu wRetrze, 
I zatopiono razem w Dnieprn wiry..... 
Podwodną pieśnią zagrało powietrze; 
Taką czcił BojalI dawne bohatćry, 
Gdy wieszczym pałcem bił o struny żywe. 
Rusałki pieśń tQ po szuwarach whlrzą, 
I białą pianę chwyciwszy za grzywę, 
Na czarne morze pławią siQ; a z burzą 
I wendska Odra, i morze Waregów, 


. Rodzaj lodzi dłlicpmwych. 


,'I.. "
		

/0150.djvu

			137 


'ł 


Pic"oią tą grały gwoli lacldch brzegów. 
Sam Lach. a nic klo, tę gędźbę rozumie. 
Lud się podziwiał, a król rzekł: «Hej kumie 
llludzie! rzeka gra darmo, żyru głodna.» 
I wnet z kamieniem lllud pornąłaż do (lna ; 
mUłła bies porwał; stoi słup. a rzeka 
Chrobrego sławą gra z wieka do wieka. 


LIlCY{lIl S. 


r 


12.
		

/0151.djvu

			I)IEŚŃ 


\D 
.:ne



'i!1 
\!)ID'b




 


A wi!'(' pOClnijl.uy pil
Śli, w(.flJc osnowy zdarzcń ,_ 


1'1 


r 


GDY lUogoł W stcpie źrcnicc blądzącp 
POf)niósł, i pylał gdzie mu znika słollce. 
Znagła mu w ręku pomkOl,ły się wodze. 
A gęste kurze wzbiły siQ po drodze; 
I kiedy w pzcstrzeń puścił się rozległą, 
Tysiąc gór w poprzek drogę mu zabiegło, 
Sto rzek szerokim Jąd przeciQło wartem, 
Sto twierdz ramieniem trąca go upartem : 
Grody po grodach z dYlllcru szle w błQldfy, 


. 


h.
		

/0152.djvu

			139 


Wiatr, ląd i wartki nurt siccze kopyty, 
. Aż w nieprz!'jrzanc równiny wyplyni!' , 
Ujrzy krailll.' żyzną, a w krainie 
Lud jasnych liców, rzęsistego wlosa , 
Żelaznych piersi, oczu jak niebiosa. 


A nad ziemicą lacką, klęsk zwiastuny, 
Dawno już wrogi c prz
wiecaly łnny: 
Gwiaździsta z wschodu podniosła się miotła, 
I rzęsne rózgi szeroko rozplolla; 
I w koło mnogi!' jawiły się dziwy: 
Z krakowsldchjezior powstał ryk straszliwy, 
Z łożysk wybiegły rzeki. i w dzień bialy 
'W ludzl,ie się kształty obłoki wcielał
, 
lot powstaje wojsko; widno rysy, 
Czarny wzrok, szorstkie brody i łeb łysy, 
Coś nallsztalt zgicłku, coś naksztalllmrza\\ y, 
Slarły się chmury, i dószcz lunął krwawy. 



 


llylto czas męki paJlskićj. Znamion wicIa 
Zląl,ł sil,) lud wszystck, przed 
rób Zbawiciela
		

/0153.djvu

			140 


Szedł; w ziemię czoła, w niebo słał umysły, 
A krocie kopyt kowało u Wisły, 
I już Tatarzyn hasa tam szeroko, 
A za nim dymy i jęki się włoL.ą; 
W pył idą sioła, łunami przyswieca 
({raków, a trąbJ zabrzmiała Lignica. 
Pobożne książe przeważnie tam włada, 
Henryk myślami bieży w łrop naddziada, 
Wiara mu grzeje pierś i krzepi ramie, 
Szczęście nicnadmie , klęska go niezłamie ; 
Ujął kord stary, sIarą prZ,ywdział zbrojł) , 
Urosły serca i biją na boje; 
Uderzył w trąby, sypie się rój męży 
Od Warty, Wisły, Morawy i SIQLY. 


Zdeptana Odra stęka mostem łodzi, 
l\fiecław z Tatary uparty hurc zwodzi; 
Sprawny to harcerz i k'bojom ochoczy, 
Gracko teie kordem, gracko koniem toczy, 
Celnie grot ciska i kruszy kopije, 
Lecz go złe łacno otchllie i pożyje. 
Huf Raciborców przy nim, czyści chłopi, 
Skupioną tlnszczł) podrywa i topi; 
Co falom umknie i na brzeg uciecze, 
Przeszyją strzały i rozsiel'ą miecze. 
Nagle ku brzegom pomknQJ;1 się rzel,a, 


".
		

/0154.djvu

			HI 


Tłuczona fala kroplami rozcieka, 
Slwczył w nią Talar, i w bród sip, prz<,prawia. 
Rozpt;dził hufiec, i już u Wrocławia; 
Spalone miasto, i zamek śCiśniQty. 
Z zamkowych wieżyc modlił się mąż świQly, 
C.wsław, i białą rozrzucił kapiCl,
; 
. Ku niebu rQce, ku niebn źrenice, 
I w szczl'rych modłach posłał duszQ całą; 
\Y ołał do boga. a serce płakało, 
Za lud swój błagał, i słychać wołanie 
Korne i czysle: «Nic nam. nic nam panie 
....» 
Czerniały w koło pogan koczo
viska . 
Aliści"\\ pól noc dziwna świalłość błyska. 
I cały obóz gra w pł
miennej fali , 
Pohai.ce przez sen za luki porw,.Ii, 
Zar im doskwiera, ślepi błask promieni, 
\V skok bieżą k'Nysie . ja k psi oparzcni. 


A książe Henryl, wyruszał z Lignice . 
KłQczal, i modły słal k'Dogarodzice, 
nił pierś żelazną, a mury L.ościoła 
Zwołna odjl;L.1y, i cisza do koła: 
A gdy za siodło twarda ima ręka, 
Zacłu'zQści zbroja. i szabla zaszczęka, 
Padł z wieży L.amid., i. w ziemi zastrzQgły . 
W strząsnął pierzasty helm i gmachu wQgł). 


.
		

/0155.djvu

			I 
I 


\, - 


142 


Na Dobrem-polu jask(,łki się zbiegJ,\ 
\V rumianym 
vschodzie 
vilać wiosnę młodą, 
Przejrzystą Nysy przemyJ.ać się wodą, . 
I łekkićm skrzydłem skrąźać smug rozłegly. 
lirutko swobodnym cieszyły się lotem, 
Krótko przejrzystą muskały powierzchnię. 
Bo już chmurami wiosny ranek mierzchnie. 
I groźnym piorun odzywa się grzmotem; 
.Jak z gór Beskidu zsh,'pujące bory. 
Tatar szeroko rozbija tabory. 
I równI' pule i przylegle wzgórki 
Zjeżył OSzczepy, i zaczernił burki. 
Nim" bój poskoczy, i zaswisnie strzałą. 
I)oczettam wnlżków pracuwał niemalo. 
I czytał znaki po podniebnym sklepie. 
A w kole skakaloszczep przy Oszczepie. 
Od pól lignickich jasna łuna gOI'e, 
To IIenryk, wojska zszykował na czworQ; 
Cztery stron swiata, i czterma ramiDny 
Rozrasta drzewo, którem świat zbawiony. 
Z podnioslćm sercem huf hasa na czele, 
Leci w otwarty Mj jak na wesele; 
Dumny, bo zaszczyt spotkał go niemały : 
Pierwszy za wiarę w wrogach ull,wi strzal,v, 
Pierwszy kopij e skruszy, i orężl' 
'Vyszczerbi pierwsz.v. i picrw'zy polQże; 


.
		

/0156.djvu

			143 


Wraz na zast()PJ'natarł w imie boże, 
I wraz lłotarty, jak od gradu zbożc>. 
Skinąl wódz, grolJU'm dwoje sp:ula ramiI', 
W szyki pohatlCów uderza i lamie: 
Z dwiema tam wojski dwa biją hetmany. 
Z Sl
zaki lUiecław, Gryf z Małopolany ; 
Iła"ł wtóry zast
p i trzeci się chwieje. 
Szatmiskic igry stroją czarodLieje: 
Przebiegły Jarun 
v łackie bieżał szyki, 
C\Vszelki "
ztałt weźmie, i wszemijC)zY"i 
Przemówi) stamlł, drobne isł\rzą ślepie: 
Kreśli znak, wargą sprośne slowa trzepie, 
Krzyknął "Behajte! » zawrzaslo z pod zi£'mi, 
I wichry słupy hasają sZ3l'emi. 
Bił Gryf, i hufy w nowy wodził taniec, 
Miecław ze swemi pierzchł, jak op
taniec. 
"Gorze'» W rozpierzchły Hum miota się slepo 
Tatar, brodaty buf tam wJedzie Pepo; 
Krzyż mu u piersi puklerzem, a wsporem 
Czwora"ich ramiun mC)żny wudz z taborem; 
Żwawo siC) wodzą zapasy. aż trzeci 
Pohmiców zastf;(ł z wiatry siC) rozleci, 
A wraz ostatni runogiemi orf;ży 
Obsacza Henryk.... zwycil;ży! zwycif,ży! 


Na wiatr długiemi podlatuje skrzydły 

ztalldar, nil' szt:uHlar, po", órto (łrzcbrzydIJ":
		

/0157.djvu

			144 


Sl\Ośnl'mi łapy rozparJ sil1 u spoda 
'Viatrak , u góry czarnI' Ibisko . czarna broda, 
Żarl'm ruu oczy płonęJy, a z garła 
Szla noc, i w koło kiry rozpostarła; 
I)odziwelll zjęte hufy osJupiały, 
A grzmią tatarskie szable, swiszczą strzały. 
'" zniósł imie pailskie, oldelll wzgardy zmierz
 I 
.Marę, i z pocztem o Ilum siC} mierzył 
Jlemyk; szeroko szczęk się rozległ stali, 
D1uga 'wpija wrogf\w o ziem wali, 
Zdeptał huf przedni, i wHode'. siC} porze, 
Gęste go tłumy połklll;ly jak morze. 


. 


Gdy grom z Joskotem uderzy n3 lesie, 
Ufny swym skrzydłom orzeł szponę niesie. 
Gdzie siC} trą chmury i piorun przyswićca; 
ChC}tniejsza ciszy domowej orlica 
Spatruje drzewo. co jej serce więzi, 
Troskliwie w jego usiada gałl;zi , 
JUiękkiemi puchy "ryje l,islde mlode, 
I bacznćm okiem czuwa na przygudę. 
'V gmachu, co chwalą brzmi Maryi syua , 
Siel'ziaJa Piast.,w stnl!,ion.1 l"Ullzinól ,
		

/0158.djvu

			145 


Od wrzawy przygód, od niedoli chmury, 
\Viarają swerui osloniła pi6ry. 
Ujrzysz tam w niewiast bogobojnych gronie 
D"ie w pół rozkwilłe dziewL.i : ogniem płonic 
Łzami zwilżone oko. na lic świeży 
Nierzadlw z serca wesola myśl bieży; 
Tak, w płochych chwilach kwietniowej pustoty. 
Z pod drobnych chmurek wYł:iera dziell złoty. 
Tuż przy nich Anna: często w rysach dzieci 
Topi wzrok 
mutny, myśl daleL.o leci, 
I boże nad nią przemyka się slowo, 
.1 akby je duszy słuchała połową. 
Klasztorną ciszę poważnie przerywa 
I)okutnym psalm!'m pani świątobliwa, 
Jatlwiga: cała w bogu, a jćj ciało 
Postl'm i modly jak wosk pożółkniało. 
Lecz z przejrzeń paliskich kryje ta powłoka 
Nadludzl,ą duszę: w ognisku jej oka 
Zbiega się wszelka przestrzeli. w ducha sil£' 
I)rzeszłość i przyszłość w jedną spływa chwilę; 
Nieraz zdawnione upory rozwadza 
l\1iękkiemi slowy, cudna slów jćj wladza! 
Nieraz z boleścią na niezbożllych woła, 
Wskazuje zgubną przyszłość, śmierć warchoła; 
Nic powstał z grzechu, łeL.ce w7j<\ł jćj słowo. 
Padłnmi gni!'w paliski . i prz!'placił głową; 
Tak za" sw łeL.lwść. słuszna kara sięga. 


13
		

/0159.djvu

			1-16 


I 


Czytała w sło"\\ ie bozem : przed nią księga, 
Skarbnica duszy, twór pracy ni£'zmiern{.j , 
Natchnionych myśli i rQki misternej. 
W sprawionych szyl,ach idzie ścieg po ściegu, 
Nie jedna czcionka jak wódz swieci z brzegu; 
Umny tam pisarz, w świątobliwej skrusz!'. 
I)rzedziwną sztuką ku bogu wiódł dusze. 
Ożywiał słowo myśli sw{oj polotem. 
Barwił postacie, i rozswiecałzłotem. 
Dziwto niemały, oko się wpatrywa 
"\V rozliczne ksztaUy : tn nielilościwa 
Śmierć ostrą kosą kosi. i rozszerza 
Dlugiemi pletwy skrzydla nietoperza; 
Smutny widoku r ówdzie" siał, jak żywy, 
I bije skrzydłem gryf. ptak osobliwy; 
Tam, bicz na grzeszne, i groza dla oka. 
Wyjrzał straszliwy łeb i paszcza smoka, 
I bucba płomień i pary nieczysIc , 
Bije nal1 z góry krzyż i imie Chryste..... 


Natchniony umył zbiera się, po" siała. 
Nadziemskim ogniem jej źrenica pala: 
«Siostry, podnieście zale syonowe! 
«Nowa ofiara winy gład.zi nowe, 
«Morze łasi, pallstdch wyczerpane ze dna, 
«Do łask nalO powrót krew nipwinna jedna:
		

/0160.djvu

			141 


"OlO pogaliski zwycięsko powiewa 
«
ztaIUlar, padł owoc szlachehlego drzewa, 
"Chrześcian rzesza ze szczętem zwalczona, 
"Krwią się krzyżowe oblały ramiona; 
"Mężnie wudz pełni wyrok, samotrzeci 
"Kona śmiertelny bój ; mudlcie się dzieci! 
"W koło go zgraja otacza zjadliwa, 
,,'Vzniósł ramie, walczy, włóczń mu pierś przeszywa... 
"Synu !....» 


DUIIosniej , wnet głuszej i głuszej 
Padał głos, dziL.o rozlega się w duszy, 
Lęk i truchliwość obleci gmach cały, 
Oczy i lica łzami się zalały, 
JI,'ki iłkania powstają i rosną, 
ł wnet na cale rozlały się Krosno. 


.Gi>o 


Na błoniu, gęsto trupami zasłanem, 
Ucztuje I)eta zwycięski z Kajdanem : 
Koiiskich tam pieczCll dostatkiem, a rzeką 
W bawolich rogach koilskie płynie mleko; 
Nim się dostatnią rozdzielą zdobyczą 
Obeszlą pole i poległych łiczą:
		

/0161.djvu

			1.18 


Z ostremi noży poczet idzie skory, 
Po jednem uchu tnie, isklada " \Vory; 
Uczta skończona, wniesiono ze zbiorów 
Książęcą głowę, uszu dziewięć worów. 


W czerwonym wschodzie gasła zorza ranna. 
Nad trupem siedzi pochylona Anna, 
Skrzepłe ramiona i zsiniałą szyję 
Ściska, i łzami rozdartą pierś myje: 
«Krwawo, o krwawo przyświecasz mi rano! 
«Zbolałą piersią czuję pierś I,ochaną, 
«Ramie spotyka ramie, a źrenica 
«Rozdarte serce, ni oczu, ni lica....» 


Na Dobrem-polu bujno rośnie kwiecie, 
Wzgardzi niem płochy, niezbożny przygniecie, 
Ale z nczuciem uszczknie je mąż boży, 
I w wonnym wieńcn na oJtarzu złoży. 
lUężnym, co Jegli w imie Zbawiciela, 
Wiecznie się błonie murawą zaściela, 
J wonne rosną kwiaty, a dla Piasta 
Ołtarz w wrocławskiej świątnicy wyrasta, 
Pobożna ręka we wieńce go stroi, 
J patrz, powstaje walecznik we zbroi: 
To on, toż czoło, ta źrenica modra, 
Na zbrlij opadły kędzior, kord u biodra:.
		

/0162.djvu

			149 


Sążnista w krzepkiej praw wy kopija. 
Zdeptany Tatar pod nim w kląb sil) zwija; 
Dłog.o 1.0 burzy przyświeca zaranie. 
A w kolo księża I.ieją zmartwychwstanie. 


PRZY PISY. 


ł 


\'\1 dzicjach każde{jo nal"odu najdl
ą się mlcJsca, ktore 
mimo to, że nicpospolitością swoją podnoszą wartość tego 
wielkie{jo drama, klóre się na widowni świata oq;-I"ywa, 
mają jeszcze tę osobliwość, iż w pewnych punktach ujęte, 
zaokrą[;"h
ą się w dI.iwnie I,iękną, a niekiedy wszelkie 
wyobrażenic p"f.echodzącą calość. Zdaje się, że opatrzność 
clIciała w nich wdw;,ki owej wielkićj osnowy dziejow lu- 
dzkich. .Ua słaht;j źrcnicy czlowieka, jak światy w kro- 
plach wody powtOrzyć. cf.ylelnik naszedłszy takowe miej- 
scc nic postr7.e[;"a si"" L.l' 1I1U stl'onnice nagłlU 7. przed oka 
ulatują, natężona uwa{ja nuży picrś uslawnem tchu przy- 
tłumianiem, i nie spocznie, aż 7awadf.i o kres, ktorym , 
jakby trącona, I.apada w J)ewien rodzaj otrętwienia i nie
 
cz)'llności , )Qk:
d rlzwięki w zał,clniont;j IJicl'si nie prze- 
brzmią. Niejedcn może rlziwił się nieraz takićj umysłu 
1"'7.właJności. ktonU pr7.Jczyn nie zawsze pojmował. Ustępy 
lakowe, bądź w dziejach pisanych bąJL. w żyjącej przyro- 
dzie spatrywać, a ku I'0wsf.echncmu wzniesieniu i nauce 
w)"stawiać, jesl powolaniem tych, klórych ludzic, dla 
rzadkich wyszcze{jółniei" nickiedy twórcami i jakhy stwo- 
13. 


""
		

/0163.djvu

			150 


rzycłelami nazywają, a któr,vch całą zasłuBą jest to, że 
rozlane w l,rzyrod.zie .uwię-ki od miodu z takićm zamiło- 
waniem podsłuchiwali, iż, mimo {iwar i troski codzien- 
neB"0 życia, nie tylko je łatwićj dosl.vszeć, i pojąć dokła- 
dnićj, ale i w H;j samej lub podobnćj treści z mniejs"1 
lub wię-kszą zrf)cznością powtórzyć umicją. Do takowych 
UStfa)('w należy w dzicjach Polski poświę-ccnie się- Hcnryka 
Piasta, któl"e stanowi przedmiot tcj pieśni; czytając je w da- 
wnych kronikach, zdawało mi się, że ludzie, k(,.rzy je 
spisywali, bezpośl'ednio {iłos bOl
a słyszeli, a z ich slów 
i z wyrazu calych ówczesnych pokoiclI przebija w wysokim 
stopniu natchnienie. Wyjąlem je z tych kmnik, zachuwu- 
jąe calkowicie ich treść i układ albo l'aczćj łok samychże 
wydarzeiI, stosownie do slów dawuec-o a tym wypadkom 
niemal spólczesneGo piewcy, któreGo wiel'sz za r,odlo Plozy_ 
tocz)łcill; w opowiadaniu naśladowałem szanowną ieh pl'O- 
sto tę , zatrzymując tu owdzie ieh wyrażenia. Czy w oddzie- 
Jeniu osnowy tćj pieśni we właściwe ku temu miejsca 
ur,odziłcm ? czy ją, zaokrąl
lilem dostatcc7.llie? i ile z rodzi- 
mych j':j wdzięk,.w dostl.zedI. i pnejąć umiałcm? łatwo , 
obaczą ci, którzy się wpatrowali w jćj źr,.dlo; dość dla 
mnie, jeżeli z dźwięków, które dosłysIalem, choć slaby 
odgłos ująłem. 
Oto są miejsca, któI'e w j,:j osnowaniu mial£'m na uwadze. 


........ oczn jak niebiosa. 


Roczniki ..hiilskie, któI'ych orYGinał naj duje się w Pa- 
ryżu, wspominają, iL Tatarowie w wieku XIII tak daleko 
zahieGli na zachód, że im słoilce letnią porą na królki 
tylko czas zachodzilo, i niemal calą dobę było na widno- 
krę{iu; naród zaś, jaki tam spotykali, miał dhll
ic wlosy 
i oczy niehieskie. Odl,ijało to szczeG,.lnićj pl'ZY ich czar- 
nyeh, drobnych oczach i Iba£'h oGolonych, i 10 najmocuićj 
spami'(lali. W powyższym opisie latwo dost1'7ed.z, 7e im 
słollce do nasz£'{io kraju dl'Or,ę wskazalo. 


i
		

/0164.djvu

			151 


........ i de
zcz Innął krwawy. 


Pierwsze na.Jscla J\lo;;-ól.,w, któ,'ych kronikarze nasi 
Ofjólnie Tatarami mianują, poprzedzone były mnóstwem 
nadzwyc7ftjnych 7jawisk. ]\fożna się o nich doczytać W kt.o- 
nikach. Tak w D1ELSKU!: "TeGo;; mku (1211) była kometa 
wielka, Irwala dni 18 księżyca maja, ku wschodu slOlica, 
któm wiele zlego znamionowala naszym krajom. Albowiem 
Tatal'owie, lud u naS p,'zedtćm nicsłychany, przyszedwszy 
tu od wschodu sloilca, i przeprawiwszy się przez rzekł( 
Wolchę- i t. d.» \V innem miejscu powiada: ,,\V Śląsku 
zasie u wsi 1\lichalowa mi,	
			

/0165.djvu

			152 


lUieclaw z Talary nparty harc zwodzi. 


I 


..... a gdy mosty wszyslkie na Odl'ze przed nimi po- 
zmiatano, zbudowali sobie z trzaskiem mosl z łodzi u Ra- 
ciborza, JJrzez klóry gdy się l)oczęli przcprawować, uderzył 
na nic Miecław I'aciborskie i opolskie książc, mając tro- 
cbę- jakąś ludzi, i natopił ich niemało: jednak gdy się 
Tillal'ZY wpław llllściłi, niepatrLąc mOSlu (jako ich jesl oby- 
czaj), musiał im uSląpić, i do swych iść ku LeGnicy. A Ta- 
tal'owic przeprilwiwszy się- poszli ku "'"rocslawiu pl'OSlo, 
ir dzie też bez ludzi miasto jako i Kl"aków zastali, i spalili. 
Zamek tylko się im obronił...... 


Kronika DIELS. 


Z zamkowych wieżyc modlił się mllŻ święly, 
Czesław..... 


Tak powiadają, że za modlilw,
 l:leslawa, niejakiego 
przeora u Dominikanów mnichów, mialI,y się- słup 0Gnisly 
ukazać na nicbie, któryby jasnością swą miał Talal'y wy- 
straszyć z obozu ich.... 


l{ronika DIEI.S. 


Klęczal i mollły słal k'bogarodzice. 


\'V kościelc panny Maryi, kló,'y ni('rlawnemi czasy pio- 
'"Un zapalił, modłił się Hem'yk lll'zed bilwą; a gdy objeż- 
dżał wojsko, padł z teGo kościola kamie!i, i mało {jo nic 
zabił, co złc znamie było. 


Kronika DU!Ls. 


Na Dobrem-I)olu jaskólki się zbiegły..... 


Tamżc na polu dohrćm, lak l'Zcczonćm, kl óre lcży nad
		

/0166.djvu

			153 


Nys
 rzćk,!, w ł'ownićj czyslćj pOlkanic z nimi uczynili..... 
]{ronil.a DU!LS. 


A w kole skakał oszczep przy oszczepie. 


W bohatćł'ski,
 pieśni czeskićj Jarosław. klórćj I,,'ze- 
dmiot stanowi dalszy ci/m wypadków po bitwie liB"nickićj, 
taki znajdl
emy opis wieszczbiarstw pł'zcd bitwą używa- 
nych. 


Kublaj przywołał swoich gnslarzy, 
Czarnoksiężników, wrożków, gwiazdarzy; 
Każe im wróżyć, niechaj odgadną, 
Jakie z tćj wojny skutki wypadną. 
Zewsząd się zhiegną owi guślarze, 
c..:zarnoksiężnicy, wróżki, gwiazdarze; 
Na dwie się stronie z kola rozgarną, 
I podluż laskę położą czarną, 
I laskę klują na dwie połowy: 
Jedna się pola Knblajem zowie, 
Druga polowa znaczy królowie, 
I zaśpiewali staremi słowy. 
Rel.. hol. przez SIEnm1:-Ń:sKIEGO. 


, 


wojska zszykował na czworę. 


Opis bitwy wyjęty z kroniki DielskieGo. Jaki zapał 
ogrzewał wojsko Hcnryka, pokazuje się ztąd, iż dniem 
wprzody rozstrzygał Henryk żwawy SP';ł' między dowódm- 
mi, klóry z nich miał uderzyć pierwszy na poganów. Za- 
szczytu tego dostąpił llolcsław, i poleGł, z calym hufcem.
		

/0167.djvu

			II 


154 


Krzyknąl: dlehajle!1I 


...... wszakże i ci (Tatal'''Y) musieliby byli ustę-pować, 
by był Mieelaw nie J,oezął z wojskicm uciekać, gdy usly- 
szał Tatarzyna wolając, z tylu Polakom zaszedwszy : Behaj- 
te, behajte..... 


]{ronil.a DIELS. 


«Gorze! » 


II 


Wyraz tcn odpowiadający dzisicjszcmu biada! niestcty: 
a sławiańskiemu hore ! wywany jest w vsaltel'zu Małgorza- 
t y. Henryk pobo.lny, ujrzawszy J,iCl'zchające{jo l\1ieelawa, 
zawolal: gorze! Widać jednakże, iż jU.l dawno wyjść musiał 
z używania, albowicm Bielski, a nawet dawniejszy kro- 
nikarz Chwalczewski spominając o tcm, mówią jakby p,'zez 
opisanie: {jorZ(J się nam stało. 


Brodaly huf lam wiedzio l'epo.... 


. 


11istl'Z krzyżacki. "Nosili ci zakonnie} białe J,laszcze, a 
na nich krzyże czał'nc, i z bmdą chodzili, a bród nic go- 
lili" powiada Bielski. 


SZlamIar, nie szlandar, pol\\orlo przebrLydły. 


Na ostatek poczęlo się- już było naszym niczgol'Zćj szczę- 
scić, ale w tern Talał'zyn ukazał się- z chorąGwią, na któ- 
rćj była ta litera grecka X, a na wicrzchu ułowa jakaś 
czlowiccza z brodą dłuGą, z ktÓł'ćj ust wycho,lził na nasze 
dym szkaradny i stl"aszliwy k'tcmu bał'Uzo smrodliwy, tak, 
iż się naszy zdumieli jako omamicni , i nic z sobą nie mo- 
r,-li począć, HeUl-yk widząc, iż już pl"awic źlc, u(łe.'zył się 
,;am na ostatku o nieprzyjaciela.... 


Kronika DULS.
		

/0168.djvu

			1.5.5 


Dwie w p.1ł rozl	
			

/0169.djvu

			15łi 


...... samotrzcci 


Kona śmiertelny lll',j.... 


"Tamże oni fI'zej (dwaj GI'yfrowi" i Konł-adowie) przy 
nim poleGli, a czwal'ty z nich Jan, co hyl dodał konia Hen- 
l'ykowi, przehiwszy się przez nieprzyjaciela, ucieki." 


J{ronil.a IIlm.s. 


..'... uszu dziewil:ć worów. 


«A Talarowic , chcąc wicdI.ieć liezhę Pllhitych, dLipwlł:" 
WIll'ÓW skOl'zanycll wielkich napełnili USLU, Iylko 11 każ,łq;o 
jedno ucho Ul'znąwszy." 


J{mni1w IIU:I.s. 


Nall trupem siedzi pochylona Anna. 


«Henryka niemolimo poznać, bo mu ucieli Talarowie 
głowę, i nosili na drzewcu; ale małżonka jego (Anna 01- 
tokarówna) poznała {;O po szóstym l>alcu u lewćj nogi. 
Klórego uczciwie pochowano w tymże kościele (u święteGo 
Jakuba) we \Vroclawiu." Za dni nasLych wynaleziono jego 
grobowiec, które{;o obraz o{;lądaliśmy w jmlnJm z nume- 
rów przyjlfcicla Ludu. 


t. B, 



 


lU:'"
		

/0170.djvu

			O'-YA POŚWIECENIA SIE. 
c c 


, , 
PO\VIESC Z t85:) R. 


H.
		

/0171.djvu

			l. 


'I 


: II 
, I I 
I :1 
, 


r 
JlI 


r 


. III 


..
 ..
		

/0172.djvu

			9 
ID W fi !P (J);j WUlli m 
 
a fi 
U[8
 
u u 


POWIEŚĆ Z 1833 R. 


rr
 I
ŻKOTO stłum.ić wes
cl.mienia, kied) 
I
 
 Się nawałem cisną; clęzko łZIi zatrzy- 

;i f-4
 ;t mać na powiece, kiedy druga, trzecia i 
l ,,".- L.-
'> 
, . ;:. dziesiąta tuż za nią. Ciężko! ale nad 
wszystko ciężćj zmuszać usta do uśmiechu w ten- 
czas, kiedy śmicrtelna obraza wszystką krew spędzi 
rIo czoła; milczeć tam, gdzie na odległość gwiazdy 


L
		

/0173.djvu

			" 


,I 



 


tuo 


z,lChodzą różnice w zdaniach, oLJczajach, uczu- 
ciach, chęciach. 
Emilia połknęła dziś tyle łez i westchnień, 
uśmićchnęła się na tyle ohrazy, zbyła milczeniem 
tJle dumnych przechwałek, nikczemnych unie- 
sień..... Ale niedośćto jeszcze próby na cierpliwość 
dziewiczą! 
Wojskowy wyższego stopnia, pułkownik, na- 
strzępiwszy ramiona błyszczące dwojgiem szlif za- 
wiesistych , z piersią wypiętą na przód, z kałmucką 
twarzą komicznie okraszoną sentJmentalnJm uśmie- 
chem i wejrzeniem, zasiadł ją w rogu sofy. Z jego 
strony rozmowa płynie prędko, z niecier"pliwością , 
niekiedy oburzeniem; z drugićj: lękliwe tylko rąk 
składanie, spuszczone oczy, rumieniec. 
-Przynoszę ci pani w hołdzie naj piękniejszą 
przyszłość; lada dzień spodziewam się postąpić na 
jenerała; posiędziesz wszystkie pułkownikowe, bo 
u nas czyn czyna poczy"tajet; a kto wić, jeżeli 
promień łaski zaświeci, zostaniesz damą pała- 
cową... 
Nieszczęśliwa wzdrygnęła się, i odwrotną stroną 
dloni wstrzymywała natarczywą zdlotność ofieer"a. 
-.Jeżeli uczucie wspaniałości nicjest panu obcc,
		

/0174.djvu

			161 


nic należałoby naj
rawać się z bezbronnej i słabej 
kobi
ty . 
-llezbronnćj, słabćj! do koła nas pokój i po- 
rządek; a ty pani jeszcze o wojnie marzysz? o czas, 
by nie za zwycięsców łecz za braci nas uważać, i 
zapomnieć..... 
-Nigdy! odrzekła Emilia z dumą obrażon
j 
godności, i powstała ze sofy. Dziecie drażnione do- 
póty broni się swojemu napastnikowi, pokąd mu 
się na płacz niczbierze. Emilia wc łzach znachodzi 
obronę. Z chustką przyłożoną do oczu, lekki
m 
skinieniem żegna grono wojskowych i wychodzi 
z salonu. 
Pulkownik pomieszany, a razem zdziwiony, Że 
la, w jego rozumieniu lak uprzejma zalotność, mo- 
g-ła urazić Emilię, zerwał się i wybiegł za nią. 
-Przebacz! przebacz! jeżelim cię w czem ob.'a- 
zil pani.... i padając na kolana wstrzymywał za rękę 
oddalającą siQ Emilię. 
-Pułkownik mnie nicz
m obrazić niemogłeś. 
Wyrazy te, malujące naj"'yższą )Jogar ę, nic 
zrol:Jiły żadnego wrażenia na gruhym umyśle ofice- 
ra, lecz inaczej brzmialy onc w uszach osoby, z któ- 
rl! się spotkali wc drzwiach. 


H.
		

/0175.djvu

			I 


II 


," 


Hi2 
-Cóżto? tu mowa o urazach? Ozwał się WcllO- 
(lzący pięćdziesięcio lelni czerslwy mt
żczyzna, stryj 
Emilii. W domu moim nicluLię słyszyć o ul'azacll , 
a zwłaszcza między tymi, kl(lIych clleiałhym, aby 
naj ściślejsza zgoda łączyła. 
-Uchybienie, kochany radzco, było z moj
j 
slrony, pochwycił skwapliwie pulkownik , unosząc 
się wspaniałością przyjęcia winy na siebie, bo 
z resztą w duszach naszych panuje najlepsza har- 
monia; nie prawdaż panno Emilio? 
- Nigdy! odrzekła stłumionym głosem. 
Pułkownik, jakby lćj odpowicdzi nie zważał, 
mówił daMj : 
-Wprawdzie trochę rÓlnimy się w zdaniach, 
przypomnienia jeszcze są świcże, dosyć traiczne, 
lecz to tylko Lłąkający się cicń przeszłości.... 
-Którego żadna teraźniejszość nie zastąpi! prze- 
rwała Emilia stojąc we drzwiach swcgo pokoju. 
Ironiczne skinienie głowy poż.'gnało jej napastni- 
ków u progu. 
Radzca, z natury człowiek gorączka, nic robiący 
wyboru w drogach prowadzących do celów, nie 
zawsze chwalebnych, już podniósł był rękę do 
klamki, już chciał naruszyć tę świątynię ucieczki
		

/0176.djvu

			163 


oziewicy, szanowaną dotąd od wszystkich i od nie- 
go, lecz się wstrzymał, taką nad nim przewagę 
wywierała godność, czystość i niewinność Emilii. 
Ręka na dół opadła, a radzca tak mowił : 
-Zostawmy ją samotności i rozmyślaniu; wyj- 
ozie ona z tego świata uczuć, ideałuw, kiedy świet- 
na rzeczywistość głuśno do jćj serca zapuka. Ko- 
bićty zwykle są próżne i lubiące światowość; jaskra- 
wy mundur, pal'ady, wysoki stopień w szczeblicy 
społeczeństwa: to dla nich więcej ma uroku niżjakiś 
tam kochanck, z którym przeskakała młode latka na 
łące, śl'ód strzelistych spojrzeli, sród ustawnego: 
. ch i och! 
-Ależ Emilia, mówił pułkownik nihy coś przc- 
nikając głęhoko, chowa pcwną, wyssaną z mlćkiem 
nienawiść..... 


-Zdaje ci się, zdaje ci się, przerwał radzca; 
nic odejmujże jćj zdrowego rozsądku, wszakże po 
tylekroć wyhijałem jćj z głowy te brednie, Le ma- 


rzcn13...... 


-Tego ja siQ tcż najwięcćj boję, zawołał z wes- 
tclmieniem, wasze Polki szalenie gonią za marzc- 
niami! 
-Fraszki! fraszki! młod1ł, llicdoświadczol1ą po-
		

/0177.djvu

			1(;4 


rwiesz w zamęt wielkiego świata; w wirze zabaw, 
zbytków stolicy, serce się Ni zasklepi, wywietrzeje 
przeszłość, wszystko z nićj zrobisz, jak z wosku..... 
O, uspokój się z tćj strony pulkowniku; nigdy Izy, 
prośby, spazmy i żale kobićce niezmieniały mych 
planów; podobne wybuchy niewieścićj niemocy 
rozbijają się o skałę męskiej woli. Jako stryj i opie- 
kun mam prawo rozrządzać jej ręką, jako prawy 
obywatel dogadzam przez to widokom rządu, bo 
przez takie tylko związki zniknie w8pólna niena- 
wiść narodów! 
-Więc jest nadzi
ia, że Emilia..... zawołał ura- 
dowany pułkownik. 
-Odda ci rękę w naj krótszym czasie. 
I uściskali się serdecznie, obydwa upojeni pe- 
wnością przyprowadzenia swoich zamiarilw do sku- 
tku; i obydwa wrócili do gości wojskowych, gdzie 
pękające butelki szampana stwicrdziły ponowione 
przed chwilą przymierze. 



) 


.Jakże swobodną uczuła si
 w duszy Emilia przy- 
mykając drzwi swego pokoju, tej świątyni, nad 
ktilrćj drzwiamy możnaby tcn napis położyć: Kto-
		

/0178.djvu

			lti5 


kotwie" tu wchodzi> niccA Z,.;;tu:tlll
rśli niecz.r ste ! 
no też wszysLko lam zachwyca czystością duszy 
panienskićj: kwiaty, w doniczkach kolejno kwitną- 
ce przez całą zimę, dziwną sporność tworzą z tytu- 
niową atmosferą rcszty domu otwartego dla woj- 
skowych. Jedyny to kącik cichy, gdzie niesłychać 
brz
ku ostróg i szczękania pałaszy, gdzie prócz trze- 
potań skrzydcIkami kanarka, i skoków oblesnej 
kotki, nic nicmicsza błogiego spokoj II; czasami, 
i to bardzo rzadko, głos Emilii drzy przy wtórze 
IOI.tepianu, a wtedy z ulubioną nutą oblegają ją 
urocze przypomnienia, lube tęsknice. 
Dusza Emilii nękana codzicnnym przymusem, 
żywo dotknięta obrazą, za którą się nikt nie ujął. 
rozpłynęła się tcraz w weslclmienia , w łzy gorące, 
\V modlitwę. Samotna w drodze życia, niemająca 
komu powicrzyć swoich udręczCl1, po promieniu 
wiary biegła na łonu twórcy, a li! drogą pociecha 
tryskająca z głębi tego lierca, gdzie było tyle ży_ 
wiołu do szcz
ścia, wracała w toż samo serce, jak 
wodotrysk w próżnc naczynie. Taki rodzaj pocie- 
chy jesL bramą do świata marzcń, nadziei, gdzie 
wspomnienia odbijają się jak w źwicrcicdle, ale 
harwisLszc,jaśnicjszc, uwonione..... Dziewica zrywa
		

/0179.djvu

			166 


te kwiaty wyobraźni, splata w równianki, puszcza 
na wodę, wróży; i dobrą wróżbę przykłada do ust, 
do serca. O ktoż pochwyci te wszystkie złudy po- 
czyi, co przez ośmnastoletnie przemkną się serce! 
Szybkie jak błyskawice, a obejmujące wieczność, 
zaprawne słodyczą najwyborniejszych roskoszy, a 
przecież sny tylko..... O! schwyć je kto możesz, nim 
ci się wymkną jedne po drugich, opraw w szczćro- 
złote ramy, do zgrzybiałej starości nasycaj się nie- 
mi, a serce twoje niezestarzejc się nigdy, jak od 
nieśmiertelności balsamu. 
Mrok wieczorny sprzyjał słodkim dumaniom. 
Burza marcowa, szumiąca na dworze i bijąca w szy- 
by, powoli rozbudzała w jej pamięci dziwne po- 
wiastki, któremi piastunka kołysała młodociane 
jej latka. Byłato druga już poezya uzmysłowionych 
kształtów, wijąca się w kole przesądów gminu, 
straszna, czarodziejska, po tysiąckroć odganiana 
rozumem wieku, i zawsze wracająca jak natrętna 
mucha.... 
Samotność, powiernica tkliwych uczuć, zaczęła 
ją teraz trwożyć; z cieniów wyzierały widmy ze 
świata czarodziejskiego; serce coraz prędzej, nie- 
spokojniej biło.
		

/0180.djvu

			167 


I 


Emilia pociągnQła za dzwonek. 
-Swiatła! zawołała do wchodzącej sługi. 
Tak ona cOllzień o szarćj godzinie: modli się, 
marzy, straszy; aż niewieście zatrudnienie, ,przy 
świetle, odpędza te mary, próez jednej tęsknicy, 
która jak cień wiecznie się jej trzyma. 
Emilia usiada do krosien. Nie kwiaty odżywają 
pod jej palcami, ale dziarski młodzieniec na czwa- 
łującym rumaku topi broń w piersiach wroga. Cu- 
downe dzieło igły, ale jakże bezcenne! bo gdyby 
czarodziejka jaka łzy umiała w perły zamieniać, 
rzekłbyś: że cała ta osnowa zaszyta perłami, tyle 
ich tam upada za każdym ściegiem. 
Emilia siedzi pod oknem, z którego widok pada 
na szerokie wencckie okna od sali, i, przyglądając 
się pracy swojćj , mimowolnie spojrzała przez szy- 
by; czerwieniejące mundury, złociste szlify, przela- 
tujące karty, przesypywanc złoto, migały przy bal- 
sku świecjarzącycb, a kicdy niekiedy huczne wiwat 
dolatywało z brzękiem kielichów. 
-Obrzydła zgrajo! jęknęła w wezbraniu bole,. 
ści; niemasz zakątka ziemi, gdziebyś nie wniosła 
płaczu i sieroctwa, gdziebyś nie tal1cowała po tru- 
pach, w kielich godowy mies7.ajilc krew z szampa-
		

/0181.djvu

			lGR 
nem! I tyito pieszczochu lodÓw, kt{Jrcgo kaide 
uczucie mrozem ścięte, próez jednego węchu szaka- 
la, i tyżto chcesz zastąpić sny moje, mego półboga, 
motyla naszych łąk kwiecistych, słowika spiewają- 
cego z serca całego ludu....! 
Tu wyjęła mały portrecik z za gorsu; hyłto przy- 
stojny młodzian, podobny strojem i postawą do 
wyszytego jedwahiem. Codziennie toczy z nim dłu- 
gie rozmowy, miewa zwierzenia się tajemne, lube 
poufałości..... 
-Juliuszu! Juliuszu! o gdyby mój krzyk oole- 
ciał aż do ciebie, aż tam daleko, daleko, możebyś 
przybył, blaskicm swojego czoła i potęgą wzroku 
rozproszyć tę ćmę nieprzyjaciół, i podnicść upada- 
jącego ducha kochanki, i nauczyć mię po rzymsku 
umierać, bo tylko umiem jak chrześcianka cierpieć! 
Z rospaczy przechodziła w tkliwe przeczucie: 
- Nigdyż cię już nie widzieć! nigdy!...... o! nie 
mojeto słowo. Jeżeli jest władza na ziemi, co roz- 
dziela, mówiła z wrastającem natchnieniem, to 
jest i ta, co łączy, co sprowadza. O gdybym umiała 
wywoływać, sprowadzać przez powietrzc jak owa 
Ksenia:
		

/0182.djvu

			169 


WYlIty" , \\yplyń z za ubłoku 
Po blQkilnćm pneteć niebie: 
.Ta I\ucbanka wzy\\am ciebie... . 


Głos Emilii dźwięczny, cichy, jak wietrzyk na 
wiosnę, szumiał Lii piosenką, która zdawała się 
nigdy niekończyć , przedłużana ostatnićm: .Ja ko- 
clIanka wzywam ciebie! 
W jćj natęźonyeh rysach twarzy, w oczach się- 
gających gdzicś za myślą £laIcko, malowała się czy 
silna wola ducha zaklimjąea żywioły, czy objawie- 
nie w śnie magnetycznym, ho nagle, jakby ją coś 
ubodło, wzdrygnęła się, ręką przysłoniła blask 
świecy, i popatrzyła w okno. 
-Ach! to on!.... krzykn
ła przeraźliwie; a po 
cbwili:-Szalona ze mnie, marę własnej fantazyi 
wzjęłam za twarz kochanka. Opamiętaj się, opa- 
miętaj dziewczyno! mówiła niby strofując samąsie- 
Lie, i, lubo drzącą ręką, spuściła firanki z muślinu. 
jednakże niemogla oderwać oczu. 
-Znowu coś miglo (światło wyraźnie odhiło 
si!,) o rysy), o bożc!jeźeli który z tych panów wojsko- 
wych.... nowa obelga.... nowe poniźenie.... 
Pół oburzona, pół zj ęta przesLrachem, chce po- 
wstać, i niema woli; z nicspokojnem scrca hicicm 
15
		

/0183.djvu

			170 


oczekuje czegoś, mary, złudzenia, jakiegoś wy- 
padku, wielkiego szczęścia, luL nieszczęścia. Byłato 
chwila zawieszenia życia, tamująca oddecb pier- 
siom, trzymająca wzrok w osłupieniu. 
Lekkie trzykrotne pukanie. 
Emilia niesłyszy, nicwierzy. To wiatr stuknął 
drzwiami, to w słuchu złuda.... 
Pot zimny płynie w kroplach po jasnem jej czo- 
le, usta przycięte, członki bez ruchu, i znowu 
głęboka cisza, i znowu tl'zykrotne kołatanie, już 
głośniejsze, śmielsze.... To nic wiatr Emilio, to nic 
złuda słucbu. Zadzwoniła klamka, piorunem rażo- 
na zrywa się, bieży.... Do jej pokoju! o tćj godzi- 
nie! Ta myśl ją budzi, przywołuje do zmysłów, i 
oto, w obec zdziwionej, osłupiałćj, stał jakiś słu- 
sznego wzrostu mężczyzna; burka na nim okryta 
zawieją śnieżną, przez jedno ramie strzelba, przez 
drugie torba myśliwska; czapkę rogatą trzymał 
w ręku, wąsy szronem okryte, i gęste faworyty 
zbiegające pod brodę, nadawały wyrazmęski
j dzi- 
kości tej pięknej, otwartćj twarzy. 
Nieznajomy ostrożnie obejrzał się w koło.... 
-Emilio! nie poznajesz mię P mówił przytłu- 
mionym głosem. 


.
		

/0184.djvu

			171 


-Kto jesteś! kto jesteś, co przybrawszy jego 
postać przychodzisz drl(czyć biedną kobietę? 
-To ja, twilj Juliusz z duszą i ciałem.... 
-Przez tyle mil, wód i gór....! o na cóż wywoły- 
wałam ciebie! 
-Na boga! upamiętaj się, idzie tu o śmierć, lub 
zycIe..... 
Emilia przy całej staranności nowoczesnego wy- 
chowania niemogła w tćj nagłej chwili pozbyć się 
przesądu..... 
-Boże! boże! oświeć mię w tej niepewności i 
trwodze! 
-Zaklinam na wszystko Emilio, porzuć te zabo- 
bony dziecinne; ciemny traf, który mię tu za- 
niósł, poźnićj się wyjaśni. Patrz! Tu wskazał pier- 
ścionek na palcu; oto twoje pamiątki dochowane 
wiernie, a tu drugi zabytek, noszony długo i wier- 
nie..... i wskazał na serce. 
-To on sam, on sam, mój Juliusz! zawoła- 
ła w uniesieniu. Teraz cię poznaję po uścisku twćj 
r
ki, po przenikającym głosie, po każdym ruchu.... 
Tę parę lat jakże cię odmieniło! 
-Pod obcem niebem prędko żyjemy, prędko 
się odmieniamy.
		

/0185.djvu

			172 


-Nieszczęśliwy! cóż ci
 przygnało w te miejsca 
tnvogi i śmierci? zawołała załamując ręcc i wstrzą- 
sając głową. 
-Zemsta i nadzieja...... 
-Tułacz wJgnany, jakążtu zemstę przynosisz? 
-Tę, co z knvi męczcńskićj wyrasta. 
-Biada! biada! 
I odsłaniając firankę wskazała mu rQką przezokno: 
-Jak tu, tak wszędzie ich pełno.... 
Młodzicniec wzdrygnął się, potoczył zabojczćm 
okiem; już nawykłą dłonią chwycił za strzelbę, i 
dodał z westchnieniem: 
-Pod gniazdem jastrzębia najlepiej chować się 
ptaszynie. Cyt! czy słyszysz? 
I przyłożył ucho do okna. 
-Tętent koni ostrzega mię, już są na tropie, za 
chwilę tu będą, otoczą.... Emilio! 
Tu obejrzał się do koła, jakby szukał kryjówki. 
Ona zrozumiała go. 
W ścianie były drzwiczki ukryte za wielkim por, 
tretem jednego z jćj przodków z buzdyganem i 
w zbroi. W czasie najazdów tatarskich, niegdyś 
wnijście do skarbcu, dziś skład panicńskićj garde- 
roby. On zniknął. Emilia zapuściła portret.
		

/0186.djvu

			173 


Za kilka chwil dworzec cały był w ruchu. Na 
dziedzińcu tętent koni, szczękanie szablami, la- 
tarnie migały po śniegu, i głos się rozlegał: 
-Tu, tu ślad świeży, lu krew..... parkan przesko- 
czył od ogrodu.... oho! nic ujdziesz! nie ujdziesz 
plaszku !.... 
Sień napchana żołnierslwem, krzyki, odgrażania 
sit:, wydawane roskazy, i śród nieswornego zgiełku 
glos jeden, donośniejszy nad 'innc, głos pułko- 
wnika: 
- Ha ! czy znowu la przeklęta ruchawka? 
-Napadł nas w karczmie pud lasem; czlćrech 
ranił, dw{,ch ubi!.... 
-Jako? i był sam jeden ?.... 
Odpowiedzieli milczeniem. 
Pułkownik cisnqł im hałibę na głowę. 
-Olo papićry, kl{,re, uchodzqc przed naszq 
pogonią, zgubił. 
-Panie radzco! pomóż nam..... 
I radzca czylał. POlćm pod drzwiami Emilii sły- 
cbać hyło jakąś l:ljclImą, żwa"'ą rozmowQ : 
- Więc zgoda? 


15.
		

/0187.djvu

			171 


-Zgoda. 
Zgiełk znowu si
 rozległ, ściany tętniły sląpa- 
niem żołnierzy, dwór przetrząsano w najskrytszych 
zakątkach. 


..;
 


W Emilii pokoju zawsze ta błoga i święta cisza: 
kwiaty wonią jak zawsze, kanarek się trzepioce, a 
przed nią otwarty Zł0t.r ołtarzyk. Oczy jćj błądzą 
po wierszach, którycb głoski w ruchome, straszne 
przeciągają się kształty; usla mimowolnie i zimno 
szepcą te wyrazy, co niegdyś duszęjćj laką napawa- 
ły gorącością; bo myśl, przywalona obawą ,jak bry- 
ła ołowiu ani może wzbić się w nieho, ani rozpo- 
strzeć po ziemi; zmysły powikłały się z sobą i prze- 
szły w zupełną stępiał ość. Takąto jestcbwila niepe- 
wności, oczekiwania, w godzinie trwogi. 
-Emilio! Emilio! zawołał radzca, ucbylając 
drzwi do jej pokoju. Wypadck jest gwałtowny, na- 
tychmiast ehcę z tobą mówić. 
Ten głos zniżony i łagodny, jakbJ przestrzega- 
jący, jakby niosący pomoc, i ta względność na płeć 
jćj, w tak nagłym razie, wlały w nią przytomność, 
jakąś otucbę, a nawet może i odwagę działania.
		

/0188.djvu

			175 
-Kocbany stryjaszek niech powie, co ma ro- 
skazać. 
-Jako? mówił wchodzący, mierząc ją raz zdzi- 
wionym, raz podc;jrzliwym wzrokiem. Emilia nie- 
słyszy, co się tu w domu dzieje? Emilia niewie, że 
tu wpadli, otoczyli, że szukają.... A I to nabożna 
książka, Emilia myśli o niebie. Przebacz, przebacz I 
żem przerwał pobożne dumanie. Uśmiech ironiczny 
przebiegł mu usta. 
-Tak, tak, szukają zbiega, szukają głowy, na 
którą nałożona cena, a dla potępionego prawem 
dom mój przytułkiem być niepowinien, nie praw- 
daż Emilio? 
I przybliżył się do niej; ręce miał w tył złożone, 
twarz tylko grała owym dwuznacznym wyrazem 
żartu lub zdrady. 
-Nie prawdaż Emilio, powtórzył, dom mój dla 
potępionego prawem przytułkiem być nicpowinien? 
-Jako pan domu najlepi
j wiesz kochany stry- 
ju co ci czynić przystoi; odrzekła z przymuszoną 
oboj ętnością. 
-Ale jako pan domu mogę niewiedzieć co się 
\V nim dzieje. O Emilio I drzę na tę myśl samą! 
I pociągmtł ją w odległy rÓg pokoju.
		

/0189.djvu

			176 


-A gdyby, przypuśćmy, głos jego stopniami się 
zniżał, a gdyby Ó\y banit, głO\V..1 oceniona, mimo 
mej wiedzy..... 
-Acb !..... 
-Nietrwóż się ,ja tylko tak mówię.... Emilio! o 
wtedy piękny ten dworzec zrównanoby z ziemią; 
to czoło, na które dotąd padało zawsze łaskawe 
uko tam z góry, tarzałoby się w pyle zapomnienia, 
pogardy; a ty dziecie, jedyny szczep, skazana na 
surową pokutę klasztoru, lub surowszą karę Sy- 
biru.... i chłosty..... 
-Boże! za litość cbrześcianki, za przytułek tu- 
łaczowi, za ten kawałek chleba łaknącemu, tyle 
zemsty! 
Uniesienie jej przechodziło gl'anice rozsądku; 
z załamanemi rękoma opadła na krzesło, a wzrok 
jej obłąkany wlepiał siQ w jedno mic:jsce.... zdra- 
dzała się. 
-Dziecie! dziecie! utul swą żałość.... jam ci tyl- 
ko obraz z fantazyi maluwał , a ty drzysz pl"zed 
nim, jakby przed prawdą? O jam niepudejrzliwy, 
jego tu nićma, a choćby.... od czcgót osoba puł- 
kownika, wzglQdy dla naszego domu, i uczucia 
któl'ćmi pała ku tobie P.... Nic uwierzysz, mówił
		

/0190.djvu

			177 


dalej prędko i z dziwnem przymileniem, jakato 
zacna dusza! kazał mi pośpieszyć z uspokojeniem 
do ciebie, wstrzymując na własną odpowiedzial- 
ność przeglądanie twego pokoju, a jednak podejrze- 
nia były okropne: ślad się tu kończył.... a podej- 
rzenie niedaleko dziś pada od winy, dodał ostrze- 
gająco poważnym tonem. 
Emilia słuchała go z rezygnacyą ofiary; wzrok 
błędny, drzące usta i ręce zdradzały całą tajemnicę, 
jeżeli chytry, przenikliwy wzrok radzcy miał jaką 
tajemnicę. 
-O! są ślady, są ślady, ciągnął ją dalej jakby na 
torturę; wy kobiety prędko dajecie się uwieść gło- 
sowi wołającemu o pomoc, i podając jedną rękę 
ze wspał'ciem, drugą wywracacie budowę domo- 
wego szczęścia. 
Ostra ta przymówka do żywego ubodła Emilię, 
i obudziła w niej wszystką godność niewieścią. 
-Kohićta jeżeli poświęca, to siebie tylko; cóż 
na tern cierpieć mogą samoluby? 
-Przymawiasz mi Emilio, ale niesłusznie; rno- 
żeszli wątpić, ahy krwi stosunki, jakie nas łączą, 
czyniły mnie na los twój obojętnym? możeszli 
wątpić, tu niby w pełności serca pocałował ją
		

/0191.djvu

			178 


w czoło, abym szczęścia twojł:go nie pragnął, abym 
nie chciał widzieć los twój godnym zazdrości? 
wspaniałość pułkownika wynagrodzoną? tak wy- 
nagrodzoną, bo uprzedzić jej niepodobna. 
-Nigdy! nigdy! wołała Emilia wpadając mu po 
kilkakroć w słowo, ręka moja miałażby zostać na- 
grodą kata? 
-Powiedz wybawcy.... 
-Cień ojca zamordowanego na szalicach.... ści- 
gałby mię. 
-Już przebłagany ofiarą, jaką pułkownik dla 
ciebie poniesie tej chwili. 
-Gardzę nią, choćby największa. 
-A tak szczytnic mówiłaś o poświęceniu! 
Ostrzegam, stanowczato chwila. Tam już ich ,sły- 
szę, mówił, ręką na drzwi wskazując; jeżeli z ni- 
czem powrócę, względy, płci lwojej winne, ustąpić 
muszą przed prawem. 
-Slryju! zawołała Emilia, chwylając go za rę- 
kę, wszakżeś zapewniał, że pułkownik.... 
-Cofnie roskaz, jeżeli mu święcie przyrze- 


czes.l... 
-Niech ginę! cobądź mi
 czeka: śmierć, wy- 
gnanie, męczarnie....
		

/0192.djvu

			179 


Otwierasz pl'zepaść, i lecisz w uią nie tylko sama, 
Iccz i coś droższego poci,/gasz za sobą. 
-Nie sama?! coś droższego! o ciszej, ciszej, na 
boga! Rzuciła mu Się na piersI, wstrzymywała 
swoim ciężarem. 
- Wstrzymaj się, co czynić? może pieniądze, 
mój posag, nie prawd aż , wszystko oddamy? 
I rozdzierała sobie łono, łkała, wlokła się Pl) 
ziemi za nogami radzcy, kt{,ry z zimną czułością 
wielkiego świata, a z tak przezwaną słodyczą, koił 
jej rospacz śmiertelną. 
-Zdradzasz się, dręczysz, marzysz o poświęce- 
niu się, i duszę dziewiczą chcesz narazić na gro- 
my, któreby najhartowniejszego męża w proch 
obróciły!Dziecie I posłuchaj rady, wypogodź piękne 
twe oczki, uśmiechnij się, rzeknij słówko jedno, 
a cała ta burza jak spadła, tak odleci.... pójdźmy 
Emilio! 
- Tu zostanę.... odrzekła ponuro. 
- Więc wnijdą l! 
Gruby głos pułkownika zagrzmiał po sieni: 
-Panie radzco, panie radzcol czek3my. 
Emilia walczyła ze sobą. 
Radzca niewiele myśląc porwał ją za rękę, drzwi
		

/0193.djvu

			trlO 


siQ na ościćż otwarły, i weszli 110 sieni przepełnio- 
nej żołnierstwem. 
-Siostrzenica moja chętnie poddaje siQ prawu, 
rzekł ral1zca uroczystym głosem 110 wojskowych. 
-I głosowi serca, które tobie wraz z ręką odda- 
je, szeptnął pułkownikowi do ucha. 
Emilia dała wszystko ze sobą uczynić; rozwiąza- 
nie tak było gwałtowne, niespodziewane, że na 
chwilę przestała być panią swćj woli; o{:hłonąwszy 
z tego wiru, uczuła swoje poświęcenie się. 




 


Wieczór, okwity w niespodziane, rozdzierające 
sceny, gdzie nić wypadków wiła się między życiem 
a śmiercią, skończył się o północy, wesoło. 
Pułkownik, uradowany przyzwoleniem Emilii, 
czego się niespol1ziewał, a jeszcze tak n:1gle, wy- 
krzykiwał lryumf nawet nad sercami Polek, które 
nazywał twardszemi od pletni; słowem bufonował, 
pił, szalał. Ral1zca gr:1ł rolę człowieka, co zna swój 
świat, co pewny swego, nawet najwiQkszym try- 
umfem się niecieszy, bo go naprzód wyrachował; 
owszem z niezwykłą byl dla Emilii czułością, uprze- 
dzeniem, a łzy mu stały w oczach kiedy z nią mó-
		

/0194.djvu

			181 


, 


wił sam na sam: Uspokój się, uspokój, wszystko 
na siebie biorę, ly go pocieszysz, opatrzysz, a na- 
de dniem.... i mówił ciszej: wiem jedno miejsce 
bespieczne, nim burza przeminie, nim się wyle- 
czy.... i przycisnął ją do siebie, zapewniał, i biedne 
dziewcze łzy ocierało, i całowało go w rękę. 
Po rozjechaniu się gości senna cisza osiadła 
w całym dworze. 
'Widzenie się Emilii z Juliuszem było bardzo 
krótkie, rozdzierające. Radzca był obecny, prze.- 
wodnik czekał za drzwiami. 'V milczeniu opatrzyła 
mu nogę ranną od postrzału, i łza kanęła na nią, 
litośna, miłośna, gojąca jak balsam. On ścisnął jej 
rękę w znak podziQki, i westchnął, niby żałował 
tego, co nic wróci. \V niemej lej rozmowie powie- 
dzieli sobie wszystko; ale czy się zrozumieli P czy 
chcieli zl'Ozumieć P niewiem. Myśli kochanków 
obwinione są taką tajemnicą! język ich skrytszy niż 
język kwiatów! 
Radzea naglił, pożegnanie odbyło się po żoł- 
niersku, w oka mgnieniu, jak ruskiej kibitki ze 
słupem przydrożnym. 
-Jeslto wierny mój sługa, możesZ mu zaufać 
panie Juliuszu. 


H.
		

/0195.djvu

			182 
-Noszę brOli od zdrady. 
-Niezawsze skuteczna, odrzekł z przyciskicm. 
-Zawsze, jeżeli w porę użyta. 
Radzca rozśmiał się ironicznie, oni zniknęli 
w ciemności nocy. 



 


Mijał dzień za dniem. Emilia mimo niezmordo- 
wanych zabiegów, mimo przymileń się swemu stry- 
jowi, mimo słodkiego obchodzenia się z pułkowni- 
kiem, bo czegoż niedokaże kobićta , jeŻeli się po- 
święca! niemogła odkryć schronicnia Juliusza. Na 
wszyslkie jćj prośby, wypytywania, radzca odpo- 
wiadał: Bądź spokojną, pamiętam o nim jak o rnćm 
dziecku, rana się goi, z resztą zdrów i wesoł. Osta- 
tni ten wyraz ranił ją jak żądłem gadu. 
On wesoł, on szczęśliwy, beze mnie, na łasce ja- 
kiego zdrajcy!... i niewierzyła, choć ją zapewniał. 
-Nie kochany stryju! słowa twoje, jakkolwiek 
święte dla mnie, niemogą mćj niespokojności 
ukoić; niech mi napisze własną ręką, własną my- 
ślą.... I radzca Jawał jćj czytać własną ręką Juliu- 
Sza pisane liściki:
		

/0196.djvu

			183 


«Emilio! dzisiaj zaczynam siQ łwzcchadzać Lez 
«kuli; wasza czuła litość zgaduje moje myśli, prócz 
«jcdnćj, że cicbie nie widzę... i t. d.» 
Ale radzca lak umiał w nią wmówić nicbespie- 
czeństwo widzenia Juliusza, tak umiał wystawić 
czujność złych łudzi, że nieszczęśliwa nieśmiała 
już nacierać. 
Przygotowania do wesela także szły swoją dro- 
gą. Usłużne sąsiadki, czy najszczęśliwiej czy naj- 
nieszczęśliwićj par'a jaka się łączy, nigdy nie braknie 
na swatach i drużbic; jedne zleciały się z życze- 
niami świetnego losu Emilii, drugie skarbią sobie 
pmtekcyę dla jakiego kuzynka, inne niepl'Oszone 
zajmują się wyprawą, wcselem, łożnicą. 
Emilię cóż to obchodzi? Ona si
 poswięca! a dla 
poświęccnia się: wszystko, co w jego zakres nie- 
wchodzi, jcst obojęlnćm. 
-Juliusz mię kocha, dusze nasze, poślubionc 
sobie od wieków, nierozłączą się jak £lwic bratnie 
gwiazdy.... Dla bicdnćj ofiary przccież ogromneto 
szczęście w zimnćm, nienawistnem objęciu, w po- 
całunkach, które cię jak robak stoczą, marzyć o 
sWym półbogu snem majowym, słyszcć pr'zez stu- 
milową przestrzeń jcgo jęk za sobił, jego dzień
		

/0197.djvu

			181 
llobry, jego dumkę śpiewam} do Pl'omienia księży- 
ca, do wiatru wiejącego.... O! muszę go widzieć 
przed ślubem, musi mi raz jeszcze powtórzyć da- 
wniejsze przysięgi, kiedy mnie żegnając z olbrzy- 
mią nadzieją mówił: Przed każdą myślą, jak krzyż 
przed modlilwą, myśl o tobie; w każdym śnie, sen o 
tobie; w godzinie śmierci, ostatnia myśl o tobie... O 
musi przysiądz, bez tej pewności nieżyć kobiecie!... 
'Viosna zaczęła już rozkwiecać smugi; zieloność, 
i całodzienne słońce, i prośba dziewczyny zmiękczą 
naj twardsze serce. 
Radzca z Emilią chodzili oboje po ogrodzie, po 
świeżo wysypanych ścieżkach, po rozmajonej ulicy, 
i rozmawiali o jutrzejszym ślubie. 
-Przebacz kochany stryju, ale ręki mej nie- 
oddam. 
-Co?! 
[ stanęli oboje, patrząc sobie w oczy. 
-Nieoddam. Powtórzyła nabierając odwagi. 
-A słowo ?.... a Juliusz? 
- Właśnie też idzie tu o Juliusza, muszę go wi- 
(lzieć nim oddam rękę, inaczej.... 
-Cóż inaczćj? zawołał z ironią i w uniesieniu, 
inaczej.... mogę z nim zrobić, co mi się podoba.
		

/0198.djvu

			185 


-Zdradzić?l pochwyciła, trzymając już w ZIł- 
wieszcniu p,'zekleIJstwo. 
-Zdradzić l zd,"adzić! powtórzył z oburzcniem; 
przecież umiem szanować honor domu naszego i 
nieszczęścic. 
-Nade mną tylko nicmasz litości l rzekła z ża- 
łośnym wyrzutem. 
- Więc go zobaczysz, alc pomnićj, co świat na 
to powie. 
-Swiat! świat! zawolała z rospaezną pog;u'dą; 
a w twarzy j
j lak coś się przebijało boskiego, że 
cała jćj postać zdała się rosnąć jak cherubin. 


M 


a. 


Jutrzenka połowę nieba rumieniła od wschodu, 
a księżyc, zniżony na drugićj połowie, oświecał 
zielony wzgórek niedalcko drogi, obrośnięty pozio- 
mym tarniem i leszczyną. Na ściętym pniaku sie- 
dział Juliusz w swojćj burce; ona klęczała przed 
nim i patrzyła mu w lice, jak w niebo, gdzie prze- 
suwały się zgryźliwe myśli by chmury, i łagodne, 
tkliwe, by promicli gwiazdy. 
O kilkadziesiąt kroków w gęstwinie lasu przc- 
16,
		

/0199.djvu

			186 


f' 


wodnik trzymał dwa siodłane konie. Juliusz dziś 
jeszcze miał przebyć granicę. 
-I tak wszystkie moje zamysły, przedsięwzjęcia, 
w nic się rozwiały! mówił z goryczą. 
-Na serce Emilii zawsześ mógł liczyć. 
-Ni głosu, ni mi zapału brakło, a przecież by- 
łem jak wołający na puszczy. 
-Serce Emilii zawsze cię rozumiało. 
-Traf przeklęty, i nic więcćj. Tam, za rzeką, 
tak mi sprzyjało szczęście, i usłuchać mi było je- 
dnego szaleńca: że mię tu z uniesieniem przyjmą, 
że tylko iskrę podrnucImąć. 'Vpadam, wołam! i 
wszędzie głucho.... Wreszcie jakaś tęsknica, niby 
przemoc wspomnień ciągnęła mię ku tobie. 
- Więc tylko z przypadku zatęskniłeś za Emilią? 
natrąciła z niejakim wyrzutem. 
-Nie, ze słabości, odrzekł z otwartą prostotą. 
Miłość naszą długo jak relikwie nosiłem po świe- 
cie, ale przyszedł czas, gdziem się wyrzekł wszyst- 
kiego, nawet rus koszy myśleć o mym aniele, 
powiedziałem sobie: będę krzyż dźwigał. 
Słowa, które wymawiał, brzmiały silnem prze- 
konaniem, a oraz jak wicher jesienny obrywały 
liść po liściu z kielicha jej uczuć. : OkG dziewicy
		

/0200.djvu

			187 


było suche, bo na źr()dło łez, na serce, pół opoki 
się zwaliło; a odepchnięta miłość wielkim krzy- 
kiem wołała: daj mi świat inny, daj mi twój wła- 
sny! I po chwili walki, składając przed nim bła- 
galne dłonie, tak mówiła: 
-Drogich chwil ledwie kilka nam zostaje. Kie- 
dyś rozbił sny moje, mów co Juliuszu, mów, abyś 
wypróżnione naczynie nalał innemi uczuciami. 
-Wyobraźnia twoja nie olśni od nich, ani si
 
otrzeźwi niemi jak niebieską rosą. 
- Wyobraźnia! wyobraźnia! zawołała z żalem; 
zepsuteto dziecko serca, nic przemawiaj do nićj. 
Ale powiedz, jak dać się posiąść myśli wielkiego 
poświęcenia się, jak zabić pamięć przeszłości, jak 
wyprzeć się uczuć wiążących do świata, do ciebie, 
jakto krzyż dzwigać? 
-Rozumićm, wyrzucasz mi, żem miłość naszą 
nazwał słabością, żem zamordował świat, któryś 
w mej piersi powiła; naprzódże zapytaj pielgrzyma 
zkąd przybywa, czy z zieleniejącej oazy, czy z wy- 
gasłego wulkanu? Zapylaj, czy tam życie jak przy- 
drożna jabłOli strzela ku niebu, ros pościera owo- 
cowe gałęzie nad łaknącym, nad szukającym ochło- 
dy, czy jak upas zjadliwy stoi samotne? Czy tam
		

/0201.djvu

			188 


słychać inną plCsn niż Łazarzową i spmśny hymn 
Heliogahala? Czy tam nie zdarto wszelkiej zasłony, 
dla nagiego kościotrupa: prawdy, co jednćm na 
wszystko odpowiada słowem: grób! - Emilio! 
Emilio! z takićjto ja Niniwy unoszę ostatnią iskier- 
kę niebiańskiego ognia, owi ni oną w myśli potężnych 
duchów, które podjąłem z bruku, pomńcze pł-ody 
deptane każdodzienną modą! l od tąd, ascetyczny 
pielgrzym, wyrzekł-em się samego siebie, j" mił-ość 
naszę pierwszą poniosł-em pod nóż ofiarny. 
-O Juliuszu! Juliuszu! najpiękniejszą perłę 
pod sł-ońcem, poezyę całego życia, wyrzucić jak 
podarLy świsLek przez okno, bez żalu, bez zgryzo- 
ty. Ach! w zjadliwem powietrzu jakżeś się odmienił-! 
-Miłość jest nieodmienna, nieśmicrtelna, jam 
się jej zaparł- tylko docześnie. Lecz tam, wskazał 
ku górze, tam się zł-ączymy bez rozdział-u. 
-A Lu? ! zawoł-ała w mspaczy. 
-Nigdy! kLo ślubował- myśl odrodzenia przy- 
odziać ciał-em, temu samolubne uczuciejesL kamie- 
niem w drodze. 
Nastał-o mił.:;zenie długie, mspaczne, i wyraz: 
nigdy! brzmiał jćj w uszach jak dzwon pogrzebu. 
On, czy z litości, czy z żalu, przyciilgmlł ją ku 


" 


\
		

/0202.djvu

			t8!} 


sobie; Emilia utuliła jasne czoło i włos jedwabny 
w kosmatej burce, i mówiła z narzekaniem: 
-Chcesz serc miliony skuć jednym łańcuchem, 
a dwa rozrywasz ogniwa! 
-Bądź mi towarzyszką w wysokich celach, w 
świętem powołaniu złączmy się oboje. 
-Cóż począć? 
-Wyrzec się miłości, poświęcić się. 
-Ze skarbów duszy cóż zostanic biednej kobie- 
cie? i klasła w dłonic, jakby traciła wszystko. 
Rozmowa ich ciągle toczyła się w podobnej my- 
śli. On zimny, twardy zwycięsca nad samym sobą, 
patrzał tylko w kres olbrzymi, słuchał jednego 
tylko głosu zemsty, i pałał jedną wiarą w odrodze- - 
nie, a wszystko resztę strząsał jak kurz z obuwia 
u bram wielkiego miasta. U niego miłość, i w po. 
rze pierwszego szału, zawsze miała drugą współ- 
zawodnicę w uczuciu dla rodzinnćj ziemi. U niej 
miłość była wszystkiem: wiarą, przyszłością, zie- 
mią rodzinną, odrodzcniem, przez nią pa trzyła 
na świat zewnl;'trzny, do nićj jak do karbony wrzu- 
cała myśl każdą. Czemże teraz napełni niewyczcr- 
pan e źródło poświęceń, niegłośnych , ale codzien- 
nych, składanycli na ołtarzu bogów domowych?
		

/0203.djvu

			190 


gdzie naczerpie łez płynących z p.'zcczucia cudzej 
boleści? gdzie uroku napcłni,
ąccgo sferę codzien- 
nych jej zatrudnień? gdzie pociechy droższej nad 
jałmużnę? Luby rozboju! zabierz jej wszystko, wszy. 
stko, czem się pyszni dziewczyna młoda: piękność, 
stroje, stopień w społeczeństwie, jeśli chcesz i doLrą 
sławę, tylko ją puść, jak oną Ludgardę w jednej 
koszulce, z jedną miłością. To, co jej narzucasz, 
ani promieni tak szeroko, ani tak wnika do głębi. 
Juliusz długo jeszcze rozprawiał, nauczał mą- 
drości nabytej w pielgrzymstwie. Emilia słuchała, 
siliła się pojmować, ale nierównie łacniej druga ta 
dusza wstąpiłaby w jej ciało, gdyLy miłość ocu- 
krzyła ją choć kroplą swego nektaru; przyjęła j'l 
jak kajdany, jak śluby poniewolne. 
-Każesz, każesz Juliuszu, poświQcę się, widzę 
już przez mgłę rosnącą moją przyszłość: trudy, 
wytrwałość; szyderstwo, moc prawdy; męczeństwo, 
zbawienie! Korona męczeńska, za wianek rozłlłary- 
nu! Wszystko mi pójdzie jak z płatka: twoja nauka, 
wola twoja, zastąpiły mic:jscc kochanka, a za to 
wszystko przyrzeknij, mówiła pieszczącą prośbą, 
przyrzeknij, że tam się zl,!czymy wieczną, pełną 
miłością; tylko ją zachowaj, dodała z melancho-
		

/0204.djvu

			191 


lijm! pogróżką, lak wielką, lak nieograniczoną , 
żehy już ohok nic siQ niemogło pomieścić. Przy- 
sięgnij, wszak ty masz tak mocną wolę, że i za gra- 
nicami zyeia się rozciąga. 
-Przysięgam Emilio! dusze nasze zleją się w je- 
dną harmonię jak harwy tęczowe, od naszego 
thuienia zrodzą się kwiaty naj wonniejsze , naszym 
głosem plaszkowie zakwilą swoje zalecanki, a od 
naszych spojrzcli pozapalają się b'Wiazdy dla czu- 
łych kochanków na ziemi, i żalów ich wysłuehi. 
wać będą. O takito raj czeka nas za grobem! 
Ogniste te słowa dziwnie brzmiały w ustach po- 
sępnego pielgrzyma. Niby nie ten sam, zapalił się, 
uniósł, z oczu wytryskał mu promień młodociany, 
gorący. Niebyłto już surowy żołnierz nowćj wiary, 
ale nawrócony kochanek, co sohie nagle przypo- 
mniał owe wiośniane ranki i wieczory ze wschodzą- 
cym księżycem, dzwoniącego słowika w ulicy lipo- 
wej, ryk trzody pijąc
j u stawu i żab skrzekota nie , 
i wszystką tych miejsc melancholię. I zarzuca ra- 
miona na szyję swego strąconego anioła; i losy 
narodu, i żelazną wolę, i krzyi. pielgrzymi, topi 
tv długim, szalonym pocalunku. 
Co sobie kochankowie powiedzieli? jaka osla-
		

/0205.djvu

			192 


teczna związała icb przysiQga i) czy on , odszczepie- 
niec, nawrócił się do miłości? czy ona jego przy- 
jęła wiarę? nikt niezgadnie, i oni o tćm nieumie- 
liby zdać sprawy. Najpewniej, że się poruczyli los 0- 
wi; bo ledwo tyle zostało im czasu, iż zamienili 
słowa pożegnania: 
-Bądź zdrów I 
-Bądź zdrowa I 
-Zobaczymy się. 
-Zobaczymy. 
-Tu, może.... Tam, pewnie I 
Przewodnik naglił; słońce czysto wschodzące na 
widokręgu zapowiadało dzień gorący i pogodny. 
Jeszcze jeden uścisk ręki, jeszcze jedno, długie 
spojrzenie oddzierające się od niego z takim boicm, 
jak plaster od śmiertcłnćj rany. 
Podróżni puścili się sporym kłusem wąską, pia- 
szczystą drogą, biegnącą w dolinę, która. jak dale- 
ko wzrok zasięgał, wiła się po pod lasem i między 
łany papuże. 
Emilia sama została na wzgórku, i długo icb ści. 
gała wzrokiem. W wyrazie Hi twarzy malowała się 
rezygnacya, ale nie religijna, rezygnacya rospacz,y. 



.
		

/0206.djvu

			193 


W przyrodzio, jak I wc wdzięcznćj muzyce, 
wszystkic l)arwy, cienie, blaski, kształty, wiążą się, 
źlcwają, jedne w drugie przechodzą, śmieją się, 
melancholizują; a to tak lekko, tak nieznacznie, 
bez ,jaskrawego krzyku, bez bolu, że każda pora 
jcst piękną, i ma swoich czcicieli. Otóż w tern 
mistrzostwo jej poezyi! Bo gdyby po zieloności 
wiosny, po ,jć,j okwiecionych drzewach, po życiu 
brzęczącćm w calćm powietrzu, nagle, z końcem 
miesiąca maja spadł listopad ze swoim liściem su- 
chym, szeleszczącym, pożl)łkłym, ze swoimi szkiele- 
tami drzew, z wiatrem, który jak zrzędna gospody- 
ni zamiata całą krasę przyl'ody, i w kOlicu zaściela 
ją całunem grobowym, o! wtcdy, nicwątpię , że 
połowa rodzaju ludzkiego dostałaby, jeśli nie po- 
mięszania zmysłów, przynajmnićj mocnćj gorączki. 
Z sercem, jakże inaczćj! ktoż jest, coby choć 
raz w swem życiu nie runął z całą sferą ideałów, 
urojeń, czar{)w, j to jeszczc naglc, od jednego sło- 
wa, jednego wejrzenia, co jak pclmil;'eie ostrza 
przebija twój balon, który cię unosił po twojćm 
niebie? Ktoż jest, komuby życie z serca nic prze- 
szło w głowę, w mózg, w machinę, i nic mu, j żyje, 
i spokojny, bo przeżył sicbie? 


17
		

/0207.djvu

			191 
Emilia czy przezYJe siehie P świat jej wiciom,}" i 
niewidomy, wszystko, skupiało się w jednćm ogni- 
sku; czy cios ten zadał tylko ram
, draśnięcie, czy 
rozdarł to serce j) Nie łatwo odgadniesz kobietę. 
Kto wić? może przechoruje lę gorączkę: kilka no- 
cy bezsennych, potćm łzy i wspomnienia zawsze o 
jedll';j godzinie pl'zez całe lato, a na jesiell w sto- 
licy, przy żumalaeh i herbacie, powiastka dla roz- 
rywki gości wizytowych. Zwykle to się dzieje. Gdzież 
laka kobićta, coby nieprzeszła przez pierwszą, po- 
etyczną, nieszczęśliwie kOliczącą się miłość, a 
przecież i tańcuje, i bawi się, i ma rumielice, i 
uśmićch; najwięcćj jeżeli widmo kochanka zacho- 
wa na postrach prozaicznemu małżonkowi. Ale u 
Emilii, ta płeć bladawa, to oko ciemne, wklęsłe, 
z długą rzęsą, namiętna miłość przyrody, zatopIi- 
wość w sobie, szczęście w marzeniu, ach, to mię 
niecieszy ! takie istoty źle kOliczą, przynajmniej 
wc wszystkich romansach, co się kończą smutnie. 
Dzień robił się taki piękny, taki śklany, jakhy 
go lloginki utkał,}'; powietrze takie wonne; drzewa, 
trawy, ruczaje, takie rOZffi3\Vne ; a obłoki jak sny 
tego krajolwazLl, takie fantastyczne! 'Wezoraj je- 
Szcze ten ranek byłby jćj wycisnął dwa strumienie
		

/0208.djvu

			195 


tlużych łez; bylaLy rozLworzonemi ramiony garnęła 
całą okolicę do piersi.... a dziś.... sLojącej na wzgór- 
ku z załamanćmi dłońmi, z wypatrzonćmi oczyma, 
zdało się, że niewidzialny jaki mechanik kręci 
korbą całą t.... banię widokrl;'gu: nieLo z obłokami 
IJada pod jćj sLOpy, przepaściste, bezdenne, jak 
morze, a wysoko, nad głową wiszą góry wierzch 0- 
Jaru i swemi, lasy uciekają z szumem, staw nadbiegł 
jak okno do nieba, a chaLy, a sioła, a miasta, ko- 
ścioły.... pOLem wszystko się m[!ci, obrywa, spada.... 
Emilia leżała na ziemi bez ruchu, bez oddechu, 
bez życia.... 
Tuż przy niej , jakiś nędzarz w łachmanach, 
z takąż nędzą tłómoczck dźwigał na plecach, gło- 
wę pokrywał mu dziurawy kapelusz, z szerokiemi 
brzegi, z pod kLiJrych rude wyzierały pejsy. Każdy 
odgadnie rysunek Żyda polskiego. Zapewne głód 
wygnał go tak rano na żebry, a wrodzone uczu- 
cie kazało mu nieść pomoc zemdlałćj Emilii. W rę- 
ku miała ona koszyk, w którym przyni.osła ży- 
wność dla Juliusza; w nim znalazł kubek, nabrał 
wody u bliskiego źródła, i otrzeźwił nieszczęśliwą. 
-Żyje! żyje! szkodaby tak pięknćj pani. 
-Boże! co się ze mną dzic:je! zawołała przycho-
		

/0209.djvu

			196 


Jząc powoli do zmysł/Iw. JuliusZLI! Ach !... i zerwa- 
ła się przestraszona. 
-To ja, biedny Żydek; mówił,zdejmująckapc- 
lusz, z niskim ukłonem. Ja sobie szedł do tamtej 
oto wioski, i zmordowany odpoczywał, aż tu wi- 
dzę : panna się żegna z tym paniczem, co pojechał; 
a potćm jak zacznie ręce łamać, a patrzćć, aż upa- 
dla na ziemię prawic bez duszy.... Mnie choć Żydo- 
wi, a żal się zrobiło.... Panna nic zapomni o biednym 
Moszku. Jam chudzina, tyle mam dzieci, i jeszcze 
raz się ukłonił, a będę boga prosił, aby ten pa- 
nicz szczęśliwie powrócił, i panna za mąż po. 
szła.... 
-Za mąż! za mąż! krzyknęła przeraźliwie, i 
załamała ręce nad czołem. Przypomnienie tego, eo 
ją ezekalo za godzin kilka, nasunęło na jej mózg 
całą chmurę rospaeznych myśli.... i zadumała się, 
powtarzając niby jego echem: 
-Tyś biedny.... uhogi.... masz żonę.... dzieci.... 
-Sześcioro.... zawołał z płaczem, a teraz przed- 
nowek.... 
-Żałuję cię.... 
-Ach zlituj się !.... 
-I ja godna litości.... a po chwili namysłu, niby
		

/0210.djvu

			1M 


ucieszona: Słuchaj! dam ci sposób zarobku.... ła- 
twego.... 
-nędł.: cię błogosławił.... 
-Znasz jenerała, co stoi ztąd o dwie mil, w mia- 
steczku.... 
- Ktożby go nicznał. 
-Pójdź do niego i powiedz coś widział.... 
Żyd wpatrzył się w nią zdziwiony. 
-To byl.... rozumiesz.... powstaniec! resztę "'y_ 
tłumaczyła mu znakami. 
Żydowi oczy zaświeciły nadziej ą pewnego zysku, 
zrozumiał ją. 
-Powiedz, że tu byłam z koszykiem, z żywno- 
;cią; widzisz tcn dwór, co tam bieleje? ja ztamtąd. 
Żyd pojrzał, gdzie mu wskazała palcem. 
-Na dow(llł powićdz, żeś tę książeczkę znalazł.... 
Byłato książeczka: pielgrzymstwa polskiego, 
którą jćj Juliusz darował, z napisem: Juliusz na 
pamiątkę Emilii. 


I 
, I 
'I 
I 
I 



:f) 


Ślub pułkownika miał się odbyć po południu. 
Pannic młodćj już upinano mirtowy wianek na 
h!owic, a licznćj weselnej drużynie rozdawano na 
17.
		

/0211.djvu

			1/ 
, 


198 


tacy bukiety z liścia wawl"zynu i mirtu. Kilkanaście 
powozów stało zaprzężonych przed gankiem. Radz- 
ca, zastępujący rodziców Emilii, był niby rozczu- 
lony, niby zapłakany, i załośliwie każdemu powta- 
rzał: Jedno miałem dziecko, jedyną pociechę, i tę 
mi biorą! Poczciwy radzca, on miał uczucie matki. 
Emilia, kicdy jej kazano iść po błogosławień- 
stwo, zdawała się utracać dotycbczasową przytom- 
ność umysłu; wzrok jej niespokqjny, ustawnie ku 
drzwiom, ku oknom sili zwracał. 
-Pozwólcie mi odpocząć, tak jestem ubiera- 
niem zmęczona! 
I odpoczywała, i wyglądała czegoś, zdawała się 
przewłóczyć. 
Coraz mocniej nalegano. Upadła do nóg radzcy, 
ale ją podniesiono na poły omdlałą.... 
I znowu odpoczywała, i wyglądała czegoś. 
-Spieszmy, spieszmy! ksiądz czeka, zawołał 
radzca. Emilio! dobl'ej bądź myśli. Zajcżdżaj! krzy- 
knął przez okno. 
[ wzjął Emilię pod rękę.... 
Odgłos pocztowego dzwonka I'ozległ się na dzie- 
dzińcu, i jacyś nieznajomi wysiedli z hałasem. 
-Co to i} kto to?
		

/0212.djvu

			199 


Drzwi otwarły się nagle, do sali wszedł wojsko- 
wy w znanym niebieskim mundurze, a za nim Żyd 
w łachmanach. 
Oto ona! zawołał Żyd, wskazując z po za jego 
pleców na Emilię. 
Tu nastąpiły prędkie z obu stron zapytania i od- 
powiedzi. 
Emilię wsadzono do gotowćj powózki, pojecha- 
ła, lecz nie do ślubu.... 
Głośni
jsze luL mdlcjsze dzwonienie zalatywało 
długojeszcze do dwom, przerywaj ącżałosnym dzwię, 
kiem chwile powszechnego osłupienia, i uświęcając 
ich uroczystość przywoływaniem w pamięć ofiary... 
Nikt nicwić, co się z nią potem stało.... Najpe- 
pewnićj, że już nieżyje.... 
Emilia tak rozumiała poświęcenie się. 


LucJan S, 


.
+
 


.-&f'" 
. -
		

/0213.djvu

			, ,
		

/0214.djvu

			U \V AGI 


NAD 


IDlli
w

mw 




UWQ
		

/0215.djvu

			II 


Audaccs forluna juvaf, 
Śmiałków psy G'ryz
.
		

/0216.djvu

			UWAGI 


N'D 


DRAMATEM POLSKI
 


=-=-f 
 "-::''-IIKT mi przeczyć nicbędzie, gdy dramat 
.."" l ( . . lb 
. 
 nazwę szczytem poezYI; \V mm a o- 
@] 
 
,.!-.Wwicm wszelkie formy, dawne, nowe, 
'- 
 I;;:
: różne uczucia, jakiebądź obrazy, na- 
wet, i co największa, każde działanie, czyn, przed- 
sIawić i zamknąć można. Czy pójdziem za wyrozu- 
mowanćm zdaniem Wiktora Hugo, i podzielim 


l,
		

/0217.djvu

			I 


201 
poezyę na trzy wieki, a piel'wszym wiekiem litera- 
tury nazwiem Genesis, drugim Iliadę, trzecim zaś 
Szekspira czyli dramat; alboli idilc za prosh
m po- 
jęciem, to, co jest większym, oglllniejszym zbiorem 
wypadków i piękności, poczytamy za wyższe: zawsze 
dójdziem do tego, że przcniesiemy działanie nad 
opowiadanie. dramat nad epopcę i liryczność, 
prosto zaś mÓwiąc, życie nad gadaninę. Idzie tyl- 
ko o to, aby odpowiedzieć zadaniu dramatycznemu; 
mnie zaś chodzi właściwie o zwrócenie uwagi ,jak te- 
muż zadaniu odpowiadają teraźniejsi polscy poeci. 
Mała ich Jiczba rzuciła się na to poje: ale nam 
nie liczby szukać; wszakże, gdyhy się godziło spytać: 
czy to obojętność, czy brak zdatności, umniejszył.} 
szereg ubiegających się w tym zawodzie, znalazI- 
bym odpowiedź, która może nic każ(lego uderzyła. 
\V jednćm z pism swoich Adam Mickiew
 rzucił 
słowem nieLaeznem i zakierował zdolnościami mło- 
dych umysłów wspak dramatycznym utworom. 
W przedmowie do swoich poezJj powiada, iż je- 
szcze nie przyszedł czas pisać dramata z dziejów 
naszych. DJa czego? Lo dotąd się żadne nieudały. 
-To nie dowód; i przed Maryą Malczeskiego i Wal- 
lenrodem nikomu się nieudało utWorZYl: poematu
		

/0218.djvu

			205 


prawdziwie pulskiego litewskiego, a przeciez..... 
Jednak temu zdaniu wielkiego poety uwierzono, 
i poszli za nim młodzi pisarze na wyścigi w halIa- 
dy, w pocmata , a dramat gdzieniegdzie skoczył na 
starych PelopidiJw, Artakserksów, nawet raz posko- 
czył na Mnicha, i Maryę Malczeskiego do nitki 
zwlókł na scenę; alc zł'ażony przepowiednią Adama 
Mickiewicza nigdy nic zzuwał traicznego koturna 
klasyków. Pr(,Lował1 w prawdzie, ale czego? nic 
polskićj dl'amatyczności, tylko rzucenia się zjedn
i 
szkoły w inm!, próLował tkliwości niemieekićj 
w Klarze, w Anieli, pięknie, okwicie; dzięki i za 
to; wszakże nic zmienił, nie wyroLił nic przez to 
dla narodowych dramatów, ho mu powiedziano: 
"Nic przyszedł czas do pisania dramatów z naszych 
dziejów. » 
A zagranicą cała poezya Niemców, Francuzów, 
Anglików grzmiała: dramą. Dclavigne z Nieszporów 
sycylijskich w Paryą st/!pał. Wiktor Hugo krzyczał 
i khlCił się z całym światem literackim odramata, 
i tworzył ludzi 'do słuchania ich, a uśpił obojl,'- 
tnośt: :Francuzów Kromwelem, Hernanim, Maryą 


I l'rvby dramalyczne KIIRLENlIIWS1	
			

/0219.djvu

			206 


de Lorme; a u nas,-nieodwołane słowo Mickie- 
wicza leżało gradem na polu. Ol jeżeli tyle arcy- 
dzieł przemknęło się, a nie ruszyło u nas serc mło- 
dych, zaklętych zdaniem powyiszćm, może to kie- 
dyś zacięży w pamiętnikach przyszłości na wiel- 
kiem sercu poety. Boć przecie historya narodowa 
stała otworem; niespracowany Joachim dohierał 
kłucza nawet do dziecinnych serc synowcó
. Da- 
wny język kronikarzy z gotyckich wyłaził kryjó- 
wek 2, a Nestor nasz stary jeszcze o starszych jak 
swoje opowiadał czasach 3; nawet odzywał się już 
duch, któryby był umiał oceniać z dziejów osno- 
wane dramata; głośno i głęhoko ozwał się on nad 
Mnichem Korzeniowskiego. A jednak i ta chmura 
pełna myśli, obrazów, przesunęła się nad drama- 
turgią bez deszczu, klóryby ożywiał tę niwę, bo 
ją wielki zaklął czarownik. 
Może kto powie, że jeszcze czas niebył po temu, 
widać niebyło powołania, jeniuszu. Dobra to od- 
powiedź; ja pamiętam, że w szkołach nieraz się tak 
tłumaczyłem memu nauczycielowi, kiedym niezro- 


2 Przedrukowywanie kronik: Bielskiego, Chwalczew- 
skiego , i innych dziel. 
,; Zbiór pami
lników O dau'nćj Polsce przez NIEMCEWICZA.
		

/0220.djvu

			207 
bił lematu, a jednak ta odpowiedź nie usunęła mi 
kozy. «Chcićj a znajdziesz i czas i sposobność;» od- 
powiadał mi zawsze, a pono prawdę mówił. Nie 
zwalaj my na czas, Czas nic nierobi. 
Ale nim zajdziemy dalćj w uwagi dotyczące dra- 
maturgii, zechcićjmy się porozumieć o znaczenie, 
jakie nadajemy temu wyrazowi w niniejszćm pi- 
śmie, a nic d
pcąc się z Grekami o nazwę, po pro- 
stu powimy, że przez dramat nie rozumimy ani 
dramy niemieckićj, ani trajedyi francusko-łacińsko_ 
greckićj, ale właściwie 3 e ; peryod literatury, do 
ktorćj należy wszelki utwór sceniczny, w któ.',}'m 
zachodzi życie, działanie. Jakeśmy wyżćj p.'zypuści- 
li czy uroili sobie (jak kto chce niech bierze) trzy 
epoki literatury: odę, epopeę i dramę, tak równie 
zdaje się nam, iż nic ich tak nie charakteryzuje i 
różni, jak pomysl pod jakim uważają człowieka. 
Wbiblii, tćj najpierwszćj i najszczytniejszćj odzie, 
pomysł o człowieku występuje zdziwionJ, ude- 
fzon,}' majestatem, budowlI jego stworzenia. BiLlij- 
ny Adam, Kairu, Mojżesz,_ to kolosy, im wystar- 
Cza drabina aLy dosięgli nieba; pasują się z anio- 
łami we śnie, a na jawie anioł im służy, do nich 
sam Bóg używa jeszcze swego naturalnego glosu: 


i 
I 


I 
I 
I
		

/0221.djvu

			208 


«KI
ew brata woła o pomstQ do nieha.» \V epopci 
już ten pomysł drobnieje, wszakżc są lo jcszcze 
olbrzymy: tarczę Achila ledwoby tcraz wiJl po- 
dźwignął; Ajaks sam jcdcn wstrzymuje fioty. Aż 
wreszcie nadchodzi 3 d . cpuka dł'amalu; pomysł 
o człowieku starzcjc, już nic on jest wyłącznym 
przcdmiotcm opiewań, alc jcgo namiętności, wy- 
darzcnia; namiętności muszą micć podnietę, wy- 
darzcnia skreślić miejscc, czas i ludzi przy nim 
działających; już tu właściwie nik nic pomysł ideal- 
ny człowicka, a rodzi się pomysł życia. 'V pierw- 
szych dwóch epokach panuj c poczya ułudy, tu 
poczya prawdy; tam były odrębne forcmki na 
szczytność, na unicsienie, na śmicszność, na ukrup- 
ność, słowcm, na każdc uczucie; tu zaŚ wszystkie 
uczucia razcm przypuszczonc dla oddania życia 
tak, jak w naturze się dzicje. 'V takimto okre- 
'śleniu bierzmy wyraz dramatu. A teraz porozumia- 
wszy się wracajmy do rzeczy, jeźcliśmy tylko oJ. 
rzcczy mówili. - 'Vszakże picrwszy zarzut pisa- 
rzom naszym z samego uważania i pojmowania 
dramy uczynić przychodzi, i skarzyć ich, że nic- 
śmieli pójść do źródła wymLiania się tćj szluki i 
z nią postępować, ale co łatwi
lszćm było, przy-
		

/0222.djvu

			I 
J - 


209 


j
li formę pierwsZ1! lepszą trajedyj klasycznycb, 
które w bistoryi dramaturgii wypada uważać za al- 
labet, za książkę sylabizujących na tern polu, co 
jednak naszym pisarzom nicprzeszkodzilo wzjąć 
ją za ultimatum sceniczne. Ztąd wszystko zle po- 
szło, ho jak picrwsze obrazy początkującq;o ma- 
larza niemają właściwcgo kolorytu, ani porządne- 
go rozlolcnia w osobach, w cicniach, w perspe- 
ktywie, tak i pierwsze formy poczynającćj sztuki 
dram hył." ciasncmi, plącząccmi, hez naturalnegu 
ułożenia, mnićj więcej zaokrąglonc, przyklejane. 

tworzywszy takie formy na początek starożytni, 
< 
opisali ją tlumacząc się z swych myśli dobrodusz- 
nie, dla czego co postanowili, a to wszystko tak 
sumiennie, i z takiemi pochwałami, na jakie im 
się zdawało żc zaslużyla ich praca. Ale, żeby im 
był kto powiedział, żc to, coście utworzyli, będzic 
już wiecznie zasadą lćj szluki, że pOlomni nieda- 
dzą w nićj kroku zrobić, lub niezrohią dla tego, 
że wyście sami dalćj się nicposunęli , toby byli sta- 
rożytni wzjQli go za waryata ; i słusznie, bo wiedzie- 
li o tern, żc te prawidła, tok i cała budowa ich 
trajedyi hyła dopićro pierwszą formą nowćj, wiel- 
kićj, a pono najobszcrniejszl;j nauki, ommalycznćj. 
ts,
		

/0223.djvu

			210 


Zdaje się rzecz jasna, wszakżc niewiem dla cze- 
go tak długo o to spierali się z sobą klasycy i ro- 
mantycy; dla czego nakonice, po przetarciu OCZÓ" 
ostatni, wprowadziwszy wolność fantazyi do wszel- 
kich zagród literatury, nicrozciągnęli jćj do naj- 
ważniejszćj gałęzi dramatycznćj , tam właśnie, gdzie 
najwięcćj była cieśniona , i gdzie najokwitsze oka- 
zywało się żniwo. 
'Może kto powić, że nie dawnu temu, jakicśmy 
stąpać zaczęli, trudno więc od razu latać? Nie- 
dawno ?-- ja nie wierzę; nic liczyć nam poczyi na 
lata alc na dzieła; Marya Malczeskicgo, Grażyna, 
\Vallenrod, Zamek kaniowski, Haliczanin, to już 
tyle wieków, tyle pomników, tyle kościołów nowej 
literackićj wiary, a żadnćj kapliczki dla polskićj 
dramy, żadnego pociągu do odJania szorstkiego 
życia przodków naszych, prędszćj ręki niż języka. 
Żeby to jeszcze naszc pmdziady więcćj melancho- 
liczni, czuli, dumajlłcy byli, ale gdzic tam, ni je- 
den obraz stary nicpostał w skarbcu naszych dzia- 
dów, eoby Żółkiewskiego wystawiał spartcgo na 
ręku i marzącego w gorączce; Łokietek z tronu nie 
uciekł z harfą w ręku, i pUIIO nic pl'zysłuchiwanicm 
się skardzc wiatrilw wdarł się nań powt{)rc; Litwin,
		

/0224.djvu

			211 


, 


Prusak, Tatal', Krzyżak, Węgier nie w kręgI c grali 
z naszemi ojcy: więc życie pl'zodkOw było czynne, 
pclne działania, dramatyczne, ale dla synów tak 
str--.lcone, że nawet jednego żyjącego obrazka z tych 
dziejów skleić nicmogli. Gadali, rachowali, opie- 
wali trodlę o tych czasach, jak chłopek w karczmic 
opowiada kazanie ksit,:dza plebana, ale odżywić- 
ani daj boże; trudno im było o resurckcyę, tak się 
na roratach klas'ycznych zmę.czyli. 1 
Ale bo też filio rąurekcji naszych antenatów V 
w dramie trzeLa
 nie tego J:.lCha i nie tej zasady, 
jaką nam formy trajcd.ti przedstawiają. Naprzód I L 
nie du pogodzenia z bistOI'yą polską dwa kardy- 
nalne prawa tćj pięcioaktowej szuLit;nicy. Jedność 
micjsca i czasu tak zatłumiły głowy dramatyków , 
iż wolcli pójść wjbrew rozumowi jak wLbrcw tej 
klat,ce. Pakują koLi(\ty do oLozu na Lłonia cecor- 
skie; w trzech godzinach sejm zwołują, zaintrygo- 
wali go, Barbarę otruli, Donę wyprawili, a król 
poczciwy .Icdwo miał sposobność tu i owdzie kilka 
sentenc:pl na naukę słuchaczom rzucić, jużci za- \Ii 
słona spadła, ho koniec piątego aktu. Tu znów 
wielki król i człowiek musiał się oli razu w kaptUI' 
uhrae; posadzili go na jakićjś nicdostl.'lmćj górze; 


p 
II 


I 
l 
r 
I 
! 
, J 
I 
I
		

/0225.djvu

			212 


I 
I I 


jeden mnich tam wlazl go szpicgować, drugi go 
zga.nił za to; wtćm przybiega goniec do klasztoru, 
że Bolesław śmiały wyklęty; poznają go, ale ja go, 
dalibóg! ni
)oznałem, myślałem po prostu, że lo 
sobie jaki ksiądz proboszcz z naszych czasów, który 
coś zrobił w parafii i ucickł do klasztoru; nakonice 
wypędzają owcgo mnicha. Dobrze zrobili, lo nie 
musiał być ów wielki król Bolesław, przecież tam- 
II ten bił, królował. Czytelnik tćj lr.ljedti nic z te- 
go w tępym charaklerze mnicha nic znajdzie a 
chcąc lepsze mi e,: wyobrażenie o ch ara klerze owc- 
go króla, niech weźmie do ręki choć najglupszego 
historyka, np. pana Miklaszewskiego, tam znajdzie 
w tych kilku słowach: « przywdzi' ł kaplur i puwia- 
dają że w klasztorze Ossie w \Vęgrzcch zakończył 
życie» treść, osnowanic , jedność miejsca, nawet 
jedność wiersza, bo jednym wierszem p. Miklaszew- 
L t. ski całą tę trajedłę objął. r Toż samo zastosowanie 
... 
_ do jedności mi
jsca i czasu urodziło dziwolworną 
scenę i £. w Gliliskim, kiedy on jak waJiat, onlt 
-::J V\ 
 
0f\


 bohater sztuki, jeszcze z onych starych wieków na- 
ł>
 ; szych, wpada ze' snu Plcicmku na scenę, krzyczy, 
wrzeszczy, lęka się slracha, willzi Jakąś krcw, cieni c, 
a bicdna córka, pl'awdziwic biedna, nuż z nim w J'OZ-
		

/0226.djvu

			213 


f 


mowę, naprowadza go na tę myśl, że to sen ,mój 
ojcze, że to ei s ię śniło i t. d., brakuje t,}'lko pół 
włoska, żch,}' mu nic powiedziała: «Ojcze, ty masz 
spazm,}', napij się rumianku
".A dla czego autor 
wpadł na taką myśl ?@to, trzeba b,}'ło czytelnikowi 
ezy słuchaczowi opowiedzieć przeszłe życie i czyny 
Glitlskiego, czyny, których wystawienie/nic opowie- 
dzenie zrobiłoby stokroć interesowniejszą i praw- 
dziwszą sztukę jak ta, którą z dalszych czynów 
uwikłał Franciszek Wężyk. Ale owe ramy: czas, 
miejsce, jak anioły ogniste z mieezem przy wcho- 
dzie do raju strzf'gły Adama pierwszego, aby na 
powrót do niego nie zawQdrował, tak strzegły pa- 
na Franciszka 'V ężyka, aby coś lepszego jak wsz,y- 
scy dotąd nidnapisał, aby nie1wyszcdł z obrębów 
'"' ,.1", 
klasycznych _ L... J 
Dość tych scen, aby uczuć jak niedogodne dla 
wydania polskich charakterow i działań były tra- 
iczne formy; więcćj 'te formy wadzić JJędą, gdy 
Ham przyjdzic upominać się u pisarzów naszych 
dramatycznych o tło wieku. Ale, by w właściwem 
miejscu przyjść do tych zarzutów, odwróćmy się 
na chwilQ od uwag szezegOłowJ:ch, a zajmijmy pu- 
krótcc ogół owym postępem sztuki dramatycznej od 


..
		

/0227.djvu

			I ł 


214 


czasu pnyjęcia klasycznych form w calym :,wiecie. 
Wyjściem z dzieciństwa dramaturgii jest kruk 
Szekspira, klórym odważył się wprowadzić tchnie- 
nie wiekowe do dramatów; tojest: zaboLony, przy- 
słowia, przesądy, myśli tego wieku, z którego 
wzjął bohatera, wtłoczył Szekspir w swój utwór. 
Każdćj osobie ogólneJ, jak np. lud, szczególnej 
jak król, kaplan, wódz, przywrócił się wlaściwy 
język; co większa, oLrał porządkiem królów, i z nich 
napisał sztuki, chronologicznc co do zmiany w oby- 
czajach, w pomysłach, przesądach, tak, że każdy 
utwór osobno wzjęty jcsl całą dł'amą żyjącą, owu- 
wiekową. skończoną, wszystkic zaś razem są obra- 
zem jednym przerabiających się wrażeń w ludzie 
szkockim, we dWOl'ze szkockim, \V kościele szkoc- 
kim, w sądzie szkockim, słowem, w całym ogóle 
narodu tcgo. Otóż to jest plan większy, ogólniejszy, 
jaki do tego czasu przybrał zawód dramatyczn,}'. 
Rzymskie i greckie bogi z swoimi rycerzami, kapła- 
n,}' z swojem fatum, rzymska i grecka lrajcdya ze 
swoją jednością miejsca i czasu, tu się kończy, 
abdykuje; powstaje w jćj micjsce dramat łączący 
wzniosłc z natm-alnem malowaniem; śmieszne j 
smutne byle owowiekowe w nim się mieści; odląd 


.
		

/0228.djvu

			215 


na widownię występujące osoby gadają nie dla tego, 
aby ich słuchano, ale dla tego, że tak gadali, dzia- 
łają nie dla wyrachowanego uderzenia na słucha- y II 
cza (coup de theatre), ale że tak działali. Szorstki 
wiek szorstką za sobą ciągnie mowę i czyny; nie- 
rozsądny, kto w takim wieku kładzie im ukształco- 
ną wymowność w usta, w serce poźniejszą senty- 
mentalność, w prawicę szpadkę nie miecz, w czy- 
nach rozglądanie się głębokie. 
Pod tym względem uważany w dramaturgii Szek- 
spir, jest mish'zcm, nic nowych scen, którebyśmy 
przez naśladowanie spowszcdnili , ale jest mistrzem 
nowego,olJszerniejszcgo zakresu dramaturgii, któ- 
ry dla tego, że bliższy natury rzeczy i więcej w od- 
dawaniu życia prawJopodobny, spowszednić się 
nieda, a upowszechnić się musi, gdy zważymy jakie 
korzyści z soIJ<{ niesie. 
Jednostajna klasyczna fOt'ma piętnowała każde 
dzido błędem, wynikającym z samego jćj utworu; 
, bo zkąJ powstała? L zastosuwania kilku dzieł owo- 
l czesnych do natury, a pierwiastkowe próbki od- 
dania czynów wielkich, lub przeznaczeń większego 
losu, wz
to poźniej za miarQ do oddawania wszyst- L L 
kich czynów i przeznacc
ń, jakie po wiek wiek6w
		

/0229.djvu

			l} 


216 . 
\ l zdarzyć się mogą w Indyach,Turctł, Rzymic, wNo- 
I ił wćj-ziemi, Polsce i GrenlandIi. W oddawaniu na- 
I i tury przez dł--.lmę wzJęto do pomocy zasadę alge- 
hraiczną i a Uedność miejsca) + b Uednościącza- 
su) + c Uednością czynu) musiało się rÓWnać = d 
(t';ilest temu wszystkiemu, co drama oddać może), 
co ogłoszono za zasadę tak prostą, tak naturalną i 
swiętą jak dziesięcioro bożego przykazania. Prawo- 
wierni uwierzyli; Arystotelcs wstjPił na: nową Sy- 
naj, Laharpowi ukazał się Apolo w gor
;ącym 
krzaku, aRasyn, kornel, i '" oltcr, suchą nog ił 
oprowadzali zwoleńcow po Czerwon
ln
rlJprzu, i 
n
koniec zaprowadzili ich do zicmi ohiecanćj, tojest 
I () w błoto, łkąrl ani rusz. Trzcba b.rło proroka, żeby 
ten stary przebudować zakon, i wyprowadzić ich 
na clyste pole. 
Swiętea+h,jcdność czasu i micjsca, pokazały 
się niepotrzebn,tni straszydłami na tćj drodze, i 
wypadło, Że często a-h większy skutek zrolJiły, 
bardzićj oddawały naturę rzeczy, jak a+ h, i W ZI'O- 
wnaniuftucznem Icpićj om a_cz aly wartość d czyli 
zasad
 sztuki dramatycznćj.{ 
yszliśmy z Szekspi- 
rem z odwieczncgo salonu Wllny, IIoracłuszów, 
Mahometów, Edypów, Estcrki
Jośrny się tam dosyć 


.;
		

/0230.djvu

			J 


217 


\I 


nasłuchali ,jednakowej gadaniny, zwicrzających się 
bohaterów czy chrzcściańskicb, rzymskich, żydow- 
skich, czy greckich: to poufałym subretkom, to 
usłużnym AchaLum
 nilJY kamerdynerom tych 
wielkich ludzi, co miało być bardzo zręczn'fm 
uwiadomieniem widza, ale dalibóg! niezręcznTn: 
że ja jestem ten i ten, przybyłem tu i tu, myślę 
robić to i to. Ale kamerdynery nuż doradzać, od- 
radzać, płakać nalllosem wielkich ludzi; w końcu 
nuż opowiadać, jak ten oczy sobie wyłupił, jak 
owa się przebiła, jak inny spadł z wozu i konie go 
stratowały. A ni5
obiono sobie wiele amLarasu 
ze zgłębieniem ducba czasu, miejscowości, i t. p. 
fraszek; oajwięcej szło o kilka pięknych wierszy, 
w któryclJLy krew, sztylet, śmierć, piekło, niebo 

 
jaśniały. Aktorom zaś szło najwięcej o to , aby dui.o 
chustek zamoczyć łzami, i Pl'zy spadaniu zasłony 
ulubione brawo otrzymać. A dlaczegośmy wyszli 
z owych salonÓw, gdzic tak wygodnie opowiadano 
nam Litwy, ni5?brażano na
zych oczu ani unie- 
sieniem, ani krwią, bo przez gl'zcczność, kto śmiał 
I się zahić, to się zahijał za sceną? Gtl), bo tcn prus- 
tak rozum wciąż wułał na nas: alc panowil',kiedy 
te czyny, co opowiaJacic 1 są t.1k pi,;kne, czułe, 
1'1
		

/0231.djvu

			---r 


V

'j 



I 


II 


218 


\ t 


wzniosłe, przerażające, proszę wiliC, poprowadźcie 
też mnie tam, niech ja sam to Ujl'ZQ, może ja to 
łepiej sobie opowicm, uczuję, anileli kicdy mnic 
o 
 jakiś żołnierz, albo subrclka rozpowiadać 
będ1!;rf Nie dosyć owo tcn prostaczek przebąkiwał 
jeszcze :-Ho! ho! jak tcn Horacyus z podobnie gada 
do Ulisesa, a ten Mahomet to istny portret Edypa 
(musieli żyć razem), a ta Esterka jaka uczona Ży- 
dówka, musiała żyć w wielkićj przyjaźni z Fedrą, 
a te podrzędne istoty, te intryganty, ci przebiegli 
pochlebcy, to jakby dzisiaj żyli, PI'OSZę, co za ma- 
ksymy moralne mają ci bohatćrowie w ustach, cO 
rusz, to zaraz na to sens moralny, to jak w Mmul- 
ali/fU poczciwego człowieka, a człowiek na wysta- 
wie wiele prawdziwie korzysta, tylko szkoda, że ta- 
kie nudne te figUl'Y
 
Ale prostaczka zakrzyczano głosem, on w duchu 
co myślał, to myślał; kto miał za sobą prawdę? 
rozum; kto tę prawdę zrozumiał? Szekspir; mówią 
takie Iże on był prostakiem, że ni
nał dobrze za- 
sad trajed
i starej; to pochwała, bo pokazuje, że 
Szekspir był jeniuszem. Oto krótki rys postępu 
dramy w świecie literackim. 
Mam Wraz wrócić do szczegołó\ dramaturgii
		

/0232.djvu

			2HJ 
pó1skićj. Tu długo t
 nilłuchali prostaczka, po- 
no i teraz. DI[czego
łf czego przeniesiono ciasne 
obręby traiczne nad zalu-es wiclI{i
j dramy? Wszak 
krol{ Szel{spir:t był europejskiem hol{iem? Jest 
odpowiedź, odpowiedź łatwa, choć niestcty niepo- 
chlebna dla nas. Rozmiary traiczne, tak oklepane 
w szkołach, łatwiejszymi były do wyrobienia. W ich 
formule zamiast a połóżmy Żółkiewskiego bohatl
- 
ra; w miejscu b Kalinowskiego zdrajcę, c niech 
będzie Skinder pasza; dodajmy do tego znal{ + 
(więcej), to jest miłość w obozie (mniejsza o to), 
oświadczenie zamiarów małżeńskich na błoniach 
Cecory (i to mniejsza, aby była miłość), a d
jdzie 
Zl'ownanie do d, śmierci Ż()łkiewsl{iego; formuła 
uskuteczniona, i jest trajedya klasyczna. Teraz, I t 
aby ją dobrze publiczność przyjęła, trzeba kilIm 
pięknych wierszy; dalćj muzo! 



 


Po cięciu tego pałasza 
Pozuaj, żem jest Skinder pasza. - Brawo! 


A krew w ranach wezbrana "yh'j'sla strumieniem. 


Skral1zione panie autorze! nic ni
zkodzi, ale 
ładne. Jeszcze sentcncyj, o! sentcncyj moralno na- ( 
. I'udowych. 
(
		

/0233.djvu

			I, 


t20 


f 


I'ierwćj ua nich u	
			

/0234.djvu

			. 


221 
nie, żeby Iwbićly w obozie ni
yło przed kimż;?y 
opowiadać zgon wo(1za, kiedy Imźdy żołnierz da- 
wni
j był i widział sam to wszystlw; 6;esztą nie 
I'yło l'ap
orLów wtedy, :mi sztabu głównego. 
.:.. 
koniec okropny cios: Iwch:mk3 we hwi przynoszą, 
;. Turcy tal{ grzeczni, że LylIw za sceną się biją, na 
scenę im n
volno, b
)y przerwali konanie albo 
" d . . k " r l 
opowla ame Ja Je.,
", .. _. 
Oto ich ogólną fOl'emk
, którćj, niesteLy! i naj- 
zJolniejsi autorowie trzymali sic: u nas; z eyrklem, 
nic z czueiem chodzono dotąd na polu Jramaly- 
czn\:m i krytycy nasi po gazetach literacl{ich war- 
t , 
szawskich pan X. i T., '
,Bibliotece fłolskieJ
 D. 
więcej pilnowali rozmiaru i wymawiali autorom 
gdy cztery zamiast pif.'ciu al{tów, lub coś podobnego 
ośmielili się (straszna śmiałość) puścić na scenę, 
niż utyskiwać nad brakiem prawdy, żyeia, osblJ 
przedstawianyeh. 
--..A głównie ni 

)iło ich w oezy, żf naszych za 
wzór pod awanych sztukach: llal'barzc, Ludgardzie ; 
-
..... .- 
celniejszych: 
esławie 
miałym; Glińsl{im; ol{rzy- 
czanycll: Żólkiewsl{im, E t ' rlypie, jest monotonia 
,
 
rzeczy i charaklerów, choć czyny są rozmaite, jest 
nudota, choć pięknych wierszy wide. Czeg{,ż Im 
t9. 


IQ 



 

J..vi!.,
		

/0235.djvu

			I 
ł 
J 


222 
brakło? 1h, wieku. Jakoż z każdćj z powyższych 
szlUk weźmy, .i wyjmijmJ którąkolwiek z osób, i 
włóżmy do drugiej; ani spostrzeże słuchacz lub 
czy
clnik niestosowności osoby do sztuki. Trepka, 
to co mówi w Glillskim , co myśli, tak dobrze może 
mówić i myśleć w Barbarze, jal{ gdyby jeonocześ- 
ll'lM'\. nie żyli. Sami hólowie, primadoqy w owych sztu- 
kach: August, Przcmysław

olesław, jal{ bliźniaki 
zgodzą si
 na jedne mal{symy, jedne mają wyobra- 
żenia o rzeczach, tylc, że tcn colwlwiel{ szlachet- 
ni
jszy, ów dumniejszy, inny więcej gniewliwy, owo 
cała róŻnica. Z toku ich lIluwy, olC ZWI"Ot(I\V ich my- 
śli, nic nic wydobyć, cu by owczesną , że tak na- 
z
vę, atmosrcrą trąciło. A czyż tal{ było w historyi? 
bawet czy tal{ kicdy być mogło w naturze? Jalw? 
Te wyobrażenia o rzeczach nie wyrabiały się u nas? 
Gzas niewpływał na pobudl{i ich czynów, na inne 
4\ 
zapalrywania się w przcdmioty? J jednej zasady i 
jednakifm zaj<;,eicm tchnęła miłość Przemysława i 
. . 
Augusta ?,qie byłoż prząjścia od zwierzęcości uczuć, 
tlo rozpieszczenia uczuć? ad ż'ylastćj namif.'tności 
jednego, 'do nicwicściego rozkiełzania w'ychowań- 
('a Bony? A w wyrażeniach ich, a w mowie, 'nic 
musiałyż odbijać inaczej dn,,: szorstka I'rzemysła- 


I 


II
		

/0236.djvu

			223 


wa, południowe seree Augusta? Jednakież swiatło 
nauk pobożnych i towarzyskich błyszczało dla tych 
dwÓch wieków?p\z'kąd ta jednakość ich umysło- 'n 
wości, zdali, do tego przesadzona stopnia, iż Kro- . 
piński dla maksymy moralnćj każe się samemu 
Przemysławowi 
rew historyi zabijać? O zgrozo II 

zyż dla tego, aby tym pięknym wierszem skończyć: 


Patrzcie. oto LUlI gardy, co czci waszej celem. 
Przemysław był zabójcą. Przemysław mscieielem. , $ 


w kti'rym Przemysław i Wertera zakasował? Tal{ie 
pl'zewróeenie wyobrażeń, rzeczy; takie rzucanie 
sentymcntalnośeią tam, gdzie jćj jeszcze nieLyło; 
to rozbujanie umysłu sb'apioncgo zabiciem si
iud- 
gardy, umysłu, laóry w owym wielm, wiele, gdyby 
się był wzdrygnął na to, umysłu, l{tÓry w tkliwoś- 
ci spał jeszcze, umysłu, okutego owoczesn1mi prze- 
sądami, fizyczn
u życiem, czynami krwaw'vmi nie- 
I 
wzruszonego; słowem tal{ie przedstawien
e osobj 
PI'zemysława, to jest błąd wołający o pomstę do 
potomności, to wieża Babel, gdzie autor słyszał 
słowa: Ludgarda, Przemysław, a odpowiada na 
nic przt'z Wel'tera i łłcloizQ. Ni}g0jął autor, ni
. 
wzj 1 11,10 SCI'ca owoczesnego życia ojcÓw naszycII ; ) t
		

/0237.djvu

			--. 


II 


'I 


221 
chcial cóś tkliwego napisać. Jest tkliwe: Ja kocham 
Przemysława-i ja Przemysława!1
e to tkliwość 
-{..- 
salonowa XIX. wieku, to dobre do Julii i Adolfa, w do 
. f: l " bl ' 111 k " .. r:- .. 
romansow « as lIona es,» ; ta Je SWJcze UCZUCia, J 
ta]{ wyrażone, przypuszczają Iwchanka we fraczku. 
Komu tkliwość na myśli, tIdiwość ,scntymcnt:Jlna, 
niJtykać mu ze sImrbca starych wiel{ów naszych 
, w 
przemysławoskich; serce nie
cst w każdym wieku 
( \ 
jednal{ie 
 i jego uczucia wyrabiają si", wolnieją, 
rozczulaj
4. Wiek wiekowi podawa coś wyrobione- 
go w tem-jestcstwie, wiel{ wielwwi jeszcze przyspa- 
rzać będzie tej historyi doslwnalenia się uczuć. Ale 
drama tykowi znać trzeba, przynajmniej domnie- 
mywać się powinien, jal{ie ono mogło być, w owym 
wieku, z którego sztukę pisze; co scrcujuż było do 
pojęcia, do wyrobienia, a czego zaznać nie mogło. 


. 


\'2. 


4 W młouości świata czlowiek jc
zcze nic'p1'7e;rwałcił fi- 
z)'cznej natury swojej, niL>!wYl'Ohił uczuć scrca, więc w ów- 
czas milość jcunej pici .11,1 ,),'ur,ićj, taka, jal<ą my teraz 
czujemy i pojmujemy, istnieć nicinor,la, Calym jpj UI'okiem 
i węzłem była ro
kosJ:, a namiętno
ci 1Il0i'alnc, cn naS tcraJ: 
J)ożerają, 7amkni
lc w szcŁuplcjsJ:ych ohr
hach, wi<:cej 
zmysłowych, zlcwaly się na ho;rów łuh b(){
a. W naszych 
wiekach, gdy owo trudno o jcdnych i o ,Ir'uł
ict;"o. I'zucamv 
1\J'mi namiętnosciami na twory nalU podohnc, i uwielbiamy 
lak kochanki, jak niq
d) Ś ojcowic nasi bor,a. 


,
		

/0238.djvu

			..... 


22.; 


To zarzuty dopiero co do oddawania uczuć milo- 

;ci u hohatćrów traicznych łJolskich; lecz z owego 
zarzutu wprost przyjść musimy do nierównie wię- 
kszćj zawady w rozwijaniu się naszych dramatów. 
Kto tylko czytał historyę naszą nie dla dat, ale 
tlla wyrozumienia ducha narodu; kto ją czytał 
w najszacowniejszych ułamkach, kroniłmch, dya- 
ryuszach owowiecznych: widział tam jasno, jak 
mały wpływ domowe życic wywierało na charakter 
przodl{ów naszych. Daremnie grzebią pomysłami 
swćmi nasi romano-traiko-pisarze, i chcą sztuko- 
wać widoczny bral{ wpływu lwbiel na owe czasy i 
i czyny; ich łaty, ich kobiety, nicprzylepią się do 
żylastych rysów dziadów naszych, bo życie ich, to 
nie parawan, na którym dla zahawy mandaryn na 
klajstrze siedzi ohol{ Maintcnon w rogówce. Niema 
tam panowania kobict, tćm samem panowania ich 
uczuć nad m
ami, gdzie brakjest wpływu życia 
prywatnego, domowego, na charalaer męski. Ktoby 
chciał tę myśl rozebrać, i wystawić fal{tami wykłu- 
wanie się u nas życia prywatnego z puhlicznego, 
napisałhy ciekawszą i ważnie,jszą tlla całćj literatu- 
ry i historyi polskićj rozpl'awę, nad \\szystkie roz- 
IlI'awyo początlm Sławian, Lutyl{ów, Polan, i t. d.
		

/0239.djvu

			-r 



:!6 


co większa, natrafiłby na ważniejszy powilllu patlku 
naszych instytucyj dawnych, i bytu, jak liberum 
veto, jak obieralność, jal{ niezgoda. Możcby powie- 
dział historycznie, śmielćj jal{ja dziś przez domysł: 
że prz
jście nasze z publicznego życia w domowe 
było przejściem z istnienia do nicości, z całości 
w kawałI{i. Pojawiłyby mu się nowe epoki nie dy- 
uastyjne, nie stuletnie, nie peryodyczne; urosłyby 
mu pod piórem napady krwawsze jak tatarskie, tu- 
reel{ie; bo napady zwyczajów curlzoziemskich z każ- 
,lym obcym hólem na pl"Zesądy i zdania J'Odzime, bo 
mieszanina wyobrażeli cudzych i swoich, z Iwżdym 
węgierskim, francuskim, szwedzkim, sicdmiogrodz- 
kim panem i dworem tak odmienna, - ktlll'a, jako 
męty w oksefcie, osiada, lagruje się i czyści. 
Otóż owemu pisarzowi musiałaby się wydać 
1 " Epoka lechickiego życia cała w żelazic, taka, 
jaką spotlmł Otto III jadąc do GniezlJa, jaka wylw- 
lebała Łokietka, jalm wyglądała jeszcze z pod bab- 
sl{iego czepca Elżbiety, jalm w Iwńcu jęła Iwnać 
u źwierciadeł Kazimićrza Jagiclmiczyka, w obci- 
ślejszćm na ciało odzieniu owoczesnych włosl{ich 
w,ydrzćźniaczy, i w owym stroju bialyeh głów, któ- 
ry jął wychodzić z zakonnego kroju; a w poczyna- 


jl 
łl 


I I
		

/0240.djvu

			227 


jącem się domowem życiu pradziadów, żona JUz 
się mu bliżej boku kusi, jak kOli i pancerz. Wyjś- 
cie Iwbiet z zakonnego stroju jest wyjściem kobict 
z działań zakonnego ohrębu: poczynają wnet mie- 
szać się i do rozbojów w Czorsztynie, w Berwaldzic; 
określenie familij nabiera węższego znaczenia, nie- 
rzuca już się szlachta hurmem pod jedną chorą- 
giew; ta chorągiew, co oznaczała dotąd całą po- 
krewność, oznacza teraz ino huf jeden, a każdy 
nosi już przylepioną nazwę osobistą, prywatną. 
A wtćm odsłania się 2:' epoka życia Lechitów. 
W niej z czynów żelaznych przechodzą do żelazne- 
go języka. Sejm)", Piót.'ków, Nieszawa, Korczyn , 
księga Laskiego, Kraków, Scjm na llarbarę, stają 
w historyi obok bitew bulww:.isl{ich, Orszy i ture- 
ckich traktatów; tu punla przesilenia się wpływu 
kobiet, a August, ważący w r{)wni tron z llarharą , 
czy pierwszy koronowany filar tej nowej potęgi, 
czy też pienvszy koronowany południowy kobie- 
ciarz, czego jeszcze niepowiedziała historya , szero- 
kie rzuca światlo na tcn postęp prywatnego życia. 
Ale mnie tu nie sylabizO\vae w tej wićlI{iej inte- 
lektualnćj hislOl'yi- dawnych wieków! to wiem że ją 
ezujł:' i nic sam jeden; lo lalże wiem, iż Imżdy, 


..... 


I 
I 
I 
I
		

/0241.djvu

			228 


chcący pisać dramata polskie, winien je zgłębi(:, 
albo mu łepiej niepisać. Ja zaś Lu w błahych wy- 
razach musiałem rzucić ową myśl, która mi służyć 
będzie za podstawę w dalszym ciągu tej rozrzueo- 
mU budowy. 
Cóż zdziała takie duszne wejrzenie w historyę 
w pisarzu dramaLycznym, jcżeli nic to, iż zrozumie 
dawne życie przodkiJw, a wystawiając je, nieda 
podstawy fałszywćj ich czynom, wyjdzic z główuc- 
go błędu, narzuconcgo nam przez małpowanie za- 
granicznych, tojest: brania mj!ości za główną sprę- 
żynę wszysLkiego, co sit,: od Popicia aż do Sasa 
\ u nas przytrafiło. l\1iłosć stanic się jak być łJowinna 
w dramatach polskich, podrz
dną, nawet miłość 
zyska nowe życic odcieniem wieków. Pójdziem się 
kusić za oddaniem tła, a niewcźmiemy miłości za 
tło. Malarze oddawali i oddają tło farbami nieha, 
zielonością, białością śniegu, i, popatrzywszy na 
tło obrazu, wiemy, że ta scena zachodzi wc \Vło- 
szecI}, na SzpicLe
gu, lub na morzu; a poeci 
w dramatach jęli oddawać tło wieku namiętności/I. j 
O! panowie! dramat SJ:ekspira, nicjest to hiust, 
gdzie po czole i splotach włostlw poznam Furyę 
lub Dyannę dwurożną, jestto obraz kołoryLowany
		

/0242.djvu

			229 


łzą, uśmiechem, giestem, językiem, spółczesnemi 
dziełu. Słuchacz, czytelnik, niechce mumij, znajdzie 
je w gabinetach naturalnych; on chce życia byłego. 
Niechce on malowidła pasyi, znajduje je w sobie, 
doświadczył ich tyle, iż na wasze malowidła może 
powiedzieć, że zamało lub zawieleście je wydali. 
On żąda widzenia tego, co tam kiedyś zaszło; ma 
on swoje nowiny, które chce porównać z dawnemi, 
jakie być mogły; ma swe przesądy, których chcc 
śledzić w dawnych zabobonach; ma swe rozprawy 
parlamentowe, któremi chce zmierzyć całą wiel- 
koŚĆ dawnycl] utarczek sejmikowych, sejmowych, 
senackich; ma swe stronniclwo, chce byście mu 
ożywili dawne; ma swego boga, swój zakres, po- 
wołanie, stan: więc nie dziwna, gdy starym ojcom ł 
chce zajrzeć w icb wiarę, pojęcia i myśli; on ciągle l 
walczy z postl.'lmjącćm swiatłem, idzie za nićm 
skoro, lub nie skoro, jak może, a przeto niewierzy , 
iżby i jego dziadów nie tak pochopne umysły wraz 
stanęł-y na jednym stopniu przekonania, bez walki 
uczuć, obłędów, jak wy je w brew historyi podaje- 
cie; nicwierzy waszym Przemysławom, Bolesła- 
wom, Glillskim,-to dziwolągi na tamte wieki. GJo- 
wy ich z X.I
 wieku, serca icb ze szkoły \V oltera , 
20 


l 


---L
		

/0243.djvu

			r 


230 


zamiary ich z restauracyi francuzkićj, czyny najdaJej 
z konfederacyi barskićj. Wasi wodzowie: Żółkicw- 
scy, Chodkicwicze, to tylko im szlif brakuje, ab,v 
nam mogli dowodzić w rcjtcraJzie. Płakać przycho- 
dzi, żeście sobie ledwo o ich imionach przypo- 
mnieć zdołali, a jednak uzyskaliście i za to po- 
klask młodziCllczy. Samo ich imie było wiQkszejak 
wszystkie wasze rymy pod niemi stłoczone; ich 
imie jak puklerz Achila zacięikie było na wasze 
obie r
ce, zaciężkie na waszą głowę i serce, i za 
to, żeście je podważyli, i brzękło, już was osypano 
kwiatem. Czemużeście ustali? jeżeli wam było tru- 
dno pójść dalij, szkoJa tych pochwał, szkoda le- 
go kwiatu, a wam się nicdziwić gdy tak prę(lI'lI 
zwiędnie, bo kto ustał na miejscu, ten się CO£1, a 
to nie wiek cofających się ludzi. 
Już mniej w tt:!m winny od innych Feliński w Bar- 
barze, bo mu za wymówkę staje historyczne poświl.'- 
cenie Augusta tronu dla żony; wszakżc i on Wifl- 
ny, bo ta miłość jak nicbyła jcdyną przyczyną upor- 
czywości króla przeciw stanom, tak tćż niepowin- 
na była tak wielkiego w sztuce tćj zajmować miej- 
sca, iżby z nićj wypędziła wszystkie inne odcienia 
tła historycznego owych CZasów. I owo, niewiJać\
		

/0244.djvu

			-F 


1 
tam szalonych zawodów braci starszych z bracią ( 
szaraczkami, ktilrych BOlla tak zręcznie poswarzyła, 
i Litwaków z koronnymi w rozprawach sejmowych; 
niekrzepkie jest wystawienie składu sqjmowego; 
obraz Augusta jest tylko odcieniowany z jedn
j 
strony, to jest miłości, a inne zarysy tej włoskiej 
dzieciny, wychowanćj w rozpuście w dworcu ko- 
hićt; jego zrzucanie i poddawanie się władzy ma- 
tki , a owa burzliwość rplitU nad którą płakał umie- 
rający jego ojciec, a owa cecha wieku, najsłabsza 
strona hóla, guślarstwo, a wreszcie te skargi na 
przewagę duchowieństwa, i ta szlachta, resztki ko- 
ł koszćj wojny, ktilr11 z pode Lwowa wicher i deszcz u- 
I lewny rozpędził, która w miejscu oręża na Wołoszą, 
z papierami w zanadrzach zleciała się na głos ojca 
Augustowego do broni, wszystko to ściemniało, zni- 
kło, przy wyłącznym kolorycie miłości, jakim Felili- 
ski swoją fiarbarę umazał. I charakter Bony zmalał; 
widzimy w nićj tylko dobrą truciznicę, ale niewidać 
ł pl'zeglądnego rozumu, skąpstwa, chciwości baby. 
Owoż tyle wad, i tysiące iunych, we wszystkich 
naszych dramatach z zapoznania tła historycznego, 
j z głównego błędu brania miłości za podstawę bu- 
dowy dramatu. I 


231
		

/0245.djvu

			I 
I 
I 
jl 
I 


232 
Pomówmy jeszcze nakoniec i o języku drama- 
tycznym. On wynika z tła, jakie nadajemy rzeczom 
opowiadanym, wynika ze sposobu, jakim je oddaje- 
my. Czem suknia dla aktora, tem język dla auto- 
ra; pierwszy jeżeli przedstawiając rolę jaką, musi 
się stosownie do wieku ubrać, drugi również stoso- 
wnie do wieku, dobierać język powinien. Nierozu- 
miemy przez lo, iżby przebrzmiałe a niestosowne 
wydobywał słowa z przebyłych czasów, ale poró- 
wnań, ale wyrażeń, przechodzących pojęcie owych 
wieków, niezaczepiać mu, nierozciągać mu uczuć 
nad okres, w jakim w ówczas działały. Szorstki 
wiek, szorstki język, -powiedzieliśmy wyżej i cią- 
gle powtarzać będziemy; zabobonny wiek, niech 
b,	
			

/0246.djvu

			233 


pHIrem autorilw urosną w olLrzymieh, karłowa- 
tych, szwedzkich, węgierskich, tatarskich lub za- 
morskich szatach, a wypłyną w nich miłe nam, bo 
staroświeckie, obyczaje, przesądy. Język nasz tak 
wysoko sit;'gnie jak pamięć, i będzie tą drabiną, na 
Jaórćj się niegdyś we śnie Jakób z aniołem mocował. 
Że taki język niel'Ozwinął się dotąd w dramacie 
naszym, niedziwna , bo szkolarstwo form, pocią- 
galo za sobą szkoJarstwo jezyka; że się rozwinie, 
mamy nadziejQ, gd-! nowe uważanie dramatyczno- 
ści wslqpi w aulorów, gdy ich większa miłość pra- 
wdy narocJowćj rozgrzeje. 
rćj nadziei pełni, pisaliśmy owe wstępne uwagi, 
CZQslo przygorzkie, ale jak się nicunosić, gdy idzie 
o lo, 
o nam jedynie zostalo? jak niekrzyczeć ,gdy 

więlohadzca zr'ywa z naszego ołtarza najpięknięj- 
sze wota, aby je przelać w subtelnc foremki cacek 
fi"ancuzkich? jak nieplakać, widząc przodków że- 
Jazne czyny i myśli wydwal'zane szczebiotem salo- 
nowym, rozmazanc tkliwością? 
Daj Loże! bym kicdyś zdoLyl się na więcćj niż na 
same żałoby naJ lą sztuką. 


l'isałclIl ,I. 31 sl,yc/.ni" IS3i. 


n, 11, 






-",="",- 


:20.
		

/0247.djvu

			' l i 
I I 
II 
II 


, 


u 
. I 


,- 


. 


.
		

/0248.djvu

			, , 
KROLE\\-łCZ ARRi\Ki\NSKI 


ł 


W GALICYI. 


,
		

/0249.djvu

			, 
 


'-'
		

/0250.djvu

			JitrÓltWicł 
rrn:1t4t1Jjlti 


w 	
			

/0251.djvu

			238 


sentymentalno-moralnego romansu jaki
j polski
j 
hrabinie, piszącej romanse po francuzku. a oraz 
wzjęty z wyższego stanowiska śmiało stanąć ohok 
awantur Dymitrów lub księcia Normandyi; zwła- 
szcza pod wymownćm piórem jakiego grubego me- 
cenasa, członka wielu towarzystw, co pod ową porę 
rej wodził rozumem w stolicy. Nieszczęściem! nasi 
wielcy uczeni ścigający Rrzymian i Greków, rzeczy 
codzienne zostawiali gazetom; z resztą, osza ńcowani 
sławą autorską, nabytą gdzieś in partibus injide- 
liwn, poumierali syci chwały, nic nicnapisawszy. 
Owoż w 1815 czy 16 roku -ostrzegam, że to 
ani romans, ani rozprawa, a mnićj jeszcze satyra 
w guście barona llrambeus - w świętą niedzielę, 
a czas hył wilgotny i zimny, wylmłliśmy się zwy- 
czajem wiejskim z całą kawalkadi! na mszę do lhry. 
Lubo w ogMe staropolski dom podczaszych poboż- 
ności przodków święcie przestrzegał, jednak ta 
filozoficzna uwaga: że pan bóg wszędzie a nawet 
i w domu, przeważała czasami, zwłaszcza, gdy dzień 
był słotny lub mroźny. U kobićttylko argument 
ten niezawsze popłacał: «Już wieki nicbyłyśmy 
w kościele; zły przykład dla ludzi;» a wreszcie, jak 
Kuba bogu....-tak bóg Kubie, kOltczył pan Pod-
		

/0252.djvu

			239 



szy, i kazał zaprzęgać, Lo wiedział, że to nie 
ucieczka do nieba, ale: w świat wycieczka, przewie- 
trzenie się, po nowinki polityczne, po drobne ko- 
meraże, po formę na nowy czepeczek, wreszcie po 
tysiączne na pozór drobiazgi, a w istocie ważne za- 
siłki do pogadanki na długie wieczory. 
Wąsaty nasz stangret, po trzykroć wypaliwszyz hi- 
eza, zatrzymał czwórkę w ogromnej kałuży przed 
samym kościołem. Już moim zwyczajem wyciąga- 
łcm z powozu ręce, czy jaki uprzejmy sąsiad nic 
porwie mię w swe ol
jęcia i niezaniesie na suche, 
co zwykle wykonywano względem dam i dzieci 
z całą wiejską galanteryą, kiedy jak na złość, ży- 
w.:go ducha nicbyło przy furcie. Z tego wnieśliśmy 
zaraz iż summa już się zaczęła. 
Do najlepszego w naszćj okolicy tonu należalu 
nicwchodzić wiclkiemi drzwiami, kędy się prostu- 
ta tłoczy, lecz przez zakrystyę, przed wielki ołtarz 
do uprzywilejowanych ławek. Nad spodziewaniejlIż 
zastaliśmy je zajęte przez grono różnych figur nic- 
uprzywilejowanych. Tu nastąpiły jakieś ekskuZ), 
dygania, usuwania się, tak iż kobiety pomieściły 
się jako tako, mężczyzni stali, ja z nimi. 
Płeć piękna modliła się swoim zwyczajem: gorą-
		

/0253.djvu

			I 
:
 
I 
I 


II' 


...< 


240 


co, z westchnieniem, zawracaniem ócz do nieba, to- 
jest pod sklepienie kościelne, i ze spuszczaniem ku 
ziemi to jest: na czepki, kapelusze, salopy, a nie. 
kiedy i na kawalerski wąsik jakiego gładysza.... no 
ktoż tam wie, ile w każdym pacierzu palimy ofiar 
niebu a ile ziemi?.... 
Ze wszystkich córek Adamowych jedna szczegól- 
niej zajmowała tam moją dziecięcą uwagę. Jej 
ogromny kapelusz niepewnego koloru, pod tym 
czepek, pod czepkiem piętrzaste loki, a dopiero 
coś zżó!kłego, zmiętego jak rękawiczka po ba'u, 
to twarz, a raczej jeden nos zaostrzony, groźny, ni- 
by przedmostowy szaniec. Pomiędzy tym szańcem 
a przylądkiem brody były jeszcze usta, podobnc 
do dwóch skorupek skojki, które zdawały się ma- 
chinalnie otwierać do szeptania nieskończonych 
pacierzy i nieskończonych komerażów. Jako gazeta 
urzędowa, pierwsza musiała wiedzićć co się gdzie 
stało na pięć mil do koła; w kościele nikt nieśmiał 
zasiąść jej ławki, na odpuście, processyi prółfz 
nićj celebranta pod bliki prowadzić, i nikt uprze- 
dzić ją w całowaniu patyny. Ostatni ten zaszczyt 
dowodził wielkiego j
j znaczenia li fary, nabytego 
sukienkami, fi,'ankami, świćczkami i podobnq 


..
		

/0254.djvu

			. 


2-11 
ołtarzową toaletą. Niespuszczając jej z oka, uważa- 
łem,jak pod koniec nabożcllstwa coraz większa nie- 
spokojność malowała się w jćj ruchach. To otwo- 
rzy, to zamknie swoje ogromne in quarto, to 
klęknie, to powstanie, to westchnie, to odkrząkni('. 
Czy jćj się zdało (jakaż myśl świętokradzka l), że 
ksiądz za długo mszę prawi? czy gdzie jakie zgor- 
szenie postrzegła? czy wreszcie ów bezpięty, co ty- 
lu świętych nakusił, nie zakloadł się czasami w po- 
bożne fałdy jćj wypłowiałćj salopy? Są to zapyta- 
nia na które niełatwo mi było wówczas odpowie- 
dzić. Uzbroiłem się tćż w cierpliwość, i czekałem 
rozwiązania. Jakoż, ledwie ksiądz zagrzmiał swojc 
ostatnie: lic missa esl l.... dewotka, wysunąwszy 
się z ławki, i (o zgl"OZO !) nawet bez zwykłych po- 
kłonów przed wielkim ołtarzem, potoczyła się kulą 
ku nasz
i stl'onie. 
- Witam, witam kocllaną podczaszynę! 
- Witam kochaną pannę starościankę !.... 
Ach zapomniałem powiedzieć: dewotka nasza 
hyła zwierciadłcm czystości panie)lski
j. 
-Kopę lat my się niewidzicli. 
-A jcdnak starościania zawsze ślicznic wygląda.. 
--Och gilzie tam! kłopOI.y, zgryzoty, skOllczenic 
:H
		

/0255.djvu

			212 


I 


wi ata !... Przecież, co tam u was słychać nowego?... 
-Zawszejcdno: stara bićda. 
-Ale przy tej bićdzic, czy doprawdy, niceścic 
niesłyszeli ? 
-Niewierny o bożym świecie I 
-Ach parafianki, parafianki I Tylko sekret, sc- 
I..l'et moje panie I to rzecz niemałćj wagi. 
-.Jeszczeż niewierny o co chodzi, moja staro- 
ścianiu ! 
-Cierpliwości, cierpliwościjc,len momenciczek. 
Tu odskoczyła od ławki, jakby ją kto za drucik 
pociągnął, i jednym susem ubiegła stolnikowI< 
w pocałowaniu patyny; a wracając z tryumfem: 
-.-1 propos! na czemże skończyłam ?.. 
-Jeszcześ starościaniu nic niezaczęła. 
-Prawda; ależbo to sekrct, rzecz polityczna, o 
tern nikt nicwie.... 
-Starościaniu, wprowadzasz nas Iylko w cieka- 
wość.... 


II 


-KicdYL mi nicdajccie dokOlicz,p':; przybliż- 
cież się.... 
Tak mężczyźni, jak kohiclJ, jedne przez cieka- 
wość, drudzy radzi z pola do żartów, otoczyli ,ją 
kotem. Starościanka odsapnąwszy tak zaczęła:
		

/0256.djvu

			213 


-Trzeba pmistwu wiedzieć, że dziś przypada ro- 
cznica urodzin nieboszczki mojej babki, chorążyny 
Lmcławskiej (niniejsza data sięgała pierwszego Sa- 
sa); na tę intencyQ uprosiłam księdza wikarego, aby 
miał śpiewaną wotywę. Pobudziwszy moich ludzi 
dobrze do świtu, kazałam czemprędzćj do kolaski 
zakładać. Wyjeżdżamy: do koła ciemno i głucho; 
konie idąjak w pługu; mój Grześ drzemie,ja mówię 
różaniec.... gdy wtćm cóś okropnie uderzy o naszą 
kolaskę. Grzcś z przestrachu spadł z kozła; ja na 
odwagę zaczynam: Pod twoją obronr.... a nabraw- 
szy jćj po chwili, zapyLam: wszelki duch! ?... Ej 
ja nieduch, ozwie się Cóś jęczącym głosem, ale 
Wojtek, kuchta pani szambelanow':j, jadę do mia- 
sta.... bodaj was licho! takieście tu stanęli, żem 
omackiem wjechał, i nos sobie rozbił.-Towypro- 
wadziło mię z błędu, a Grzcśka z pod kolaski. Nie- 
mając już wieki nic od szambclanowćj, niezmier- 
niem rada była temu spotkaniu. Gadu, gadu, 
wypytuję go o to i o OWU; czy która panna za- 
mąż nie idzie, czy mają gości?- O, i jakich go- 
ści 1- Gadajże mi. - Ale filut, bądź poznał mo- 
ją ciekawosć, bądź chciał cóś uskubnąć, milczał 
jak zaklęty. Niebyło ratunku, jak wściubić mu
		

/0257.djvu

			2,14 
kilka llyJków i o dotrzymaniu Sckr-elu zapewnić... 

łuchacze uśmiech liwie pojrzeli po sobie, lecz 
stal'Ościanka w zapale opowiadania ciągnęła dalej: 
Po niejakiem wahaniu się, skmpułach, które 
musiałam wybić mu z głowy, szeptnął mi nakoniec 
do ucha, iż u nich wc dworze jest coś wielkiego, 
podobno król indyjski.... Czy do ciebie co przystą- 
piło Wojtku? powiadam. Ale on jak zaczął się 
przysięgać, palce składać; że pl'zed tygodniem_ 
wystawcież sobie pmistwo, przed tygodniem, a ja 
dotąd nic niewiedziałam l-że przed tygodniem, 
pod czas nocy, a hyła straszna zawierucha, jakiś 
podróżny, w chłopskićj sukmanie, zaszedł do dwo- 
ru, cały drzący od zimna, i żądał mówić z samą 
panią. Szambelanowa myślała zrazu, że tu jaki pol- 
ski żołnierz wracający z nicwoli moskicwskiej, i 
wszyscy wybiegli do niego; ale on niemówił na- 
szymjęzykiem tylko fl'ancuzkilll, i przyznał się pod 
sehetem, że jest krół indyjski, że hylc napisał do 
TUI'lm, to mu i wojsko przyszłe i skarbow co zechce... 
'starościanka, skończywszy swoją legendę, rzc- 
kla z tryumfem: 
-Decydujcież teraz państwo o cał
j tej sprawie, 
moja rzecz już skOliczona.
		

/0258.djvu

			245 


I 


Nastało milczenie, bo nikt nicŚmiał pIerwszy 
wyrwać się ze zdaniem; aż dopiero jowijalny po- 
rucznik, podkręciwszy wąsik i z ukosa miel'ząc sta- 
ściankę, rzeknie sylabizując po zgłosce:-widać że 
'V ojlCk szpakami karmiony, i że ma talent do 
komponowania romansów. 
-A najbal'dzićj, że zna sposób na dydki pan- 
ny starościanki, natrąci brzuchaty dzierlawca, 
-Nieżartujcież sobie pallstwo; w lćm wszy- 
stkićm może być i cokolwiek prawdy, rzekuie 8tol- 
Ilikowa , widząc jak od gniewu pyrzyła się twarz 
.Icwotki. 
-Cokolwiek? pozwolisz moja pani, ja się plo- 
tkami nicbawię. 'Vreszcie tu nie miejsce rozpoczy- 
nać sejmiki. Na cmentarz! na cmentarz! do p\'O- 
boszcza! wszędzie wam st3nQ. I już zabierała się wy- 
gaóiać tych przekupniów z kościoła, kicdy szlach- 
ta, widząc że to nie przdćwki, wyniosła się przez 
zakrystyę. Kobićly trącały się i chichotały, mężczy- 
zni bufonowali, a starościankd szła na czele jak 
prorok, mający cud okazać niewiernemu ludowi. 
KieJy tak się zbliżają ku mieszkaniu proboszcza, 
z.\cl1o(lzi im drogę chudy i długi Icek, zawołany 
kupiec na zboie, jCllnym się kł.miajilf) głową, dm- 
21. 


I 
ł
		

/0259.djvu

			21G 
gim głową i czapką, trzecim głową, czapką ija- 
nmlką; a róŻnica, jaką rohił w swem przywita- 
niu, była najwiemit;jszym barometr'cm bilansowym 
szlacllly okolicznćj. Ależ bo ten Icek hył dla nićj 
wszystkiem: on wyprawiał piękne damy na karna- 
wał-, on kojarzył rozkochane pary, on dostarczał 
czem szumić w kontrakty, on stroił, on woził, on 
mógł postawić na nogi, on z torbami wyprawić. 
lcek, to dł'Uga opatrzność; on wic ile masz, ile 
się spodziewasz mieć; on zawoJany polityk, choć 
nieczytuje gazet: przcpowiada wojnę, pokój, za- 
wicI'a i Jamie traktaty; i nicwicrzyćże tu lekowi? 
-Otoż i nasz pan Icek! jesli on niewić , to nikt 
niewie, zawoła brzuchaty dzierżawca posuwając 
ku niemu. 
-Gadaj nam leku, gadaj nam Icusiu! pOWtó- 
rzyło chórem zgromadzenie. 
Sama nawet starościanka, tak mało w tćj mierze 
okazała miłości własnej; tak umiała ocenić wyższość 
!>wego rywala, iż, zatrzymawszy się WI'3Z z dł'Ugimi , 
inkwizytorskim zagadnęła toncm: 
-Mów, co widziałeś? daj świadectwo prawdzie!.. 
-Nu, co mowić? co świadczyć? 

 Widziałeś jakiego króla u p. szambclanowćj?
		

/0260.djvu

			241 


I 
t 


-.Ja tam szabasował. 
-A więc jest? a więc to nie bajka? 
-Jest tam jakiś pan, młody, ładny.... pani się 
cieszy że to królewicz i panny się cieszą; ale mnie 
co z tego przyjdzie ?... 
-Słyszeliście? wygrałam!... wstydźcież się te- 
raz niewierni Tomasze. 
- Wierzymy, wierzymy tak, jak Icek wierzy;.... 
jest ktoś, ale czy królewicz? 
-Może oszust jaki? 
-Może szpieg? 
-A cóż by tu wyszpiegował? 
-Czy tu mało myślicie, napoleo
skich du- 
chów? rzeknie stolnik oglądając się trwożliwie. 
-A może to i sam Napoleon.... natrąci sędzia, 
zdziwiony, że wpadł na to odkrycie. 
-Djabeł niespi; jeżeli gdzie w Moskwie ukry- 
wał się do tego czasu.... 
-Przecież gazety pisały.... 
-Gazety, gazety! przerwie sędzia z politowa- 
niem, za grosz w nich pmwdy niema! to polityka: 
Francuzi, niechcąc się wydać że stracili cesarza, 
może kogo przebmli , i ten udawał... 
-Bądż cobądź, Napoleon ezy krÓlewicz indyjski,
		

/0261.djvu

			, I 
!, I 


li 


:- 
I 


. 


248 


czy jaki inny książe udzielny, przyznacie mi sąsie- 
dzi, że szambelanowa nieżle na tern wyjść może. 
-Ożeni go z którą córką. 
-Poprawi sobie interesa. 
Icek pokJ-ęcił głową, a przybliżając się do brzu- 
cha tego dzierżawcy: a mnie się widLi, że prędzćj 
poprawi interesa kJ-ólewicza, bo już a conto jego 
królestwa wyliczyłem kilkaset dukat()w. 
-Ale hipoteka zawsze na majątku szambela- 
nowćj ? 
-Zapewne; alboż ja wiem gdzie jego królestwa 
szukać? 
\V podobnej treści wciąż się toczyła rozmowa, 
choć już całe towarzystwo napełniło szczupłe iLbet- 
ki księdza proboszcza, którego także wezwano do 
rady; ale zapał pogadanki wzm(Igł się naj ba r'dzićj , 
gdy pleban wyciągnął z pod stolika par'ę flasz wę- 
grzyna i smaczną przekąskę zastawił. Tu się dopie: 
ro rozbujały dowcipy, i wylały serca. Jakie plany! 
jakie zamiary! Ten radzi z całą polską wspaniało- 
myślnością, aby zawiązać konfederacyę, szlachtę 
na koń wsadzić i królcwiczowi zdobyć stracone 
królestwo; ów, spokojniejszego spusobu myślenia, 
proponuje go na h()!a Galicyi. Kobiety zudroszczą 
.
		

/0262.djvu

			219 
pel'l
ł i szalów, jakie zapewne z Indyj nadpłyną; 
panny, że która szambelanÓwna zostanie sułLanką. 
Starościanka tylko niemoie sobie dać rady, i od 
jednego do drugiego biega, a pyta, czy szambela- 
nowa duszy nie zgubi, że w dom przyjęła pogani- 
na. Proboszcz zapewnia, że go będzie można na- 
wrócić. Dewotka w części już na siebie tę missyę 
przyjmuje. Zgoła, śród tego gwaru nasłuchać się 
było tysiącznych anegdot, konceptów; i jeśli to 
prawda, że wino rodzi dowcip, tedy tu było prze- 
ciwnie: dowcip rodził wino; bo szlachta tak zrę- 
cznie podbijała proboszczowi bębenka, iż tomik po 
tomiku ciągnął z swej dobrze :zaopatrzonćj biblio- 
teczki. 
Pierwsze te doniesienia przez Kronikę skanda- 
liczną i statek parowy polski, tojest: przez dewot- 
kę i żyda, czas stwierdził co do joty, z dodatkiem 
niektórych sprostowań i objaśnień. Koniec końców, 
nieznajomy ów, co się tak romansowie pojawił w do- 
mu szambelanowej , był ni mniej, ni więcej, jak 
królewicz arrakański. Wybornie l ależ każdy zapy- 
tywał, co tego nowego Telemaka zagnało z nad 
roskosznych brzegów lrawaddy, z pod złotych da- 
chów Ummerapury, pomiQdzy hrcczkosiejną szlach-
		

/0263.djvu

			" 


250 


tę, w głuchy zakąt Galicyi? Rzecz tak się mIa- 
ła: przynajmnićj Jego królewiczowska Mość utrzy- 
mywał (a wierny, iż na wschodzie opozycyi nielu- 
hią, więc zgoda l), iż gdy pott;ga wielkiego Napo- 
leona doszła do zlotych uszów kr'óla Birmanów, 
czyli monar'chy o zlotyc/t nogach (zapewne nie 
zhyt zadowolonego z sąsiedztwa JolmBulla), tedy 
uradzono, ahy na nauczkę do małego kaprala 
posłać jednego z synów królewskich. Wybór padł 
na naszego kr-ólewicza. Siada na okr-t;'t, pr'Zy- 
hywa do Paryża, zaciąga się do głównego szta- 
bu, i maszeruje z wyprawą 1812 roku. Możemy 
sohie wyohrazić, jaką niespodziankę wyprawił Na- 
poleon Indyaninowi, nieznającemu innego wiatm 
prócz miłego chłodu sprawianego wiewaniem wa- 
chlarzy, innego mrozu pr'ócz w czarze szer'hetu; 
luho ta, niehyła mniejszą od owćj , jakiej sam do- 
znał ogrzewając się PI'ZY kominku palącej się Mo- 
skwy. Nauczka drogo kosztowała; ale eóż rohić! 
potrzeha, mislrz wyśmienity: królewicz tak się wy- 
ćwiczył chodzić po śniegu, tak dohrze spijać kwas 
i gorzałkę, żehyś go wzjął za rodowitego Sławiani- 
na. Niemało musiał się tel nahłąkać nim go pr'ze- 
zl1aczenia aż do nas pr'zygnały. SZ:Jmhelanowa 


.
		

/0264.djvu

			251 


szczerze zajęła się losem młodzieńca. Głoszono iż 
we Lwowie gubernator i pierwsze matadory uprzej- 
mie go przyjęły. Wydawano dlań obiady, zabawy; 
magnaci nieszczędzili ofiar, a kobiety nazywały go 
bardzo zajmującym młodzieńcem. Pisano na dr'o- 
dze dyplomatycznej do Jass, do Stambułu. Niewia- 
domo, co tam odpowiedziano; to pewna, iż przy- 
słano dwóch Arnautów i Ormianina tłumacza, (lla 
pełnienia służby honorowćj przy królewiczu, kliwy, 
nad wszystkie wielkości (poczciwe jakieś dziecko!) 
pr'zekładał wiejską zaciszę szambelanowćj. Dziwne 
też podania krążyły w okolicy o skarbach, jakie 
mu z Indyj przychodzą: tyle a tyle sztab złota, 
tyle srebra; a co dyamentów, pereł, szalów, tegoby 
i na wołowćj skĆlrze niespisał. O hojności jego 
z większą jeszcze mĆlwiono zawiścią. Szambelano- 
wa miała sobie obiecane (nieszczęśliwy wyraz ile- 
kr'oć mowa o podarunkach) ogromne kolce, na- 
szyjnik z solilerów i parę bl'Ył złota; każda c{wka 
pereł, tyfL,yków bez liku; kaźd,y z domowych za naj- 
mniejszą posługę, dość aby się schylił, jak Kata- 
rzyna w Polsce, a mógł garściami zbićrać złoto, 
kLóre krMewicz l"oLl"zucał-w nadziei. 
Przybycie Arnaulów i sl'kn:tar'LiI pokonało naj-
		

/0265.djvu

			I 


l, 


.I 


2,)2 


zagorzalszych niedowiarków. Rząd :mstryacki, tak 
rozumowano, podejr'zliwy i niepochopny do po- 
pierania ur-ojeń jakiego samozwańca, niebyłby go 
protegował bez przekonania się; hospodar niebył- 
by pr'zysłał orszaku; wreszcie, szambelanowa z ma- 
jąteczkiem szlacheckim, i to jeszcze zaszarganym, 
niezaginałaby paI'Olu, bez pewności, że skarbiec 
indyjski, a nie piękne oczy królewicza, to wszyslko 
pOWI'ÓCą. Mimo jednak wniosków tak jasnych, było 
w naszćj szlachcie cóś takiego, że jakby na teatrze 
mogła razem i płakać i śmiać się, wierzyć i nie- 
wierzyć. Najprościejsi, najmnićj bywalcy w świecie 
jeździli wprawdzie oglądać to królewskie cudo, 
dziwić się Turkom, tytułom, herbom, całemu te- 
mu ustępowi z Tysiąca nocy, ale z oczu ich, ktllre 
na wszyslko szeroko się otwieraly, zer'kała jakaś 
myśl ukryta, inslynktowa, niby sh'ażnik miłości 
własn
j, niby podziemna droga do odwr-otu , w ra- 
zie, gdyby przyszło, jak mówią: na dudka się wy- 
strychną(:. Uczeńsi, światowsi , łatwićj tym blaskiem 
olśnęli; powieści królewicza jak raz się zgadzały 
z ich wiadomościami o Indyach; wreszcie naby- 
to pewności, że przy szlabie Napoleona był jakiś 
królewicz arrakar\ski, i że zginął; mógł niezginąć ,
		

/0266.djvu

			253 


a więc to on sam, nie kto inny. Co do mnie, tak 
miałem nabitą głowę tćm wszyslkićm, iż niczego 
goręcej nicpr'agnąłem jak oglądać tego rzadkiego 
Plaka. Jeden z dowcipnych pisar'zy francuskich 
ulr'zymywał: że, gdyby o sto mil zdarzyło się coś 
fantastycznego (w guście Hoffmana lub Jean Paula), 
niechybnieby tam poleciał; tak i ja, o sto mil był- 
bym szukał mego f:mtaslycznego królewicza. Bo 
też dziwnie ustroiła go moja wyobr'aźnia! Widzia- 
łem go już na tronie, w sZdcic kapiącej złotem, jak 
króla Salomona; już na miękkićj solie w jedwa- 
biach i muślinach, żującego bClel, i wpół spiącem 
okiem przypalnrjącego się pląsającym baj2derom. 
Pan podczaszy ciągle w dmdze, podczaszyna w do- 
mowych kłopotach; wszyslko to pl'zeszlmdzało, iż 
dotąd niemogli złożyć hołdu dostojnemu gościo- 
wi; dopiero traf szczęśliwy ziścił najgorętsze z mo- 
ich życzeń ówczesnych. 
W sąsiedztwo podczaszych zjeźdżał czasami do 
dóbr swoich pewien hrabia, bardzo m
l.ięlny, wy- 
soko położony u dworu, część życia pr'zepędzając.)' 
na dworze, duszą i ciałem oddany dworowi, gdzie 
za swoje zasługi, odebrał ok,,, ite łaski: 0pl'Óez 
bowiem lylułu hl'abicgo, wpmwdzic doIII'zc za- 


2:!
		

/0267.djvu

			254 


li 


płaconego jak na owe ciężkie czasy, ozdobiony był 
orderem, kluczem szambelańskim, dygnitarstwem 
kOI'Onnem i tytułem excellencyi. Pojawienie się 
takiej fiugry musiało elektryzować nowem życiem 
całe sąsiedztwo: wizyty po wizytach, obiady, wie- 
czory tańcujące i nietańcujące , polowania i tym 
podobne I'Ozrywki, dowodziły, że hrabia dość był 
popularny, a nawet ugr'zeczniony do uniżenia, by- 
leś mu dwÓch rzeczy nieskllpił : w mowie potocznej 
gęstego tytułu: excellencya, i cierpliwćj uwagi, 
kiedy ci prawa o swoim cesar'zu, o znaczeniu na 
dworze, o swoich przodkach i o wszystkich wiel- 
kich ludziach, napełniających przedpokoje wie- 
fleńskiego Burgu. Byłteżto w calem rozumieniu 
typ moralny magnata galicyjskiego: ojczyzny ża- 
dnej; wiary politycznćj: po bogu cesarz; dążności: 
ordery i tytuły; do tego tyle nauki, ile nabywa 
panicz każący skakać przez kij mentorowi swemu; 
a próżności, a zarozumienia, więcćj nil wszystkie- 
go. Dla uzupełnienia tćj charakterystyki dodaj ton, 
ułożenie i grymasy francuzkiego markiza, tępe po- 
jęcie, zasady i sposÓb rozumowania wićdeńskiego 
hofrata; w potocznćj zaś pogadance najwięcej je- 
śli (;i przypominał ktilrego z pokojowcilw Stanisła-
		

/0268.djvu

			2,j,j 


ł 


wa Augusta, a to, gdy z dokładnością kalcndarza 
de GOl/w wyliczał wszystkie koneksye i par'antele 
znakomitych książęcych i hrabskich domów. 
Z tego szkicu naszego magnata wnieść łatwo, 
jakie wrażcnie spr'awiła na nim pogłoska o zjawie- 
niu się królewicza. Dewotka hyła pier'WSZI! co mu 
wprost zwiastowała tQ nowinę, zajechawszy mu 
drogę w jednćj karczemce, gdzie pr'zez dobre trzy 
godziny rccytowała swój pamiętnik ze wszyslkiemi 
przypiskami, komentarzami, indeksami. Hrabia, 
mający niektóre względem jej płci uprzedzenia, 
niccałkiem wier'zył gadaninie kobiety, i dopićl'o się 
upewnił, gdy jeden z wiarogodnych sąsiadów przy- 
jechał i całą rzecz potwierdził. 
-Dziwnych dowiaduję się nowin! nieustannie 
powtarzał hrabia. Na wyjezdnym widziałem się 
zNajjaśniejszym P,1nem, i ten mi nic o tem nic- 
wspomniał; także na ważnej gabinetowej konfe- 
rencyi względem ustanowienia mundur'ów dla sta- 
nów galicyjskich, gdzie milj wniosek o zachowaniu 
nal'Odowych sztadskbjdów i harcapów spełzł na ni- 
czem, przez podstępjeclnego sfrancuziałego człon- 
ka konferencyi, przcdmiot tak ogromnćj wagi, jak 
zjawienie się krwi panującćj w naszej pl'Owineyi 
 


rI
		

/0269.djvu

			2'>6 


niebył roztrząsany. Dziwne, dziwne rzeczy! ale do- 
myślam się: Najjaśniejszy Pan chciał mi tę siurpryzę 
wyprawić, wiedząc, że się .10 moich dóbr "'ybie- 
ram.... O wspaniałomyślny monarcha 1... 
Królewicz arTakański , to nie bajka; królewicz 
tak bliski sąsiad; królewicz protegowany przez 
dWOI'y; królewicz, co ma dwilr, co może tworzyć 
pazii)\v, szambelanów, paszów, książąt, wezyriJw!... 
Taki ogr'om majestatu niemógł się pomieścić w głó- 
wie hrabiego; dostawał gorączki, marzył, gryzł 
się, niepokoił; a nuż go klo w łaskach ubiegnie, 
order', lub paszalik uchwyci ?... Po kilku nocach 
bezsennych, po radzie nieustającej znajzaufańszych 
dworzan i sąsiadów, stanęło na tćm: iż wielka, ce- 
remonialna wizyla została uchwaloną. Żeby w ni- 
czem nieobrazić zwyczajilw wschodnich, radzono 
się w tej mier'ze rozmaitych podr'óży, Lecz ileżto 
w naszym ubogim kraju niedoslawało do wykona- 
nia tylu pięknych pomyslów! Zaraz na wstępie, 
excellencya uważający się w stopniu najwyższćj 
klasy mandaryna, powinien był gwałtem jechać na 
słoniu, a przynajmnićj na grzbiecie swoich nie- 
wolników. Nieszczęściem menażeryi niebyło nigdzie 
blisko, a niewoluików.... cóż po tem! Hrabia nie-
		

/0270.djvu

			. 


':2,)7 
chciał kłaść zdrowej głowy pod ewanidię i nle- 
zgrahnym chamom powierzać delikatnych swych 
członków. Tarantowatej i ar'cy spokojnćj klaczce 
dostał siQ honor' zastąpić szlachetnego żwierza, co 
nosił na swoim grzbiecie bogów Mahabar-aty. 
Nadszedł nar'eszcie ów dzień i lu'abiego i mnie 
uszczęśliwiający. Podczaszyna z swoją koteryą, ma- 
jąca towar'zyszyć hrabiemu, poświęciła cały ranek 
wielkićj toalecie, wszystko było w ruchu, w Ocze- 
kiwaniu. Nakonice okolo jedenasl
j, przybyty galo- 
pem pr'zcdnie czaty orszaku ambasady, a za kilka 
chwil i sam ambasador. Trafem osobliwym, kobiety, 
które zaWSze każą na siebie czekać, ilehoć wy- 
jeżdżają na bal lub z wizytą, lą razą były gotowe; 
co więcej: każda już trzymala swoje I'f,'kawiczki, 
chusteczki, woreczki; przedmioty, za któr'Ćmi po 
wyjeździe z domu wr'acać lub posylać nrykly. Za- 
szły powozy, - nastąpiło ł'Ozpor'ziłdzenie orszaku. 
J.iberya lu'abioska we frakach sarniego koloru, z S'a- 
lonami, w stosowanych kapeluszach, powsadzana 
na konie, twOI'zyła cZQŚć naj liczniejszą kawalka- 
dy, i rozdzielona na dwie połowy, z mar'szalkiem 
dworu na czele, otwierała i zamykała pochód. Koło 
powozów, stanowiących glówny kor'pus, harcowali 


",> 
-
.
		

/0271.djvu

			2:;S 


na swoich podjczdkach, niLy attaches ił l'ambas- 
sade, młoJzi kawalerowie z sąsiedzlwa. Rumak 
hrahiego szedł luzem pod czerwonym tyftykiem; 
sam buwiem pan, niewielki amator szluki Franko- 
niego , wsiadł do powozu z podczaszyną, gdzie i ja 
hyłem. 
Tu dopiero mógłem z ca!ą spok
iną uwagą 
przypatrzyć się galowemu strojowi hrabiego. Wło- 
sy z węgiel'ska wlył podczesane, pokrywał lekki 
śnieg pud rowy , z otworu długi(U kamizoli srożyły 
się kal'bowane żaboly, między klórćmi, olulony , 
jak lalka w piel
lszkach, miękko leżał sobie or- 
der ś. Leopolda. Taka była główka i gardziołek na- 
szego sokoła; piórka zaś jego skrzydełek wyobra- 
żał szladsklajd zielonćj barwy, szeroko złotym bra- 
mowany haftem; z tylu klucz szambelański, z bo- 
ku trójgraniasta szpadka. Nóżki jego -hrabia dłu- 
go tłumaczył podczaszynie nieobeznanćj z elykietą 
dworu, dla czego niewzjął jedwabnych pończoch 
i trzewików z dużćmi klamrami, ale bóciki o sZlyl- 
pach do króeiulkich białych z fontaziami plu- 
derek; i skOllczył na tern: "Królewicz niema jesz- 
cze właściwego dworu, jest moim przYI)adkowym 
sąsia!lcm; a ja na swoich dobrach czyż nie jestem
		

/0272.djvu

			2.j9 
małym krillikiem? U, z panami trzeba umieć ton 
zachować! Dobrze mówił nieboszczyk Radziwiłł: 
krill sobie królem w Warszawie a ja w Nieświeżu.» 
Zresztą, przez ciąg dwugodzinnej podróży, hra
 
bia przeciw swemu zwyczajowi, niewiele co mówił; 
widać, że natłok myśli warzył się w jego głowie, 
bo wargi mimowolnie eoś szeptały, zapewne gład- 
ko ułożony komplement; oczy uśmiechały się, za- 
pewne do łaskawej odpowiedzi. Ależ niekiedy i 
tajemna troska marszczyła mu brwi i osiadała 
w fałdach czoła, a glowa, w tył rzucona, zdradza- 
ła obrażoną dum",. 
, -Jak sądzisz kochana podczaszyno, zagadnął 
hrabia w chwili takiego napadu, czy też krillewicz 
potrafi mię przyjąć z całą przyzwoitością? 
-Mości hrabio! O tern ani wątpić. 
-Może nicznajomość ctykiety? 
-Wszakże przebywał, jak głoszą, na dworze 
cesarza francuzkicgo. 
-W samej rzeczy; ale taki to i dwór, z nowo- 
kreowanych książąt i hrabiów! Clitośna pogarda 
malowała się w lwarzy hrabiego); atoli królewicz 
l'y le musiał prz'ynajmnićj skorzystać, że się pozna 
na majćm dOSlojclislwie, i że occni...
		

/0273.djvu

			260 
-Choćby co chybił, szambelanowa uwazn,pn 
go uczyni. 
-Szambelanowa! co za myśl szczęśliwa! Pamię- 
taj podczaszyno ,-tu ujął ją za rękę - pamiętaj 
z daleka napomknąć coś o moich zasługach, życze- 
niach.... 
-Królewicz we wszystkićm idzie za jćj radą. 
- Wybornie! gdyby tak mniej więećj jakiś ty- 
tuł, order.... pojmujesz mię kochana podczaszyno? 
-Nic łatwiejszego jąk ją na ten pomysł napro- 
wadzić. 
-Droga przyjaciólko! do śmierci !... Tu ścisnął 
serdecznie jćj rękę, zatarł dłonie, uśmiechnął się, 
a wyjrzawszy przez okno, kazał stanąć całemu 
orszakowi, albowiem byliśmy już na wjcździe do re- 
zydencyonalnego zamku królewicza. 
Hrabiemu poddano klaczkę i trójgraniasty ka- 
pelusz; świta otoezyla go kołem dla odebrania 
ostatecznych roskazów. 'Vypadlo, aby powozy sta- 
nowiły awangardę. Niebawem też wjechaliśmy na 
dziedziniec śród rzęsistych wysLrzał{Jw Licza. Na 
nasz widok rozległ się po calćm zabudowaniu sto- 
krotny odgłos: Goście jadą! goście jadą! i, jak 
stado kurcząt sploszonych IWZCZ kanię, i tam i sam
		

/0274.djvu

			261 


I' 


na złamanie karku pędzą lokaje, kuchciki i cały 
seraj garderoby. 
Na ganek wywoIana tym krzykiem, wybiegła 
sama pani i córki, poprawujące jeszcze swoje loki, 
swoje krezy, i witające nas dygami, komplementa- 
mi, ucałowaniami. 
-A Jego Excellency'aP a Jego ExcellencyaP 
pytano niecierpliwie. 
-Przybywa całym dworem. 
-Należy uprzedzić królewicza. 
Tu gospodyni ohrociła się szukając kogoś: Moś- 
ci sekrClarzu l-na jej wezwanie zbliżył się jakiś 
pękaty, oliwkowatej cery, ogromnego nosa, i czar- 
nych wełnistych włosów mężczyzna-Trzeba uprze- 
dzić Jego Królewiczowską Mośc, iż Jego Excellen- 
cyn przybywa złożyć mu wizytę audiencyonalną. 
Służę państwu! służę palistwu ! 
Weszliśmy tedy do salonu; wzrok mój ciekawie 
szukał owych niskich sof z miękkićmi wezgłowiami, 
owych perskich dywanów; nic tego niebyło. Gnie- 
wała mię, lubo sam niewiedziałem dla czego, ta 
nieharmonia miejsca z osobą. Królewicz, pomyśla- 
łem, odzwyczaił się gdzieś od obyczajiJw wschodu, 
kiedy z wyciągniętcmi nogami może siedzić na na- 


,
		

/0275.djvu

			{i
 


szych krzesełkach. Bywajcie zdł'owc sny moje! uic 
ja tu podobno lepszego niezobaczę nad to, co wi- 
dzę co dnia. Lecz w tćj chwili otwar-ły się podwoje: 
tlwóch sążnistych Arnautów weszło i stanęlo przy 
drzwiach. Kaftany ich z złotogłowu, zawoje, pasy, 
a za tćmi kindżały i pislole
y nabijane śrcbrem, 
do tego gęste brody, twarze ogorzałe i wzrok jak 
ostrze kindżałów, sprawiły na mnie wrażenie po- 
dziwu zmięszanego z przestrachem. 
Ach! pomyślałem, obchodząc ich do koła i mie- 
rząc od stóp do głów, więc się już zaczyna moja 
powieść wschodnia; jeśli tacy pachołcy, jakiż pan 
być musi?! 
Milczenie zachowywane w całćm gronie, dowo- 
dziło, z jakiem natężeniem ciekawości oczekiwano 
człowieka będącego przedmiolem tylu rozmów, 
uwag, wniosków, nadziei, i widoków w eałćj okoli- 
cy; widać, że królewicz rachujący niemało na efekl, 
chciał widzów wytrzymać, albo przynajmni(\j dopie- 
ro z przybyciem hrabiego się pojawić. Szczęściem na 
dziedzińcu usłyszeliśmy tętent galopującej jazdy. 
« Excellencya! Excellencya przybywa!» Niebawem 
weszła szambelan owa , prowadząc się pod boki z na- 
szym magnatem, stąpającym z uroczystą powagą;
		

/0276.djvu

			263 


J 


a za nimi z trzaskiem praskiem, z brzQkiem ostróg, 
skomleniem chartów i suwaniem ukłonów, człon- 
kowie ambasady i świta wtłoczyli się do pokoju. 
'V oka mgnieniu wszystko się ugrupowało, jakhy 
mistrz ceremonii szykował; znowu nastała cisza, i 
tylko w głębszym tłumie, między tak zwanym sza- 
rym końcem, biegało szeptanie: A gdzie królewicz? 
pokażcie mi go? jakże wygląda? czy to ten z brodą 
i wąsami eo przy drzwiach stoi? - Niewątpię iż 
tam połowa była takich, którzy to poczytywali za 
farsę, za szarlatanię; a jednak nikt żartować nie- 
śmiał ze swego pociesznego położenia; ho jeśli 
wiara jednych l1ieudzieliła się drugim, tedy cieka- 
wość równie była rozdzieloną. Tytułem moim, 
dziecka, któremu wszystko wolno, wcisnąłem gło- 
wę pomiędzy hrabiego i podczaszynę, i z biciem 
serca czekałem, kiedy siQ te carskie-wrota olworzą, 
kiedy mi się okai.e w głębi (IW tron złoty, owe pel'- 
ły idyamenty, hez kli,rych niepojmowałem króla. 
Alić razem zadzwoni klamka; i\rnauci się wypr,)- 
stowali, i wszedł sekretarz, oznajmując Jego Króle- 
wiczowską Mość Królewicza art"akaliskiego, i tuż za 
nim pokazał się słuszny, cienki, z czarnćmi oczmi, 
kwill1ącemi jagodami, dw{,dzi{'Slokilkoletni męż- 


"
		

/0277.djvu

			I 
I 


261 


. 


czyzna ; ubior jego konwencyonalny, czarny. Gdzież 
ta pompa, gdzie te szaty, w których wyobmżałem 
sobie potężnego syna wschodu? ! Było to pierwsze 
z moich straconych urojCli o wielkich ludziach; 
mniej jednak boleśne, jak tyle innych, gdzie uczu- 
cia nie suknia zawiodły. Zbity z terminu, oboję- 
tniej patrzałem na dalsze sceny. Dziecię, od zmy- 
słów tJlko żądałem pokarmu, kiedy dla badacza 
naj rozmaitszych odcieni charaktcrów, okwity płon 
tam dostarczała owa szlachta między młotem a ko- 
wadłem; ów królewicz - zagadka; owa szambe- 
lanowa trzymająca jćj węzeł. 
ArrakańczJk, po dość niezgrabnym na Euro- 
pejczyka, niezłym na Indyanina ukłonie, niedbalc 
rzucił się na kanapę, dając znak obecnym, aby toż 
samo uczynili, a hrabiemu wskazał miejsce obok 
siebie, które też zajął, ale tak nieśmiele skorzystat 
z tego pozwolenia, iż tylko jednym boczkiem przy- 
czepił się kanapy, nogi i szpadkę wziął pod siebię, 
a twarz i żaboty z wielką atcncyą naprzód wychylił. 
-Wasza Królewiczowska Mość, zacznie hrabia 
zginając się we dwoje, przyjmiesz hołd powitania 
w imieniu monarchy mego, i obywatelstwa.... 
Królewicz się uśmicclmął i podziękował.
		

/0278.djvu

			265 


- 'Vasza K. M. zechcesz rozrządzać nami jak mu 
się podoba. Naszc majątki, nasze osoby, są na Jego 
zawołanie.... 
Królewicz ścisnął rękę hrabiemu z wyrazem 
wdzięczności; a między szlachtą szmer powstał: 
-Upadam do nóg, na to się niepiszę I bąknął 
brzuchaly szlachcic do obok stojącego. 
-I ja nie I powtórzyło kilku; niby chór w grec- 
kiej trajedyi. 
-Na przyszły micsiąc, ciągnął dalej hrabia, 
jadQ do Wiednia, gdzie mię sprawy gabinetowe 
wzywają; W. K. M. pozwol mi być tłumaczem ży- 
czeń swoich przed Najjaśniejszym Cesarzem..... 
-Otóż to najrozumniej : król króla niech wspie- 
ra; powtórzył chór szlachty, a królewicz z roz- 
czuleniem: 
-Mości hrabio I jakżem mu obowiązany... 
-Będzie to dla mnie zaszczyt nad zaszczyty!... 
-Excellencya podziękujesz bratu memu Cesa- 

 rzowi za gościnność doznaną w jego państwach.... 
-Dopełnię tego zlecenia w miarę sił moich, 
rzekł hrabia przykładając rękę do serca i rosnąc 
jak na drożdżaeh;-z tern wszystkiem przyjęcie, 
jakiego W. K. M. tloznajesz, byłoby bez porówna- 
23 - 


op. 


.
		

/0279.djvu

			266 


I II 


nia świetniejsze, gdyby Najjaśnicjszy Pan mój da- 
wniej był o tern zawiadomiony; albowiem na osta- 
tniej konferencyi nic mi wspomnićć nier.lczył.... 
-Rozumiem, pochwycił królcwicz, stało się 
zadość życzeniu mojemu, dotąd zachowywałem 
ścisłe incognito; ale świcżo nadeszłe listy od Porty, 
urzędownie potwierdzające moje dostojeństwo, 
moje tytuły, pieczęcie, pozwalają mi otwąrcie wy- 
stąpić... 
- Wasza K. M. upoważnij mię, a dzień i noc 
pędzę do 'Vioonia w poselskim charakterze.-Listy 
od wysokićj Porty! tyluły! pieczęcie! Hrahiemu 
ślinka szła na tyle wielkości. 
-Ach, i jakie tytuły! wtrąciła szambelanowa ; 
trzebaby się kilka dni uczyć, żeby to wszystko spa- 
miętać. 
-Im dłuższy, tym piękniejszy, dodał hrabia 
tonem znawcy. 
-Pozwoli Królewicz pokazać?.. zapytała szam- 
helanowa. 
Na znak przyzwalający, sekretarz wni(,sł chińską 
szkatułkę i wyjął zwitek pargaminu i dwie śrebrne 
pieczęcie. 
Ciekawie oglądano biegający z rąk do rąk par- 


r
		

/0280.djvu

			f 


261 


! 


gamin, ciekawiej przypatrywano się bożkom, sło- 
niom i gryfom herbownym, a n aj ciekawiej same- 
mu królewiczowi, którego te urzędownc pieczęcie, 
niby niesfałszowany dokument przed trybunałem, 
podniosły o trzy nieba w oczach szlachty; -coż do- 
pićro, gdy jedna zszambclanówien (to wszystko na 
leżało już do dworu arr.lkallskiego) odczytała w pol- 
skim przckładzie ogromną litanię tytułów następcy 
tronu! Gdyby nic bieg lat kilkunastu, klóry zatarł 
w mojćj pamięci nie jedną scenę z tćj komedyi, 
byłbym tu przytoczył dosłownie cały rodowód i 
wszystkie koligacyc naszego Indyanina z Ziemią, 
Słońcem, Księżycem, Gwiazdami, SłOllmi, Boga- 
mi, Kroko(lylami i Monarchami całego świata. 
Gdy się to dzieje, szambelanowa z podczaszyną 
siedzące u okna, nictyle dyplomatyką, ilc pełną 
zwierzeli tajemnych zajmowały się rozmową. Nie- 
JlIIszczając się podczaszyny mogłem snadno przy- 
słuchać treści. 
- 'V szystko to piękne, wspaniałe, obudzające 
pl.'Wną dumę, a pełno nadziei-mówiła szambela- 
nowa , ciągnąc dawnićj zaczętą materyę-ale na 
nmie, bóg widzi, za ciężko... 
- \Vięc lo hajka, jakoby POrl	
			

/0281.djvu

			I II 


2GB 
kl'ólewicza ? zagadnęła podczaszyna z nicjakiem 
zdziwieniem. 
-I owszem; ten oto sekl'cLarz, ci Arnauci, te 
herby, wszystko jej dary; ale do tych okazałości i 
piastrów potrzeba, a tu obicLnicami karmią. 
-Kto wie, POI'ta nicdowicl'zając, może tylko 
szpiegów przysłała,... jeśli to czasem niejaka kaba- 
ła, cóś podcjrzanego? 
-Ach nieprzypuszczaj tego podczaszyno! w je 
go prawość, w jego nieszczęście, wierzę jak w taje- 
mnicę naszej wiary. 
-W nieszczęście pozwalam, ale w prawość ?.... 
-Spójrz tylko na to otwarte czoło, na ten 
uśmiech niewinny i szczćry, i na to mowne spoj- 
rzenie.... 


-Czoło! uśmiech! spojrzenie! właśnie mi się 
niezdaje droga przyjaciółko; przeciwnie, wzrok 
jego niespokojny ustawnie przerzllca się, niemogąc 
znieść gdy kto w nim czytać pragnie; a uśmiech! 
uważałam, że na wszystkie komplcmcnta hrabicgo, 
taki mu się przy ustach wyraz kręcił, jakby szydził 
z łatwowierności naszćj. 
-Na boga podczaszyno, zabijasz mię! przecież 
ja matka dzieciom, znam świat, znam ludzi... Patrz!
		

/0282.djvu

			269 


I 


to jeszcze dziecina, umysł nieskażony światem, a 
już wyhartowany w szkole doświadczenia; seree tak 
proste, tak tkliwe, że jak róża za lada dmuchnię- 
ciem wszystkie ci listki otworzy. Przywiązał się do 
nas; dla tej zaciszy gotów pogardzić królestwem.... 
Leez ja utrzymuję w nim ducha, uczę go pokony- 
wać przeszkody, ja go kiedyś do państw straconych 
przywrócę. W tćj pewności wszystkie moje nadzie- 
je, moja duma, mego domu przyszłość. 
Podczaszyna z niejakim podziwem patrzyła na 
tę nową Marynę. 
-Ale raz jeszcze ci powtarzam, że sama jedna 
niepodołam wszystkiemu. 
-Z Imlyów żadnej że niespodziewacie się po- 
mocy? 
-Ztamtąd naj pewniejsza, rzekła szambelanowa 
tonem gli;bokicgo przekonania; ale nim słońce zej- 
dzie, rosa oczy wyjć! a tu setki za setkami lecą, 
procenta rosną, wierzyciele szarpią; i teraz nowy 
wydatek: królewicz kazał ordery robić, którymi 
myśli ozdabiać.... 
-Ol'dery? ! 
-Co więećj, będzie mianow.tł dywan. 
-Bywan ? ! 


, 


2;1.
		

/0283.djvu

			J 
I 


r II 


270 
-To mój pomysł, nic prawdaż dyplomatyczny? 
tylko... i nakazała tajemnicę. 
-Narażasz się na coraz większe wydatki moja 
szambela nowo. 
-Przeciwinie , ja w tćm upatruję moje Peru.... 
Dygnitarze przez własny interes.... 
-Rozumiem.. zhrabiego także kandydat gotowy. 
-Co słyszę! więcby przyjął jaką godność P... 
-Pragnie jćj jak zbawienia; i teraz, patrz! daje 
mi znak umówiony, aby przez ciebi(
 tę propozYCYę 
zrobić... 
-Będzie ją miał.... wyborny projekt! - pół 
slówka krMcwiczowi, i rzecz skończona. 
-Niech go koniecznie czym zrobi.... 
-,Czym zechce: baszą, wezyrem, księciem, wice- 
królem nawet.... 
Hrabia porwany wirem rozmowy, której przed- 
miotem były Indye,a pojedyńczymi ustępami: bogi, 
bl'amini, świątynie, dwór, i etykieta, na końcu skar- 
by, i jeszcze skarLy, nicpostrzegł się jak czas chyżo 
uskoczył, i dopiel'O insLynktowćm posunięciem ręki 
po kieszonce, trafił na zegarek, spoj,'zal i z niesły- 
chanem zmartwicniem p,'zckonał się, żc o wicie dłu- 
żćj przeciągnął wizytę nad prawa cLykiel1! przepisane.
		

/0284.djvu

			271 
-Mości Panowie! rzekł zrywając się z kanapy, 
zadługo bawimy.... 
-Jako, czy myśli jechać? szemrano w chórze. 
-Bez ohiadu ? l 
-Niech tam kat weźmie tę etykictę ! 
W łćj chwili właśnie gospodyni wysunęła się 
z zaproszeniem na oLiad; niewiem dla formy, czy 
też na prawdę. 
-Ach Mościa Dobrodziejko! niemożna , niemo- 
:lna; na pi,źnićj ten zaszczyt. Wymawiał się hl'abia 
w niezl'uszoności swych zasad; on, co jak szyldwach 
na warcie, niezegoLy się nicdotknął przy pierw- 
szej wizycie, zwłaszcza u kogo? u krwi panującej! 
-Piękn.) mi wizyta o głodzie! bąknął chór. 
-Oho! lh'ugi raz mię nie wywabią i pierni- 
kiem.... 
-I mię toż samo.... 
-A tel'JZ, hrabia głos podniosł zginaiąc się jak 
obręcz, Wasza K. Mość przyjmij czołobitność swe- 
go sługi, ktin'emu ta chwila wiecznie zostanie pa- 
miętną.... 
-I my ją popamiętamy.... powtórzył chÓr. 
KI'iJlcwiez, po kl'ilLkićm a parte z szambełanową, 
powstał i z całą powagą podając I'
ł,ę hrabiemu: 


II
		

/0285.djvu

			272 


-Najgoręcej pragnę, ahy nas hliższa znajo- 
mość złączyła; wkrótce nieomicszkam was odwie- 
dzić, mon prince! 
Na ten ostatni wyraz, hrabia, jak przy Wniebo- 
wstąpieniu, olśnął nową boskością, radość odjęła 
mu mowę, i tylko w setnych pokłonach, ciągle 
ku drzwiom się cofając, Sam niewiedząc jak i kie- 
dy znalazł się na swej tarantowatej klaczce. 
-lUun prince / Mon prince / Słyszeliście pano- 
wie! wołał po chwili opamiętania się. Kl'ólewicz 
nazwał mię mon prince / Nasza wygrana! victoria! 
teraz i Cesarz musi mię zrobić książęciem ; bo tytu- 
ły jak bogowie w dytyrambie Szyllcra nigdy samo- 
tnic nieschodzą z nicba. 
Nareszcie po skończonej paradzie, przesiadając 
się do powozu, rzeknie do podczaszyny cały 
w upromienieniu nowego zaszczytu: 
-Przeczuwało serce mojc; królewicz, to naj- 
doskonalszy wzór etykiety, królewicz, to brylant 
głów ukoronowanych; a pani, całując j1! w rękę: , 
koroną płci swojej! 



2 


J lIa tern koniec !....
		

/0286.djvu

			273 


Powiecie: to siQ niegodzi wzbudzić ciekawość 
Ueszcze pytanie?) i nicmódz jej zaspokoić! 
Darmo! w tym punkcie wszystkie pasma tej hi- 
storyi na raz się zrywają, przez nagły wyjazd mój 
z domu podczaszych. 
Szkoda! wielka szkoda! tyle pociesznych figur! 
Ten hrabia przyszedłże do dwóch tytułów księcia? 
Szambelan owa Joczckałaż się skarbów? A wresz- 
cie, co najgłówniejsza, jaki koniec tego osobliwe- 
go królewicza? 
I.uboćto wziętc u niektórych autorów, żeby czy- 
I telnik sam sobie koniec dorobił, wszelako miał- 
( bym na sumieniu, gdybym się z wszystkiego, co 
wiem, nicwyspowiadał , chociaż za autentyczność 
i zgodność niektiłrych wypadków ręczyć niemogę. 
I tak: w wiele lat później obiło się o moje uszy, ja- 
koby ów królewicz był tylko kamerdynerem pl'a- 
wdziwego krMewicza; giermck zdarł zbroję z zabi- 
tego rycerza... 
To powszechne i stare jak romanse średnich 
wieków! Dalej, że go zla gwiazda, króla, także przy- 
bywającego ze wschodu zawiodła do Warszawy, 
gdzie się miał popaść w ręce wielkiego księcia- 
Heroda, co było koniecznćm następstwem jak 1'0-
		

/0287.djvu

			271 


związanie w dramacie; a z czego pokazuje sili, ze 
nasze belwederskie fatum było deus ex machinn 
w trudnych do rozwiqzania zagadkach. 
A propos.... jeszcze jeden maleńki kręci mi się 
szczegół, niewiem tylko, czy Ja si
 tu przyłatać. 
Pomnę, było to dnia 26 maja w pamiętnym roku 
naszego powstania. Około ogniska obozowego sie- 
działo nas kilku wiarusów, pożywając skromne 
żołnierskie śniadanie, i łowiąc uchem zbliżający 
się coraz grzmot działowy od strony Ostrołęki, gdy 
jeden z starych podchorqżycll przybliżył się ku 
nam, i rzekł, wskazując na kilku idących za nim 
towarzysz,y: (,Przybywa nam para zuchów z rezer- 
'wy, mają grosze, funda-będziem pić! 
-Albo się bić.... odpowiadam: Czy słyszysz jak 
moskal burczy? 
W to nam graj! w jednćj ręce śklanka, w dru- 
giej broń! Ale nim co nastąpi, trzeba ich przyjąć 
bodaj sucharem. Ten oto, wchodzi do naszej kom- 
panii, i wskazał na słusznego bruneta. 
Spojrzałem, i zdało mi się jakbym znajomą twarz 
witał. 
--Biedak! mówił dalćj; naciel'piał się długo 
w Zamościu.
		

/0288.djvu

			275 
-Za patryolyzm? spytałem pocichu. 
-Ej nic; długa to banialuka.... chciało mu się 
udawać króla.... 
-Króla? tu mi na myśl przyszły zdarzenia wy- 
żej opowiadane, i dodałem: Czy nie Arrakańskicgo? 
-Podobno !.... 
Co za traf szczęśliwy! jeśli to prawda, tyle cie- 
mnych miejsc objaśnię w mym pamiętniku; teraz 
trzeba pomyślić jak z nim przyj
żń zawiązać, jak go 
w tćj drażliwćj materyi zaczepić? ijuż się doń przysu- 
wałem, ofiarując mu czarkę rumu, gdy nagle wpadł 
adjutant naczelnego wodza i krzyknął: do broni! 
Za kilka minut byliśmy pod deszczem strzałów 
karabinowycb. 
Wy, co tam walczyliście, pomnicie (Iw dzień J'OZ- 
pacznćj walki, gdy o mur bagnetil\v moskiewskich 
łamały się nasze źle sprawione szyki. Przy trzeciem 
uderzeniu na most, kiedy nasz batalion cofał się, 
party siłą i stanowiskiem nieprzyjaciela, uczułem, 
że mię ktoś wstrzymał za ramie: 
-Ratuj mię kolego, jestem raniony! i wskazał 
pierś skrwawioną. 
Spojrzałem mu w oczy, był to ów świeżo l)J'j
Y- 
były, ów mniemany samozwaniec.
		

/0289.djvu

			l, 



 


276 


Zarzuciwszy mi rękę na szyję, zwieszony na mnie 
ciężarem ciała, zawlókł się za najbliższy piaszczys- 
ty pagórek. 
-Spocznij tu bracie! rzekłem, dopomagając mu 
usiąść na ziemi, ja tymczasem wyszukam lekarza. 
-Zapóźno ! wstrząsnął głową i wypluł krew 
spiekłą; wody, jeżeli możesz choć kroplę wody! 
Poskoczyłem ku blizkiej rzece; powracam, po- 
daję mu do ust, nieprzyjęły napoju,... już przez 
nie duch uleciał! 
Nieszczęśliwy marzycielu! pomyślałem rzucając 
ostatnie wejrzenie na trupa; rzeczywistość twoja 
piękniejsza teraz nad wszystkie sny o koronach! 
Umierasz jak żaden z króli, bo za ludzkość; a ta 
ziemia, przesiąkła krwią bohatyrów wolności, lżej 
pokryje twe prochy niż grobowiec z marmuru, ob- 
ciążony łzami i przekleństwem ludów! 


L. Hippolit.
		

/0290.djvu

			, 
PISMlENNICTWO SŁAWIAN. 


. 


2 
,
		

/0291.djvu

			III 
:' l, 


I 
, II 
l, : 
, l, 
I, 


, 
" 
, 


'II 
'I l' 
l ' ' 
I 1 
I' I I 
 
I 
I 
, 


I 
I I 


I 
I 
 
I111 
1/;1 
I 


1'/
		

/0292.djvu

			iśmi!Cnnid
o 
t&il:
i1i1tn. 



SOS&il 


,
'\( _50# IW jest w dowolnych przechadzkach 
\i
 
 ' napotykać twarze życzliwych, miło po 

c 
- 
 o
' ) do.ldadnćm roz

trzeniu się odkryw
ć 
,,- - w ICh rysach bhzsze lub dalsze pOW 1- 
, nowactwo; leez kiedy w celu, który własnym roz- 
mysłem i doświadczeniem za jedyny od boga nam 
przeznaczony uznaliśmy, któryś my całą duszą po- 
kochali, i do niego ze wszystkich sił zdążamy, zda- 
rzy si
 nam niedaleko kresu zetknąć z własnem ro-
		

/0293.djvu

			'I
 ,. 


I
 
, 


280 
dzeństwem, od lat dziecinnych z nami rozłączonem, 
którego dobrze znane postacie nieraz się nam we 
snach pojawialy, położenie nasze WÓwczas jest 
szczególne. Z lubością i zadziwieniem chwytamy 
z ust ich płynące wyrazy, których dzwięk, tak błogo 
sercu wtórzący,stał się niejako cząstką nas samych; 
śledzimy w dojźrzałych icb rysach tych osobliwych 
znamion, które w wieku bezświadomości dzie- 
cinnej nieraz im uszczypliwe nazwanie ściągnęły; 
w spomnieniach z owego czasu samych nawel roz- 
dwojeń i waśni znajdujcmy jakowyś urok; radzi 
słuchamy ich przygód i pokonanych trudności 
w jednej z nami drodze, które nam tak żywo nasze 
własne natrącają; ukrzepiamy się wzajem ku przy- 
szłym zapasom; a we wszystkich tych błogich 
wzruszeniach odbiera hołd niemy, ukryta przed 
naszem okiem, lecz stale nami kierująca opatrzność. 
W takowem położeniu znajdujemy się mówiąc o 
piśmiennictwie Slawian. Chcemy je ohejrzeć u 
wszystkich szczepów, ilc się takowe odrębną je- 
dnostką fizycznego bytu i odpowiednią ducha po- 
tęgą rzeczywiście wzniosły. Dotkniemy ich miano- 
wicie z tej strony, którąśmy sobie w piśmiennictwie 
polskiem za gUJwny pl"Zedmiot wytknęli. Wstępu-
		

/0294.djvu

			:!8t 


I 
. 


jemy więc na ich rozlegle pole dobierać godnych 
akordów do tej spaniał
j melodyi, i zgodną rozma- 
itością podnieść wdzięk tego, co już w pojedyn- 
czości swojćj taką nam rozkosz sprawuje. \V do- 
bieraniu pojedYliczych tonów nieLędziemy się wią- 
zać tćm, co O nich kiedykolwiek z mniejszą luL 
większą trafnością powieJziano. Zapuścimy się po 
nie w same źródło, i wywolamy je ztamtąd, powta- 
rzając dźwięk ich rodzi my w całćj właściwości; tym 
sposobem oddamy je częściowo pod sąd czytelni- 
ków. Cokolwiek zaś z własnego sądu dodamy, przy 
natrąceniu o ich zaletach. niczapomnimy strony 
odwrotnćj. Nadcwszystko zaś będziem się starali, 
przez sam wzgląll na postl:p piśmiennictwa, nie 
uwodzić się zLytnićm dla pobratymców pobłaża- 
niem, ani też nieużytą surowością i wypaczaniem 
rodowej ich postaci stać się powodem dwakroć do- 
tkliwych o stronność pomówień. Rozpoczynamy 
ten przegląd od Czechów, a przedmiotem wzi
tym 
lą razą pocI szczegółową rozwagę są twory pisana, 
który od lal kilkunastu niepospolitćm natchnie- 
niem wzniesiony, zasłużył na poklask i uwielbienie 
11 ziomków, clllnllll<1 li postronnych znajomość. 
.Jest nim: 


:! 
.
		

/0295.djvu

			II 


I 
l, 


III 


II 


:!S2 


DA
 
\f1a
A
 


Urodzony dnia 29 lipca 1793 roku, w mia- 
steczku Moszowicach na \Vęgrzech, gdzie ojciec 
jego zostawał w urzędzie 1. Początkowe nauki po- 
bierał w domu, poźniej w Knemnicy; dalsze w Bań- 
skićj-Bystrzycy (Neusohl). Wewaniclickiem liceum 
w Preszburgu słuchał nauki bogosłowia. \V pl'ZC- 
ciągu tych lat kilkunastu na roJzinnej ziemi spę- 
dzonych spoczywała myśl jego na kąskach Wzorów 
klasycznych, w jedną uczebną książkę sklejonych, 
a serce burzyło się i przejmowało litością na widok 
nienawiści Madziarl'w ku pierwotnym tej krainy 
mieszkańcom, Sławakom. \V Jenie zakończył swoje 
nauki, poczćm udał się w poJróż do krajów za- 
mieszkałych nicgdy przez Sławian. Zwif'dził Sa- 
bonię, BranJeburskie, Meklemburskie, Pomorze 
i wyspę Rugię, wyszukując pamiątek z dawnych 
czasów. \Vidok rumowisk i gruzów, złością żywio- 
IInv lub JuJzi zrządzonych, ma coś elektrycznego 
dla myśli. Zajmuje on nierównie więcej, gJy się 
bczpośrednio z żyeicm przodków willże. \V tem po- 


I SZ('ZC1
t;I"",' () i:Jl'iu KolIa.'a udzi..lil mi JCGo ,'młak 
Kaml Z"ł"
		

/0296.djvu

			283 


łożeniu był Kollar; pod takim wpływem rozwinęły 
się jego uczucia, a myśl urosła w męską dojźrzałość. 
WrÓcił zł..1mtąd do Pragi, gdzie się zaznajomił 
z wielą uczonymi Sławianami, a w 1819 roku zo- 
stał kaznodzieją w Peszcie. Około tego czasu zaczę- 
ły się pojawiać różne jego pisma z druku. 
W tych kilku rysach zam
ka się podstawa jego 
piśmienniczego zawodu. 'Vpatrzywszy się w nie 
dostrzedz można główniejszy zakrój, w jakim się 
przyrodzona twÓrczość jego objawi. 
Najznakomitszćm z dzieł jego piewczych jest Có- 
ra-sławy.Taki dał napis ogÓlny swoim sonetom. 
Wydał je napn6d razem z innćmi pieniami w Pra- 
dze 1821 roku. Następnie znacznie pomnożone wy- 
szły osobno; podzielone na trzy śpiewy 1824 roku 
w Budynie. Zupełne wydanie wyszło w Peszcie 
1832 roku we dwu tomach, i zawiera, prócz Cór..r- 
sławy i obszcmych do nićj przypisiIw, elegie, ody 
i inne drobne utwory. Złożona więc tu praca lat 
dw6dziestu kilku jego piśmienniczego zawodu, a 
wy,jaśniając jll krytycznie, wyjaśnim stronę głÓ- 
wniejszą zdolności pisarza. 
Wstl
p dwóćwial.tkowy jako głowa, i pięć śpic- 
Wc"lW jako tuU"" st:lllowi,! dlisicjszą postać zewnę- 


II 
I 

 
'I
		

/0297.djvu

			'
 


/I 


281 


trzną Córy-sławy. Nazwania śpiewów, równie jak 
napis ogólny dzieła, są dowolne, a ich następstwo, 
toż pojedyńczych sonetów, niema ścisłego związku. 
Bez względu więc na nie wnikniemy w ich wnętrze 
śledzić ich chód genetyczny, a może nam się uda 
odkryć natchnioną twórczość w jej pierwszem 
z przyrodą zetknięciu, i przeprowadzić ją okiem 
przez jej wzrost najwyższy, aż do dzisiejszego jćj 
stanu. 
Między czynami, do których nas głębokie, nie- 
skażone czucie, lub czysl.Y, rozpromieniony rozum 
potrąca, zachodzi najściślcjsza zgodność. \V dwóch 
tych kończynach, jak w dwóch biegunach ziemi, 
panuje siła naj wyższa ; mdłość i ciężkość jawi się 
tylko w pośrodku. Owato zgodność sprawuje, że 
człowiek zwolna ku świadomości zdążając, już 
w pierwszych bezświadomych czynach zaród <10- 
hrego odkrywa, kt{)re następnie wzbogacając i jak- 
by nowe włókna nowymi czynami w nic wplątając, 
snuć może w ciągu żywota pasmo, aż jc, jak wicIo- 
barwą tęczę, od ciemnćj ziemi przez jasne niebo 
pl'J:ewiesi. 
Pierwsze KoJlara płoJy natcluu;ła miłość, formę 
wzjął z książki. '1'11 wlltt-k pil:wczcgo jego zawodno
		

/0298.djvu

			285 
Przy sonetach, kt.Jre najpierw wyśpiewał, nie my- 
'ślał pewno o C6rze-sławy i teraźniejszym jej kroju. 
Odbijają one w tym zbiorze jak rzeźka młodzież 
obok poważnych mężów lub starców zgrzybiałych. 
Świeżość, ruchawość , pieszczotliwość lub żądza za- 
wiewa nas z ich twarzy. Czytając je zdaje nam się, 
żeśmy odmłodnieli. Umiał on w nich rozlać tyle 
życia, iż mimo drobność i szczegółowość wypad- 
ków, ktl"lre je natrącić mogły, zajmują powszechnie. 
Niewiele chwil pogodnych w kochaniu. Piewca 
umie tego użyć na swoją korzyść. Doznana niepo- 
myślność wiedzie go tern silniej na pole śpiewaka 
Wokluzy, a smutek i rzewność zmieniają się w us- 
tawnych nawrotach z dźwiękami pieszczot i rosko- 
szy, jak promień dzienny z posępnćm światłem 
księżyca. Nie sama miłość kochanki owładła serce 
jego; uderzyła ona tylko gwałtowniej i ośmieliła 
pierwszy krok jego. Zabrzmiał jćj pie
nią, a oswo- 
jony z formą, dobywa ze skarbnicy uczuć inną, 
łagodnićj się budzącą, lecz nierównie silniej zaj- 
mującą i trwalszą: miłość kraju. Bliskość tych 
dwóch uczuć w swojej kolebce, sercu, odbiła się 
i w zewnętrznem oddaniu: spowił je piewca jedną 
formą. Tak zaszedł nieświadomo może, na pole, na
		

/0299.djvu

			- 


l' 
, 


I II 
I 
I 
! 


II 
II 


I 
d 
I 


2SG 


którćm ujrzał się hez WZUł'U. \Vłasna IUU tu siła 
wystarcza, a każdy krok dodaje nowego blasku je- 
go zdolnościom. Popęd ku wędrówkom przyspie- 
sza zupełne ich rozwinięcie. Mimo udałych zaczą- 
tków, jawi się nowy jeszcze powód do zatrzymania 
tćj formy. Mnóstwo widoków, rozstrzelonych po 
ogromnej przestrzeni, strąca siQ w jego duszy, nie- 
dopuszczając jedne drugim obszerniejszego rozro- 
śnięcia. Uczucia jak ptaki porywają się z młodej 
jego piersi: przelotne, oderwane, wznoszą się 
w wiatrach lotem wirowym, a świst skrzydeł, krzyk 
żałoby, lub wątły cień po ziemi, jeszcze nas z dali 
flolata. Myśl twórcza znajduje w takowćm położe- 
niu nowy dla siebie żywiół: pochwytuje widoków 
rozmaitość, i wyrabia ją w własny swój przymiot. 
To postrzegamy w KoIlarze. Tu szczebel jego naj- 
wyższy, jako piewcy. W piersi, w którćj się da- 
wnit\j własna, istotna lub urojona dolegliwość sku- 
piała, skupia się teraz dolegliwość milionów, a głos 
jćj męski i przerażający niedaje wątpić o jćj rze- 
czywistości. Coraz wybitnićj natrilea się teraz orga- 
niczna całość. Z miejsc i wypadków widzianych 
umić się piewca przenicść myślą na brzegi Dnie8tru, 
'Wisły lub Wołgi; wywołuje rozliczne osohy z dzie-
		

/0300.djvu

			287 


( 


jllw I't'lżnych picmion sławiańskich, aby pokazać 
ich cnotę lub występki. Tym sposobem wypełnia sil.' 
i zaokrągla coraz dokładnićj ledwo dojrzany wprzó- 
dy rys pierwolllY, 
Jeżeli formę sonetu, który po czesku zniellą 
jakby dźwięczonką nazywa, wzjął Kolhu' z Petral"- 
ki, przyznać potl'zcLa, że ją tak urobił i przyswoił, 
że zdaje się bydż odwieczną Czcch6w własnością. 
Zapaśnictwo jego musi się rozciągać tylko do so- 
nctllw treści miłosnej, w trcści poważnćj jest on 
na sWllj czas jed,vny. mogący być wzorem i dla po- 
stronnych. Panuje w nich w og6lności doJJllr i 
wielka rozmaitość obraz6w, a głębokości i szczytno- 
ści pomysłów KoIłara . zwłaszcza w Lych ostaLnich, 
napr6żnobyśmy we włoskim mistrzu szukali. 
Wydane twory wracają nieraz w pierś twórcy, 
jak dziatwa za rod.linnym progiem tęskniąca. Gdy 
w chwili swobodnćj przypaLrywał się pieniom swo- 
im nasz piewca, mIerzyła go jakowaś ledwie prze- 
czuwana dot	
			

/0301.djvu

			288 


o całości, i mocniejszego poczucia ważności przed- 
miotu, zrodziła «( Przedśpiew,» umieszczony na 
czele dzieła. Formą jego jest rzymski dystych sze- 
ścio-i pięciomiarowy. W jędrnej i potocznej mo- 
wie płyną tu uczucia i myśli, godne wielkoduszne- 
go Rzymianina. Ze wszystkichjęzykówsławiańskicb 
najłatwiej może czeski naśladować miary greckie 
i rzymskie, dla rozmaitości akcentowania zgło- 
sek, która podobno u Czechów jest największa. 
Czuł to mocno Kołłar, a dowód tego twierdzenia 
znajduje się w jego dwuwierszach. Wogólności zaś 
wiele mu winien język czeski: wykrył on moc jego 
i przyrodzoną giętkość, i wzbogacił go mnóstwem 
zwrotów, tchnących starożytną prostotą i siłą. 
Owóż całkowita postać, w jakiej się nam Córa- 
sławy przedstawia. Wyszukując w teraźniejszym 
składzie pierwszych jej wątków, i przeprowadzając 
kolej ich powstania przed oczyma czytelników, zda- 
wało nam się widzieć rodzącą się postać człowie- 
czą. Jakowyż zaród bezkształtny, ledwie dostrze- 
żony spoczywa w życiu fizycznćm, jak w matki ło- 
nie. Uderza serce wydając hasło życia, i tu jego 
pierwszy dla oka początck. Drobniuchne nitki prę- 
żą się i przeciągają w tern bczksztaltnem tworzywie,
		

/0302.djvu

			289 


formując zawiązek wnętrzności. Ku wszystkim stro- 
nom rozlał się teraz już widoczniejszy zaród, 
wzmacnia się i tężcje, aż się pokaże cieniuchna ple- 
twa, co różnopostaciowc czł-onki jednaką bieli! 
przesłoni. Długo wre serce i błogie życie rozlewa, 
nim jakby zgodnćm dojr'załych członków zadrze- 
niem, rozbudzi się w misternem myśli siedlisku 
cudowny płomyk: świadomość. Teraz poznajcllI 
człowieka. Największy skarb jego, wszystko, co mil 
nadaje wyższość człowieczą, spoczywa w sercu i 
w głowie. Toż samo rozumieć o Cńrze-slCl!VY. Ni/'- 
są bez zalet elegie i ody Kołłara. Większa ich CZęŚI: 
w miarach rzymskich, a treś(: brana z rozmaitych 
przygód. 
Natem moglibyśmy SkOllCZYĆ nasze uwagi, gdy- 
by z istoty naszcgo przcdsięw7jęcia nie nasuwala 
się konieczność przedstawicnia strony odwrotn
j. 
Jednym z zarzutów, jakie Kollarowi słusznie zrobil: 
można, jest: ubóstwo formy. Uderza on szczegól- 
niej w picwcy, który za przedmiot picśni swoic:. 
obrał nie osobiste, samolubnc uczucia, Iccz cały 
naród. Od czasów mlodocianych, szkolnych rozl'Y- 
wek, do ostatniego sił rozwinięcia, i ukończenia 
zawodu niesłyszym od niego nic, pr()cz znipll. i. 
25 


I 
j 


I 
I 


II
		

/0303.djvu

			"M I 
J 
I 
I 


I, 
I 
I 
I 


: I 
I I 
I' ! I 
,I :1 
i II 


l' 
I 


290 


Ledwie przeciągły dwuwiersz Rzymianów przerwie 
tę włoską jednotonność. Z til wadą fonny wiąże się 
Jruga w istotę ('ucha wnikająca. Zmyślenia Kollara 
są rzymskie, ubrał je tylko w sławiańskie nazwy. 
Ów Miłek, z kt{uym się Kollar bezustannie pieści, 
nic jestżeto istny Kupido? Owa :tada, a nawet Pc- 
run sławiański, o ile się Kollarowi pojawia, jest 
kubek w kubek Wenus i Jowisz. Wprowadzić taką 
nomenklaturę w picwczc swoje utwory, nieznaczy 
opiewać Sławian po SławiaIlsku. 'W znaeznćj części 
występuje tu Palas, Mars, Ceres, i cały parnas 
grecki pod właściwem swojćm naz"aniem. 
J)ziwnem może wyda się naszym czytelnikom, 
jeżeli powiemy, że pisarz, kt{,ry tylckl'oć udowod- 
nił, że jest górnym, natchnionym piewcą, nieumie, 
albo przynajmnićj niestara się rozróżnić prawdzi- 
wego natchnienia od prost
i rymowania chętki. 
Zarzut ten sięga szczególnićj ostatnie wydanie 
CÓry-sławy. Większą część umicszczonych tu sone- 
tów możnaby nazwać, tak ze sposobu przedstawie- 
nia jako i treści, ,'ozprawkami, powszcllniem do- 
wcipkowaniem łub słów igraszką 2. Umieszczenie 


z Tak np. w sonecie [,Ol! w
'kła<1a Kolia.. muzykalność 
jt:z)"k.}w sławiallskieh. PmwJa niewą'pliwa, ale sonct.
		

/0304.djvu

			2!H 


ich lu popsuło doLI'zc wprzód upatrzoną cało
ć. 
,Jakikolwiek wzgląd spowodował go do tego, jest 
on zawsze naganny, i ubliż,}'ł wysokim zdolnościom 
pisarza. 
Charakterystycznćm więc w zawodzie plsm!cn- 
niczym Kollara jest stosunek jego do formy. W szel- 
ki mistrz uważał ją mniej więcćj za narzędzie, klÓ- 
I'e brał lub odl'zucał dowolnie. Kollar uważał ją 
za cóś równego sobie, ba nawet wyższego nad sie- 
bie. Oddał on jćj cały zapał młodzieńca, całą jędl'. 
ilOŚĆ męża jćj święci, a z dogorywającą siłą natch- 
nienia znosijćj suche wiadomości o
uszyny, ogl'Yz- 
"/' 
ki szkolnej erudycyi, byle tylko daii, do kt{)rej z 
młodu nawyknął, nicustawała. Alcż'darzonemu tyl- 
ko godnym darem czcść się oddaje, a drobność lub 
nikczemność daru oznacza jego lekceważenie, 
rzuca niekorzystne światło na dawcę. 
Dla dokładniejszego pojęcia muzy Kollarowćj 


, ktÓl'Y j.:j ma dowieść, stanowi właśnie wyjątek, czytając 
w nim bowicm cale szcl'eGi sp()łl
łosck bez żadn{:j Samo- 
Głoski,jakoto: hł, kI, sł, mł; .h', pr, tr. wr, i. t. d. 
nie możemy mu pl'zY7nać mu'ykałnośc; a tern mnićj })o- 
eŁJi. Coś podobncGo Ławiera sonet poprzednie"y. Tu nalc- 
Ją po wi,	
			

/0305.djvu

			II 
I 
II 


Ił 


2B2 


obejrzyjmy ją w różnych Ll'Zech (lobach. L
kliwie 
i bezświadomo jawi się w wieku młoducianym śród 
gJuchej w koło przestrzeni, jak dobroczynne bÓstwo 
I"Ozbudzić życic wznioślejsze i odbić wdźięk swÓj 
l1a ziemi. Nie urok barwy wiosennćj, nie dzwięk 
żyjący przyrody ojczYSL
j udcrza najpierw jej zmy- 
sły; garsLka nyżółkłyeh liści z pod zaspów, z da- 
lekich krain pędzona, rozlewa w jćj duszy wątłą 
swą melody
. Czy prz)"l'Odzona miękkość Sławian- 
ki, ezy gwałtowniejsza serca potrzeba sprawuje, 
że dźwięk, z nad Tybru słyszany, głębićjjćj w umysł 
się wciska. - W dojźrzalszym wieku rozwija się 
w sposób odpowiedni przyrodzona jqj twÓrczość. 
J{rzepka i bujna w zarodzie, hzewi się rzęsnym 
gałązek wylotem, których liścia świcżo
ć i źrzałych 
owoców pożywność uzyska poźnych pokoleń chlu- 
bne przyznanie. To, co ją w orszaku sióstr wy- 
szczególnia i nowym wdziękiem przykrasza , jest ta 
rodowa gościnność, z jaką dar W2jęty od boga bliż- 
s.łym lub dalszym bl"aciom Upl"z
jmie podaje.- 
Przy rozkwiLłJm jćj krzewie pleni się już wcześnie, 
jako niewdzięczny pasorzyt, oschła, książkowa eru- 
dycya, oplata w Iccicch podeszłych ban1ziej i bar- 
dziej jćj latorośle, aż okutawszy je siecią i wyssa-
		

/0306.djvu

			293 


wszy z nich żywotność, dalszy ich rozrost umarza. 
Może wczcśniąjsze poznanie królodworskiego wzo- 
ru, który Kołłar wodzie do Hanki tak godnie 
opiewa; może hezstronne i wczesne pieśni ludu 
podsłuchanie i zagłębienie się w ich duchu, niedo- 
puściłoby muzie jego zasklepiać się w sonecie i ży- 
wiołami z serca narodu podsycało czas długi coraz 
skąpszy zapas uczuć wyrobionych w swem sercu. 
Jan Kollar pisał rozprawy O imionach sławiań- 
skich, wydawał kazania i zbiory pieśni ludu; a 
w ogólności strona którąśmy oglądali niejest je- 
dyna, w której niepospolitejego duszy zalety jaśnie- 
ją. Kilka sonct()w z jego Córy-sławy, przytoczo- 
nych tu w wiernym przekładzie, da poznać sposób, 
jakim swój przedmiot przedstawia, a wyjaśniając 
w czemkolwiek powyisze twierdzenia, wykaże mni
j 
więcej bezwzględność naszego sądu. 



 



@> 


o' 
....),
		

/0307.djvu

			2!J4 


3Q 


Nehj':il sem, nclakolil, nepil.... 


(
ry . łakocie, pijana ochota 
Nic miła mi, zawsze nią wzgardzał('m, 
Dworsko
ć moim nie hyła udziałem, 
Którą zwyczaj szczepił do żywota. 


Nigdy hlask mię niezaślepił zlota , 
Nigdy żądzą bojów nicgorzałem ; 
.Ale okiem, ale sercem całćm , 
Lgnąłem, gdzie niewie
ci wdzięk i cuGla. 


t 


I 
I I 
II 
II 
I 


Jeszczem pędził wiek chłopil)cy skromuie, 
Na rzut oczu , u
miech ust niewinnych, 
Już sil) w rzewućj grążyłem tęskuocie; 


n...g wc krzaku. 
 krwawych miotłach, w grzmocie, 
\Y SIliIch i lisięgach przemawiał do iunych, 
'V żCliskiej kl'3sie. w Ilil;lmćmlicu do mnie.
		

/0308.djvu

			29,5 


( 


I 


2Q 


P"r, swau pjsen ccI.vm owerben.vm.... 


Pil'j słowiku w gęstych wierzb zieleni, 
Niech na całą dolinr; rakoszą . 
Słodl.obrzmiące pieśni sil) rozgłoszą 

r{,d wieczornych ksiQżyca promieni. 


Piej slowilm! niechaj dźwil)k twych pieni, 
Co jak fale grążą sil) lnb wznoszą. 


81,omni wiosnę z miłości rozkoszą, 
Aż sir, zw\Jlna w placz i smntek zmieni. 


, 


Pierwszą pieśnią czcijmy Świalop1uga. 
Krwawćj walce niosąc ją w obiacie 
Kl{,rej świadkiem ta blOll i ta strnga; 


, W dmgićj żał mój po kochanki stracie 
Niech po wszystkich krainach obleci, 
Aniejedność Slaw jan płaczlIl,) w trz!'ciej. 


. Hakns7, pole i pnlul. knlu l','szIU, lIa 1..r'H',:m z,ls"l;l 
hil\\a lIIi,:d,,
' Ś\Vial0l'llI!
i"lII (ŚWi
I.OI,('lkielll) a M,ulżarami.
		

/0309.djvu

			.. 


2911 


, 



Q 


I 


Blaze kda si 6eden cisty smclj ..,. 


Szczęsny, kto cel jeden, wielki, śmiały, 
Miasto mnogich siQgnąć pragnie w zysku, 
Gdzieby, jako w promiennem ogniskn 
Wszystkie blaski jego życia grały; 


A w nim myśli, cznie, żyje caly , 
W szczęściu, we lzach, w przyjaźni, w ucisku. 
Aż się mężuie przedrze k'stanowisku . 
Choć przez hurze, płomiCli, grom, i slrzaly. 


Prawą dążuość, chęć mocną i stałą, 
Serce trudy niezłomne, ni klęski, 
Zawsze niebo w kres prowad7i rade: 


A choć nieraz z słów tych piłem zdradę. 
Chociem z wałki nicwyszedł zwycięski, 
I.ecz paść mężnie nic mniejszą jesl chwalą.
		

/0310.djvu

			. 
2m 



Q 


Gal L'" wyi'knu pri spalrcnj tehe.... 


(:,w dziś rzekQ, pomny dawnej chwały, 
Białogrodzic , miasto wojownicze, 
Jak wylejQ z serca te gorycze, 
(:0 na widok twój we mnie zawrzały? 


(:0 ci nieba najdroższego daly: 
Naród, język, twe ziemie dziewicze, 
Wszystko Turków pochłonQly dzicze, 
Jako Dnnaj Sawy śrebrne wały. 


,\ nad Sawą, w zgryzocie i płaczu, 
Ja po jednćj stronie, a po drugiej 
IJasza plecie bicz na chrześciany ; 


I.ecz cierp mężnie, cierp ludu kochany! 
Przyjdzie Wiła, przyjdzie w czas niedługi, 
I kralewicz .Marko na Szaraczu.
		

/0311.djvu

			298 


I:j" 


I 
,I 

 


Gag te wilat sclzau i.ili "pcw..m,... 


Jak cię witać, cz)" łzami, cZ)" spiewem"! 
Dać macoch)" . cZ)" matki nazwisko? 
Ziemio! świata czci, i posmiewi sko , 
Sławna bogów przyjaźnią, i gniewem. 


Grod)" twoje sów i płazów chlewem, 
Twe dziedzin)" IJrz)"bysz('w siefłlisko , 
Godłem twojem jest sierdziste lwisko, 
..\. nikczemność i śmierć twojćm trzewem. 


PlY11cie gorzkie łz)" me .ło Wellaw)" , 
Posród szumu deszczn. gromu r)"ków , 
T
 nankę nieście braciom-sław)": 


ł 
I 


Swar niechajcie! grób on dla was w)"r)"l, 
Zważcie na głos łndu, nie kłótników, 
Wasz jest I1ns i Nepomuk i Kir)"ł.
		

/0312.djvu

			299 


I,:jQ 


Kolik..ale mysljm o tom na.em.... 


Kiedy spomnę , gdzie jest wielkość nasza. 
] przy dawnym narodu ogromie 
Zgruchotany Madę złom po zlomie , 
Które szatan zpsował i rozprasza; 


G,lzie paOtJje książe, car, król, basza, 
A jak mętna kałnz po poziomie. 
Lud się czołga; w żałości i sromie 
Wołam wtedy słowy Izajasza: 


Rozmnożyłeś naród twój o panie! 
Lecz nie jego cześć i radowanie, 
A łza za łzą skrapia mi oblicze; 


Wszyslkich światów klęski i gorycze 
Zagniewane niebo na nas zwali . 
Jeśli lndzkość nie postąpi dalej. 


,--_. 
a,
v,
 


A,/J.
		

/0313.djvu

			1'-- 


.Aonanit .AoJaka. 


4
 l) a_o 


NA knczmailskim szlaku glllcho; 
Tylko wciąż majaczy tllman , 
I tęt kopyt bije w ucho 
Kuzakowi, co zalluman, 
Czy ubity u kurhana ? 


Ni zaduma n , ni ubity. 
Ognia krzesze. skałki pali ; 
Postrzałami skróś przesZ)-ty, 


--
		

/0314.djvu

			301 


Porąbany skróś od stali... 
To tatarska, jedna rana. 


Na niezabud mial chnścinę , 
Drze, obwija... jnż niestało ! 
W gardle sncho. łyka ślinę: 
-W od)'! wod)'! wiele, mało... 
Wody! w stepie odwołało. 


Kary- konik stał w pobliżu, 
Nietknie trawy, łeb zwieszon)'. 
Płacze pana... a na krz)'żu 
Siedzi orzeł ostrzy szpony 
Na mołojca biale ciało. 


-Wiem ja. wjem ja. hen na błoniu, 
O trz)' nieba z tąd, źródlisko; 
Lećm)' w zakład bracie koniu. 
Ja wysoko. a t)' nisko; 
Jak wyścigniesz skrz)'dła stracę. 


- .\ jd czernże ci zapłacę, 
Ch)'ba potniesz mię na części T... 


9.6
		

/0315.djvu

			.... 


l 


302 


I step tętni gdy!.on skocz)', 
Gd)' ptak leci, piórmi chrzęści; 
Ptak ucltocz)', kOlt ochoczy. 


I 
 

II 
I 


Długo, dłngo ni o ptaku 
Ni o koniu wieści niema. 


N 

III 
II ' 
I 


A tu st)'gnie duch w kozaku, 
Zmora siada nad Ocz)'ma; 
Na knczmańskim pnsto szlaku I 


, : 
I 


Oj niepusto ! ziemia dudni, 
I przem)'ka cóś przez jary, 
Konik z wodą drze od stndni ; 
A gdzie orzeł, cz)' znikł w chmar)'? 
Oj nic! orła wiczie kary. 


-Bracie koniu! twa wygrana, 
Daruj, ,laruj skrz)'delkami' 
-qyt, c)'t ptakn! słyszę pana 
Jak pos)'ła świst z wiatrami 
Lecz mdlejąc)', nie stcpOW). 


Trz)' polan)', trz)' paruw)' 
Jeszcze przednim; jak na lirze
		

/0316.djvu

			303 


Slruny. w dwoje go prz)'rosło ; 
Schować orło... swoje pierze. 
J ego wierne serce niosło. 


I doniosło !... prz)' junuszy 
PalIł. wyciągnął długą sz)'jl)... 
-Pij. pij panie !'h pan niepije; 
Trup z kozaka, trnp z rumaka. 
Na zer orły! nikt niespłoszy. 


LucJa/l S_
		

/0317.djvu

			- 


I 
I 


. 
POZEGNANIE. 


1:1 
II 


ZA Niemen nam precz ! 
Ej koniu! leć kulą: 
Dziewczyno zazulo, 
Uścisnij, (laj miecz! 


-Za Niemen, za Niemen? i czemuż wzajemnćm 
Nie prz)'lgniesz tn sercem? coć wabi za Niemnem? 
Czy kraj tam piękniejszy, kwiecisłsza tam błoń, 
t:z)' milsze dziewoje, że tęsknisz tak do.. ?
		

/0318.djvu

			305 


Nie Jecę do dziew; 
Polecę na god)', 
Czerwone lać miody 
Niewiern)'ch lać krew. 


Chcesz godów? zaczekaj kochanie ty moje! 
Jać gody wyprawię, nas)'cę, napoję, 
Ach serce ci wierne z t)'ch piersi mi rwij, 
Łez moich się napij, i napij mej krwi. 


Dziewcz)'lIo stój, stój! 
Twe słowa, jak brz)'twy; 
Ja z godu, ja z bitw)- 
Powrócę, jam twój! 


-Nie wrócisz mój lub)'! nie wrócisz już do mnie, 
I serce odw)'knie, i pamięć zapomnie, 
Patrz, smutno koń rzuca stajenkę i żłób, 
Ach w polu czerwonpm niech)'bny twój grób! 


Gdy w tucz/) i mrok 
Iuuk kraknie w okienko, 


26. 


'I
		

/0319.djvu

			306 


Prz)'lecę serdeńko I 
W nsteczka cmok, cmok! 


Gd)' jawor zielon)' wierzch skłoni we wiośnie, 
Kukułka zakuka, dąbrowa żałośnie 
Zastęka, a konik to westchnie, to znów 
Prz)'padnie na cztery- - już po mnie! bądź zdrów! 


'J 


('- 
:
 
'- 
(

 
).. 
f 
"-L..
 . 

 _
___ 

' 

'" 
.., "". 
Ic
 . 
,
. : 



 
Gf '
/ {i \
i' '.
, ,(1.]',1 -
 
.1 ; . "...
 
.... J. ::t-
. ..... 
-'=


 Ć--

 


A,
		

/0320.djvu

			ZEGLUGA. 


(
UOJJŹ kochanko, chodź na morze, 
Wiatr żaglami ,lmie; 
Nowe gwiaz,I)', nowe zorże 
Dt;dą witać cię. 
l\linicm port)' i zatoki, 
Kotwię rzucim na obłoki, 
Precz od lądu precz! 


1\.10 ma dusz': niewolniczą 
Temu światem ląfl ;
		

/0321.djvu

			- 


308 


A nam stropy nieh graniczą, 
Królem wiatr i prąd. 
I hez świadków tu kochanie, 
Tajemnicze jak odchlanie. 
Chodź kochanko chodź! 


Czasem siądzie na maszt mewa, 
Wieści niosąc z ziem: 
Że tam hurza łamie drzewa; 
Niesmucim się tćm. 
Co llam ziemi!', co nam hurze ! 
Chcesz miłości szczepić róże, 
Chodź na morze chodź! 


II 


li 


,--"' j 
 
rP' ;: 0J
 /I 
Ą..J , J>/' If 
 
fi;: 
, 'i." ') /. r? 
.- (: . .." 
 
-,."
 .

 
;1? 

-': 

 .
. 
 
::;:
-:; 
 

--::::..--- 


I' 
I 


I lłcynn S.
		

/0322.djvu

			ID	
			

/0323.djvu

			- 


310 


I : 
II 


\Vraz ze łzami tułaczy 
Niemi fala wezbrana 
Niechby w palae tyrana 
Niosla potop rozpaczy. 


Lud pijący twą wodę 
Piłby AJpów swobodę; 
Dziś spragniony umiera! 
Onaby mu śpiewała 
Jak sil) wypuszcza strzala 
Wpierś każdeg-o Geslera. 


r I 


Renie, Renie zielony, 
Czemuż nicpłyniesz w strony 
Mojej ziemi, mej matki?! 
Nieobciążysz swe falc. 
Niechcesz zemsty, nieś żale, 
l na grobowif'c kwiatki. 


I ! 
i I 
I 


A Ren na to : Cyt synu! 
Za nim przyjdzie do cz.vnu, 
Niechaj wam duch urośnie. 
\Vprzód lód stolJić i śniegi,
		

/0324.djvu

			311 


Potem wylal- nad hrzegi ; 
Tak Ren robi o wiośnie. 


Serc i duchow płomienicm 
)Vznieście się nad zgorszeniem, 
W szczyt Strazburskil
j wieżycy.... 
Wtenczas porzucam łoże, 
Was na grzbiecie przewożę, 
\ż do Wisły siostrzycy. 



-I' ':
, 
-,
 ',
)- 


'" 


, 
 

 


, 
"' 
"';1\ . 


j 
..
		

/0325.djvu

			I, 
l, 
I 
I 


rl I 


l, 
I' 
,I 
'I 
I 
II 


SPIS PRZEDMIOTÓW. 


: liBII_ 


I'RZEDsf.own:. A. B. v. 
Wst«p. D. M. 1. 
Ogrody i poeci Powieść. Lucyana S. 9. 
- Wieszcza TroistoŚĆ D. M. 41.. 
Czy już wiosna? Lucyana S. 45. 
Czarownica. I. D. B. 52. 
Nie słuchaj piosnek. Lucyana S. 55. 
Esma. I. D. B. 57. 
Modlitwa do Boga. Seweryna G. 59. 
Twórcze chwile poety. Seweryna G. 62. 
Proźba do burzy. Seweryna G. 64. 
Kobieta. I. D. B. 67. 
Bołdy na Sokolowem w Polanicy. A. B. 71. 
Schadzka Artyst<)w. Powiastka. M. 85. 
Piotr Pszonka Jasicnczyk. Powieś
. Seweryna G. 112. 
Wróżka JazIowca. 1\1. 122. 
Tr'!cby w Dnieprze. Lucyana S. 130. 
Pieśń o Henryku Pobożnym. A. B. 138. 
Dwa poświ«cenia si«. Powieść z 1833 r.,Lucyana S. 157. 
UwaS-i nad d,'amatem polskim. D. M. 201. . 
Królewicz Arrakański w Galicyi. I
. Hippolila. 235. 
Piśmiennictwo Sławian. A. B. 277. 
Konanie kozaka. Luc)ana S. 300. 
, Pożegnanie. A. 304. 
N 
.' 'ły 
Zes-lus-a. Lucyana S. 307. , 
· J).. n,,,,,. 309. W 
,;,
"7t.J 


.k