/0001.djvu

			D 


Ił' 


, 
OJ 


ROK 2 SIERPIEŃ 1918 
TOM IV ZESZYT 4 


DWUTYGODNIK POŚWIĘCONY SZTUCE 
I KULTURZE UMYSł.OWEJ 


. . 
.-. 


. . 
.-. 


. . 
.-. 


...................................................................................... ...............e............_.............._.................................. 
ADRES REDAKCYI I ADMINISTRACYI: ZDRÓJ - POZNAŃ PLAC WILHELMOWSKI 17. 


T R E S C: Ostatnie słowo - Śń Ananda Acharya (spolszczył S. S., przyozdobił Jerzy Hulewicz). Z "Króla Ducha" - Juliusz 
Słowacki. Ekspresjonizm, Słowacki i Genezis z Ducha - St. Przybyszewski. U poetów - Miriam. Zagadnienia obecnej 
doby w oświetleniu nauk teozoficznych - Stanisława Hausnerowa. Patrz aj dziecino, Tanecznica - Olwid. Z cyklu "Opium" - 
Claude Farrere (spolszczyła Jadwiga Przybyszewska). Na marginesie Don Kiszota - Michał Sobeski. Giordano Bruno - 
Paweł Hulka. Taras Szewczenko i Polacy - Fr. Rawita-Gawroński. Wyspiański Światowid - Ewa Łuskina. Miscellanea. 
R y C I N Y : Rysunek - Stanisław Kubicki. Drzeworyty oryg. I. II. III. - Jerzy Hulewicz. 


OSTATNIE SlOWA 


ŚRI ANANDA ACHARY A. 


,. 


óż więc ma począć człowiek i ku 
czemu obrócić dni swoje, o Guru? - 
spytałem, słoniąc się ku lotosom 
Jego stóp, gdy On siedział w mil- 
- czeniu, wpatrzony w płonący cicho 
ogień ołtarza. 
- Ku Prawdy 
mu zaszeleściły 
słowa, jak skrzydła aniołów pod sklepieniem świątyni. 
A jeśli Jej dosiądz nie zdoła myśl ociężała człowieka, będzie li żył 
umierał napróżno? - spytałem przez zasłonę łez, pod którą śćmił się wzrok 
słowa moje. 
- Niech zYle żywota swego Pięknością, mój synu - zadrżał jego głos, 
przez łez swych zasłonę ujrzałem oczy jego, ; rozchylające, się nademną, jak 
złote niebios podwoje. 
- A jeśli mu, o mistrzu, natchnienie duszy me zbudzi, - nie masz że już, 
o Mistrzu, znikąd dla niej ratunku?! 


--'
 


'. t
.
... 
. 


Jedynej pozna- 
nademną Jego
		

/0002.djvu

			Str. 98 


ZDRÓJ 


Nr. 4 


Oczy jego 
przechodzące po 
kształtu pereł. 
- Niechaj pamięta - umrzeć Śmiercią Piękną. 
Rzekł i przymknął oczy. Dotknąłem cicho lotosów stóp Jego 
w lasy, okryte różowym płaszczem świtu. 


popłynęły ku dalekiemu szumowi świętej Gangi - i ujrzałem 
nich mgły srebrne, których rosa me przybierała jednak 


odszedłem 


SPOLSZCZYŁ S. S. 


Z liK RÓL A D U C H Ali 


Wieki minęły, a to tchnięcie boże 
I to owianie ogniem naszych ramion 
Wraca, ilekroć w prochu się położę 
Na mych mogiłach, na łachmanach znamion; 
Dlatego z ducha nigdy się nie trwożę 
A bladnę, kiedym ciałem jest omami on 
Na walkę z ciałem przeznaczony wieczną, 
Aż Jeruzalem sprowadzę słoneczną. 


. 


JULIUSZ SŁOWACKI.
		

/0003.djvu

			Nr.4 


EKSPRESJONIZM - SŁOWACKI I "GENEZIS Z DUCHA" 


Str. 99 


ST ANISŁAW PRZYBYSZEWSKI 


EKSPRESJONIZM - SŁOWACKI 
I "GENEZIS Z DUCHA" 


V. PRACA PRZEDGENEZYJSKA. 


"Słowo" Słowackiego, by się już w dalsze wy- 
wody nie zapuszczać, jest zatem rodzajem między- 
świata, wypełniającym próżnię między Bogiem a świa- 
tem widzialnym - materją, na razie nie objawioną 
jeszcze, spoczywającą w ciemnościach próżni - ma- 
terją "in potentia". która wtedy dopiero się ma 
ujawnić, gdy duchy Słowa, nieśmiertelni synowie Boga 
(jako "logoi") zażądają "krztałtów". 
I oto: "my Duchy Słowa zażądaliśmy kształtów 
i natychmiast widzialnemi uczyniłeś nas Panie, pozwo- 
liwszy, iżeśmy sami z siebie, z woli naszej wywiedli 
pierwsze kształty i stanęli przed Tobą zjawieni".1) 
Duchy zażądały "kształtów" to znaczy "realności" 
w pojęciu Platona i otrzymały ten istotny i jedynie 
"rzeczywisty" byt, (bo świat "widzialny" jest złudą 
i omamą), w tym celu, by świat widzialny, ten nasz 
świat, stworzyć. 
Bóg na to zezwolił. 
Sam go nie zamyślał stworzyć, ale zgodził się 
na to, by duchowie, zamieszkujący międzygraniczny 
świat między nim a tym światem, nieistniejącym 
jeszcze, ale i m a n e n t y m jego myślami, go z próżni, 
(XEVliJflU Genozy) wyłoniły i według własnej woli 
urobiły. 


l) Nieściśle wyraził sic: Słowacki, pisząc: "natychmiast 
w i d z i a l n y m i uczyniłeś nas Panie" - oczywiście nie chodzi 
tu o zmysłową widzialność, li tylko o p o j c: c i e zamiaru ucie- 
leśnienia sic: przez rozpoczynającą sic: d z i a ł a I n ość nieobja- 
wionych dotąd niewidzialnych energii. 
Powinien był napisać w myśl średniowiecznego sporu 
nominalistów i realistów, (Arystotelyków i Platoników): r e a I- 
n y m i. Jak wiadomo utrzymywali n o m i n a I i Ś c i, że ideje 
gatunkowe, ogół (universalia) nie posiadają żadnego rzeczy- 
wistego bytu, są tylko czysto oderwanemi pojc:ciami, ba: li tylko 
m i:a n a
m i (nomina), r e a I i ś c i natomiast przypisują ideom 
byt realny, ideje nie są czystemi pojc:ciami - stają sic: one 
odpowiednikami istot ziemskich w sferze duchowej. Ideje 
(u Platona) są prototypami rzeczy zmysłowych, są one rzeczami 
istniejącemi niejakoby w pojc:ciu, w myśli, w zamiarze. Nie 
mniej mają prawdziwe istnienie i byt - j e d y n i e "realny", 
bo cała przyroda jest tylko niejako odciskiem, i to bardzo nie- 
dokładnym, pieczc:ci tych idej. (" To v07Jióv" w przeciwstawieniu 
do "To Xia.[tfl'io'v".) Cały ten ustęp jest zresztą dość zawiły 
i niejasny. Mogłoby sic: zdawać, że Duch, jak długo spoczywał 
w Słowie, nie był jeszcze "ideą" - stał sic: nią dopiero wtedy, 
gdy zażądał kształtów - bo pierwej nie był jeszcze "widzial- 
nym", to znaczy nie miał jeszcze "realnego" bytu, jako archityp 
istotnej widzialności. 


Istniały słońca i gwiazdy, księżyce i ziemie, ale 
tylko w myśli Boga - in potentia - boć w nim 
spoczywa nietylko wszystko co poza bytem, ale co 
jest bytem, a nim jeszcze na razie nie jest, wszystko 
czego jeszcze ni
 było, nie ma, a dopiero po całych 
wiecznościach będzie. 
Według własnej woli rozdzielił Bóg duchy: te 
"które wybrały sobie za formę ś w i a t ł o, odłączył 
od duchów, które obrały objawienie się w ciemności 
i tamte na słońcach i gwiazdach, a te na ziemiach 
i ksi
życach rozpoczęły pracę fonn, z których Ty 
Panie, odbierasz ciągle o s t a t e c z n y w y rób 
m i łoś c i, dla której wszystko jest stworzone, przez 
którą wszystko się rodzi". 
A więc: jedyną pobudką Duchów Słowa, dla 
której zażądali od Boga kształtów, była - Miłość. 
Wszystkie Duchy pałały równą miłością ku 
Bóstwu Najwyższemu, każdy z nich pragnął złożyć 
u jego stóp ostateczny wyrób swej miłości ku niemu, 
dla której jął "t w o r z y ć", lecz zdaje się, że już 
między temi duchami istniała pewna hierarchia, bo 
niezadługo będzie mówił Słowacki o krągu duchów 
świecących, kręgowi ognia podobnych, lecz c z y s t- 
s z e j, odkupionej natury. 
Zgadzałoby się to z nauką Gnozy, (Ptolomeusza, 
ucznia Walentyna, list do Floru) według której tylko 
pierwsza 'czwórka Eonów, bezpośrednio z Boga wy- 
łoniona, miała absolutną świadomość i znajomość 
Bóstwa, te zaś emanacje tej pierwszej czwórki, które 
z nich się w dalszym ciągu za pomocą "syzygii" 
rodziły, zatracały w miarę, jak s
ę od Bóstwa odda- 
lały, coraz więcej tę świadomość wiekuistej światłości, 
a równocześnie rozżarzały się coraz gorętszą miłością 
i tęsknotą, by módz potęgę jego objąć. I może 
równocześnie błąkał się w ekstatycznem uniesieniu 
upojonem mózgu Słowackiego T rój-bóg Basilidesa : 
Ten najwyższy, "więcej niż nazwany", ten drugi, 
wielki "władca", demiurg świata słonecznego, ete- 
rycznego, ponad niebem będącego, którego imię 
"Ogdoas", a który również jest bez nazwy i ten 
trzeci, władca świata atmosferycznego, leżącego pod 
finnamentem, a którego granicę zakreśla droga księ- 
życa: Bóg osobowy - Hebdomas?! _ 
Może więc naj bliżsi "pra-przyczyny" duchowie 
zostali wysłani na słońca i gwiazdy i tam już całkiem 
z Bóstwem zlać się zdołali w bezpośredniem obco- 
waniu z Ogdoasem, a te najwięcej od Boga, który 
nie jest Bogiem, bo za wielki i niepojęty, by mógł 
być nazwany, oddalone w ciemnościach podksięży- 
cowych krwawą swoją pracę podjęły: tern większą 
ich zasługa, tern boleśniejszy ich "wyrób" miłości! 
Co za cudowna mitologia! 
T o istotnie ten nowy "myt", którego współ- 
czesny "ekspresjonizm" tak rozpacznie szuka!
		

/0004.djvu

			Str. 100 


ZDRÓJ 


· Nr. 4 


Tak więc "Duch", jako pierwsza Trójca, zło- 
żona z trzech osób z Ducha, z Miłości i z Woli, 
leciał powołując bratnie duchy p o d o b n e j sobie 
natury (niezmiernie ważne to "pod?bnej" sobie na- 
tury, widocznie więc, że byli i inJ;li duchowie "wyż- 
szej" i "bliższej" Bóstwa natury, o czem już mó- 
wiłem) a przez miłość, wolę w sobie obudziwszy 
zamienił (z ich współudziałaniem) p u n k t j e d e n 
n i e w i d z i a l n e j p r z e s t r z e n i w rozbłysk sił 
Magnetyczno - Attrakcyjnych. A te przemieniły się 
w elektryczne i piorunowe. 
"I rozciepliły się w Duchu". 
To wszystko działo się jeszcze w obrębie słowa. 
Pierwsza trójca "Duch-Miłość-Wola przez Ducha 
świętego Miłości na dnie swej natury wzruszona", 
jęła się z szybkością błyskawicy przemieniać w trójce 
rodzone, jedna z drugiej, szereg, który już znany, 
ale w ostatniej przemianie: Duch w ciepliku, który 
miał wydobyć z nieba światło - zaleniwił się w swej 
pracy, słoneczności z siebie wydobyć zaniedbał. 
"A gdy oto zaleniwiony w pracy mój duch 
słoneczności z siebie wydobyć zaniedbał i z drogą 
się twórczości rozminął, Tyś go Panie walką sił 
wnętrznych ukarał, nie światłem już, ale ogniem 
niszczycielem błysnąć przymusił, a d ł u ż n i k i e m 
miesięcznych i słonecznych światów uczyniwszy za- 
mieniłeś ducha mego w kłąb ognia i zawiesiłeś go 
na przepaściach'" 
Tu staje się już jasnem, że Słowacki przyjmował 
hierarchię duchów. Krąg duchów, którzy wskutek 
najbliższego sąsiadowania z Bóstwem rozpoczęły 
genezyjską pract( "na słońcach i gwiazdach" zdołał 
wytworzyć światło, niższy krąg duchów, które wsku- 
tek oddalenia się od Bóstwa już w pleromie, bo wy- 
łaniały się z tych pierwszych, bezpośrednio z Boga 
swój byt wywodzących, "obrały objawienia się 
w ciemności" - rozleniwił się już, gdy cieplik 
wytworzył. 
"I cóż się stanie - słyszymy trwożne pytanie 
w pierwszej rozmowie z Helionem - z globem na- 
szym . n i e s t w o r z o n y m, z ziemią tą, która już 
w oczach stwórcy stoi wyraźnie na miejscu swojem, 
między światami ducha zapalonemi 71" 
Otóż glob ziemski był w planie pracy ducha, 
jak się z tej rozmowy dowiadujemy - w przepo- 
tężnym rozmachu dążył Duch do stworzenia "świata"- 
dokonania piątej "przedgenezyjskiej" pracy, ale 
wskutek rozleniwienia się w ciepliku, ominął się 
z drogą swej Twórczości - a może chciał z lenistwa 
tę widocznie najtrudniejszą formę "przeskoczyć" 
i "z cieplika wprost w gazy przeszedłszy, w c i a ł o 
s t a ł e się przemienić", czyli dostać się w formę 
szóstą. 


Ale tego dokonać nie zdołał. 
Za karę został d ł u ż n i k i e m słonecznych świa- 
tów, bo został zmuszony pożyczyć od nich światła. 
A ta pożyczka stała się jego ciężką karą, bo to 
"pożyczone" światło, nie jest światłem z ducha, ale 
fałszywe i "przemienione", czyli ogień: światło ma- 
terialne, światło niszczyciel. Ogień zatem jest pierw- 
szym wytworem grzechowego upadku, dla tego 
słowo ogień według Słowackiego "w słowiańskim 
wyrazie jest jak gdyby z westchnienia i jęku zło- 
żony". (O! gień.) 
Duch zamienia się teraz w płonący glob ziemski - 
rozżarzoną m a t e r j ę, której dotychczas nie było. 
I teraz się rozpoczyna straszliwa tragedja Ducha. 
Duch upadkiem grzechowym "zaleniwieniem", został 
wyrzucony poza obręb Słowa - za obręb "widzial- 
ności"l) w pojęciu Platona - to znaczy, że świat 
rzeczywisty idei "io vor;iov" przechodzi w namacalne 
materyalne "io Xl or;ióv". Duch został zamieniony 
w kłąb materialnego ognia, zamieniony nad prze- 
paściami, nad tą próżnią, ono N i c Hebdomasa- 
Jehowy, by stworzyć ten zmysłowy, "poroniony" 
świat (Boehme). 
A, gdy już cały glob ziemski stanął w strasz- 
liwych płomieniach ognia, proces "przedgenezyjski" 
zdawał się stanąć teorją kosmogoniczną Kanta- 
Laplace' a: 
"A oto na niebiosach drugi krąg duchów świe- 
cących, kręgowi ognia podobny, lecz czystszej i od- 
kupionej natury, anioł złoty z rozwiniętemi włosami, 
silny i porywający, uchwycił jednę garść globów, 
zakręcił nią jak tęczą ognistą i porwał za sobą!" 
Tak się rozpoczął system planetarny. 
Nauka Słowackiego tylko na pierwszy rzut oka 
przypomina teorję Kanta - Laplace'a - w rzeczy- 
wistości samej całkiem się od niej różni. 
Pojedyńcze globy ziemskie, czy też księżycowe, 
nie odrywają się od słońca, ale są już przed wszel- 
kim początkiem "punktami niewidzialnej przestrzeni". 


1) Ta nieszczęsna "widzialność" Słowackiego (raz jeszcze 
do tego powracam) bezustannie w błąd wprowadza. Trzeba 
bacznie odróżniać u niego "widzialność" od "materjalności". 
Cała ta praca "przedgenezyjska", a więc ta, która się dokonała 
przed utworzeniem się globu ziemskiego, jest "widzialna", ale 
nie "materjalna". Magnetyzm elektryczność, cieplik światło, 
są to "widzialności", to znaczy siły "rzeczywiście istniejące" - 
zdaje się, że Słowacki przetłomaczył platoniczną "realność" na 
"widzialność" - i to niewłaściwe wyrażenie na manowce spro- 
wadza. A może "widzialność" rozumie przez "widzącą wiarą" 
ogarnąć dające się rzeczy, coś istniejącem poza obrębem zmy- 
słowego widzenia? - Tak samo używa Słowacki słowa: 
"stworzone", "już stworzone" całkiem niewłaściwie - winno 
być zwykle: "realne, rzeczywiste" w sensie filozofii neopla- 
tońskiej - dla której jedyna rzeczywistość jest idea, a świat 
zjawisk omamą i ułudą.
		

/0005.djvu

			Nr.4 


EKSPRESJONIZM - SŁOWACKI I "GENEZIS Z DUCHA" 


Str. 101 


Słońce już było (in potentia) zaczem naj bliżsi 
Boga Eoni je zamieszkali, był księżyc i ziemia, za- 
czem Dut;;h Słowackiego zamienił go w "rozbłysk 
sił magnetyczno-attrakcyjnych". 
Cała czynność słońca przy upadku ducha glo- 
bowego polegała li tylko na tern, że cały system 
planetarny - już "in potentia" istniejący, w R u c h 
wprawiony został. 
Przecież w Bóstwie spoczywa logos - jego 
myśleniu immanentny wszechświat, którego ujawnie- 
nie dał w moc Synów Duch "logoi". Cały plan 
wszechstworzenia był w nim - duchowie Słowa go 
tylko wykorzystali, a gdzie się z Twórczością, daną 
im przez Boga, rozmijali, srogo karani byli. 
Było już słońce, od którego "niestworzony jeszcze" 
glob ziemski dostał fałszywe "światło", "przemie- 
nione" światło w kształcie ognia - od niego się 
zapożyczył i stał się jego dłużnikiem, jak również 
były już światy księżycowe, od których również glob 
ziemski zapożyczyć się musiał i stał się ich d ł u ż- 
nikiem. 
W "Genezis z Ducha" istnieje tu dotkliwa luka. 
Nie dowiadujemy się, o ile zaleniwiony Duch ziemski 
stal się d ł u ż n i k i e m miesięcznych światów - 
a przecież chodzi tu o niezmiernie ważną rzecz, 
w jaki sposób glob ziemski mógł o s t Y g n ą ć. 
W "liście do Rembowskiego" dowiadujemy się, 
o ile glob ziemski "zadłużył" się i u księżyca. 
Na glob żarzący i trawiący się w sobie, "za 
wdaniem się odkupiciela jasności (to znaczy pier- 
wiastku słonecznego, ś w i a t ł a) trójca nasza ścią- 
gnęła w siebie pierwiastek miesięczny - w o d ę - 
tę dziwną łZę grzesznika, która nam stanęła obroną, 
przeciwko trawiącemu ogniu". I w ten sposób, 
"jako dziś w duchu, podobnie przed wiekami byliśmy 
wykupieni i wyratowani". 
Woda zatem jest "odkupicielką" porówni ze 
"światem", gdyż na płonący glob zeszła z miesiąca 
("miesięcznica", "pani miesięczna", jak ją Słowacki 
często nazywa) i pomogła globowi ziemskiemu 
w oskorupieniu. 
Odkupicielem było słońce, bo zesławszy "prze- 
mienione światło", to znaczy materjalny ogień, mazało 
ciężki grzech "rozleniewienia" dotkliwą mękę, jaki 
swojem ogniem grzesznemu Duchowi zadało - prze- 
szedł on w tych męczarniach próby ogniowej nie- 
jako swój czyściec - a "miesięcznica - woda" pełna 
ciężkiej skruchy "łez grzesznika" była dla płonącego 
w ogniu czyścowym globu wybawieniem i obroni- 
cielem, a raczej był nim księżyc, gdyż woda jest 
"pierwiastkiem księżycowym", "miesięczną twórczynią II, 
gdyż przez niego głównie obok światła słońca 


"grzeszny pierwiastek Ognia został pokonany i niby 
w kajdany ujęty". 
Tak więc się stało że, gdy już słońce, za do- 
pustem Bożem ukarało glob ziemski ogniem, a księ- 
życ go wykupił z tej srogiej kary "miesięcznicą 
wodą" - nastąpiła osobliwa chwila: 
"A wtenczas trzej Aniołowie słoneczny, mie- 
sięczny i globowy z sobą zetknęci ułożyli się o pierw- 
sze prawo p o m o c y i wagi, a jam (Duch globowy) 
począł porę oświeconą nazywać d n i e m, a czas 
światłości pozbawiony nazwałem n o c ą II. 
[ otóż powstało słowo globowe. 
Na tern się kończy twórczość Ducha "przed- 
globowa", którą sam Słowacki często określa nazwą 
"prac przedgenezyjskich II. 


(C. D. N.) 


\ 



(( / I/I; 

 
" . '! 
",/./ I
' I 
. f,
 'i' 


 I/ 
ł 
," 
/, j 
I' ! 


Rysunek - Stani.ław Kubicki.
		

/0006.djvu

			Str. 102 


ZDROJ 


Nr. 4 


U POETÓW 


TEODOR STORM. 


NA USI RONIU. 


T ak cicho wkoło; majdan śpi 
W skwarnej południa słoneczności, 
Po starych grobach błądzą tchy 
Lekkiej, odświtnej różaności; 
Zioła w okwicie; boru woń 
Bije w nieb letnich modrą toń. 
Żuki pośpiesznie w cieniach krzów 
Pełzną w złocistych pancerzykach, 
Na dzwonkach wrzosów szmerny huf 
Pszczół się uwiesza w gęstych szykach; 
W trawach furkania ptasie wkrąg - 
W niebie skowronków jeden ciąg. 
Nawpół zapadły, niski dom 
Stoi samotny, w słońcu złoty; 
Chałupnik przyparł się ku drzwiom 
I błogo zerka na pszczół loty; - 
Obok leniwie jego syn 
Struże piszczałki z wodnych trzcin. 
Ledwie tej ciszy muśnie czar 
Zegar zkądś ze wsi oddalonej; 
Staremu sen powieki zwarl, 
W marzeniach liczy miodu plony. 
- L.aden wzburzonych czasów prąd 
Nie przedarl się w ten głuchy kąt. 


SŁoWIK. 


To przeto, że słowicza krtań 
Noc zawodzĘła całą; 
Z jej to przesłodkich drgań i łkań, 
Rozwonnych wiań przynosząc dań, 
Moc róż porozkwitało. 
Dziewczę to płoche było wżdy; 
Dziś kroczy w zadum śpiewie, 
Kapelusz letni w ręku drży, 
Na białą płeć żar słońca skrzy, 
Co jej jest, sama nie wie. 
10 przeto, że słowicza krtań 
Noc zawodziła całą; 
Z jej to przesłodkich drgań i łkań, 
Rozwonnych tchów przynosząc dań, 
Moc róż porozkwitało. 


MIRIAM.
		

/0007.djvu

			Nr. 4 


ZAGADNIENIA OBECNE] DOBY 


Str. 103 


STANISŁAW A HAUSNEROW A 


ZAGADNIENIA OBECNEJ 
W OŚWIETLENIU NAUK 
ZOF/CZNYCH 


DOBY 
TE 0- 


Jedna jest tylko wiedza. Jak promienie ku osi 
swej zdążają wszystkie systemy naukowe i religijne 
ku jednej odwiecznej prawdzie, coraz bardziej zbliża- 
jąc się do siebie, coraz więcej upraszczając, aż nie 
utoną w syntezie, w Jedni Duchowego Poznania. 
Nie sądzę, aby synteza ta została już zdobytą, 
aby bujać w powietrzu potrzeba skrzydeł ptaka, lub 
podobnego im mechanizmu, chcąc wznieść się na 
wyższy stopień poznania, trzeba zdobyć wyższy mecha- 
nizm duchowy, któryby wzniósł nas na te niedościgłe 
wyżyny. 
Nad zdobyciem klucza do tych tajemnic pracują 
od wieków jednostki wybrane, które łącząc się 
w towarzystwa i bractwa tajemne, badają ukryte 
przed oczami przeciętnego człowieka prawa i siły 
rządzące światem. 
Dziś nauki te z wiekowego ukrycia w tajnych 
uczelniach wychodzą na światło dzienne i stają się 
dostępne ogółowi badaczy i uczonych, którzy idą za 
głosem wskaźników wewnętrznych, prowadzących ich 
ku spełnieniu posłannictwa wieku. 


Europa jest kolonją Azji. Rasy aryjskie wyniosły 
z niej to, co stanowi najistotniejszą głąb ich ducha. 
Oderwane od łona matki i przystosowane do 
innych warunków przyrody, w samoistnym rozwoju 
swych władz wyodrębniły swe cechy. Lecz Jaźń 
Duchowa szczepu Indo - Europejskiego gdy zrzuci 
z siebie to, co przemijające, gdy dojrzałość duchowa 
zaprowadzi ją do progów Poznania, staje się również 
jak Dusza Indyjskiego Wtajemniczonego owym mi- 
stycznym krzakiem gorejącym tęsknoty ku Bogu. 
Synteza znanej nam literatury indyjskiej, to tylko 
wyraz owej tęsknoty, to płomienneJ nieukojone, 
szczęsne i bolesne pożądanie utonięcia w nurtach 
praźródła. 
Ta sama tęsknota, którą mistycy chrześcijańscy 
nazywają "tęsknotą ku Niemu" prowadzi do tegoż 
celu wszystkie dusze wybranych proroków i świętych 
wszystkich epok i narodów. Wielcy przywódcy ludz- 
kości, reformatorowie, twórcy nowych systemów reli- 
gijnych, genjalni filozofowie, natchnieni wieszcze, któ- 
rych dusze już także po innej linji rozwojowej doszły 
na te krawędzie, gdzie pierwiastki wieczne opanowują 
doczesność ludzkiej istoty, idą Za głosem budzących 


się w nich mocy rewelatorskich i reformatorskich. 
Istota tych rewelacji we wszystkich wiekach i u wszy- 
stl	
			

/0008.djvu

			Str. 104 


ZDRÓJ 


Nr. 4 


końca 18. stulecia, poczem rozwiązał się wskutek 
wciśnięcia się do jego tajemnic żywiołów niedorastają 
cych wysokim ideałom bractwa. Wzniosłe tajemnice 
wyzyskane do niskich egoistycznych celów dały począ- 
tek teraźniejszej masonerji, która białą magję misty- 
ków chrześcijańskich zamieniła na kult doczesnej 
potęgi. 
Mistyczne jednak dążenia nie gasną, lecz odra- 
dzają się ciągle w natchnieniach wielkich dusz, 
u Genjuszów, którzy jak natchnieni prorocy we 
własnem bogactwie duchowego widzenia czerpią 
poznanie naj głębszych prawd wieczności. 
Wtajemniczeni nasi to Mickiewicz, Słowacki, 
Krasiński, Towiański, Hoene - W roński, Cieszkowski. 
Początek wznowionego w Europie zaintereso- 
wania się naukami ezoterycznemi czyli teozoficznemi 
datuje się od drugiej połowy XIX. wieku. Twórczynią 
jego jest Rosjanka, Helena Bławatska. 
Jako dziecko objawiała ona już silnie rozwinięte 
władze medjumiczne, które zdolny i ciekawy umysł 
jej popchnęły w kierunku badań nad tern przedmiotem. 
Żądza wiedzy zagnała ją w niedostępne przed 
nią dla Europejczyka doliny gór Himalajskich, gdzie 
znalazła stowarzyszenie bractwa mistycznego t. zw. 
Braci Himalajskich, które rozgałęzione jest na całym 
kontynencie Azji. 
Tam pod przewodnictwem uczonych - Mo- 
hatmów - dopuszczoną została do tajemnic prastarej 
wiedzy, których to studjów rezultaty wydała w języku 
angielskim, w kilku grubych tomach. Przy pomocy 
pukownika Olcota założyła Bławatska w New Yorku 
towarzystwo teozoficzne, którego punkt centralny 
został później przeniesiony do Indji Adiar - przed- 
mieścia Madrasu. 
Wedle twierdzeń Bławatskiej zgodzili się mistrze 
himalajscy udzielić niektóre szczegóły olbrzymiej 
wiedzy tajemnej Europie, utrzymując, że wchodzi ona 
w okres wyższego rozwoju psychicznego, do którego 
nauka ta ją przygotuje. 


Nauka tajemna jest to Wiedza przedwieczna 
sięgająca kilka tysięcy lat przed naszą erą, spisywana 
z widzeń i uświadomień, które utrzymują wtajemni- 
czeni w stanie wyższej inicjacji, czyli Duchowego 
widzenia. 
Magowie indyjscy są to ludzie, których rasa 
i właściwości fizyczne i umysłowe, są w tym kierunku 
od wieków kształcone. Widzenia ich uznawane i spisy- 
wane są dopiero wtenczas, gdy zostaną potwierdzone 
widzeniami innych adeptów i porównane z rezultatami 
istniejących już prastarych dokumentów. 
Księgi te zebrane są w olbrzymich' bibljotekach, 
których objętość nie ustępuje największym europej- 


skim księgozbiorom w Britishmuseum i umieszczone 
w jaskiniach w skałach wykutych, gdzie jeszcze nie 
stąpiła stopa europejczyka. 
Szkoły ezoteryczne, których główna siedzi !Ja jest 
z przeciwnej strony Himalajów, są rozgałęzione po 
całym kontynencie Azji, w Chinach, Persji, Japonji, 
Indjach, Tybecie i Syrji. W ich posiadaniu są wszy- 
stkie odwieczne księgi wschodu i wszystkie rękopisy 
od początku powstania pisma. Mędrce ci utrzymują, 
że od czasu zniszczenia bibljoteki aleksandryjskiej, 
członkowie szkół ezoterycznych wyszukują i nabywają 
wszystkie księgi tajemne, aby świętą wiedzę ukryć 
przed okiem profanów. 
Wedy, których ułamki przyswojone są językom 
europejskim, pisane są tak, że mają podwójne zna- 
czenie. Można je rozumieć dosłownie, lub też czytając 
nną intonacją otrzymuje się tekst ezoteryczny, klucz 
jednak do takiego zrozumienia jest trzymany w naj- 
głębszej tajemnicy. 
Próba oddania tych tekstów w jakimkolwiek 
języku europejskim jest bardzo trudl'lą, bo żaden 
język prócz sanskrytu nie posiada potrzebnych ku 
temu wyrazów. To co Adepci Wiedzy tajemnej 
udzielili dotąd Europie jest kroplą wobec nieskoń- 
czoności oceanu, w stosunku do ogromu ich wiedzy, 
na której poznanie będziemy czekać jeszcze długie 
wieki. "Wiedza tajemna" Bławatskiej są to komen- 
tarze do prastarych ksiąg indyjskich zwanych Księgą 
Dżjan czyli Księgą archaniołów, treścią ich jest kos- 
mogonia wszechświata i geneza naszej ziemi. Jest 
to chaotycznie nagromadzony, niesłychanie bogaty 
materjał głębokich zapatrywań metafizycznych, obej- 
mujący całą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość 
świata, opatrzony w cytaty nietylko nieznanej nam 
indyjskiej literatury, lecz i wszystkich ksiąg religijnych 
i filozoficznych całego świata. 
Księgi Dżjan, których epoka powstania zakryta 
jest mgłą nieprzeliczonych wieków, zawierają olbrzymi 
system rozwoju fizycznego i psychicznego ludzkości. 
System ten tłumaczy metafizyczne i psychiczne przy- 
czyny stanu współczesnej cywilizacji i stosunek jej 
do zagadnień Ducha. 
Są tam wzmianki o wielkich przewrotach ocze- 
kujących ludzkość w przełomowej chwili jej materjal- 
nego rozwoju tak przypominające obecnie przeżywane 
przez nas czasy, że można je uważać za przepo- 
wiednie obecnej doby i wojny, niszczącej cywilizowane. 
kraje naszego globu. 
Oto nieudolna próba streszczenia tej wielkiej 
hipotezy. 


Wznoszenie i upadanie wielkiego Oddechu bu- 
dzi Kosmos przy świtaniu każdego nowe2"0 okresu
		

/0009.djvu

			Nr. 4 


ZAGADNIENIA OBECNEJ DOBY 


Str. 105 


i puszcza w ruch za pomocą dwóch przeciwnych 
sobie czynników, centryfugalnej i centrypetalnej siły. 
Jest to zasada męska i żeńska, pozytywna i nega- 
tywna, duchowa i fizyczna, które razem prowadzą 
pracę nad wykorzenieniem materji stanowiącej Kos- 
mos objawiony, zwany przez Hindusów polem Złu- 
dzenia, bo złudzeniem jest dla nich widzialna dla oka ma- 
terja. 
Ruch ten wahadłowy wszechświata powtarza 
się w nieskończoność, jak nie miał nigdy początku. 
Źródło i sprawca, to owa przedwieczna i jedyna 
substancja zwana przez Hindusów "Parabrahm", 
"Paratman", u żydów "Jehowa", przez mistyków 
i metafizyków zwana "Absolutem", "Przepaść" 
Gnostyków, "Natura naturans" Spinozy, "Ding in sich" 
Kanta, "Wola" Schopenhauera, "Świat xwymiarowy" 
Zolnera i Hellenbacha, "Stnienie" Trechowskiego, 
a nasz Bóg Chrześcijański. 
Otóż z łona prajaźni wyłonione światy zaczynają 
proces kształtowania się, dążąc przez 7 okresów sto- 
pniowych przemian, od stanu eterycznego do coraz 
większego stężenia przez inwolucję czyli postępową 
materjalizację, a następnie ewolucję czyli spirytu- 
alizację. T e dwa prądy jeden od góry do dołu, 
drugi od dołu do góry symbolizują się figurą dwóch 
odwróconych od siebie, wierzchołkami przecinających 
się trójkątów. Trójkąty te są figurą życia i czło- 
wieka, a zarazem w najszerszem kosmicznem zna- 
czeniu całego organizmu wszechświata. 
"Duch i ciało to jedno", mówią Hindusi. Duch 
jest zgęszczoną materją, materia rozrzedzonym du- 
chem. Duch w inwolucji staje się ciałem, ciało 
w ewolucji dąży do uduchowienia. 
Rozwój świata dokonuje się w siedmiu wielkich 
okresach, czyli kręgach i przechodzi kolejno siedm 
przeobrażeń zmieniających fizyczny i psychiczny 
kształt globu w miarę postępu ras. 
Przemiany te odbywają się w łączności z siedmiu 
innemi planetami, które wraz z naszym globem sta- 
nowią tzw. łańcuch planetarny. Planety jednego 
łańcucha przechodzą tą samą drogę ewolucyjną, 
zajmując jedne po drugiej opuszczone miejsce w okre- 
sach rozwoju i oddziałując na siebie wzajemnie. 
Z chwilą, gdy wszechświat wyłania się z nocy 
Bożej, czyli przechodzi ze stanu biernego w stan 
czynny, na ziemiach zaczynających pracę kształto. 
wania się, monady duchowe oderwane od substancji 
macierzystej wszechducha, przechodzą proces powol- 
nego rozwoju. Rozwój ten to powolne zdobywanie 
świadomości, czyli indywidualizowanie się niezróżni. 
cowanej duchowej substancji. 
Istnieje niepodzielna wszechobejmująca świado- 
mość czyli inteligencja, drgająca w każdym punkcie 
całego Kosmosu, której niema początku, ani końca. 


Pierwszy jednak przejaw, odbicie jej w świecie 
zjawiskowym jest niezróżnicowany. Jest to jakby 
odblask słońca na szybie wody, która żyje i wsiąka 
w swe łono promień ożywczy, lecz dzieje się to 
mechanicznie bez współdziałania refleksji i woli. 
Świadomość to poczucie siebie, a ta rozwija 
się stopniowo przez rozwój osobowości, tj. poczucie 
się jaźnią odrębną, indywidualnością, któreto po- 
czucie służy duchowi do doskonalenia się w szeregu 
niezliczonych żywotów na co raz to doskonalszym 
globie. 
Dosiągłszy punktu kulminacyjnego tj. najwyż- 
szego stopnia życia osobowego - czyli egoizmu - 
poczucie osobowe zaczyna powoli zanikać drogą 
osobistej ofiary, aż do świadomego, samowolnego 
zlania się z wszechświadomości Absolutem. 
Tą drogą osiąga człowiek stan zupełnego 
udoskonalenia czyli uduchowienia. 


Iskry duchowe zaczynają proces doskonalenia 
w stanie eterycznym, jak również w stanie eterycznym 
znajduje się ziemia w początku pracy ewolucyjnej. 
Każdy następny krąg przynosi wyższy rozwój i wnio- 
sek tj. stopniowe stężanie czyli zapadanie w materję, 
które trwać ma przez trzy i pół wielkich okresów. 
Przez następne okresy odbywa się ten sam proces 
w odwrotnym stosunku dematerjalizujący, czyli udu- 
chownienia materji, aż do zupełnego rozpłynięcia 
się w wszechduchu. - 
Duch w zaczątku przybiera na eterycznym bez- 
materjalnym jeszcze globie eteryczne ciało i ewolując 
razem z globem przybiera coraz więcej materii waż- 
kiej, a w ciałach tych przeżywając liczne żywoty, 
gromadzi coraz większy zapas doświadczeń, które 
mu służą do rozwinięcia jego osobowości czyli 
egoizmu. Im grubsza materja, tern silniejsze poczucie 
osobowości, i tern większe samolubstwo. 
Zapadanie w materję jest koniecznem prawem 
natury, jest ono kamieniem probierczym oczyszczenia, 
bo tylko własną pracą i zasługą duch osiąga stan 
dematerjalizacji czyli uduchowienia. 
Monada duchowa musi przejść przez wszystkie 
szczeble ewolucji od zwierzęcia do anioła, aby na 
każdym z tych stopni zbierać potrzebne dla swojego 
rozwoju doświadczenia i w walce z materią ujarzmić 
ją i poddać swojej woli. Planem wszechświata jest 
nieustanne dążenie do doskonałości, której nie osiąga 
się za pomocą obcą, cudu, łaski, lecz przez własną 
pracę, przez powolne staczanie się w materję i osią- 
gnięcie przez to najwyższego stopnia życia osobo- 
wego, z którego rodzą się wszystkie ludzkie błędy 
i grzechy, a następnie powolne podnoszenie się, 
wyzwalanie z niewoli osobowości, przez walkę ze
		

/0010.djvu

			Str. 106 


ZDRÓJ 


Nr. 4 


sobą czyli materjalnemi składnikami jaźni, przez wy- 
siłki, zrzeczenia się, ofiary, aż do zupełnego zaprze- 
czenia swej osobowości, tj. materjalnej swej istoty. 
Podstawą systemu ewolucyjnego indyjskiej me- 
tafizyki jest wiara w reinkarnację czyli serję powol- 
nych wcielań, coraz doskonalszych aż do osiągnięcia 
stanu nirwanicznego, t. j. rozpłynięcia się we wszech. 
jaźni. 
Reinkarnacja nie jest jednoznaczną z metam- 
psychozą, bo w systemie tym osiągnąwszy stopnia 
człowieka, nie cofa się, lecz przebywa coraz dosko- 
nalsze żywioły w ludzkiem ciele. 
Chyba taka jażn, która rozminąwszy się z pra- 
wem nieustannego postępu miast ewolucji, inwolu- 
cyjną cofa się drogą i stając się czynnikiem szko- 
dliwym, psuje wszechharmonię bytu, wraca do stanu 
pierwotnej materji t. j. zostaje opuszczoną przez 
wyższy duchowy pierwiastek i traci prawo do nie- 
śmiertelności. 
Iskra duchowa oderwana od materjalnych 
swych obsłonek nie ginie, bo wszystko co z Boga 
poczęte, jest nieśmiertelne, lecz ginie zindywidu- 
alizowana już osobowość. Pozbawiona fonny monada 
tonie w morzu niezróżnicowanej esencji duchowej, 
aby znów kiedyś rozpocząć na nowo ewolucyjną 
pielgrzymkę. - 
Wcielenia ewolującego ducha powtarzają się 
tak długo, pokąd trwa poczucie osobowości, która 
pragnieniami przykuwa ducha do ziemi. To pra- 
gnienie wywołuje błędy i grzechy nieśmiertelnej 
jaźni i trzyma ją w niewoli u jej _niższych śmiertel- 
nych pierwiastków. Upadki te tworzą łańcuch przy- 
czyn i skutków i stają się powodem nowych wcieleń. 
To prawo nieubłagalnej konsekwencji i sprawiedli- 
wości nazywa się Karmą. Karma wywoływaną bywa 
przez skutki tych czynności człowieka, które mącą 
harmonię wszechświata, bo dla przywrócenia naru- 
szonej harmonii, czyli sprawiedliwości, konieczną jest 
nowa działalność. 
Człowiek, który nie chce tworzyć 'nowej karmy, 
powinien wystrzegać się niesprawiedliwości, a więc 
trzymać się prawdy w życiu tak zewnętrznie, jak 
wewnętrznie. Słowo "prawda" obejmuje całą skalę 
etyki, bo prawda jest temsamem co cnota. 
Prawo ewolucji jakiemu podlega monada du- 
chowa jest to praca nad opanowaniem zwierzęcej, 
materjalnej natury, podporządkowaniem niższych 
instyktów wyższym duchowym pierwiastkom. 
Prawo to bezwzgll:tdnej sprawiedliwości i kon- 
sekwencji przyczyn i skutków tłumaczy niezrozumiałe 
dla nas różnice charakterów, zdolności, nierówność 
losu, stanowisk społecznych, jak przyczyny wszelkich 
cierpień i nieszczęść, które bardzo często spadają 
niezasłużenie. 


Tern także można tłumaczyć pojawienie się 
geniuszów u rodziców przeciętnie rozwiniętych lub 
odwrotnie, problem nie dający się podciągnąć pod 
prawo dziedziczności. Rozpatrując ten plan ewolu- 
cyjny z jego nieubłagalną konsekwencją i sprawie- 
dliwością można ze słusznością powiedzieć, że czło- 
wiek jest twórcą swego szczęścia, jakkolwiek w sto- 
sunku do jednego istnienia nie wydaje się' to praw- 
dziwem. Wedle prawa kannicznego człowiek jest 
w istocie twórcą swego losu. Kuje on sobie nie- 
rozerwalny łańcuch wiekowych następstw każdego 
czynu, każdego słowa, każdej myśli, której kaźde 
ogniwo musi sam spoić i rozkuć własnemi rękami. 
Pomoc dana mu przez wielkich nauczycieli, nawet 
Boskiego Zbawiciela, to tylko młot i paliwo, tylko 
drogowskaz, światło rozświecające drogę. - 
Promień łaski zlewa się tylko na dusze otwie- 
rające się na jego działanie, szukające prawdy, nawet 
chwila tzw. cudownych nawróceń musi być w za- 
leżności od całego szeregu przełomów i przemian 
duchowych w zakrytych prz
d oczami naszemi dro- 
gach ducha. 
Najwyższym stopniem jaki OSIąga duch już 
doskonały, to spokój na łonie Bożem, Nirwana, 
utonięcie we wszechbycie. Jest to stan, w którym 
ograniczoność oddzielnego osobistego bytu zostaje 
zniweczoną, gdy świadomość oddzielna łączy się ze 
wszechwiadomością Wszechświata. 
Posiadłszy Nirwanę, człowiek nie łącząc indy- 
widualności zaczyna odczuwać siebie we wszystkiem 
co istnieje, a wszystko co istnieje w sobie. W prze- 
ciwieństwie do panującego na zachodzie wyobrażenia, 
mowl Bławatska, jakoby Nirwana była brakiem 
wszelkiego życia, nazwaćby ją można najdokładniej 
pełnią nadosobistego istnienia, które zlało się z istnie- 
niem wszechświata. 
O tym stanie doskonałości i wszechwiedzy 
mówi mistyk Chrześcijański Angelus Silesius "tak 
jestem wielki jak Bóg, on zaś jest tak małym jak 
ja, ja jestem wieczność, wolny od działania czasu, 
jednoczę się z Bogiem i Boga ze sobą jednoczę." 


Powrót Ducha na Ziemię, czyli reinkarnacja 
zostaje znów w ścisłym związku ze stworzonemi 
przez Ducha przyczynami. Powracają one do swego 
pierwotnego pola działania, pociągane poprzednio 
zadzierzgiętymi związkami z opuszczonem miejscem 
pobytu, rodziną, lub przyciągane tajemną siłą po- 
krewieństwa duchowego. 
Duchy na wyższym stopniu ewolucji wracają 
jako przywodnicy narodu, i to są prorocy, zjawiciele 
wielkich prawd, 2"eniusze, prawodawcy, ci którzy 
zjawiają się jakby z gotowym już planem działania.
		

/0011.djvu

			ZAGADNIENIA OBECNEJ DOBY 


Nr. 4 


Święte księgi indyjskie wspominają o wyższem 
jeszcze dobrowolnem poświęceniu się duchów na 
najwyższym szczeblu rozwoju. Gdy Arhat ---.: Duch 
doskonały - przejdzie całą swą drogę i stanie 
u wrót Nirwany, może się jej wyrzec przez miło- 
sierdzie dla ludzi i niewidzialny pozostać w świecie, 
by pomagać duchowemu rozwojowi i zbawieniu ludz- 
kości. Po śmierci fizycznej wyrzekłszy się Nirwany 
żyje on w dalszym ciągu w ciele eterycznem dla 
niewtajemniczonych niewidzialnym, a to dla tego, by 
strzedz ludzi i pomagać im. 
Do tych Duchów ofiarnych stosują się słowa 
jednej z cytat, jakie Bławatska zebrała z świętych 
ksiąg indyjskich, w dziełku "Głos milczenia". "A kiedy 
dojdziesz do progu siódmego i ostatniego poznania, 
Wierzeje ominiesz, lecz na to jedynie, by stać przy 
niedoli i do nieskończoności bezinteresownym po- 
zostać. " 
Chrześcijaństwo nazywa tych niewidzialnych prze- 
wodników Aniołami Stróżami. 


Duch osiągnąwszy drogą ewolucji stopień czło- 
wieka, był jak powiedziano w pierwszym okresie 
istotą eteryczną, bo w takim stanie znajdował się 
glob, a na nim natura dążąca do stopniowego kry- 
stalizowania się sił fizycznych w okresie drugim 
i trzecim. 
Świadomość ducha rozwija się powoli, z po- 
czątku podobna do świadomości zwierzęcia jako 
instynkt, żądza i trwoga. Każda władza naszego 
ducha, wszystkie odcienie jej popędu właściwości, 
przechodziły tę samą drogę ewolucyjną, każda zbro- 
dnia w stopniowaniu staje się cnotą, każda wada 
uszlachetniona zaletą. 
Obrane z egoistycznych pobudek zuchwalstwo 
staje się bohaterstwem, skąpstwo przemienia się 
w wstrzemięźliwość, gwałtowność w żądzę czynu, 
upór w stałość charakteru, bewzględność w walce 
z przeszkodami to impuls do postępu, który ze śle- 
pego okrucieństwa przemienia się w czyn twórczy. 
Miłość wszechludzka, najwyższe uczucie wszech- 
spójni z całem Bytem, to także tylko produkt zdo- 
byty ewolucją przez uduchownienie samolubnej zmy- 
słowej żądzy. 
W drugim i trzecim kręgu kula ziemska zaczy- 
nała . się stopniowo ustalać, a z nią cała żyjąca na 
niej przyroda. W tych epokach odbywały się wedle 
genezy indyjskiej ważne i zajmujące przewroty. Duch 
tworzył coraz doskonalsze kształty, zdobywając 
również coraz doskonalsze sposoby. rozradzania. 
W czwartym kręgu następuje zrównanie potęg, 
siła Ducha zrównuje się z siłą materji i to jest 
właśnie epoka narodzin naszej cywilizacji. 


Str. 107 


Okres, w którym znajdujemy się obecnie, to 
początek drugiej połowy czwartego kręgu. O nim 
mówią prastare księgi "rozwój sił intelektualnych 
dosięgnie swego zenitu w postępie nauk i sztuk, 
w zdobyczach rozumu służących materii, duchowi 
jednak nie przynoszących żadnych korzyści." 
Rozpętana z więzów swych materia przewali 
Ducha swoim ogromem, który w walce z nią ulegnie. 
T o też jedynym bodźcem czynów tej epoki będzie 
zaspokojenie potrzeb i wymagań materjalnej, ego- 
istycznej natury. Egoizm stwdrzy podwaliny cywi- 
lizacji tego okresu, on też będzie powodem jej 
upadku, bo on właśnie czyni ludzi ślepymi na światło 
prawdy i zagradza drogę duchowego postępu. 
Z końcem pierwszej połowy czwartego kręgu 
egoizm wzrośnie do najwyższego napięcia. Wszystkie 
zdobycze cywilizacji jemu tylko służyć będą. W Europie, 
która w tym okresie stanowić b
dzie jakoby serce 
globu, centrum jego życia rozwojowego, straszna nie- 
nawiść wzajemna ogarnie ludzi i narody. Wszystkie 
narody rzucą się na siebie, aby się wzajemnie zabijać, 
a przywódzcy ich w ślepocie swej nienawiści stwa- 
rzać będą hasła i idee, nieświadomi, że są tylko 
bezwolnymi czynnikami fermentu ewolucyjnego. 
Człowiek musi sam ukuć sobie ogniwa łańcucha, 
który ducha skuwa i sam własnemi rękami skruszyć 
krępujące go kajdany. 
Ludzkość musi sama zburzyć ciężkie piramidy 
materjalnej cywilizacji, którą przytłoczyła Boski pier- 
wiastek swej jaźni. Sama musi rozkuć kajdany nie- 
nawiści, którą się dobrowolnie skuła, sama za swój 
błąd sprzeciwienia się wskaźnikom - posłanników Bo- 
żych, ponieść musi całopalną ofiarę krwi i męczeń- 
stwa. Żadna ewolucja nie odbywa się bez prze- 
wrotów i kataklizmów, tak jak kształtowania się 
globów wymagało tytanicznej walki sił tworzących, 
konwulsyjnych podrzutów, rozszalałej w swej pracy 
kosmicznej materji, jak tężenie skorupy ziemskiej 
rozsadzało głazy formując góry i morza, tak nadpo- 
wietrzna walka przeciwnych sobie prądów wywołuje 
w wyższych astralnych i niższych materjalnych sferach 
ziemi straszne starcia i zapasy sił fizycznych i ducho- 
wych. Bo to rozprężenie widzialne, dostępne naszym 
zmysłom ma w sobie inne niewidzialne dla oka. 
tajemne przyczyny. Oto duch pracujący na globie 
wchodząc w centrum przełomu, zenit ewolucji zaczyna 
wytwarzać więcej niż dotąd duchowej substancji, 
która spływać będzie i ożywiać coraz więcej jednostek, 
tak, że światło duchowej wiedzy dostępne dotąd tylko 
garstce wybranych, stawać siec będzie udziałem coraz 
szerszych mas. 
Pierwiastek przeciwny, (którego przejawem sa- 
molubstwo, pycha, chciwość, zmysłowość, żądza
		

/0012.djvu

			Str. 108 


ZDRÓJ 


Nr. 4 


użycia,) którego zadaniem było opierać się i przez 
stwarzanie pokus i przeszkód, popudzać przeciwne 
siły do tem większego, samodzielnego wysiłku, z tem 
gwałtowniejszą uderzą zaciętością, wytwarzając inne 
wrogie tamtej sile substancje, których dziełem, roz- 
pętanie najniższych, najbardziej materjalnych żywiołów. 
Jest to w organizmie wszechświata walka dwóch 
przeciwnych sobie czynników, jaka odbywa się co- 
dziennie w fizycznem ustroju człowieka, w którym 
drobne ustroje walczą bezprzestannie o władzę nad 
składnikami jego krwi i ciała, jedne rozkładowo, 
drugie ochronnie. 
Bez względu na to, o ile te hipotezy zdają nam 
się przekonującemi, przyznać musimy, że organizm 
duchowy człowieka współczesnego jest również jak 
i fizyczny pastwą nieustannych walk i przewagi sił 
destrukcyjnych. 
W stosunkach i warunkach naszego życia to- 
warzyskiego, rodzinnego, politycznego znajdujemy 
góry całe piętrzących się przeszkód, które skuwając 
na,> łańcuchami sztucznych form i urojonych obo- 
wiązków zagarniają cały nasz czas i wszystkie siły 
i władze fizyczne i duchowe pod swe berło. 
Od dzieciństwa zaprzągnięci do zmudnych 
i jałowych zwyczajów, kształtowanie ciała i ducha po- 
winno być przedmiotem najwyższych starań. - 
Wieki całe pracowały nad wytworzeniem coraz 
to trudniejszych, coraz bardziej szkodliwych warun- 
ków bytu, które są sprawcami tej nienawiści i rostroju, 
do jakiego doszedł nasz glob w dobie obecnej. 
Wieki całe wysilały się na odkrycia i wytwarzania 
zabójczych narzędzi, które tysiące żyć przecinają 
w jednej minucie. 
Mimo objawień wtajemniczonych, mimo drogo- 
wskazów posłanników Bożych, mimo ofiary krzy- 
żowej Bożego Syna, który przyszedł wskazać nam 
miłość wzajemną jako drogę i cel żywota, ludzkość 
podążyła wręcz przeciwną koleją. 
Lecz wedle nauk indyjkich zboczenie to z go- 
ścinców prawdy nie jest wypływem złej woli jednostek, 
lecz koniecznym prądem kolejnego rozwoju pier- 
wiastków, aby Duch mógł wchłonąć w siebie całą 
skalę dzwięków, tysiącostrunnej lutni, aby mógł roz- 
czepić się na tysiące barw, od szarości mułu ziemi 
do brylantowych promieni aureoli świętych. 
Rola jednostki w tej postępowej pracy ludz- 
kości, to tylko przyspieszanie spełnienia się woli 


Bożej, tylko łagodzenie straszliwych starć wrogich 
żywiołów, tylko miłosna opieka starszych duchów 
nad młodszymi, rozświetlanie ciemni jasnością pro- 
mieniejącego bożego Ducha. 


Czwarty krąg będzie polem największego roz- 
woju intelektualnego, mówi mędrzec indyjski, punktu 
swego kulminacyinego dosięgnie w swej połowie, 
w której ludzkość stoczy się na dno życia czysto 
materjalnego. - 
Potem nastaną kataklizmy fizyczne i duchowe, 
zupełne rozsprężenie sił duchowych, zanik wszelkich 
idei, pomieszanie pojęć, jakby nagle zerwaną została 
łączność ludzkości ze źródłem wszechświadomości. 
Człowiek zostanie rzucony na łup swej własnej ciem- 
noty. Jestto jakby zaćmienie słońca duchowego. 
..Szczęśliwy ten," dodaje ów mędrzec, ..kto w tych 
walkach stanie po stronie Wyższego i Jemu do 
zwycięstwa dopomoże." 
Jak każdy produkt natury, ma także każda 
cywilizacja swoje narodziny, swój wzrost i zanik. 
W starych kronikach indyjskich i u niektórych 
filozofów greckich spotykamy wzmianki o istniejących 
przed naszą erą wysoko rozwiniętych cywylizacjach 
na zatopionych kontynentach Lemurji i Atlantydy. 
I czasy znane w historji dają nam szereg przykładów 
rozwoju i zaniku cywilizacji i poszczególnych 
narodów. 
Wszystko to, co tworzy materja, jest nietrwałem, 
tak jak i ona, która jako przejaw śmiertelnych pier- 
wiastków wszechświata jest jedynie Wielkiem Złu- 
dzeniem. 
Wszystko co dotąd zbudował człowiek na ziemi 
na egoizmie opiera swoje istnienie, bo materja to 
produkt uświadamiającej się osobowości, jak znów 
egoizm jest duchowym przejawem materji. 
Są to wszystko przejściowe formy procesu 
ewolucyjnego, prawdziwy jednak postęp, to me gro- 
madzenie tworów rozumu, służących do wygody 
i użycia, lecz wzrost świadomości ducha, poznanie 
i uznanie jedni wszechistnienia i z niego płynących 
obowiązków pracy nad dziełem uduchowienia wszy- 
stkiego co żyje, by razem z całym globem utonąć 
w nurtach wszechzjednoczenia.
		

/0013.djvu

			Nr. 4 


PATRZAJ DZIECINO 


Str. 109 


PATRZAJ DZIECINO, 


oto jest kraju mizerny skrawek, zwan "niczyją ziemią", wązki, nierówny jak dla lalki Alpy - 
"niczyją", bo ludzie o nią rydlami się płatali, wydrapywali oczy - czerwonemi sercami kobiet 
ciskali na siebie. 
Patrzaj dziecino, już tu soczysta ruń kiełki zapuściła, wybujała w falowaniach jasnej zieleni, obłokom 
złotym śląc całusy - 
a dobrze rośnie ruń na nawozie takim. 
Patrz aj tu, jako pracowity kret pałac zbudował z krużganków - jako wykopał długi kanał pod- 
ziemny, dla żony swej przechadzek. Tu nagle skręcił w bok, nie mógł ryć dalej, piszczel ludzki na złość 
położył się w poprzek jego drogi. Pewno się gniewał kret, bo żona jego lubi krużganki proste. - 
Ach, patrzaj na tę myszkę milusią, małą jak ty, dziecino. Jak uciesznie sunie stworzenie śród 
trawek - jak oczek guziki wybałusza w przestrachu! Jeszcze to dziecko mysie biegać nie potrafi. Nie 
tykaj go patykiem, bo zemrze z lęku. Ach, już ta myszka wie, dokąd się schronić - już jej niema. 
Widzisz, dziecino - w okrągłym otworze w kamieniu się schowała. Nie, to nie kamień - to ludzka 
czaszka. Patrz, jaka ładna, krągła, gładka. Weź ją w różaną rączkę, ot tak. Czerep taki ma każdy 
człowiek, ma brat twój, ma wróg. Im czaszka twardsza, tem lepiej - tem głośniej zgrzyta, gdy ją kolba 
rozłupie. Na to jest czaszka. 
Czemu patrzysz za motylkiem skaczącym w słońcu z promyka na promyk? Lubisz go ? Tak, to 
miłe stworzenie, matka jego jajka złożyła w wystrzelonym szrapnelu. 
Ale teraz zbliż się tutaj, dziecino. Bądź grzeczna i nie patrz za motylkami. Wiesz co to jest tu 
przed tobą na ziemi? To b y ł człowiek. Przed rokiem, może dwoma. Człowiek, jak każdy inny. Chodził, 
jadł, spał, modlił się też, może pisywał książki, a w każdym razie listy. Lubił motylki i świeżą ruń. Przed 
rokiem zabili go. Za sławę i oj... - Leży tu, pogrzebu mu odmówiła ziemia. 
Niepodobny do człowieka? Przez rok wietrzyk go pieścił, deszcz całował go przez rok, śnieg 
tulił się biało do jego ciała, wichry lulały go do snu... Przez rok rozpięty nad nim był błyszczący 
baldachim pocisków śpiewających. Przez rok dwadzieścia kroków przed nim, dwadzieścia kroków za nim 
czuwał ludzi rów pełen, aby zasię ręka obca nie tknęła śpiącego. Do człowieka niepodobny. 
Uważaj, dziecino: Oto jest głowa, jaką już tam u myszki widziałaś - im twardsza, tem lepsza. 
Tu pierś, gdzie teraz widzisz żebra płatkami obwieszone. Na niej nosi się szkaplerz, a w mundurze foto- 
grafię matki. W pierś lepiej nie kłuć, bo często jest twarda. Pod temi żebrami leży także serce, co krwi 
ma dużo i nie tak łatwo się przekrwawi. T u niżej brzuch. T u kłuć bagnetem trzeba - a mocno! 
Niema na to ratunku. Noga tylko jedna - druga pewno dalej leży, naprzykład tam w tej kępie. Ręce 
są obydwie, ale brak dłoni jednej. Ach, patrz dziecino - to jest druga dłoń - jak silnie po roku jeszcze 
ściska rękojeść granatu! Nóg i rąk nie warto obcinać, bo można łatwo potem sprawić sztuczne. 
No, dobrze dziecino - grzeczną byłaś, słuchałaś uważnie. Daj buzi i pobaw się swoją z blachy 
armatką. A dobrze grochem strzelaj, dokładnie! 


TANECZNICA 


Siedzę na tobie okrakiem i ziębnącem ciałem opieram się na twojem cielsku. 
Zimnaś je£.t i niema. Smutna może? Widziałem łzy w milczących oczach młodzieńców, co na 
wOJnę szli - więc i tobie pewno niewesoło ! . . 
Siedzę na twem cielsku i czuję, jak ty rozumiesz wszyst
o, jak tu patrzysz, słuchasz i m y ś I i s z. - 
Dobryś los sobie wybrała. W dobrąś się porę narodziła. 
Oto zeszłaś na świat w czas twardy, gdy dobrze być z śpiżu i stali, w czas grzmotu, gdy po- 
płacają silne płuca.. . 
A płuca masz potężne zaprawdę. 
Pytał się u twej kolebki duch, żali klamrą chcesz zostać złocistą u bucika oblubienicy, lub szarym 
łachmanem na ciele nędzarza, albo na poety grobie krzyżem, lub zwiewną tkanką muślinu, co sen dziecka 
w kołysce chroni od owadów.
		

/0014.djvu

			Str. 110 


ZDRÓJ 


Nr. 4 


Ty wszakże mądrą byłaś i jasnowidzącą. Wiedziałaś już wtenczas, iż tobie służyć będą za podnóżek 
złocista oblubienicy klamra i łachman żebraczy i niemowlęcia sen i mogiła poety. Wiedziałaś, że nie będzie 
czystości, że nie będzie poezji, ni marzeń niewinnych. I w głębokiej swej mądrości zapragnęłaś być tern 
czem jesteś. Z twardej stali cię ulano, płuc siłę ogromną dając i nerwy z żelaza. Zostałaś tanecznicą 
aktualną, pełną werwy i stylu, trochę ciężką, ale wytrzymałą nad wyraz. 
Czekasz tu teraz na swój debjut. Miłująca ręka człowieka kwiatem cię ubrała. Czas się zbliża, 
kiedy w oślepiającym twoich kinkietów błysku, staniesz do tańca, kiedy zakrzykniesz na świat swój krzyk 
bojowy Walkirji - duchowi straszliwy, a człowiekowi tak miły. Zdobędziesz w lot miłość ludzi, rozkochają 
się w rytmie twych pląsów tak samo, jak już miłują legiony twoich koleżanek, kwieciem sypać będą 
i wrzaskiem zapału z czarnej otchłani widowni na przejasną twą na scenie życia postać. 
Ty to wiedziałaś. Mądrą byłaś i jasnowidzącą. 
Czuję, przytulając się do ciebie (bom senny i walką utrudzon), jak ciało twoje drzy nieznacznie 
w gorączce czynu, jak rwie się do tańca wśród kwiatów i kulisów z krwi, jak pierś z trudem powstrzymuje 
grzmot ekstazy l 
Cierpliwości! Przyjdzie wkrótce czas na ciebie. Powiozą cię do t h e a t r u m twego, gdzie staniesz 
śród wałów nagromadzonych granatów, oślizgłych, błyszczących. I życie twoje się zacznie. 
Aż ostatni pocisk zbuntuje się i w krtani ci pęknie stalowej - pierś i kadłub rozszarpując na kłąb 
żelastwa. Po trupie twoim przebiegnie bosą stopą za kraśnym owadem dziecina. 


W polu, 17. 6. 18. 


OLWID. 


1! Ir 
.
,' 
", 




 
... 


, /{, . ..J 
.
.,
 

' ,. 
i':'
'*' 
 '; (1 f 
, / 
-' 
lo. 
" ,	
			

/0015.djvu

			Nr. 4 


z 


CYKLU 


o P I U M" 
" 


Str. 111 


Z CYKLU 


"OPIUM" 


CLAUDE FARRERE 


Z E P O K I T R Z E C I E J "E K S T A Z y" 


T Y G R Y S Y. 


Palarnia moja nie jest wyłożona matami. Na ścianach nie wiszą też kakimonos, na których, z pa- 
godami pokrytego krajobrazu, rogaci bogowie się uśmiechają. 
Palarnia moja jest od góry do dołu obwieszona skórami tygrysów, i podłoga, na której stoi 
słabo paląca się lampa, jest także pokryta temi surowemi, czarnopręgowanemi skórami, które swoje, ostrymi, 
zakrzywionymi pazurami opatrzone łapy, na wszystkie strony wyciągają. Głowy ich, które wskutek wpra- 
wionych, emaliowych ócz nabrały pozoru życia, wiszą na ścianach, albo płasko leżą na podłodze. Te ostatnie 
służą palaczom za poduszki, podczas gdy półkolem na ściana.ch rozwieszone, zdają się czuwać nad ich, 
działaniem opium wywołanemi, snami. Wśród tego dzikiego stada zażywam zupełnego spokoju i ciszy. 
Gdy po raz pierwszy w Chinach zakosztowałem słodyczy opiumowego odurzenie, sądziłem, że dzia- 
łanie jego zewnętrznemi środkami, zwłaszcza fantastycznem, bogatern urządzeniem palarni może być spo- 
tęgowane. W Kantonie zwiedzałem najwięcej osławione lokale, w których nieraz narażałem się na niebez- 
pieczeństwo, za pomocą noża wrogiego cudzoziemcom tubylca, z objęć opiumowych snów w objęcia śmierci 
być przeniesionym. Poznałem także wytworne palarnie Peking'u, gdzie, jak bożyczcze strojne kobiety, 
śpiewem i lubieżnym tańcem mają potęgować działanie opium. 
Bywałem w tych, dla wybranych tylko przeznaczonych miejscach, w których arystokraci ducha się 
spotykają, i na równi z nimi lubiłem przelotną rozkosz palenia, filozoficznemi pogawędkami zaostrzać. 
Kilka razy zwiedziłem nawet te jaskinie występku, gdzie palenie opium jest tylko protekstem do naj- 
wyuzdańszej rozpusty, pretekstem do zadowolenia tej przewrotnej namiętności, którą wyrazem sadyzmu 
określamy. . 
Dziś jednak szukam tylko jedynie samego upojenia się dymem opium, i daje mi ona całkowite 
zadowolenie. Nie potrzeba mi w tym celu żadnego wyszukanego otoczenia, a bez obecności powabnych 
kobiet i filozoficznej rozmowy z wyjątkowymi umysłami, doskonale obejść się mogę. 
Palę sam, zupełnie sam, otoczony tylko moją żółtą, czarno pręgowaną gwardją, której kły w pół- 
mroku palami połyskują. Ale mógłbym także palić w zupełnie pustym, o nagich ścianach pokoju. Moje 
tygrysy są mi jednak najmilszem otoczeniem, raz dlatego, że skóry ich chronią mnie od chłodu wczesnego 
ranka, a potem także dla tego, że w opiumowym odurzeniu oczy moje w tej żółto-czarnej geometrii punkt 
oparcia znajdują. 
Gdy patrzę na moje tygrysy, nie śnię już jednak o tych dziewiczych lasach, w których były one niegdyś 
władcami. Nie śnię już o tych parnych wieczorach, kóre przeżyłem w dżungli, tych tajemniczych wieczorach, 
podczas których słońce krwawo zachodziło i ostatniemi swemi promieniami pręgowatego myśliwca budziło, 
który ze swego całodziennego snu wstając, szeroko ziewał i wyciągał zgłodniałe pazury. Nie śnię już 
o tern krótkiem, charakterystycznem szczekaniu, któremu niegdyś przysłuchiwałem się podczas nocy Tonkinu - 
o tern szczekaniu, którego dźwięk nawet w stajni ukryte bydło o niepokój przyprawia. 
Zbyt długo już palę. Świat ludzi i rzeczy, świat zewnętrznego życia jest już daleko pozamną. Po- 
między tym światem, a memi obecnemi myślami niema już nic wspólnego. Moje tygrysy lubię tylko dla 
tego, że futro ich tak miło grzeje i dla tego, że dziwaczny rysunek ich skóry bawi moje oko. 
Niernam już żadnych trosk; żadnego zawodu, żadnych przyjaciół; - palę - oto wszystko. Opium 
dopomaga mi coraz więcej we mnie samym się pogłębiać, a znajduję w tej głębi dostatecznie ciekawy 
materjał, by przy nim o całym zewnętrznym świecie zapomnieć. 
Przedtem porywała mnie głównie czarodziejska siła opium. Wydawało mi się cudowną rzeczą 
obserwować przemiany, jakie ziele to u swych wiernych wywołuje. Z zachwytem rozkoszowałem się 
odczuwaniem siebie samego, jako zupełnie obcą mi, nową istotę, której zmysły obumierać lub potęgować 
się zdawały. Uszczęśliwało mnie spostrzeżenie, że coraz gorzej widzę, ale za to tern delikatniejszym mój 
słuch być poczyna, że moje nerwy są zupełnie poszarpane, a moja siła płciowa zawodzi. Ale wszystkie te 
małostki przestały mieć dla mnie urok z chwilą, gdy opium rriój mózg pn:epoiło, by mu prawdziwą 
mądrość objawić.
		

/0016.djvu

			Str. 112 


ZDRÓJ 


Nr. 4 


Więcej jeszcze: właściwe cielesne zadowolenie z palenia - które w każdym razie dla mego ciała 
stało się nieodwołalną koniecznością - jest najskromniejszą cząstką mej rozkoszy. Bo naprawdę: żaden 
skurcz serca lub kręgosłupa nie daje w najodleglejszem porównaniu tej rozkoszy, co to błogie pogwałcenie, 
jakie czarny dym opium na nasze płuca wywiera, i więcej, jak kiedykolwiek drzę wówczas pod jego 
słodkim, zdradliwym pocałunkiem. 
Umiem się udurzać jego ciepłym dymem i nauczyłem się nieokiełzane żądze, które moim ciałem 
i moimi członkami wstrząsają, świadomie uŻywać; - bez troski śledzę zabójcze ogłuszenia, które z mego 
karku wychodząc i codziennie dalej się rozszerzając, zaczem muskuły moje ubezwładni i pozbawi mnie 
władania członkami. - 
jadnakowoż to niewypowiedziane szczęście mego ciała jest niczem w obec radosnej ekstazy mego 
ducha. Oh, co za szczęście odczuwać, jak z sekundy na sekundę coraz więcej z więzów ciała się wydo- 
bywam, jak się coraz mniej jest człowiekiem, i jak się zwolna z wszystkiego, co ziemskie wyzwalam. 
Śledzić wolny lot ducha i duszy, które się materji wyzbyły i tajemnicze spotęgowanie wszystkich szla- 
chetnych sił, inteligencji, pamięci, poczucia piękna w sobie odczuwać. 
Przez proste wypalenie kilku fajek bohaterom, apostołom, bogom czuć się równym; bez żadnego 
wysiłku myśli Newtona pojmować, geniusz Napoleona ogarnąć, błędy Praksytelesa być wstanie poprawiać. 
W nieskończenie pogłębionem sercu miejsce dla wszystkich cnót, wszelkiej dobroci i miłości znaleść; 
niebo i ziemię z równie głęboką tkliwością objąć, dla szczęśliwych i nędznych równą dobroć i oddanie 
odczuwać: - zaprawdę, błoga szczęśliwość, którą grecki Olimp i raj chrześćjan wybranym swoim obiecuje, 
nieda się z tern doskonałem szczęściem porównać. Bo wszakże doznaję tej błogości. 
I zaiste, religje, których, jako zwolennik filozofii Nitzschego dotychczas nie uznawałem, mają słuszność, 
jeśli miłość bliźniego i bogobojność wyżej stawiają, jak sprawiedliwość i dumę. 
Moja radość bowiem z tego, że wszystkich ludzi duchem i rozumem przewyższam jest, dziwnym 
sposobem, ani w porównaniu tak wielką, jak zachwyt czuć się najlepszym i najmiłosierniejszym z ludzi. 
Ta wyższość mego serca nad innemi sercami jest źródłem głębokiego zadowolenia, które słowami określić 
się nie da. Podniosłe natury, które do idealnych celów zdążają, zalewają się nieraz gorzkiem smutkiem, 
bo życie wydaje im się brzydkiem, brudnem i grzechem splamione. Ja wszakże, który widzę jaśniej i dalej, 
przestałem widzieć w niem zło i smutek. Po piętnastej fajce zaciera się wszystko zło przed mojemi oczyma. 
Realnym rzutem oka rozpoznaję przyczynę wszystkich wyników, sprężynę każdego czynu, uniewinnienie 
każdego występku. A ponieważ liczba przyczyn i uniewinnień jest legion, i ponieważ jestem równie spra- 
wiedliwy, jak jasnowidzący, nie sądzę i nie potępiam nigdy, rozgrzeszam wszystkie biedne, grzeszne serca, 
współczuje z niemi i kocham je. 
I na moich czarnych, opiumowym dymem przesyconych skórach zgotowałbym równe przyjęcie 
dla cezara, jak i dla Konong-Tsen'a. 
I teraz, kiedy nad tern się zastanawiam, rozumiem nagle, dlaczego palarnie moją tygrsiemi skórami 
wyłożyłem. Te drapieżne, dzikie zwierzęta oznaczają dla mnie to samo, co Kain, Judasz lub Brutus. Ich 
zaledwie z krwi otarte paszcze, ich płaskie czaszki nad mało rozwiniętym mózgiem, podstępna gibkość ich 
grzbietu, wszystko to opowiada mi o pożałowania godnej niedoskonałości świata, świata, dla którego 
najgorszych błądzeń jeszcze zawsze uniewinnienie znajduję i których dlatego potępiać nie mogę. 
I dla tego niema w mem sercu oburzenia dla moich tygrysów, że niegdyś w dżungli, w chwili, gdy 
Diana usta Endymiona całowała, one, polany leśne krwią plamiły. 


Przełożyła JADWIGA PRZYBYSZEWSKA.
		

/0017.djvu

			Nr. 4 


NA MARGINESIE DON KI SZOTA 


Str. 113 


MICHAŁ SOBESKI 


NA MARGINESIE DON KISZOTA 


IV. 


(C. D.) 


Cervantes i Hiszpanja, oto właściwe "klucze" 
do Don Kiszota - o ile wogóle potrzebuje klucza 
książka, będąca rozkoszą młodych i starych, powszech- 
nie czytana i... rozumiana. Jak bowiem pogodzić 
z tern "powszechnem zrozumieniem" fakt, że okrągłe 
trzy wieki usiłuje sz
reg umysłów, i to nie naj- 
gorszych, zgłębić Don Kiszota? Cała ta sprawa 
nie może więc jednak być tak niesłychanie 
prostą, jak się wydaje. Że t. zw. szersze koła 
czytelników ulegają złudzeniu - objaw to nie rzadki. 
Trudno natomiast przypuścić, by wszelacy komenta- 
torzy - specjaliści kładli tylko własne i często wielce 
zawiłe treści tam, gdzie ich najzupełniej niema. 
Wobec takiego stanu rzeczy zadziwiać nie może, 
że powstało podejrzenie, czy czasem Kiszot nie jest 
z umysłu dwulicowym, jak mądrość kapłanów egip- 
skich lub Pitagorejczyków? Egzoterycznie, dla tłumu, 
to jeno wesołością i melancholją przeplatane dzieje 
Bł
dnego rycerza z La Manczy. Ezoterycznie, dla 
wtajemniczonych, to całkiem co innego. Wszystko 
jest symbolem. Pulchna Dulcynea to luz en idea, 
blask w idei. Dorotea oznacza tea de oro, pochodnię 
złotą. Cardenio to kardynał, więc oczywiście satyra 
na duchowieństwo. Teatr marjonetek mistrza Piotra 
głosi nienawiść do króla, a miłość do rzeczypospolitej. 
Spalenie książek rycerskich, które zawróciły głowę 
Kiszotowi, to wyszydzenie Inkwizycji. A sam Quijote 
to que hijote I Brnąc tak dalej, szczególnie z łudzącą 
pomocą etymologji, można dobić, dokąd si
 tylko 
zapragnie. Każde słowo, odpowiednio doprawione, 
może być ostatecznie symbolem, mimo że nie można 
się dopatrzyć żadnych wskazówek w tym kierunku 
w żadnym zakątku żywota i dzieł Cervantesa. 
Bez karkołomności ezoteryczno-etymologicznych 
usiłowano z Cervantesa zrobić wszechgenjusza, dru- 
giego Arystotelesa, obejmującego wszelaką mądrość 
swego czasu. Cervantes był tedy pierwszorzędnym 
prawnikiem, geografem, podróżnikiem, ekonomistą, 
socjologiem, lekarzem, przyrodnikiem, filozofem i t. d. 
Cervantes ogarniał niewątpliwie jasnym i pewnym 
wzrokiem liczne dziedziny wytwórczości ludzkiej - 
jak zresztą przystało na powieściopisarza, kuszącego 
się o wielkorzutne malowidło socjalne. Lecz nie 
trudno dostrzedz, że w żadnej z licznych umie- 
jętności, poruszonych w swych pismach, nie prze- 
kraczał on bynajmniej miary przeciętnej. Biorąc do 
rąk pisma bałwochwalcze, pasujące go gwałtem na 


wszechmędrca, doznaje się przykrego rozczarowania. 
Np. idee estetyczne, wyłuskane z pism Cervantesa 
przez Salvadora Salas Garcido ("Exposición de las 
Ideas esteticas de Cervantes" Malaga 1905) nie przy- 
noszą mu bynajmniej szczególniejszej chluby. Są 
całkiem przeciętne. O istocie piękna nie dowiadujemy 
się nic ciekawszego jak tylko, że polega na jedności 
w różnorodności, co wiedzieli doskonale Grecy 
i św. Tomasz z Akwinu, lub że piękno duchowe 
opromienia nawet brzydotę, o czem mówił nietylko 
Clemens z Aleksandrji. Wogóle robiąc z Cervantesa 
koniecznie wielkiego estetyka i znawcę literatury, 
wyrządza mu się iście niedźwiedzią przysługę. Dość 
wspomnieć "Viaje al Parnaso", pełne pochwał dla 
zupełnych miernot artystycznych. Wiadomą jest rzeczą, 
że w sprawach literackich był Cervantes na ogół 
ignorantem. Bez ogródek przyznaje to Bonilla y San 
Martin w dopiskach do wspomnianej Historji litera- 
tury hiszpańskiej Fitzmaurice - Kelly'ego (str. 326). 
Słynną wówczas książkę portugalskiego żyda Leona, 
napisaną po włosku p. t. "Jialogi di amore" 1535, 
poleca Cervantes czytelnikom, o ile umieją po włosku. 
Nic nie wie, że istniały wtedy już przynajmniej 
trzy przekłady hiszpańskie, przedewszystkiem cenna 
praca wybitnego liryka Garcilaso de la Vega 
z roku 1590-go. 
Nie był też Cervantes teoretykiem erotyzmu, 
rozbierającym wnikliwie uczucia miłosne, jak Balzac lub 
Stendhal, mimo że był jako artysta pierwszorzędnym 
praktycznym psychognostą. Umiał doskonale odtwa- 
rzać przeróżne stany miłosne, lecz nie umiał snuć filozo- 
ficznych dociekań nad miłością. I krzywdzi go się, zapo- 
wiadając jak Cesar Moreno Garda "nowy pogląd" na 
Kiszota ("Un nuevo aspecto del Quijote" Avila 1899), 
mający wykazać mistrzostwo jego pod tym właśnie 
względem. Wszystko teoretyczne, co Garda na temat 
miłości, zazdrości, małżeństwa i t. d. z Kiszota wydo- 
bywa, nie świadczy zgoła o żadnem szczególniejszem 
pogłębieniu. 
Cervantes mówi ustawicznie o "obłędzie" (locura) 
Kiszota, któremu nadmierne czytanie ksiąg rycerskich 
..wysuszyło mózg". Musiał on tedy być... psychjatrą. 
A nawet był pierwszorzędnym specjalistą, miał nie- 
wątpliwie pacjenta, monomana w sprawach rycerstwa, 
na którym wzorował Kiszota - tak wyrokuje 
psychjatra Antonio Hernandez Morejón. Pomieszcza 
go przeto w swej "Bibljograficznej historji medycyny 
hiszpańskiej" i oddaje mu szczególny medyczny hołd 
w "Bellezas de medicina practica descubiertas en el 
ingenioso caballero Don Quijote de la Mancha" 
Madryt 1836. Niewątpliwie zajmował się Cervantes 
obłędem. Obłąkanym, t. zw.lykantropem, jest Cardenio 
z Don Kiszota, wzorowany zapewne na chorych,
		

/0018.djvu

			Str. 114 


ZDRÓJ 


Nr. 4 


widzianych na Sycylji. Z "Trabajo de Persiles 
y Sigismunda" wiemy, że uderzył go tam widok ludzi, 
wierzących, że są zamienieni w wilki. Także licencjat 
Vidriera jest doskonałym typem monomanjaka. Wy- 
daje mu się, że jest ze szkła. Wysnuwa stąd wszelkie 
wnioski teoretyczne i przedewszystkiem praktyczno. 
życiowe. Pozatern jest całkiem normalnym. Cervantes 
znał więc dobrze monomanję i umiał ją zużytkować 
artystycznie z niezwykłą zręcznością. 
Zdaniem Morejona zrobił Cervantes w Don 
Kiszocie jednakowoż bez porównania więcej. Nary- 
sował mianowicie przyczyny, symptomatologję i cały 
przebieg choroby. Podał nawet plan leczenia z ści- 
słością, na jaką mógł się zdobyć jeno pierwszorzędny, 
fachowy psychjatra. I tak jako "predyspozycje i przy- 
czyny" choroby Kiszota należy wyliczyć jego tempe- 
rament 'gniewliwy i melancholijny, wiek niemłody, 
dumę rodową, zamiłowanie w myśliwstwie i w potra- 
wach du haut gofit, stan szalonego zakochania 
i wreszcie nadmierną lekturę. W prostych słowach 
Cervantesa: "od niedostatecznego snu a nadmiernego 
czytania wysuszył mu się mózg do tego stopnia, że 
stracił rozum" znajduje Morejón opis organu, miejsca 
i przyczyny choroby z ścisłością Hipokretesa lub 
Boerhaave'a! Pominąwszy symptomatologję, p:-zebieg 
i trwanie choroby, wspomnijmy kilku słowy plan 
leczenia, naszkicowany rzekomo przez Cervantesa. 
Nie Pinel, chluba psychjatrów francuskich, wprowadza 
leczenie moralne chorób umysłowych - jeno Cervan- 
tes. Już na 200 lat przed Pinelem stosuje on "stra- 
tegję leczniczo-moralną", celem uspokojenia chorego. 
Całkiem według przepisu Boerhaave' a zarządza dwa 
skrajnie przeciwne postępowania. Jedna grupa osób, 
pielęgnujących Kiszota, mianowicie ksiądz, golibroda 
i Samson Carrasco podtrzymują jego urojenia. Druga 
grupa: kanonik z Toledo, gospodyni i siostrzenica 
zwalczają je z wszystkich sił. Cervantes wyprzedza 
n
wet wielkiego fizjologa Broussais z początku XIX-go 
wieku. Obłąkany z Sewilli powiada mianowicie, że 
"żołądek jest laboratorjum, gdzie się fabrykuje zdro- 
. " l . C 
wie - czy l: ervantes rozpoznaje związek jelit 
z umysłem. Zaprawdę, że słusznie zaznacza wobec 
takich wywodzeń Morejona Legrand du Saulle,l) że 
potrzeba tu tylko jeszcze sekcji Kiszota. A może 
Cervantes nie wykonał jej. .' z umysłu, znając braki 
anatomji patologicznej w tej właśnie dziedzinie! 
Także inni psychjatrzy stwierdz
ją mistrzowską 
rękę Cervantesa w rysowaniu "rycerskiej monomanji" 
Kiszota. Taki Emilio Pi y Molist, będący równocześnie 
niepoślednim cervantystą i alienistą, wykazuje także 


I) W ocenie francuskiego przekładu książki Morejona 
w Annales medico-psychoIogiques, tom 5-ty, Paryż 1859. 


zgodność Cervantesa z nauką.l) Don Kiszot jest, 
jak każdy monoman, opanowany tylko w pewnym 
zakresie jakąś idee fixe. Pozatem jest zupełnie zdrów. 
Głównie podlega iluzji: uważa karczmy za pałace, 
młyny za olbrzymów i t. d. W urojonej swej dzie- 
dzinie rycerskiej nie zna żadnych wątpliwości. Wszelka 
samokonttola jest tu wyłączona, stąd jest bezwzględnie 
pewnym siebie. 
Lecz czyż Cervantes musiał koniecznie być facho- 
wym psychjatrą, by narysować idee fixe Kiszota? 
Czyż nie starczyła tu niefachowa, za to niezwykle 
przenikliwa i bystra spostrzegawczość życiowa? Dalej 
była mu przecież pomocną t. zw. intuicja artysty, czyli 
rozbudowywanie materjału zaobserwowanego z pomo- 
cą własnych pierwiastków psychicznych. Gdyby autorzy 
jak Cervantes, Szekspir lub Balzac zniewoleni byli two- 
rzyć każdy typ dopiero na podstawie szczegółowych 
badań psychologicznych czy psychjatrycznych - nie 
byłoby im życie starczyło na wykonanie małej części 
tego co dali. Robiąc z twórcy gwałtem na\lkowca, 
krzywdzi się w nim artystę. Dostrzeganie w artystach 
wszelkich możliwych, szczególnie medycznych facho- 
wości, jest zresztą z dawien dawna na porządku 
dziennym. Homer miał być świetnym anatomem. 
T ucydydes, Wirgiljusz i Lukrecjusz opisali doskonale 
choroby morowe, Szekspir obłęd w Królu Learze 
i t. d. W rzeczy samej dochodzi artysta z pomocą 
twórczych konstrukcji a priori, opartych na okruchach 
obserwacji, nieraz do wyników, które naukowe bada- 
nie zdobywa później a posteriori. W tem znaczeniu 
"ubiegcr" sztuka czasami znacznie naukę. 
Z natury rzeczy wywołało takie bałwochwalcze 
uwielbienie Cervantesa silny odruch. Wybitni znawcy 
piśmiennictwa hiszpańskiego, jak Prosper Merimee, 
Juan Valera i Morel-Fatio, podkreślają z naciskiem, 
że Cervantes nie był wszechstronnym genjuszem, że 
nie torował dróg ał;i w filozofji, ani wogóle w żadnej 
nauce, że pod tym kątem widzenia był jeno synem 
swego czasu. Nie odkrył żadnej naukowej prawdy. 
Jako filozofa i uczonego przewyższali go znacznie 
poeci Tirso de Molina, Lope de Vega lub Calderon. 
Wszelkie roztrząsania Kiszota, literackie, naukowe czy 
polityczne, nie przekraczają co do treści przeciętnego 
zdrowego sądu. A nawet - zapewnia nie bez słusz- 
ności Morel- F atio - starczy otworzyć Don Kiszota, 
by znaleźć błędy w rozumowaniu, myśli źle lub nie- 
jasno wyrażone, i to zawsze wtedy, gdy Cervantes 
pragnie być filozofem i moralistą. 
Wykształcenie Cervantesa nie przekraczało rów- 
nież ówczesnego przeciętnego poziomu. Znał dobrze 
język włoski i portugalski, lecz niema pewności, czy 


l) "Primores dei Don Quijote en el concepto medico- 
psicológico" Barcelona 18'-'6.
		

/0019.djvu

			Nr. 4 


NA MARGINESIE DON KISZOTA 


Str. 115 


znał także języki klasyczne - mimo że profesor 
humanistyki Lopez de Hoyos nazwał gOJ jak wspo- 
minaliśmy, swym ..ukochanym uczniem". Clemencin 
wykazuje w obszErnym komentarzu do Don Kiszota 
cały szereg fatalnych wprost ..pomyłek" Cervantesa. 
Cervantes nie jest żadnym przodownikiem postę- 
pu, prorokiem społecznym - raczej jest zachowawcą, 
niemal reakcjonistą. Widzi dobrze niezliczone braki, 
lecz głęboka J dziecięca wiara w "króla" czyni go nie- 
dostępnym zasadniczym zmianom politycznym czy 
socjalnym. Nienaruszalna jest dlań powaga Inkwi- 
zycji, krępującej bądź co bądź swobodny rozwój 
myśli naukowej i filozoficznej. Nie tutaj należy szu- 
kać genjalności Cervantesa. 
Wysoko ponad zwykły poziom wyrasta nato- 
miast jego wielkie serce, miłujące ludzi i jego 
głęboka wiara w człowieka. Zna doskonale sła- 
bości i błędy ludzkie. Nie obce są mu tajne 
zakamarki duszy, gdzie gnieżdżą się ,wszelakie nikczem- 
ności. Na własnej skórze doświadczył tylokrotnie, 
do czego zdolny jest człowiek. Mimo to nie złorzeczy 
mu nigdy. I to umiłowanie rozświetla wszystkie jego 
dzieła łagodnemi J ciepłemi blaskami słońca rychłej 
jesieni. Drugim czynnikiem jego wielkości jest prze- 
potężna wyobraźnia twórcza. Czerpie ustawicznie 
z pełnego, bez żadnego wysiłku. Po pierwszej części 
Don Kiszota, zdumiewającej nieprzebranemi pomysłami, 
następuje cZęść druga, jeszcze pomysłowsza. I tę 
główną swą siłę zna doskonale. ..Raro inventor" 
i ..ro soy aquel que en la invención excede ci muchos" 
mówi z dumą o sobie w Podróży na Parnas. 


* 


* 


* 


Czy Cervantes miał na myśli pewne współczesne 
osobistości w postaciach Don Kiszota, wyrosłego 
niewątpliwie z satyrycznego podłoża - nie udało się 
ustalić do dziś dnia. Biografowie, wnikający do 
ostatnich tajników jego codziennego życia, twierdząJ 
że Kiszotem ma być jakiś Alonso Quijada de Salazar, 
za karę, że sprzeciwiał się jego małżeństwu z Cataliną 
de Palacios. Dla Sanczy wynaleziono znanego nam 
już Luisa de Aliaga, dla Dulcynei pewną rzeczywistą 


dziewczynę z T oboso i t. d. Oczywiście lada ciemniejsze 
określenie daje pochop do wyjaśnień tego r.pdzaju. 
Np. Cide Hamete Benengeli, podsunięty ówczesnym 
zwyczajerr przez Cervantesa jako rzeczywisty autor 
rękopisu Don Kiszota J określony jest mianem "autor 
arabigo y manchego". W tern dopatrzono się wytknię- 
cia mieszkańcom La Manczy nieczystości krwi, pomię- 
szanej z arabską! 
Współcześni Cervantesa, jak to współcześni, go- 
niący za ..aktualnością", widzieli w DonKiszocie przede- 
wszystkiem satyrę polityczną. Melancholijnego rycerza 
spotkał tedy całkiem ten sam los, co Boską Komedję Dan- 
tego, uchodzącą z początku również za pamflet politycz- 
ny. Nie rozeznając się najzupełniej w szczerem uwielbie- 
niu Cervantesa dla krwi królewskiej, widziano w Kiszo- 
cie to Karola V-go, to księcia Lerma, zarządzającego 
nędznie krajem. A podstawą tego przypuszczenia 
był u obydwóch... nos orli Kiszota. Ataki Kiszota 
na młyny, to dążenia Karola do monarchji wszech- 
światowej. Wydarzenie z lwami, to nieudana wyprawa 
Karola do Afryki. Wskazywano także na Filipa II-go 
i na księcia Medina Sidonia. Powstała nawet dzi- 
waczna legenda. By wpłynąć na pokupność książki, 
miał był sam Cervantes ogłosić rozprawę, objaśniającą 
że Don Kiszot i jego dzieje, to Karol V-ty i jego 
awantury woienne i miłosne. Tymczasem rozprawy 
tei, noszącei podobno tytuł ..El Buscapie" (szmermel), 
nikt nigdy na oczy nie widział. Naraz w roku 1848-tym 
znalazł się rękopis. Wydał go zasłużony uczony 
Adolfo de Castro. Legenda byłaby więc szczerą 
prawdą, gdyby się nie było niebawem wydało, że 
Castro padł ofiarą literackiego oszustwa. Broszura 
była podrobioną. 
Oliwy do całego tego ogma dolał zresztą 
ponownie Sir Rawdon Brown. Przeglądając z pole- 
cenia rządu angielskiego archiwa Wenecji w celach 
dyplomatycznych, znalazł sprawozdanie posła rzeczy- 
pospolitej weneckiej Simona Contareniego w Madrycie 
z lat 1604 i 1605. Donosi on o pojawieniu się Don Ki- 
szota i zaznacza, że ogół uważa to za satyrę poli- 
tyczną, wskazując na odpowiednie osobistości. 


(C. D. N.)
		

/0020.djvu

			Str. 116 


ZDRÓJ 


Nr. 4 


GIORDANO 


BRUNO 


PAWEŁ HULKA. 


Za mną jest mrok, z którego światłość tryska 
Wieczystą, nigdy nie przerwaną falą, 
Gdzie niezrodzonych jeszcz:e słońc ogniska 
Nieobjawionym się płomieniem palII. 
Wszystkie w tym mroku przyszłe tęczowania 
Płomiennych barw ukryte Sil głęboko 
I zeń się władztwo Iinji powyłania 
I zeń widzlIce się narodzi oko. 


Sam idę z plesmIl swojll skroś pustynię ducha 
Śród miljonów tchórzliwie 5chylonych ku ziemi; 
Ich nienawiść mnie oplwa i stos mi zapali 
I mojll pieśń oniemi... 
Lecz poprzez płomień stosu oglądam z oddali 
Nadchodzący wiek nowy, co pieśń mą wysłucha. 


Za mną jest cisza. DrzemiII w mej pioruny 
Jutrzejszych burz. Straszliwe huragany 
Chowaj II skrycie w jej tajemnem łonie 
Swój hymn stworzenia jeszcze nieśpiewany, 
Niby psalterjon stotysiącostruny 
Na boskie mistrza czekający dłonie. 
Drzemie w nich piosnka człowieczej niedoli, 
Śni poszum liści w niestworzonym borze 
I huk orkanu, co ocean orze - - - 
Z ciszy tej pieśń się wolności wyzwoli. 


Słyszę głosy dalekich braci jak żórawi 
Pokrzyk w bezgwiezdnej nocy obłokach zgubiony, 
I widzę, jako idzie z każdej świata strony 
Rzesza przemnoga, 
Co szuka i woła Boga. 


Kto nas wybawi? Kto nas wybawi? 
Kiedyż rozbłyśnie nam gwiazda wielka 
I kiedyż Miłość - Wybawicielka 
Błyśnie nad światem Złocistą zorzll ? 
Kiedyż się więzień bramy otworzll? 


Z tych mroków idę do was i z. tej ciszy. 
Dlatego w oczach Słońce mi się pali, 
A ucho pieśni nieśpiewane słyszy 
LeclIce za mną jak echo z oddali. 
Z tych mroków idę, z tej kolebki ducha, 
Skąd myśl płomieniem błyskawic wybucha, 
Na świat pożogi rzucająca łuny 
I z ciszy idę, gdzie drzemiII pioruny. 


Wszystko wiem i dlatego obcemi są trwogi 
Duchowi memu, obcemi nadzieje. 
Wiem jak się rodzą i konajll bogi 
I śmiech znam, którym Los się wiekom Smleje. 
Wszystko ma swojll we wszechczasie chwilę 
Narodzin, zgonu, szczęścia i boleści 
I miejsca wszystko ma w przestrzeni tyle, 
Ile w Przeznaczeń wyrokach się mieści. 


o I bracia wieków przyszłych, wierzcie jak ja wierzę, 
Że jedna noc ustąpi słonecznemu ranu, 
A druga wam mi chwilę mą wiarę odbierze 
I rzuci was w burzliwe fale oceanu 
Świata, nad którym dzień i noc się zmienia, 
Niosąc radość słonecznll i ponurość cienia. 
Bo udziałem człowieka nadzieja i trwoga 
A celem poznawanie Boga, 
Wiarll wydobywaną z pomroki wlltpienia. 


Cicho spoczywa w swym miękkim oprzędzie 
Motyl i ni na chwilę nie zbudzi się wcześniej 
Zanim wszystkich stawania chwil swoich nie prześni 
I nim kwiat się rozwinie dlań, na którym siędzie. 
Wiem, że złocista trllba Archanioła, 
Co umarłych na Boży Sąd dźwignie z mogiły 
Motyla tego zbudzić przedwcześnie nie zdoła 
Nimby narodzin jego chwile się spełniły. 


Wiem, z przeszłości zabłądzll w waszą przyszłość duchy 
Przeczenia; kraczlIc słowa pokuty i skruchy 
Za każdą śmiałość myśli i śmiałość marzenia, 
Przyjdll z wiekuistego groźbIl potępienia, 
Lecz i to wiem, że głos ich z drogi was nie zwiedzie. 
Przyjdll mężni, co stanll na pochodu przedzie 
I jak ja swą radosnll wiedzę z wami dzielę 
Nowym wiekom ukażą nowe, wielkie cele. 


Idę pijany bohaterskim szałem 
Skroś wieki nieskończone w nieskończoność światów, 
Bo z: piersi Wszystkowiedzy mądrość swą wyssałem 
Jak pszczoła miodne soki ssie z pachnllcych kwiatów. 
Widzę, kocham, szaleję i w swym szale tworzę 
Świat ducha, co do walki z światem ciała stawa 
A czoła swego nigdy nie schylę w pokorze 
Przed znieprawionym duchem obłudnego świata, 
Co wolnym skronie w wieńce cierniowe oplata 
A niewolnikom nędznym twarde pisze prawa. 


Słyszę te krucze przeciwko wam głosy I 
Drżyj potępieńcze! Po wieków wieki 
Szatan cię będzie 
Po dróg rozstajach wodzić w obłędzie, 
Cel ci ukaże jasny, daleki, 
Na skrzydłach ekstaz wzniesie- ć w niebiosy, 
Serce-ć rozpali w jarzący płomień 
I zbłllkanego śród oszołomień, 
Gdy sił do lotów wyŻszych nie stanie 
Strąci w otchłanie. 


Wy im nie wierzcie. Wiekuiste prawo 
Jest duszą świata, a treść tego prawa 
Że to, co w zmiennej powstało godzinie 
Jako kształt - minie 
Ale istota - zostawa, 
By po wieki sic< stawać coraz nowlI jawą.
		

/0021.djvu

			Nr. 4 


GIORDANO BRUNO 


Str. 117 


Będziecie szukać swego Miłowania, 
Co jest silniejszem nad śmierć nienawiści, 
Skroś mrok pójdziecie, co słońce przesłania 
Aż się wasz Sen o wiecznem Pięknie ziści. 
Zgrzybiały świat się przez was stanie młody 
I piękny jako w pierwszy dzień stworzenia, 
A zaś do walki w imię Wyzwolenia 
Ducha z niewoli, nie męże jedni, lecz całe narody 
Staną i na bój pójdą jak na gody. 


Wierzcie, kochajcie i twórzcie - odchodzę 
Tam, skąd przyszedłem, w mrok, co tworzy Słońca 
I w ciszę wielką, w której piorun zrodzę, 
Co wracać będzie i błyskać bez końca 



 
-" 


,., 


.. 
 


'.. 


Aż duch się jasny £"pęt mroków wyzwoli 
I padną w gruzy przybytki niewoli. 


Za- mną jest mrok słoneczny= i piorunne" cisze. . . 
O wieku nadchodzący, ja twe kroki słyszę, 
O bracia jutr dalekich, tulę was do łona, 
Jutrznio wolności Ducha, bądź mi pozdrowiona! 



 


, 
, 
I 
-I 


A,,'opo..t...t (d....w. 0'''1:.) - J.rsy Hul.wies.
		

/0022.djvu

			Str. 118 


ZDRÓJ 


Nr. 4 


FR. RAWITA GAWROŃSKI. 


TARAS SZEWCZENKO I POLACY 


IV. 


(c. D.) 
W Nowopetrowsku żyde Szewczenka płynęło 
bardzo ciężko. PrLedewszystkiem był pozbawiony 
ożywczego stosunku z zesłańcami polskimi, następnie 
musiał sobie tworzyć nowe warunki życia, nowych 
jednać przyjaciół. Zupełne osamotnienie, życie w brud- 
nej, niechlujnej i ciężkiej "kazarmie" z nóg go zwaliło. 
Z niedostatku i nieczystości dostał strasznej choroby 
"cyngi", która go zeszpeciła na całe życie. Lekarze 
znają tę nieprzyjaciółkę nędzy i niewoli. Pozbawia 
ona człowieka włosów, zębów, ciało wygryza. Prze- 
był ją pomyślnie. Fort miał przed sobą tylko step 
piaszczysty, pusty, bezdrzewny, szarozłocisty, bez- 
brzeżnie smutny. ZieliI1.ski, towarzysz wygnania Szew- 
czenki, osnuł na tym temacie piękny poemat Kir g i z. 
Szewczenkę ten widok karmił smutkiem beznadziej- 
nym. Wpatrzony duchem w Ukrainę, w tern bezlu- 
dziu widział tylko "woronu na chresti". 
Siedmioletni prawie pobyt poety w Nowo- 
petrowsku był niemal bezpłodnym pod względem 
twórczym. Oddalony od Polaków, z którymi się 
zbliżył, korespondował tylko z nimi aż do chwili 
opuszczenia swego przymusowego miejsca pobytu. 
Niestety, doszły do nas bądź ułamki tylko tej kores- 
pondencji, bądź w przekładach rosyjskich. Są one 
nietylko żywe m świadectwem stanu duszy poety 
w czasie pobytu w Nowopetrowsku, ale też dowodem 
żywej sympatji, a nawet przyjaźni obustronnej. Jakkol- 
wiek tylko obszerniejsza korespondencja z Bron. 
Zaleskim doszła do nas z tego czasu, maluje ona 
jaskrawo życie poety, jego usposobienie, jego tęsknoty 
i marzenia, a równocześnie tą głęboką przyjaźI'l, jaką 
Polacy i Szewczenko wzajemnie dla siebie mieli. 
Zanim rozejrzymy się w szczegółach tej korespondencji, 
nie od rzeczy będzie powiedzieć, że nie znajdujemy 
w niej zarówno śladu wszelkich żalów i pretensji jak 
i najmniejszej wzmianki o losie i przyszłości Rusi, 
a o współczesnej literaturze ruskiej, gdy coś docho- 
dziło do niego, odzywał się z przekąsem. 
Jakkolwiek wiemy, że korespondował z Siera- 
kowskim, Zaleskim - i zapewne nie z nimi tylko - 
listy Szewczenki do nas w komplecie nie doszły. Czy 
przez ostrożność, czy przez przypadek, czy może nawet 
rozmyślnie ukryte zostały? - Nie chcemy odgadywać. 
Może chciano zatrzeć ślad tej przyjaźni poety z Pola- 
kami? Wszystko możliwe. Tylko listy Szewczenki 
do Zaleskiego ocalały - ale i te tak są oględne, że 
nie użyję innego wyrazu, traktowane i użytkowane 


skąpo przez ruskich biografów, że można śmiało 
powiedzieć, przez prasę i literatów ruskich wyzyskane 
nie zostały. Czasem odezwał się ogólnikowy głos 
obrony Szewczenka od równie ogólnikowych zarzutów 
r
zmaitych "zemlaków", Rosjan "małoruskiego pocho- 
dzenia" - jak chętnie tytułowali się. 
Listy Szewczenki do Zaleskiego odkrywają przed 
nami cały świat życia wygnańców z ich tęsknotą, 
smutkiem, nieraz rozpaczą, a rzadko nadzieją. W li- 
stach poety wylewa się cała dusza człowieka dobrego, 
życzliwego za miłość, jaką go Polacy otaczali, wdzięcz- 
nego za nią i odpłacającą się wzajemnie szczerą przy- 
jaźnią. W listach jego znajdujemy mnóstwo imion 
tylko tych wygnaI1.ców-Polaków, którzy dzielili z nim 
ciężką dolę, wspominanych z największą życzliwością. 
Domyśleć się nawet nie możemy kto to są owi Michał, 
Foma, Eustachy, tak samo jak nie posiadamy żadnych 
szczegółów, dotyczących nazwisk Czyżika, Stankie- 
wicza, Serednickiego i in. Jeśli kiedy znane nam 
będą akta męczeństwa narodu polskiego, chowane 
dotychczas po różnych kancelarjach "III oddziału" 
lub innych, wtenczas dopiero wyciągnięte będą na jaw 
te, zapomniane dzisiaj, a godne pamięci imiona bojow- 
ników za ideę wolności, którzy głowy swoje złożyli 
w stepach Kirgizkich, nad Araiskiem morzem, na 
Mangaszłyku, w Orsku i Orenburgu. Może kiedy 
wolna Ojczyzna wystawi wspólny pomnik tym wszyst- 
kim, którzy za jej wolność walczyli i polegli - 
nieuczczeni i zapomniani. Szewczenko w każdym 
liście niemal pisze: "pocałuj odemnie rękę ojca pre- 
fekta", "pocałuj miłego mego i dobrego Cejzika".ł) 
"kłaniaj się Serednickiemu", 2) " kłaniaj się Stankiewi- 
czowi",3) "ucałuj Zygmunta" (Sierakowskiego) i "życzę 
mu najświetniejszego powodzenia na wybranej dro- 
dze".4) Powtarza się to nie raz jeden, ale w ciągu 
korespondencji od r. 1850 do końca prawie życia 
poety. - Tak głęboka i szczera była przyjaźń 
wzajemna. 
Z chwilą gdy położenie Zaleskiego stało się 
łatwiejszem, gdy otrzymał stopień oficerski i wysłany 
został do Bohosłowska, a wkrótce wrócił do Oren- 
burga i objął tam urząd bibljotekarza, stosunki jego 
rozszerzyły się. Gdzie mógł tylko i jak mógł używał 
ich na korzyść, bodaj materjalną, dla towarzysza 
niedoli i włóczęgi nad morzem Araiskiem. Szew- 
czenko posyłał szkice swoje, rysunki, w ogóle co 
miał i mógł spieniężyć, do Orenburga a Zaleski 
chętnie w sprzedaży pośredniczył. W listach nazywał 
je Szewczenko "materje wełniane" i zawiadamiał ile 


l) P i s m a T. S z e w c z e n k a str. 16. 
') ibid. str. 22. 
8) ibid. str. 26. 

) ibid. str. 35.
		

/0023.djvu

			Nr. 4 


TARAS SZEWCZENKO I POLACY 


Str. 119 


"kawałków" posłał. 1) Powtarzało się to kilkakrotnie, 
a w maju (1857) "wysłał 17 sztuk". Wybierz z nich, 
co najlepsze - pisał - według twego zdania, i sam 
cenę oznacz. W obec zbliżającej się podróży jestem 
podobny teraz do tureckiego świętego. Gdyby zapła- 
cono po 15 rs. byłbym więcej niż zadowolony".2) 
Trawiony gorączką tworzenia, oddając się tylko 
ukradkiem malowaniu i pisaniu, Szewczenko znalazł 
glinę, zdatną do lepienia i z zapałem oddał się 
skulpturze. W wyroku sądowym, który go nad brzegi 
Kaspijskie zagnał, nic o tem nie powiedziano; zabrał 
się przeto do lepienia. I tu pośrednictwo Zaleskiego 
okazało się potrzebnem. Posłał mu tedy najpierw 
B y k a z Kir g i z e m. S) Innym razem z Zielińskim, 
autorem Kir g i z a, posyła grupę T r i o, a z Fried- 
manem figurę Z b a w i c i e l a. 4 ) Wszystko to łatwiej 
było spieniężyć za bezcen bodaj w Orenburgu niż 
w Nowopetrowsku. 
Korzystając z uczynności Zaleskiego, wdzięczność 
swoją wyraża w każdym liście. Nosiła też ona 
wszelkie cechy gorącej i szczerej przyjaźni, która nie 
ma tajemnic przed sobą. 
Polacy nie tylko szanowali jego uczucia naro- 
dowe, ale starali się je podtrzymywać i ożywiać, 
zasilając go książkami, które mu mogły przyjemność 
zrobić. Posyłano mu więc M a r t wed u s z e Go- 
gola, Bohdana Zaleskiego P o e z j e,5) a nawet jakąś 
książeczkę, która ukazała się w Kijowie "po mało- 
rusku" p. t. Kij e w s kij e ł a n d y s z i (Kijowskie 
konwalje). O Bohdanie Zaleskim pisze: "miłego mi 
Bohdana otrzymałem; serdecznie ci dziękuję. Nie 
rozstaję się z nim teraz; niektóre utwory umiem już 
na pamięć. Jedno tylko przykro: nic ma się z kim 
dzielić tą rozkoszą, jaką daje poezja". O utworach 
swoich rodaków mniej przychylnie się wyraził. "Powiedz 
mi - pisze - na miłość Boga, skąd ty dostałeś tych 
zwiędłych, bez wszelkiego zapachu Kij o w s k i c h 
k o n wal i j? Biednym moim krajanom zdaje się, 
że tem pięknem narzeczem7) nie tylko można wszelkie 
bajdy wypisywać, ale i drukować. Biedaki I - Nic 
więcej powiedzieć o nich nie można".1) 
Im więcej mijało lat wygnania, tem większy 
smutek i rzewność ogarniały duszę poety. Nadzieje 
walczyły w nim z beznadzięjnością. Jeden car umarł, 
tron objął drugi - spodziewał się przeto ułaskawie- 
nia. Manifest wstąpienia na tron Aleksandra II., 
pominął Szewczenkę; czekał na manifest koronacyjny. 


1) I:' i s m a S z e w c z e n k a str. 7. 
') ibid. 38. 
') ibid. 9. 
') ibid. 20. 
6) ibid. 14. 
') W liście "narieczije." 
') P i s m a S z e w c z e n k a str. 25. 


Była to walka oczekiwania z rozpaczą zapomnienia. 
Wkrótce mieli być ułaskawieni Sierakowski i Zaleski, 
a on męczył się jeszcze śród bezleśnego i blademi 
trawami okrytego stepu - już sam prawie. Dawni 
towarzysze niedoli jedni po drugich opuszczali go. 
W samotności duchowej, nie mając z kim dzielić ani 
trosk swoich i smutków, ani nadziei, uciekał w nie- 
daleką przeszłość, spędzoną razem z nimi, a śród 
otoczenia rozpaczliwej jednostajności, ta przeszłość 
wydawała mu się piękniejszą zdaleka i powleczoną 
poezją smutku. "Wczoraj - pisze - byłem na 
Chanta Babie, l) obszedłem wszystkie parowy, pokło- 
niłem się jak starym przyjaciołom drzewom, któreśmy 
rysowali, a w naj dalszym parowie - pamiętasz - 
gdzie przy samej studni sterczą obnażone korzenie 
wielkiego drzewa, - u3iadłem pod tem drzewem 
i długo siedziałem. Padał drobny deszczyk, potem 
przestał, potem znowu padał, a ja nie ruszałem się 
z miejsca; tak mi było przyjemnie pod gałęziami tego 
starego olbrzyma, że siedziałbym do późnej nocy, gdyby 
nie myśliwi, którzy mnie spędzili - oby za to ani 
jednego wróbla nie zastrzelili! Jakieś jasne, pełne 
rozkoszy wspomnienia ogarniały mię wtedy. Przy- 
pomniałem sobie całą naszą wyprawę Karatowską ze 
wszystkimi szczegółami - i ciebie i T urno... Ta 
wyprawa na długo pozostanie mi w pamięci." 
Po przybyciu Szewczenka do Nowopetrowska, 
komendantem tego stepowego fortu był kapitan 
Majewski, zdaje się, także jeden z rozbitków, którego 
los w stepy Kirgizkie zapędził. 
Człowiek samotny, bez rodziny. Był przychylny 
dla Polaków i dla Szewczenka. Może wspomniał na 
starość strony ojczyste, rodzinę, zatęsknił do muzyki 
ojczystego słowa, dość, że zmiękł. Przez palce patrzył 
na wygnańców i tułaczy. Miał litość może nad własną 
ojczyzną. Szewczence pozwolił nawet mieszkać u siebie. 
Nie długo to trwało. Umarł. Może i jego zabiły 
tęsknota i osamotnienie - ta gorączka żrąca powolnie 
ale beznadziejnie serce człowieka. Miejsce Majew- 
skiego zajął Herakljusz Uskow. Ciężki z początku, 
lecz z czasem stawał się coraz łagodniejszym. Serca 
ludzkiego żaden urząd nie może przerobić na kamień. 
Jaśniejszy promień i w jego życiu się znalazł. Miał 
żonę, Agatę, Polkę niewątpliwie - jedną z tych 
zapewne, które, związane dobrowolnym łańcuchem, 
za sałdacką szyn elą wędrują po całej Rosji, a samotne 
i nieznane życie kończą na emeryturze mężów, - 
szczęśliwe, jeśli potrafią stworzyć własną rodzinę. 
Wynarodowiają się one mimowoli i toną bezpowrotnie 
w obcem i dalekiem morzu. 
Osamotnione, a spragnione miłowania kogoś, 
serce poety uderzyło mocniej na widok kobiety, 


1) Jakieś uroczysko w pobliżu półwyspu Mangyszłaku.
		

/0024.djvu

			Str. 120 


ZDRÓJ 


Nr. 4 


odbijającej się rażąco na tle dzikiego stepowego 
otoczenia, a o ile z portretu w wieku dojrzałym 
widać, piękna kobieta już samym widokiem swoim 
sprawiała mu przyjemność estetyczną; codzienne 
zetknięcie się z nią przerobiło uczucie estetyczne na 
miłość - miłość, powiedziałbym, idealną ale bynaj- 
mniej nie ślepą, jak obaczymy, do tego stopnia, aby 
zakryła przed nim wady moralne. " Ta najlepsza 
kobieta - pisał - jest dla mnie prawdziwą łaską 
Bożą. Jest ona jedyną istotą tutaj, którą zachwycam 
się - do poetycznego uniesienia. A zatem - jestem 
mniej lub więcej szczęśliwy; mogę nawet powiedzieć- 
zupełnie szczęśliwy. Czyż może być zresztą inaczej 
w obecności kobiety wysoce moralnej i fizycznie 
pięknej?" "Ona pamięta ciebie i wspomina życzliwie."l) 
T ak pisał w Październiku 1854. Przez trzy miesiące 
jeszcze był w zachwyceniu. "Co za cudowne, podziwu 
godne stworzenie, czysta duchowo kobieta! Jest to 
najpiękniejsza perła w koronie stworzeń. Gdyby 
nie ta, jedyna pokrewna sercu memu istota, nie 
wiedziałbym co ze sobą robić. Pokochałem ją górną, 
czystą miłością, całem sercem i całą szlachetnością 
mojej duszy. Nie przypuszczaj, mój przyjacielu, nawet 
cienia czegoś złego w mojej czystej miłości". 2) 
Takie były pierwsze wrażenia, pierwsze miesiące 
stosunku towarzyskiego z Agatą. Ale bliższe zapo- 
znawanie się rozwiewało powoli czar uniesienia się 
i poezji. Po ściągnięciu zasłony z bóstwa - okazała 
się twarz pospolitej kobiety. W rok niespełna po 
pierwszych zachwytach nastąpiło otrzeźwienie. Dwa 
nieszczęścia, dwa ciosy uderzyły równocześnie prawie 
w serce poety: ominięcie go w manifeście ułaska- 
wienia i rozczarowanie co do Agaty. "Rozpacz- 
z powodu braku łaski carskiej - tak mną wstrząnęła - 
pisze do Zaleskiego - że ledwie zapanowałem nad 
sobą. Dotychczas jeszcze nie mogę się zrównoważyć, 
nie mogę przyjść do siebie. W takich wypadkach 
człowiek musi mieć szczerego, bezinteresownego przy- 
jaciela". Dalej nieco dodaje: "Moje jedyne dotych- 
czas moralne oparcie - i to się zachwiało, stając się 
brzemieniem pustem i bez życia; ona (Agata) karciarka 
najzwyklejsza, nic więcej. Czy to tak w samej rzeczy, 
czy tylko mi się zdaje? Tak jestem oszołomiony, że 
nie umiem rozpoznać co czarne, a co białe". 3) 
Nie mamy najmniejszego pojęcia o tem, sądząc 
ze wspomnień o Szewczence Agaty Uskowej, ażeby 
ta miłość, acz nie wyznana, znalazła w sercu jej jakie 
echo, dość, że z serca poety znikła. Przypuszczenia 
jego, co do nałogu karciarstwa, są bardzo prawdo- 
podobne: karty i wódka wypełniały długie chwile 


l) Pis m a Sze wc zenka str. U. 
') ibid. 11. 
D) ibid. 26. 


bezczynności umysłowej, Zarówno żołnierzom jak i ofi- 
cerom - przedewszystkiem oficerom załogi. Trzeba 
było wielkiej siły ducha, aby powszechnie panującemu 
prądowi oprzeć się. Czy zdołała oprzeć się Agata, 
kobieta prawie samotna, w obcem otoczeniu? Rzecz 
bardzo wątpliwa. 
Z Zygmuntem Sierakowskim, który w roku 1863 
powieszony został z rozkazu Murawjowa, Szewczenko 
utrzymywał naj serdeczniejsze stosunki, i jak wiemy, 
korespondował z nim. Czy się odnajdzie w całości 
ta korespondencja? Serdeczny stosunek trwał między 
nimi przez cały czas wygnania. "List natchnionego 
Zygmunta - pisze - z najżywszą rozkoszą przeczy- 
tałem. Poeta prawdziwy I Nie odpisuję mu teraz, 
bo mam nadzieję widzieć się z nim wkrótce w Ak- 
Meczeti".l).przy każdej sposobności niezapomina prze- 
syłać mu najserdeczniejszych pozdrowień i uścisków,2) 
a gdy przez czas dłuższy wiadomości od niego nie 
ma, troszczy się i pyta: "dla czego Zygmunt nie pisze 
do mnie? Co się z nim dzieje? Gdzie on? Zawia- 
domij choć kilku słowami". 3) 


(C. D. N.) 


l) P i s m a S z e w c z e n k a str. 20. 
') ibid. 20. 
S) ibid. 18. 


ł 
) 
.,:1 
\. .," 
 



 



 
'-, 


	
			

/0025.djvu

			Nr. 4 


· WYSPIAŃSKI-ŚWIATOWID 


Str. 121 


WYSPIAŃS KI-SWIA TOWI D. 


EWA ŁUSKINA. 


III. S Ł O W O. 


(DOK.) 


Dotąd oglądaliśmy uwarstwienia światów: pra-słowiański i neo-helleński, utwierdzających się 
w duszy Wyspiańskiego fundamentem gmachu jego twórczości, - biorąc z nich te utwory, które niejako 
stanowią budowy kamienie węgielne. 
Ale oto pochwyceni gwałtowną ręką przerzucamy się w świat odrębny, gdzie nie powtarza się 
żaden z dotychczasowych elementów, prócz jedynego piętna, o którem później. 
Jesteśmy w żydowskiej karczmie przydrożnej, świadkami obliczania brudnych zysków, patrzymy na 
sprawy ciemne i pokątne, na straszny handel wszystkiem, żywym ciałem i duchem. Poznajemy lichwiarzy 
i dostawców żywego towaru, czyhających w ośrodku rozpiętej sieci pajęczej, starego chłopa, zeszłego na 
żebry i dziewkę, najmitkę żydowską, w ugiętej spódnicy nad czerwonemi łydkami, zamiatającą szynkarnie, 
parobka urlopnika, imienne figury z partykularza, - galeria, do której mógłby przyznać się Zola,- 
i pytamy zdumieni, co wspólnego z tern wszystkiem ma - Wyspiański? Wielki wizjoner i wielki realista - 
jeden z pierwszych dramaturgów świata (o ile chce być właśnie dramaturgiem) - wie, co czyni. 
Właściwy bohater, piętnastoletni rudy żydziak Joas, jeden z marzycieli Getha, jakich wydaje niekiedy 
najniższa warstwa proletariatu żydowskiego, jest raczej bierny przez cały ciąg dramatu, prócz jedynego 
momentu, gdy wobec zbrodni. spełnionej przez najbliższych, urasta niespodzianie na sądzie ich sumienia - 
i ten wysiłek psychiczny płaci własnem życiem. Ale krwawa głąb duszy sponiewieranej dziewki Jewdochy 
obnaża się nam w całej ludzkiej miłości i grozie, a stary karczmarz Samuel, przy zwłokach syna, z grzesznika 
, niespodzianie sam urasta na sądzie - Jehowy. 
"Gdzie on jest? (słucha przy sercu chłopca) tu go niema (głośno) Cicho' (szeptem) Cicho. Tu go 
niema (przy ustach chłopca) Tu go niema. Te oczy, patrzące we mnie - - ty nie umieraj. Tyś jest 
Mozart, tyś jest Rubinstein, tyś jest Joachim - ty nie umieraj. Tyś jest tysiące tysięcy, ty skarb, ty mój 
skarb, ty pałace, ty raj, ty Eden - ty, żyj' (przynosi skrzypce, uśmiecha się, całuje skrzypki, kładzie na 
piersi chłopca) Ty graj, ty grajku mój, - ty graj, (nakrywa głowę rańtuchem w czarne pasy - wskazuje 
obwinionego:) Puśćcie go wolno - (- a jest w tej chwili dostojny jak władca) Nu, ja winien tej śmierci - 
a Bóg mnie winien... (wskazuje syna) ... tę śmierć. Bóg mnie to winien." 
Krótki ten monolog staje obok nieśmiertelnych arcydzieł, gdzie wszystko jest ryzykiem, bo oparte 
z jednej strony o arcy-ludzką tragedję, z drugiej o komizm. Więc Hamlet - i Molierowski Harpagon. 
Wina Jehowy i prawo Jehowy - problemat nie do rozwiązania. A komentarzem jeszcze jedna 
postać, wędrownego handlarza, biedaka Jukli, który w smudze słońca wdzierającego się ukosem w okna 
czarnego karczmiska, jawi się, zywy symbol nędzy i weselnej ufności w Panu, (obrośnięty dziko nastrzępio- 
nym włosem jasno żółtym. z oczyma złotemi, w ubraniu przejrzystern i przeświecającym, jak sito, barwy 
popiołu i piasku - na tyle głowy połamany półcylinderek z szerokiem rondem) - "Żeby ja był cygan, toby 
ja miał lepsze portki wdziać. A Jukli będzie szedł do raju po samych kwiatkach. Jukli jest mała mucha. 
Nad Juklim czuwa On, co o każdej swej musze wie i za każdą jednako się mści!" 
W tych kilku postaciach, w tych niewielu słowach, zawarto całą tajemnicę psychiczną tej starożytnej, 
obcej rasy. W "Sędziach", jak w pokrewnej założeniem "Klątwie", jak zresztą w całym szeregu dzieł słowa 
Wyspiańskiego, panuje los, fatum - i to jest wspólna, stała cecha, pieczęć czerwona jego ducha. 
Lecz już z błotnego karczmiska władny gest twórczy przenosi nas niespodzianie na mroczne krużganki 
zamku w Elsinorze, gdzie na nowo zmusza nas przemyśleć historie duńskiego królewicza. I z mgieł orsja- 
nowych przenosi nas kapryśnie na jasną łąkę, jasną i kwiecistą, choć ścielącą się na zdradnym moczarze. - 
gdzie wzgardzona Ofelja, której słaby móżdżek nie zdołał sprostać wyrafinowaniu dworskich igraszek, 
zabawia się dziecinne m majaczeniem: 


. 


"Wieniec, mój wieniec 
rwałam go sama i wiąże 
Na ciebie czekam, na ciebie czekam 
kochanku - - (kłania się) Mości Książel"
		

/0026.djvu

			Str. 122 


ZDRÓJ 


. 


Nr. 4 


Wyspiański mowl wyrazme o przeistoczeniu Ofelji z kurtyzany dworskiej i zalotnicy - "w dziecko, 
kwiat wiosny, panienkę" - którą "miłość i prawda zabija." "l będzie powtarzała w scenie obłąkania 
słowa roli owej kurtyzany - sama kwiat uklękły przy ziemi" - i dziwne te słowa i to powtórzenie będą 
wrażenie wywierać - w obłędzie, w plątaninie darów Bożych, słowa te i piosenki, zda się, instynkt sam 
kobiecy mówić jej każe. Słowo każde - myśl jej zabija i istotę jej rozwija - i życie pieśni budząc, mrozi 
życie; mgła tajemnicy ją otacza, nieprzeparta mgła..." 
Jasny moczar ciągnie, chłonie jej wiotkie stopy, krzywa wierzba płacząca próżno giętkie nagina gałązki: 
"A te wianki, te moje 
na wodę pójdą ze mną 
ja żyłam nadaremno 
ja - się - żyć - boję..." 


Twórczą wolą zbudzone wstają z prochów przecudne kobiety: to Velasquezowska księżniczka 
z Cyda, to polska "Hedwigis" czternastoletnia monarchini, - w potężnej i jedynej scenie zwiastowania 
przez Anioła Nocy: 


"Niechaj się serce twe nie trwoży. 


T y dla tej Polski będziesz perłą 
z dna wód świecącą jasno 
Śnieżną liliją skwitnie twe berło..." 


. .. "Łzy co dziewczęce szczęście burzą - we skarb zawieją w łonie - i za lat setki - kiedy już 
wymrą wszyscy dziś przytomni - jeszcze ten naród w litości dla ciebie - o tych łzach twoich dziecka 
nie zapomni". Słowa czułe, jak miłującego piastuna, delikatne, jak objęcie matki, - onże dobył je z piersi 
śpiżowej - twórca straszliwy? On-Ze to, ten sam, który wzbudził szał wieszczy w piersi nieszczęsnej 
Kassandry polskiej, Marii? 
"Warszawianka". Dzieło skończone samo w sobie, zwarte i ścisłe, biała sonata, zamknięta w linjach 
matematycznych tej sali stylowej, białej, o białych meblach empire'u, za której szklaną ścianą, podzieloną 
pilastrami, widać miasto w śniegu. I te dwie panny, ubrane biało, przy czarnym klawikordzie, ustawionym 
na posadzce niemal czarnej, to jakaś wrastająca w mózg wizja, w białawem świetle zimowego poranku, 
rażąco jasna i tern samem, aż żałobna. 
Tłum gości, oficerów polskich, - nie, raczej "królów tłumy", jak je określa Chłopicki, sam król 
posępnej pychy. Nieszczęście, które tu wejdzie, nie wkroczy z zewnątrz, ono jest tu, od pierwszej chwili, 
w tych ludziach dumnych, mądrych, a przeżartych zwątpieniem "zwołującem nieszczęście drugim". Tu nie 
ma nadziei. jest piękno, odwaga, siła, świetność - ale wiary w zwycięstwo brak, więc "przeznaczeń 
gwiazda leci mimo, a rycerze i boje stracone". 
"Są rzeczy straszne, co są w tobie" -- narodzie. 
" . . . my nie mamy wodza, 
ja prosty żołnierz jestem, wolontarjusz, 
ja słuchać chcę, rozkazujcie mi, kierujcie mną, 
wtedy dokażę cudów, śpią, mrą we mnie cuda." 
Słowa-kłamstwo, natchnięte przewrotną pychą, w ustach tego, którego wzywają dyktatorem - 
są odwrotnie prawdą, tego, który zjawia się posłem klęski: stary, sterany żołnierz polski. Ale ten właśnie 
milczy. Milczy, zagubiony w szarych szeregach, w upartym marszu po błotnej drodze, w boju upiornym 
i beznadziejnym, na straconej pozycji... Milczy - składając ostatni raport i jeszcze za progiem - waląc 
się z nóg, śmiertelną raną zmożon, - milczy aż do końca... 
A tamci - "wy, piękni, wy, boscy, - wy, skarb, duma nasza..." 
Jak żmija krwawa plącze się wstążka na klawiszach klawikordu, 'Ystążka, dóra była białą... 
plącze się w palcach polskiej panny. A odjeżdżający żołnierze proszą o pieśń ostatnią, o pieśń bojową, 
wieszczącą tryumf, chwałę... 
"Jękiem ponurym zatrząsł się i zahuczał instrument cały... i długo jęczy..." Lecz pieśń ożyła. 
Ostatnim akordem zrywa się promieniejąca z rozdartego serca - jak ptak pokrwawiony...
		

/0027.djvu

			Nr. 4 


w y S PI A Ń S K I - Ś W I A T O W I D 


Str. 123 


" . .. kto przeżyje wolnym będzie 
kto umiera, wolnym już." 
Zawsze om. Ci sami z "Nocy Listopadowej", bohaterowie młodzi, - na ogrodzie w bolesnej 
zadumie, - a oto przy drzew śpiewnym szumie - niewiast dwie pośrodkiem przechodzi. Utajone światło 
bije poprzez kwefy, poprzez welony młode lice różą się tli, gwiazdami - oczy... O, Najdostojniejsza, ty, 
którą Grecy "Panią" zwali, imienia wymówić nie śmiejąc. Tyżeś to, Kora-Dziewica, na gody ślubne 
z Orkusem dążąca? Cóż to unosisz w rąbku szat? 


"Spieszno mi odejść, odejść tam 
gdzie stróżką ziarn być mam 
i zgarnąć wszystek płód. 
Rzeczy tajemne tam się dzieją 
nie mogą się bezemnie stać". 


Ty, Pani Eleuzyńskich tajemnic i czaru, w ręku twem klucze mistycznego chramu, kędy się pełnią 
misterje wieczystych odrodzeI1.. Ty jesteś tą, która świętym dreszczem wstrząsa duszę twórcy, w jakiembądź 
zatopioną pięknie i bólu - i boskie szaty śląc, - na nowo tęży ducha do wzięcia najwyższego lotu. 
Twórca, który spojrzy w oczy Pani EleuzYI1.skiej, jest dla sztuki, jako takiej, stracony. Idea go 
pochłania - Bóg w nim go ponosi. Sztuka jest niemniej z nim, bo nie być, nie może, bo jest atrybu- 
tem boskości. 
Dziełami, w których duch rozsadza formę, że zda się szorstką i spękaną, jak glina przyległa do 
odlewu śpiżowego posągu, który z poza niej prześwieca gorącym połyskiem bronzu - jest "Wyzwolenie" 
i "Wesele". 
Historjozofja Wyspiańskiego dochodzi tu współczesności, dramat psyche polskiej, który się przed 
nami rozgrywa, głos c1obyty, jest "nasz z tego pokolenia". O tyle bardziej linje zdają się być zwikłane 
i zagubione, ale raz odnalazłszy wątek, czujemy pod palcami nić serdeczną, snutą z naszej własnej piersi. 
"Wyzwolenie" to tragedja prometejska, walka z Eryniami, co biczują duszę pamięcią spełnionych 
win, z larwami trupiego smutku, wypełzłego z grobów i z trupią mądrością przeżytych form, z koszmarem 
zwątpienia, co zimnem tchnieniem rozwiera widziadła wielkości i zdziera zasłony posągu Izydy. Prometej, 
wydzierca ognia bogów, pełni nim piersi glinianych figurek, i śni przez chwilę słodki sen twórcy, lecz wnet 
spostrzega, że ci, których mniemał ludźmi, to aktorzy, a miejsce Święte Świętych lichą dekoracją - że od 
wielkości do imienności - jeden brak - i w tym momencie uczuł w sobie szpony sępa: szydzącego 
demona. Na krótką chwilę uchodzi przed sobą, szuka schronu u domowego ogniska, nad kolebką nie- 
mowlęcia, - ale to tylko zaczerpnięta pewność trwania - jakiegobądź, - nie zaś znalezienie wrót: Vita 
nouva. Niel to nie wyzwolenie - to dopiero wola ku wyzwoleniu. 


,,0, jakaż mnie dola! O, jakaż mme droga 1 
Ja w walce tknięty od Boga l" 


Czemuś me przybył, królu Śmiały, tam, gdzieby cię poznali - swego? Na "Wesele"l Chłopska 
chata, rozsplewana, jak grające drewno skrzypiec, wybielona siwo, kiej te lny - przyparta na nizinie, 
w błękicie nocy letniej i ciszy uśpionych łanów. - Nie wiele różni się ona od zagrody piastowej, gdy ten 
w dobie postrzyżyn synka miłego, Anioły w jej progach gościł. 
Nie nowina, że pod strzechą cuda się dzieją. Zresztą, po co tu cudów? Rzeczywistość jest 
osobliwszą jak marzenie, a ten świat realny, chłopski, bije takim bezpośrednim rytmem życia, takim warem 
mocy, że blednie wobec niego urok naj błękitniejszej wizji poety. Co innego chochoł, to taki sam dobry, 
zżyty z ludźmi bożek domowy, jak każdy inny, i dziwem wielkim nie będzie, jeżeli zaproszony z serca przez 
młoduchę, zabierze się i na wesele przyjdzie sam, i przywiedzie - swoich gości. 
Gospodarz, pan Włodzimierz, piękny szlachcic "co wziął sobie żonę z prosta", który to z panami 
jest prawdziwym panem, a z gromadą, prawdziwym chłopem, - od lat' uprawiał grunt na chwilce tę, 
nadziejną. . . 


"Chociaż gleba może licha 
nie trza ustępować z drogi 
były bogi - będą bogi."
		

/0028.djvu

			Str. 124 


ZDROJ 


Nr. 4 


A że nadeszła ta chwila "kiedy każdy ujrzeć ma "co się w duszy komu gra" - przeto w progu 
chaty staje przed nim wnet "ktoś znany - ktoś serdeczny, ktoś kochany" - co rzecze: 
"i wybrałem Ichmość Mości 
dom, gdzie ludzie sercem prości. 


Dając waści złoty róg." 


Jak to z tym złotym rogiem bywa - wiadomo. Obleci okolice rozkaz-słowo, zagrają temperamenty, 
ściągnie się lud zbrojny - gdy oto, kiedy wszystko gotowe, - gdzieś, z wysoka sypie się makowe ziarno, 
narkotyczny spada sen... . 
"Tańczy, tańczy cała szopka" bucha werwą weselisko... lecz coraz senniej, coraz bardziej mdlejąco... 
aż znieruchomieje błędne koło... i zamiast pulsującej życiem jawy, mamy jeszcze jeden - genjalny poemat. 
Stacje krzyżowe tej rdzennie polskiej tragedji, wszystkie jej wzloty i upadki, przebył Wyspiański 
kiedyś z "Legjonem". Duch nie zna chronologji, nie będzie zatem dziwnem, jeżeli ten właśnie wczesny 
utwór, o którym słusznie powiedziano, że jest to "olbrzymia jakaś msza messjaniczna, gdzie odprawiają się 
wielkie tajemnice romantyzmu, nieporównane oratorjum jego ekstaz i uniesieI'l - ukaże się na końcu 
dwoistym w sensie i objawi nam po za maską Mickiewicza, steraną "brzydotę cierpienia" - twarz samego 
twórcy, a w bezlitosnem widzeniu ostatniem : "Noc nad wielkiemi wodami i Łódź ogniem szalona, za maszt 
mająca Krzyż, za żagiel rozpiętą na krzyżu Chustę Weroniki - i legjon wioślarzy, przykutych do wioseł"- 
chwilę dzisiejszą. 


"Wioślarzu, zapomnij brata I 
nie czas płakać nad bratem, 
wiosłujesz Światło świata." 
"Wśród łun pożaru widać Tanatos, jak ujął ster Korabiu" - a przecież "me masz lęku 
daremna. " 


trwoga 


.,Ze śmierci ciał się urodzi 
Duch-Słowo, Słowo potęga: 


Zmartwychwstaniecie młodzi I" 
To ziemski testament Światowida. Ale jest jeszcze inny, niebiański: hymn słoneczny, pieśń szczęścia, 
tryumfu, samopoznania. 
"Wesoły jestem, wesoły - i. śmieje się do łez... - choć jesień już na poły - kwitnący czuję bez. - 
Wesoły jestem, młody, już zbywam zbytnich piór - już idę w krąg swobody - już słyszę gwiezdny chór." 
Dusza, co rzuca świat, ze zdumieniem spogląda, na to, co pozostaje: "Cóż to? na marach trup?" 
I pyta, 'pełna zachwycenia: "Ale, któryż jestem żywy? - czy ten, co leci wzwyż? - czy ten, co zmarł 
szczęśliwy - ściskając w dłoni krzyż? - Czy ten, co skrzydeł loty - przez żywot miał związane - czy 
ten, co ciska groty, - o krzemień gwiazd krzesane?" 
Wyzwolony l A przecież "Z ziemi, tej smutnej ziemi, jak mgła podnosi się tęsknota i owija wokół 
serca, co wiele kochało... tam, w niskości... 0, święte, zawsze święte widzenie dzieciI1.stwa: "Ojczyzna 
moja, święta kochana - stąpa po łąkach, Pani Słoneczna, ....:.. ja idę za nią, jak duch Baranka - i wołam: 
Wieczna I" 
Nie I Ostatni z Królów-Duchów, óW światowidny - dla Raju nie zapomni swojej ziemiI Na odlo- 
cie - kreśli run tajemny. 
"Gdy mnie ujrzycie takim lotem - że postać mam już jasną - to zawołajcie mnie z powrotem- 
tą mową moją własną - Bym ją posłyszał, tam u góry - gdy gwiazdę będę mijał -: podejmę może, po 
raz wtóry ten trud. co mnie zabijał." 


Czekamy, Światowidzie 1
		

/0029.djvu

			Nr. 4 


MISCELLANEA 


Str. 125 


MISCELLANEA. 


TRUST. Niedawno obwieściły gazety powstanie "Związku Księgarzy Polskich". Dowiedzieliśmy się o kapitale 
pięciu milionów marek, jako o podstawie finansowej organizacji firm wydawniczych z całej Polski. Zresztą nie 
słychać nic o zamierzaniach, o programie nowej organizacji, krom wzmianki o projektowanych wydaniach dzieł 
romantyków naszych. 
Ktokolwiek troska się o polską książkę, ktokolwiek z przerażeniem patrzał na zupełny niemal zastój 
wydawniczy w latach wojennych, ten radośnie powitać winien utworzenie mijonowej instytucji wydawniczej 1 
Naród bowiem, który wśród piekielnej walki o byt, o wolność, wśród mordu i pożogi wydobywa z pod 
zgliszczy i popiołów swoją księgę i ratuje ją od zniszczenia - naród taki zaprawdę nie jest skazany na zagładę. 
Nowy więc promień przesunął si.. wskroś ciemnej mgławicy otulającej polskie ziemie. 
Błysnął i - zgasł. 
Jakie wrażenie uczyniła wśród ogółu wiadomość, świadcząca bądź co bądż o tężyźnie i sprężystości 
polskich księgarzy? 
Czy chroniczna obojętność na zagadnienia narodowej kultury, czy przeczucie jakieś niedobre powodem było 
zimnego, powściągliwego stanowiska pracy naszej względem "Związku Księgarzy Polskich" - nie zamierzamy 
tu rozstrzygać! 
A jednak sprawa jest doniosła i nie powinna ujść bacznej uwadze kulturalnej cząstki społeczności polskiej, 
albowiem w skutki brzemienna będzie i na rozwój ruchu książkowego wielki wpływ wywrzeć może.. 
Rzućmy okiem, choćby tylko na ostatnie momenty, dotyczące naszego ruchu wydawniczego. 
W chwili największych wstrząśnień wojennych na ziemiach polskich, kiedy to wypadki dnia zdawały się 
brutalnie stłumić wszelką myśl poza aktualność wybiegającą, garść ludzi, poza ruchem wydawniczym stojących i poza 
księgarstwem, na widok zupełnego zastoju wydawniczego, na skutek wieści o nędzy, ba I o wypadkach śmierci gło- 
dowej twórców polskich i za przyczyną powszechnego zapomnienia o książce, a zasklepienia się wyłącznego w jało- 
wości komunikatów wojennych (pod płaszczykiem "robienia Polski") - garść ludzi dobrej woli zorganizowała, jak 
wiadomo w roku 1916 w Poznaniu spółkę wydawniczą p. n. "Ostoja". 
Na ogół prasa powitała nową placówkę chłodno, nawet znalazły się gazety w Wielkopolsce, które zajęły 
wręcz wrogie stanowisko względem "Ostoji". 
W bieżącym zaś roku dowiedzieliśmy się o założeniu w Lipsku niemieckiego przedsiębiorstwa przeznaczonego 
dla nakładu książek polskich. W tym wypadku można było odczuć w prasie naszej pewien odruch zadowolenia. 
Snadź schlebiło nam, że obcy o nas myślą. 
Nakładcy polscy wszelako inaczej rzecz ocenili. "Ostoja", nie mająca dostatecznych zadań zarobkowych, 
nie mogła nakładcom iść na rękę, ale konkurencji jej obawiać się nie potrzebowali, jako instytucji społecznej, bo 
wiadomo, że na cele literackie i artystyczne szkatuła ogółu naszego nader rzadko bywa otwierana. Inna rzecz 
z organizacją w)'dawniczą w Lipsku. 
Trzymilionowy fundusz godzi tu już wprost w pienh,żny interes .firm nakładowych polskich. 
Kupiecka więc sprężystość firm polskich wymagała przeciwstawienia się poważnej konkurencji obcej. 
Dlatego zorganizowanie "Związku Księgarzy Polskich" powitać należy, jako wartościowy odruch na- 
szego kupiectwa. 
A jednak!.. jednak doświadczenia dotychczasowe i sposób zorganizowania nowego związku pozbawia nas 
wszelakiej ulgi i radości, a przygniata ciężkiemi obawami. 
Geneza powstania "Związku Księgarzy Polskich" jest jasna a interes ruchu księgarskiego, widziany pod 
kątem zagadnień kultury, wymaga jasnej i niedwuznacznej oceny nowego zrzeszenia. 
Pośród nakładców i księgarzy naszych doby obecnej nie mamy Żupańskich, natomiast mamy sprężystych 
przedsiębiorców i kupców. 
Księgarstwo nasze kieruje się względami kupieckiemi, natomiast mało, albo zgoła nie podejmuje nakładów 
mniej rentownych choć wartościowych. 
Ponieważ na zjeździe polskich wydawców w Krakowie zorganizowano "Związek Księgarzy Polskich" bez 
żadnego współudziału pisarzy, poetów, publicystów, uczonych, artystów i kompozytorów muzycznych (a zważmy, że 
dwudziestopięciomiljonowy naród polski nie posiada ani jednego nakładcy muzycznego I) - przeto otrzymał nowy 
związek chrzest wyłącznie kupiecki. 
Zaspokojono jedną część nakładu książki, część finansową i techniczną. 
Ponieważ jednak niepodobno zaprzeczyć słusznośCi słowom J. Kadena-Bandrowskiego, który w tej samej 
materji cenne zamieszcza uwagi na łamach lwowskiej "Gazety Wieczornej" - że "jakiś przestarzały zapewne zbieg 
okoliczności chce, że do powstania książki potrzebny jest jeszcze prócz papieru, druku i przedsiębiorcy - autor..... 
przeto jasne jest, że zjazd księgarzy-nakładców najważniejsze warunki powstania książki pominął. 
Nie przypuszczamy, 
aby stało się to było mimo woli krakowskich organizatorów; ale raczej - nauczeni 
znów dotychczasowe mi praktykami księgarskiemi - mniemać możemy, że obecność autorów i artystów na zjeździe 
i ich decydujące głosy nie byłyby po myśli przedsiębiorców księgarskich. 
Tak więc widzimy, że szereg firm nakładowych i księgarskich złączył się w organizację w własnym interesie 
finansowym. 
"Związek Księgarzy Polskich" tern samem nie ma dla kultury polskiej żadnego znaczenia. 
Przypatrzmy się jednak kwestji tej ze .stanowiska autorów naszych, a co za tern idzie, ruchu twórczego wogóIe.
		

/0030.djvu

			Str. 126 


ZDRÓJ 


Nr. 4 


o ile do tego czasu stosunek nakładcy do autora w Polsce opierał się na wykorzystaniu rozpaczliwego 
stanu majątkowego twórcy a zmuszał tylko niekiedy nakładcę do względności wobec bardzo poczytnego autora 
(a względność ta zawsze odrzucała wysokie odsetki), to przecież istniał cień konkurencji wydawniczej, co mogło 
niekiedy ulżyć nieszczęsnemu autorowi. Odtąd natomiast i ta krucha deska ratunku może zawieść, skoro wśród 
zorganizowanych w jednem zrzeszeniu nakładców solidarność obowiązywać będzie. Nakładca stać się może od dnia 
powstania związku w włększej jeszcze mierze panem życia i śmierci polskiego autora. 
A zatem "Związek Księgarzy Polskich" jest TRUSTEM. 
Miana tego "Związek" nie zmyje z siebie, a ostrze jego nie przestanie zagrażać autorom naszym dopóty, 
dopóki ..Związek" nie da ściśle określonych gwarancji dotyczących stosunku swego względem polskich autorów. 
Niechaj nikt nam nie zarzuca, że przedwcześnie wyrokujemy - zanim ..Związek Księgarzy Polskich" zdołał 
ujawnić swoją działalność. Znamy praktyki dotychczasowe, a walka podjęta przez Stefana Żeromskiego rzuciła 
jaskrawe światło na stosunki wydawnicze w Polsce. A czyżby nakładcy w jednej nocy w jagnięta przedzierzgnąć 
się mieli? 
Cuda ponoć się zdarzają... 
Wierzmy i czekajmy. 
Zanim :jednak cud taki SIę ujawni i dobroczynne ześle Polsce następstwa, miejmy oczy szeroko otwarte 
w "Związku Księgarzy Polskich" nie dopatrujemy się niczego więcej, jak TRUSTU. 


Stanłsława Brzozowskiego I Módl si.; -I pracuj. 
(C. D.) 


Cała kompanja teoretyczna, jaką przeprowadzał Brzozowski 
przeciw "wyjałowiałemu" marxizmowi, przeciwstawiając Sorela... 
Engelsowi (Marxa bezpośrednio nie .zaczepiał w myśl zasady 
n i e rękę karaj, I e c z ślepy miecz), powstała na tle fałszywego 
zrozumienia Sorela i z chęci pogodzenia go z uświadamianymi 
sobie już zwolna rezultatami pracy nad współczesnym moderni- 
zmem katolickim BIondela \L' Action) i Loisyego. Rodziła się 
w nim nienawiść do intelIektualizmu, do naukowego badania, 
do wszystkiego co nazywał z przekąsem postępowością w my- 
śleniu. Afektem tym uzasadniał się stosunek Brzozowskiego 
do Młodej Polski, z tego źródła wywodzi się genetycznie kry- 
tyka marxizmu, ideologja pracy, którą uważa Brzozowski za 
oryginalną, samowolną zdobycz, mówiąc o sobie, że w nim 
"pierwszym w Polsce praca poczuła się myślą". Zagadnienie 
nie przedstawia się ani tak groźnie, ani tak zawile, jak sie to 
może nieobeznanemu z djalektyką Brz. wydawać. Fundamen- 
talna jego koncepcja, dotycząca świata społecznego była nastę- 
pująca : Tylko organizacja pracy swobodnych robotników, którzy 
chcą i mogą wykonać równą i większą ilość pracy, od dokony- 
wanej w obecnej organizacji, ma możność skutecznego oparcia 
się wobec żywiołu i nie musi szukać żadnych innych usprawie- 
dliwiań poza wartością swej pracy, będącej najwyższym spraw- 
dzianem. Taka organizacja stwarza swoje specyficzne prawo, 
obyczajność, sztukę i religję; stwarza świadomie, jako dzieło 
rąk własnych, a nie narzucone z zewnątrz, nieuwarunkowane 
niczem innem, poza własną swobodną twó;czością. Tylko taka 
rzeczywistość społeczna jest odpowiednikiem a właściwie toż- 
samością życia rzeczywistego, gdyż niema innego życia poza 
życiem, stwarzanym wysiłkiem i pracą człowieka. Wszyscy, 
szukający rzeczywistości lub jej wyznacznika nie w pracy i nie 
w swobodnej pracy, zaciemniają świadomość duchową produ- 
centów, zniekształcają rzeczywistość, opóźniają rozwój i prowa- 
dzą go na manowce dekadencji. Tak mniej więcej, w lapidar- 
nym skrócie, przedstawia się ta "kosmogonja" społeczna Brzo- 
zowskiego, ów kamień mądrości, który miał mu wystarczyć, aby 
nazywać się - jak to niejednokrotnie czyni - pierwszym filo- 
zofem w Polsce. Dla uniknięcia nieporozumień zaznaczam od- 
razu, że koncepcja ta, pomimo niejasności i mętności pojęć, jest 
najpopularniejszym pragmatyzmem, zastosowanym do termino- 
logji proletarjackiej. Brzozowski łudził się, wyobrażając sobie, 
że przez powierzchowną krytykę pragmatyzmu, który nazywał - 


J. H. 


przyjmując określenie Sorela - filozof ją kapitanów przemysłu, 
"cyników industrji", - wyzwoli się od relatywizmu w stosunku 
do wartościowania i ustalania stosunku między prawdą a błędem. 
Wpływy, jakim ulegał - Bergsona, Jamesa i Sorela, jakim 
zresztą ulegają moderniści typu Blondela - były zbyt silne, aby 
mógł się pojęciowo i filozoficznie od nich wyzwolić przez puste 
frazeologicznie przeciwstawienie się. Kto odrzuca gotową już 
istniejącą rzeczywistość, a poznanie świata utożsamia z jego 
stworzeniem, ten w motywach swych i instynktach jest pragma- 
tystą, chociażby na wszelki sposób temu zaprzeczał. Jeżeli nie 
przyjmuje się stosunku tożsamości między myślą a rzeczywisto- 
ścią - stanowisko Hegla, które Brzozowski odrzucał - a uważa 
się jedynie własne działanie za źródło rzeczywistości, a skutecz- 
ność działania za kryterjum prawdy, - a takiem było credo 
Brz. - dla takiej umysłowości istnieje tylko jedna droga oder- 
wania się od pragmatystycznego światopoglądu. Ucieczka do 
wiary, do dogmatu, zatopienie w Bogu, w ekstazie, w przeży- 
ciach religijnych, Na tej drodze rozwoju duchowego istnieją 
prawdy objawione, wieczne, trwające wbrew naszym myślom 
i wbrew skutkom naszych działań. Na tej drodze jedynie można 
przezwyciężyć wszystkie racjonalistyczne i pragmatyczne świato- 
poglądy. Aż do czasu, w którym wsparty o ramię ostatniego 
swego mistrza kardynała Newmana, wszedł w jedynie - zba- 
wiające wrota kościoła katolickiego, nie przestał być Brzozowski 
nigdy pragmatystą; niestety popularnym i powierzchownym. 
Przeprowadził pragmatyzm tylko... o piętro niżej, na parter lub 
suteryny, zaczepił go o organizację proletarjacką, i sądził, że 
dokonał zupełnie nowego, epokowego odkrycia. Sorel, którego 
śladami Brz. niewolniczo podąża, nie miał takich złudzeń. Zda- 
wał sobie jasno sprawę z tego, co zawdzięcza pragmatyzmowi, 
a jeżeli wyrażał się o nim niechętnie, to nie dlatego, iż wyobra- 
żał sobie, że przezwyciężył go jako kierunek filozoficzny; czynił 
to raczej z temperamentu politycznego, z nawyknień określania 
wszystkich zjawisk źródłem ich powstania, metodą materjalizmu 
dziejowego: określenie jego, że pragmatyzm jest filozof ją ryce- 
rzy przemysłu, stanowi wyrazisty skrót, mogący nam zastąpić 
genetyczne zobrazowanie prądów społecznych, na których tle 
ruch ten zaczął się rozwijać. Brzozowski dosłownie podchwycił 
ten zarzut. źle go zrozumiał, dlatego na razie uzasadnić go nie 
zdołał. Jednem z takich uzasadnień - chybionych zresztą- 
była krytyka intellektualizlI'u i tzw. postępowości polskiej. 
W Anti-Engelsie (str. 275-277) pisze: "Socjaldemokrata 
jest w istocie całkiem już niezwalczony, niedosiężny, wierzy on 
bowiem, że wszystkie zagadnienia myśli i trudności życia znikmł
		

/0031.djvu

			Nr. 4 


MISCELLANEA 


Str. 127 


wobec prawdy, której dziś nie zna, znać nie może, ale która 
się w nim rozwinie". "Dla polskiego socjaldemokraty lub libe- 
rała Europa jest fikcyjną Europą, t. zn. rzeczywistością histo- 
ryczną widzianą przez pryzmat politycznych stronnictw euro- 
pejskich, pewnym rodzajom mirażu, unoszącego się ponad szpal- 
tami dzienników, trybunami parlamentów..... Co Brzozowski 
nazywa fikcyjnością u liberała i socjalisty stanowi znany zresztą 
zarzut Proudhona, wymierzony przeciw demokracji, jako ustro- 
jowi atomizującemu społeczeństwo: demokracja nie rozumie 
czem jest organizacja społeczna, jednostka zbiorowa; siła, praca 
i tendencja demokracji zwrócone są w kierunku indywi- 
dualistycznym, społecznie anorganicznym. Cała ideologia 
demokracji jest urojeniem, gdyż nie liczy się zupełnie ze 
zorganizowaną rzeczywistością życia jako jednostką zbiorową 
(I'etre collectif). - Tą krytyką demokracji położył Proudhon 
właściwie teoretyczne podwaliny współczesnej socjologji; 
a koncepcje zobjektywizowania jednostki zbiorowej pod
jmo- 
wane z taką przenikliwością przez Durkheima są jakby dalszym 
ciągiem ideologji Proudhona. 
Brzozowski nie umiał pogodzić w sobie stanowiska 
Proudhona ze stanowiskiem Sorela. Krytykę demokracji Proudhona 
i drobnomieszczaństwa francuskiego - Sorela, chciał zastoso- 
wać do postępu i socjalizmu polskiego. Krytyka Proudhona 
przeprowadzona w połowie 18 w. miała swoje uzasadnienie; 
ale nierozumieniem rzeczywistości współczesnej jest twierdzenie, 
że socjalizm popada w te same fikcyjności demokratyczne. 
Socjalizm wyraża się z każdym dniem, z każdym rokiem coraz 
wybitniej, nietylko jako metoda badań, nietylko jako ujęcie 
twórczości społecznej w powien kierunek, określany przez 
świadomość organizującą się w łonie klasy robotniczej, - ale 
staje się w wysokim stopniu systemem klasyfikowania zjawisk 
społecznych, odrębnych, zwalczających się zbiorowości, klas, 
prowadzących tak konkretne życie, reprezentujących tak rzeczy- 
wiste interesy, że o fikcyjności historycznej rzeczywistości, jaką 
ma rzekomo stwarzać socjalista polski czy jakikolwiek inny, 
może mówić tylko człowiek, który żadnej konkretnej rzeczywi- 
stości nie widział. 
I w tym wypadku więc okazuje się po dokładniejszej 
analizie, że o ile Proudhon ma słuszność, przeprowadzając filo- 
zoficzno-społeczną krytykę demokracji, o ile Sorel nie bez racji 
wyłącza podobne argumenty przeciw pewnemu typowi umysło- 
wości socjalistycznej we Francji (a czynił to tylko z powodów 
politycznych, instruktywnych), o tyle wyprowadzanie z tych 
założeń konsekwencji, że socjalizm jest i stwarza fikcję rze- 
czywistości, że "każdy opozycjonista posiada w momencie, gdy 
jest opozycjonistą, swoje własne z konieczności niedorzeczne 
pojęcie przyczynowości społecznej", stanowi conajmniej naduży- 
cie zaufania, jakiem darzy czytelnik pisarza, stojącego rzekomo 
na wyżynach współczesnej, najbardziej postępowej myśli euro- 
pejskiej, a wysnuwających konsekwencje najbardziej dowolne, 
nieuzasadnione i społecznie reakcyjne. ("Krytyk i historyk 
literatury może stwierdzić, że zmysł rzeczywistości, jej głębo- 
kiego znaczenia i demonicznej prawdy, nie idzie nigdy w parze 
z popularnością w środowisku opozycyjnem" str. 227 Idee. 
Wyraźniej i lepiej sformuło-,vał ten sąd jeden z leaderów kon- 
serwatystów polskich: "Dobra polityka nie może być nigdy 
popularną".) 
Poczucie rzeczywistości życia społecznego było u Brzo- 
zowskiego poczuciem jakby w t ó r n e m, odbitem na jego naj- 
bardziej niewątpliwej rzeczywistości, na rzeczywistości ideowej. 
Właściwie jest Brzozowski klasycznym typem intellektualisty, 
dla którego twórczość myślowa stanowi tak rozkoszną czynność 
życia, iż wytwarza stałyaniezmienny stan złudzenia, jakoby 
ta w zasadzie czysto djalektyczna czynność była aktem tWór- 


czym w rzeczywistym życiu, była konkretnym faktem. T o, co 
tak zawzięcie zwalczał Brzozowski u innych, ich intellektualizm, 
ich odwrócenie się od rzeczywistości, to stało się pod koniec 
życia jego wyznaniem wiary; jakby nie dostrzegając zasadniczej 
sprzeczności pomiędzy narzucanymi drugim postulatami a wła- 
snym stanowiskiem, pisze w jednym miejscu, że "dopiero teraz 
zrozumiałem, iż jedyną rzeczywistością jest twórczość duchowa". 
Trudno zrozumieć, z czem właściwie walczył tak namiętnie 
Brzozowski, dobywając do walki argumenty niepolityczne - 
(to byłoby zrozumiałem), - ale psychologiczne i filozoficzne. 
Możemy sobie wyobrazić, że Brzozowski miał jakąś nieokreśloną 
i nieznaną nam bliżej intuicję zmysłowej niejako twórczości, że 
roiło mu się, iż taka właśnie intuicja oparta o konkretność two- 
rzącego się świata, o wartość pracy fizycznej, o ideoiogję stwa- 
rzanych przez człowieka nowych form rzeczywistości, stanie się 
Ziemią Obiecaną dla organizującego się społeczeństwa i Polski 
pracującej. Przy opracowaniu tego programu okazało się, że 
konkretność tworzącego się świata jest dla Brz. tak samo fra- 
zesem, jak system prawd, oparty o filozoficzne pojęcie 
pracy, że skłonności abstrakcyjne pisarza, poczucie wtórnej 
rzeczywistości, uświadomionej poprzez książki i myśli innych 
ludzi, było tak silne, iż nasza konkretna rzeczywistość społeczna, 
rzeczywista Polska, dla której właściwie poświęcił trud swego 
życia, nigdy przez niego ogarniętą nie została. T en czysty 
nacjonalista, który, idąc umiejętnie zresztą zasypywanymi śladami 
Barresa, chce dopatrzeć się kolebki naszego poznania w ojczy- 
źnie ("metafizyka była ucieczką od ojczyzny"), nie rozumie, że 
konkretna rzeczywistość nie jest abstrakcją, formą naszego 
myślenia, ale istnieje poza nami, inną jest we Francji, inną 
w Polsce, odmienną z gruntu i z historji. Wydawało mi się, że 
wystarczy przemyśleć kilku autorów, aby z argumentacji za- 
czerpniętych ze zupełnie obcych nam struktur społecznych, 
kulturalnych i politycznych wyciągnąć konsekwencje dla naszej 
zbiorowości. 


EMIL BREITER. 


(C. D. N.) 


* 


* 


* 


WYCI N ANKP) 
"Przegląd Powszechny" Tom 138 z 139. Z. 5-6 
Nr. 413 i 414. Maj - Czerwiec 1918. Krak6w. 
(Przegląd Piśmiennictwa. "Zdrój" Tom 1. z. 1-6. 1917. 
Z. 1 i 2. 1918. podp. Stanisław OrlińskzJ: 
"Na pierwszy plan wysuwa się Berent .swą "Opowieścią 
rybałta", bardzo oryginalnie i głęboko pojętą, osnutą na tle 
odległego średniowiecza, drgającą jego życiem i językiem. Po- 
tężna to rzecz, więc szkoda, że dotąd autor takie dziwne zaj- 
muje stanowisko wobec Kościoła i duchowieństwa. 
Zaraz na początku jakoś przykro czy pogardliwie wyraża 
się o nabożeństwie "chłopstwa": "Lizały ich wargi mnogie 
kształty w kamieniu tam zdziałane, całując w zachwytliwej po- 
korze i mądrych i głupich panien wyobrażenia i Hioba na bar- 
łogu i centaura, który pogaństwo oznacza i gołębicę, zwalczającą 
smoka. Żebractwo zamadlało te pocałunki bogomolne, a roz- 
słonecznienie ranka kładło pozłocisty płaszcz miłosierdzia na 


1) Rubryką p. n. "Wycinanki" posługiwać się będziemy w razie potrzeby, 
dając najbardziej typowe wycinkI z rozpr.w lub utworów, mających często 
pozór prac poważnych, a będących w istocie płodami rozpowszechnionej plagi 
grafomanji. Ale i prac poważniejszych pomijać tu nie będziemy, gdy tego 
wymagać będzie charakterystyka panujących jeszcze u nas opinji dotyczących 
sztuki i zagadnień filowficznych. Niesposób bowiem poświęcać obszernych 
łamów ,Zdroju" elaboratom niezasługującym na komentarze, jakoteż nie sposób 
obojętnie przyglądać się panoszeniu się niczem nie popartych, bałamutnych 
wypracow&ń w prasi.. lub w ksi'IŻkach.
		

/0032.djvu

			Str. 128 


ZDRÓJ 


Nr. 4 


łby kołtuniaste, na parciane giezła, na nogi czarne, jak ziemia." 
Czemuż autor nie opisze potęgi wspaniałego nabożeństwa 
w średniowiecznym tumie, tego poszumu organów, tej pieśni 
skrzydlatej, tych obłoków błękitnego dymu i rozgwaru dzwon- 
ków i świateł jarz!!cych i lśnienia słonecznej monstrancji i tłu- 
mów, pokornie przed nią się gnących? Czemu właśnie taki 
wykrój z tych odpustowych wspaniałości? 
A kiedy do grobu wkraczają joculatores czyli "igrce", 
jawi się przed nimi poseł od Benedyktynów i w imieniu opata 
prosi ich razem ze "skoczką piękną, wystawiającą dumnie pierś 
zupełnie gołą", tylko Goliard, "który i biskupa się waży", niech 
nie przestępuje progu I Więc igrce nie chcą iść: "Albo wszyscy 
społem w refektarz przed sute stoły, albo niech się opat 
z goŚĆmi obje na smutno l" 
A potem w jednej z piekarni przed mieszczkami zebra- 
nemi opowiada rybałt dość realistycznie o Lancelocie, co poz- 
wala się uwieść złotowłosej królowej, wiarołomnej wobec 
małżonka. Zaś przedstawiając barwnie rynek i targ średnio- 
wieczny, znowu nie przepuszcza duchowieÓ.stwu. Dominikanin 
żebrzący wśród rynku chleba, na który mu jakoś pieniądze się 
nie sypią, grozi djabłami, a potem dziewczynę piękną, co 
w histerycznym napadzie do stóp mu padła, dźwiga i prowadzi 
za sobą. "Oto klejnotami z torby mnich ją pewnie przystroi, 
jak sułtankę: Od stóp do głowy przyozdobi dla się jej ciało, 
jak ten Abimelech Sarę niepłodną. .. 
Lecz doŚĆ już tego dziwnego i niezrozumiałego realizmu I 
Przedstawiliśmy go obszerniej, by dać wierny obraz pokarmu, 
jaki się podaje pod osłoną sztuki I W imię sprawiedliwości 
dodać jednak należy, że w tej samej powieści, obok niecnego 
Dominikanina, litościwy Franciszkanin roztacza opiekuńcze 
skrzydła nad trędowatymi." 
"Już pobieżny przegląd pierwszego tomu pisma (Zdroju - 
red.) wskazuje na to, że przeważnie poświęcone sztuce. Po- 
ważnych, naukowych artykułów bardzo mało..... 


.. 


.. 


.. 


"Idee religi;ne w nowszej literaturze polskiej. a Ks. 
Kantak. (Dziennik Poznański): 
"Władza bowiem w Rosji upostaciowana w caracie, była 
pomimo Herzena teokratyczna, stosunek człowieka do meJ 
zatem ściśle ją łączył się z religją, a walka z nią w pewnym 
stojJniu w walkę z Bogiem się przeobrażała." 
"Niewątpliwie Kasprowicz należy do naj przedniejszych 
poetów polskich doby obecnej. Ale..... 
"Tymczasem Micińskiemu nie wystarcza stanowisko kon- 
templacyjne widza na widowni życia. Próbuje sięgnąć do za- 
gadnień ideowych, narodowych i religijnych. I tu staje się 
z nim to samo, co z Wyspiańskim; wychodzi zamęt, choas. Za 
daleko prowadziłoby tu rozbierać tego powody ogólno dziejowe. 
Są wszakże i osobiste. A te polegają na niedostatku dyscy- 
pliny wewnętrznej; poeta nie zdobywa się na to, żeby śród 
niezliczonych możliwości wybrać jedną. Dlatego myśl jego nie 
wychodzi ze stanu mgławicy, a utwory ideowe jak "Nietota" 
i "Ksiądz Faust" wypadają mętno i nawet estetycznie nie dają 
zupełnego zadowolenia. 
Idea religijna Micińskiego, o ile wywieść ją można z za- 
gadkowej terminologji głównie księdza Fausta, jest to najprzód 
zaprzeczenie materjalizmu, monizmu, ateizmu. "Religja ratowała 
cywilizację od zgnicia wewnętrznego." Materjalizm zacieśnia 
życie, zuboża je, wogóle duszy ludzkiej nie wystarcza. Jak poza 


świadomości!! istniej!! całe oceany bytu, tak i poza inteIlektem 
ludzkim znajduj!! się ogromne sfery duszy. Monistyczne poj- 
mowanie nie wystarcza, tutaj poza niem i ponad nie dusze 
rełigja prowadzi do nieskończoności. Potrzeba życia religijnego. 
"Życie religijne jest też kopułą przemyśleń najtęższych." 
Czemże jednak religja jest pozytywnie? 
"Słoneczną natężoną wolą wzbicia się jaknajwyzej" jest 
życie. " W głębiach naszej istoty odbywa się nadsłoneczna 
twórczość. Jest to życie Boga vi nas, życie błogosławi!!ce nad 
grozą potwornych mroźnych przepaści. W kim narodzi się ta 
wiara, ta wiedza i ta moc, przechodząc w ciało i krew życia - 
w tym zaiste rzec można, iż Bóg się narodził." 
Mętne to dosyć, ale w istocie dostrzec można, o co cho- 
dzi. Chodzi o wewnętrzne przeżycie, o intuicję, o instynkt 
religijny. Czyli innemi słowy, znajdujemy się w teolo2ii mo- 
dernistycznej. " 


.. 


.. 


.. 


PISMA NADESŁANE. 
Maski - zeszyt 20. St. Wyspiański - Rysunki do 

Legendy" II. Romain Rolland - Dwie Francje. Leopold 
Staff- O Francjo! Kaz. Tetmajer - Walka. Emil Zegadłowicz- 
Samotność i marzenie. Kaz. Tetmajer - Z aforyzmów. Fr. 
Mirandola - Genialny pomysl. Przegląd. 
Maski - zeszyt 21. St. Wyspiański - Rysunek do 
"Legendy" III. Józef Jedlicz -- Ktoś w masce. Stary zegar. 
Kwiat wiekuisty. Kaz. Tetmajer - Walka. Leopold Staff - 
1914-1918. Edw. Rosenfeld-Jędrkiewicz - Z dalekich tęsknot. 
Art. Schroder - Lato. A Waśkowski - Erotyki. Erazm 
z Rotterdamu - Chr:łron (tłom. Maur. Mann). Przegląd. 
Maski - zeszyt 22. St. Wyspiański - Z rysunk6w do 
"Legendy" IV. Leop. Staff - Szkoła. Kaz. Tetmajer - Walka. 
Ot. Brzezina - Moja matka. K. Szukowski - Filozofia ko- 
ralowa wobec religji. J. Jedlicz - Refleksje dobroduszne. 
St. Breyer - Soneciki wakacyjne. Przegląd. 
Kultura Polski - zeszyt 29. O przyszły sejm Kró- 
lestwa polskiego. Jan Wiktor - O sprawach Spiiu i Orawy. 
Jan Ptaśnik - Lelewel. Sz. I. - Nowy front wschodni. Z wy- 
dawnictw. Nowe czasopisma polskie. Notatki. 
Kultura Polski - zeszyt 30. Nieobecny. J. Krzesławski - 
Roczny bilans szkolnictwa w Królestwie. Dr. Jan Ptaśnik - 
Związek polskiej inteligencji ludowej. S. R. W. - Programy 
agrarne lewicy w Król. Polskiem Organizacja moskalofilstwa 
na Rusi gr:łlicyjskiej. Z wydawnictw. Notatki. 
Kultura Polski - zeszyt 31. Ku jedności. Damian 
Wandycz - Samostanowienie narodów. Programy agrarne 
lewicy w Król. Polskim. L. W. - Z iycia słowian. Lector- 
Nowe lekarstwo na pesymizm polityczny. Luźne notatki. 
Myśl Polska - zeszyt 3. Teodor Toeplitz - Druga 
izba polskiego parlamentu. Zdzisław Ludkiewicz - Postulaty 
ekonomiczne programu agrarnego w Polsce. Feliks Kon. - 
Przewrót bolszewicki w Rosji. Karol Irzykowski - Z cyklu: 
Despresje. Poszukiwania. List gończy. Bestje. Oczy. - 
Zygmunt Kisielewski -- Błyskawica. Marja Zabojecka - Cetno- 
licho. Przegląd biblijograficzny. 


.. 


.. 


.. 


Z powodu ponownego opóźnienia pocztowego prze- 
syłki korekt z Warszawy, zniewoleni jesteśmy odłożyć ciąg dalszy 
powieści "Opowieść Rybałta" do następnego zeszytu. 


Nieznane pisma 
NORWIDA 


ukażą się niebawem na łamach "Zdroju". 


Redaktor naczelny i odpowiedzialny: Jerzy Hulewicz, Kościanki. - Przedstawiciel redakcji na Austro-Węgry: 
Jakób Geszwind, Wiedeń. - Nakładem Spółki Wydawniczej "Ostoja" w Poznaniu. 
Wszelkie prawa autorskie, przekładu oraz reprodukcji zastrzeżone. Copyright by "Ostoja" Poznań - Posen. 
Odbito w tłoczni "Pracy" w Poznaniu.