/00368.djvu

			- . 
.. . 
..". . 
1;C- 



I' 3!JO 


"\Van;zawa, 22 czerwca IISS:ł r. 


10 czerwca 1883 r. 


l'om XV. 


Redakcya Chmielna Nr. 8. 


z WARSZA Wy_gościnności blizko półwiekowej a wie mej dla sztuki naszej. 
, _ Jak wyglądał ów pożar, co łuną tatarskich najazdów 
Żywy i nieboszczyk.-Teatr Hozmaitości.-Przed i po pożarze.-Różni 'oś
viecił plac teatralny,. jak trzes
czały belki, jak tł
m
 
róznie swój żal wyjawiali. - Strapienie weteranów sceny. - Farsa ś})leszyły na ratunek, Jak łotrowle tylko co ułaskawlem 
Fredry.-Kolega 
hrobota.-Wy
oki.-Reżyserya i goście z
 wsi.- i spuszczeni ż łańcucha zbiegli się na rabunek połączony 
Kara be.z ceremonu, bez satyry.-Znowu ofiarność panny Reszkowny.- , ł " d ,," k . t ' .. " , ł '. 
Wystawa rolnicza. z VlY amYVlamem IZVll, Ja s Iaz ogllloVla marnoVIa a SVlą 
waleczność manewrując porozprówanemi kiszkami pożaro- 
wemi i zardzewiałemi kranami, jak jednem słowem wyglądał 
dramat, którego akty nosiły tytuły melodramatyczne: rozpacz 
okradzionych, za- 
padni<;;cie się sufi- 
tu, fontanny iskier, 
studnie artezyjskie 
płomieni, milczenie 
stutysięcznych tłu- 
mów i westchnie- 
nia starych akto- 
rów... opowiem to 
wszystko później, 
kiedy wertuj ąc 
w dziej ach bieżącej 
chwili, będę miał 
przed sobą w ry- 
sunku wspomnienie 
tego, na co wczoraj 
patrzyłem. Teraz 
tylko zaznaczam, że 
nie wszyscy jedna- 
kowo odczuli stratę 
starego przyjaciela; 
byJi tacy co się cie- 
szyli, iż pożar zni- 
szczył b u dy n e k, 
który tylko przez 
łaskę losów dotych- 
czas nie stał się 
hekatombą dla wi- 
dzów; humorystycy 
wydziwiali tak zwa- 
ne "schody bezpie- 
czeilstwa", które 
naj pierwej spłonę- 
ły; specyaliści potę- 
piali niezaradność, 
niedbalstwo gospo- 
darstwa miejskiego, 
które na dostate- 
czną ilość sikawek, 
ani na dość wysokie 
drabiny zdobyć się 
nie może; a byli 


I z teatrem Rozmaitości to :,;amo się stało, co z ludźmi- 
/ za życia dokuczają im, szarpią, posądzają o niestworzone 
rzeczy, a po śmierci 
chwalą, uwielbiaj l! 
i rońią łzy nad ich 
grobem. Ileż to ów 
poczciwy, m a ł y, 
pstrokato pomalo- 
wany teatrzyk 
RozmaitoBci wy- 
cierpiał szykan za 
swojego życia; wszy- 
scy mu dokuczali: 
to krzesła były za- 
ciasne, to schody 
drabiniaste, to kur- 
tyna byzantyilska, 
to malowania lóż i 
sufitu cyrkowe, to 
lam py k o p ci ł y, 
powietrze dusiło a 
meble na scenie 
zgrozą przejmowa- 
ły nawet handlarzy 
starzyzną - a dziś, 
kiedy pożar strawił 
skórę, kości i wnę- 
trzności wszystkie, 
ciż sami krytycy za- 
wodzą żale, lamen- 
tują, opłakują przy- 
jaciela tylu poko- 
leil, jednę z najza- 
służeilszych, najpo- 
czci wszy ch piastu- 
nek komedyi pol- 
skiej. 

tojąc przed nie- 
boszczykiem prze- 
baczamy mu grze- 
chy p o w s z e d n i e, 
zmazujemy wszyst- 
kie kreski czarne, 
za jedną jego cnotę 



' \' 

 \ 

' " 
,,\V.

\\ / 
.... , 

" 
,\:. 

." " 

 
 - '-
) 
 \ \' \' 
-.
i \\\ 
\'
 
\\ .. \ \ 
...::':o..
\ \\ 


NAPOLEON ORDA.
		

/00369.djvu

			286 


BlliSlAVA Ll'l'ER!CKA. 


/ 


i tacy, co rouili zakłady: czy pożar dostanie się i do 
teatru 'Wielkiego, czy też ograniczy się na Małym; ci }Ja- 
nowie na placu teatralnym urządzi
i sobie loteryjkę, w ro- 
dzaj u totalizatora-z nieszczęścia potrafili ciągn ą6 korzyści. 
Tych pięknycb elewów może sobie powinszowa(;Towarzystwo 
'\Vyścigów Konnych, ale nie to które urządza wystawy, lecz 
inne, protegujące emocye szulerskie. 
'Wyciągam dłoll z pociechą d9 starych artystów, 
do szanownych filarów sceny naszej: Zółkowskiego, Króli- 
kowskiego, Rychtera... którzy wstąpiwszy na scenę teatru 
Uozmaitości jako rekruci, dosłużyli się na niej buławy 
marszałkowskiej; - niech się pocieszą po stracic swej uko- 
chanej "chatynki", niech łzy ich powstrzyma pewność, 
ze gruz nie zasypał zasług, ogień nie spopielił wspomnielI, 
ż
 powstanie wnet nowy przybytek sztuki, wnuk spalonego, 
a oni, jako dobrzy dziadkowie, na 8ławę wnuka talentami 

wcmi pracować jeszcze będą. 
Idźcie zacni pracownicy, którzyście w naj cięższych, 
w n<1jkrytyczniejszych czasach nie opuścili osieroconej sztu- 
ki, nic pozwolili jej zapomnieć mowy macierzystej, idźcic na 
groby waszych kolegów, a także wodzów z pod chorągwi 
teatru Rozmaitości. Jeśli do grobów dochodzą wiadomości 
ze świata, to ten pożar dokucza nieboszczykom tyle przynaj- 
mnićj, ile dokuczał żywym rozkaz występowania w sztukach 
dobrych dla komedyantów a nie dla artystów. Idźcie, uspokój- 
cie ich - teatr się odrodzi, wspomnienie zasług i tradycyi 
dla następnych pokoleil nie przepadnie. 
Mówią, że pożar powstał z podpalenia-ile w tem praw- 
dy, dopiero śledztwo może wykryje; jak to' jednak dobrze, 
żc ostatnią sztuką graną w 1'. b. na scenie Rozmaitości nie 
była farsa Fredry syna-w przeciwnym razie przypuściłbym, 
żc za grzech brykającego bez miary dramaturga ogień sa- 
domski spadł z nieba. Za takie przypuszczcnie, do wielu ty- 
tułów, jakiemi mię poczciwi kolcdzy oblepili, przybyłby 
jeszcze jeden: tytuł poganina, który wierzy w karę niebios 
za grzechy głównc. 
No mniejsza o to, czy ogień spadł, czy został podłożo- 
nym - ale każdy mi przyzna, że jeżeliby scena tylko takie 
miała prezentować sztuki'jak "Oj młody! młody!", to lepiej 
byłoby jej nie odbudowywać. Nie pochlebne to dla autora 
takie odżegnywanie się od jego utworu, w którym czuć 
zapach mocnego trunku... 
Koledzy nasi po piórze i sympatyi dla teatru, a przyja- 
ciele autora farsy, przyznając, że Fredro napisał rzecz 
uardzo... bardzo roznegliżowaną, odpuszczają jej winy 
za humor tryskający wS7ystkiemi porami. Dziękuję za 
takie uniewinnienie! To i pożar, chociaż niszczy ale jak- 
że wspaniale wygląd2... Czyż można cokolwiek poró\vnać 
z majestatem łuny na czarnem tle nieba-więc niech pożar 
żyje! 
Ja w sprawie przyzwoitości powołuję się na wsponmie- 
nie szkolne. Czcigodnej, ojcowskiej pamięci profesor nasz 
ś. p. Kazimierz Rogiński nie był ascetą, lubił on wesQłość, 
lubił dowcipy i dowcipki, a jednak kolegę naszego, przezwa- 
nego przez nas Chrobotą, chłopaka najdowcipniejszego z ca- 
łego gimnazyum, :,ikazał na ostracyzm. Chrobota prym trzymał 
w zabawach naSaskiej kępie-szeuł zawsze w pierwszą parę 
że strażakami, a krakowiałri jego nie miały sobie równych. 
Był to istotnie talent wielki, improwizator niewyczerpany; 
ale co dobre było na Saskiej kępie, to gorszyło w szkol-e- 
krakowiaki Chroboty obrażały uszy kolegów i nauczycieli; 
postanowiono dowcipnisia ze szkół wydalić. Zacny Rogiński 
wstawił się za nim i czochrając swe włosy, ja.k to miał zwy- 
czaj czynić gdy był czemś zaambarasowany, przyrzekł, że 
Chrobota się }Joprawi. Chrobota nie dotrzymał słowa, dalej 
improwizował i wyśpiewywał koncepta przepieprzone i prze- 
solone. Czcigodny nauczyciel zeszedł swywolnika na gorącym 
uczynku. 


'\Vszedł raz do klasy nachmurzony, gniewny, na kogoś 
zacięty, a Chrobota nie spostrzegłszy go wciąż deklamował, 
pobudzając nas do niezdrowej wesołości. Profesor aż zbladł, 
lecz nie mógł się powstrzymać od śmiechu, tyle było dowcipu 
w konceptach; doszedł do katedry śmiech tamując, a z
- 
panowawszy wreszcie nad nim, zawołał: precz z klasy! 
Chrobota musiał wyjść, a nasz nauczyciel i ojciec przyznajt1C 
na sesyi, że szkoda chłopaka, }Jodpisał decyzyą wydalającą 
rozpustnika z gimnazyum. 
Przykład ten nie jest namawianiem do wydalcnia 
autora farsy z teatru, bo co gimnazyum to nie scena-zreszb); 
na taki ostracyzm talentu nie pozwoliłhym ja pierwszy, ale 
bez kary obejść się nie powinno. Kto talent swój tak poniża 
ten wart conajmniej "łapy" -a że na "łapy" autor Młodego 
jest za stary, więc karzemy autora farsy nazywając go nie 
Fredrą, ale j}{llIpm Fredrą. 
Czyżby autor farsy zapragnął zostać heroldem rozpusty 
w komcc1yi polskiej?-miejsce dotychczas wakowało, nie wiem 
czyby nawet ś. p. Chrobota śmiał sięgnąć po nie. 
Ale i reżyseryi teatrów kara się należy; kieuy już 
uwzięła się farsę wystawić, nacóż ją było produkować w cza- 
sie zjazdu ziemian z rodzinami do '\Varszawy? '\V szak wszy:,;cy 
uznają, że f:Jrsa obraża przyzwoitość, a rodziny ze wsi na- 
wiedzając raz w rok stolicę nie mogą wybierać, i idą na 
wszystko co w teatrze grają, idą nie przypuszczczając, że 
teatr czekał na nich z surpryzą, która rumieniec nawet 
na podtatusiałe ale nic nahrzękłe lica wywołujc. 
. Czyż po podaniu gościom swoim kubka z cuchnącym 
napojem, można od nich żąuać szacunku dla swego domu, 
a w razie nieszczęścia SlJółczucia i ratunku? My przynajmniej 
nie śmiclibyśmy odezwać się o pomoc do tych na spalony 
teatr, którzy z teatru wynoszą zgorszenic dla obyczajów 
i rozgrzeszenie skandalów, w jakie zycie i bez pomocy 
literatów obfituje. Reżyserya zasługuje nie na "łapy", 
nie na satyrę, ale poprostu na dymisYą; jest ona nieudolną 
albo leniwą, albo nie umie rozróżnić wesołości od rozpusty, 
teatru od tawerny. Te surowe słowa dowodzt1: naszej dbało- 
ści o teatr, który dla nas nie jest hecą lecz przybytkiem myśli 
narodowej. 
Któż się zabrał do odbudowania teatru Rozmaitości?... 
a któż jak nie panna Reszkówna, z 1)01l10cą przyjaciół sceny 
a wpływowych i zabif'gliwych obywatcli warszawskich. Kiedy 
płomiell wił się jak opętany, a straż ogniowa opanować go nie 
 
mogła, szlachetna córa 'Warszawy odezwała się do przyjaciół 
sceny, strapionych nieszczęściem, Damy sobie radę! I zaraz 
ofiarowała swą pracę, t;llent i dzielność serca, którą wszystkich 
pobudza do czynu. 


* 


* 


* 


Spełniając sWOJ obowiązek, pomimo ulewnego de- 
szczu i zatłoczonych tramwajów dostałem się na wystawę. 
Zadanie moj e niezmiernie trudne: - mam po raz trzeci 
opisywać jedno i toz samo, po raz trzeci ferować pochwały 
dla wzorowych gospodarzy a upomnienia dla nieobecnych 
lub niedbałych, po raz trzeci dawać rady z za zielonego 
stolika praktycznym ziemianom i ziemiankom. Trzeba posia- 
dać zręczność magika, aby rok w rok powtarzać toż samo 
a nikogo nie pominąć, głównie zaś 'nikogo nie znudzić. 
Chciałem już chwycić się fortelu: zamiast chwalić i zachę- 
cać, chciałem wyszukiwać dziur na całem, i gryźć, i szydzić, 
i piorunować, i potrącać wszystko co na drodze. Byłby to 
fortel wygodny a korzystny, bo nic tak nie daje człowiekowi 
powagi jak mina gęsta i głos stentora-ale zostawiam sobie 
te bicze na wystawę piątą i szóstą, fi, tcraz podawnemu... 
chwalić będę.
		

/00370.djvu

			l 


BIESIADA LITERACKA. 


387 


"\Vitam więc was chorągiewki biało-pąsowe, co zawsze 
powiewacie w jednym kierunku, w kierunku rogatek vmr- 
szawskich, przez które wiedzie droga do ognisk całego kraju. 
'\Vitam was ścieżki błyszczące deszczową wodą, 'Vi tam ga- 
binety w których konie, krowy i uarany dyplomatyzują z sia- 
nem, qwsem i zgrzebłem. "\V itam klomby ze świeżo wsadzo- 
nych w ziemię chojaków, dających warszawiakom wyobraże- 
nie jak wygląda bór pełen dzikiego zwierza. '\Vitam wszystkie 
sprzęty martwo, ale szanowne już wystawową trac1ycyą, i idg 
wśród ludzi i wywołuję "\Vojciechów Hetmanów, Szczepanów 
Kołdunków, Jacków :Qębniaków... których w tym roku na 
pewno oczekiwałem. Zaden głos mi nie odpowiada, tylko 
kilka rumaków włościal1skich zadało, ale żałośnie jak sie- 
rąty. 
. I cóż l'obit} owi bogaci gospodarze z pod strzechy, 
o których gazety tyle piszą? - czyż oni nie wiedz:} gdzie 
\Varszawa leży? czy do dworu mają mil sto, że im o wysta- 
wie nic nie powiedziano? Kilka koni w st.ajence wieśniaka 
wydlOdowanych na krocie magnatów, którzy milionowej war- 
tości majątki kupują i kolonizują, kilka koni włościai1skich 
lIa cały kraj rolniczy-to przerażająca liczba, to czarna pla- 
ma na wystawowej sukni. 
- Sąsiedzie obywatelu, to twoja wina! powiriieneś był 
zachęcić wieśniaka do peregrynacyi z krową lub koniem do 
'\Varszawy, powinieneś był obudzić w prostym ezłeku szla- 
chetną ambicyą. To twoja wina!-pomyślałem sobie zgryzio- 
ny i pobiegłem szukać dawnego mego sąsiada z "Ogórkowej 
'\V oli", ale i tego nigdzie znaleźć nie mogłem. Więc apostrofę 
swoję skierowałem do drugiego i trzeciego i dziesiątego pana 
brata, którzy przyrzekli, że będą na wystawie, a nawet zło- 
żyli deklaracyą i zamówili dla swoich pupilów klatki i prze- 
grody... A__Hi pierwszego, ani dziesiątego nigdzie odszukać 
nie mogłem-tylko Josiel, dawny mój pachciarz przebrany 
za anglika, zhliżył się cichaczem do mnie i objaśnił, że pan 
Piotr nie mógł przyjechać, bo w ostatniej chwili panienki 
uparły się jechać razem, a w biurku ojca były 11Ustki; że 
pan Tomasz zgryzł się, bo sto morgów pszenicy musiał za- 
orać, a pan Filip plunął lla wystawę dowiedziawszy się, że 
tuki sam medal, jakiego się spodziewał za swego buhajka, 
110siada już jego dzierżawca. Kilku braci szlachty na całą 
wystawę, to także zawód przykry, to także plama. 
"\Vięc któż jest? kto przybył? kto nie żałował trudu 
i kosztów? a, tylko ludzie bardzo zamożni, jaśnie wielmożni, 
i ci którym się wybornie dzieje. Broil mię :Boże abym komu 
wytyk&! urodzenie albo dostatki jego-zawsze szanuję to, co 
do uczciwego bliźniego należy, szanuję jaśnie panów tell!- 
bardziej, że mogąc się obyć doskonale bez wystawy warszaw- 
skiej, mając i bez lIiej dość splendoru, przedstawili jednak 
pod sąd znawców swe stajnie i obory. 
Fakt jest bijący w oczy, że tegoroczna wystawa jeszcze 
mniej może się zwać obrazem gospodarstwa krajowego niż 
wystawy lat lJOprzednich; nie jest ona zabawką, owszem, to 
wystawa czyniąca zaszczyt jej inicyatorolD, ale pomimo prze- 
pysznych egzemplarzy jest za uboga, za bezimIenna. 
'V dziale kOlii spotykamy też same prawie co zawsze 
nazwiska, a brak stadniny hr. Krasiilskiego obniżył nawet 
zeszłoroczną pokażność. Znawcy i amatorzy mają co chwalić, 
bo sztuk pięknych, choćby pod amazonkę lub panicza, nie 
brak, ale ci którym leży ciągle na sercu owo oklepane a nie 
spełnione "dobro kraju", muszą długo szukać zanim znajdą 
. coś więcej nad pieszczotę, nim znajdą dowody chodowli ra- 
cyonalnej, praktycznej a mającej na widoJm nie karetę ślubną 
lub polowanie z chartami, ale płóg, wóz, bryczkę i wierz- 
chowca do posługi .codziennej, więc silnego w nogach, o sze- 
rokiej piersi. Kilka nowych firm nie wiele dały realnej po- 
ciechy, zato oczy żądne sarnich łepków i sierści jak złoto 
uba wiły się do syta. 


Szukaliśmy napróżno stadnin od ukraińskich szlaków, 
którym cOl'oku towarzyszyli kozaczkowie w swych narodo- 
wych strojach, a i żmujdzkich dojezdków nikt nie przypro- 
wadził, chociaż w roku zeszłym taką sympatyą cieszyły się te 
śliczne a wytrwałe stworzenia. Stadninę pailską reprezento- 
wała stajnia hr. 'VI. Branickiego. Za kierunek i staranneść 
chodowli zostali nagrodzeni w tym dziale medalami lJTebmemi 
p. p. hr. Eustachy Potoeki, Leon Przanowski, Jan Koźmian, 
Gustaw Zieliński, Emeryk Mailkowski i hr. W. Poletyłło; 
potwierdzenie srebrnego merlalu Jordan .-:3toj owski; meda. 
lwni bJ'omou:emi hr. Bolesław Skarbek, Adolf Moniuszko, 
"\Vacław :Mazaraki, Antoni Daszewski, Sylwester Rogowski 
Reinhold Riebold, Peliks Zakrzewski i Józef Uzdowski; 
listami jJor-llll'alnemi hr. Skarbek, Konrad Bąkowski, Koźmian, 
Zieliilski, Aleksander Kozłowski, I:3tojowski, I:3tanisław Cheł- 
micki, Zakrzewski i hr. Poletyłło. Nagrody piellifjżne otrzy- 
mali p. Kozłowski rs. 5UU, włościanie z Garwoliilskiego: 
"\Valenty Widłak rs. 15, "\V ojciech 'Vidłak rs. 35, Kacper 
Budy ta rs. 45 i Jan 'V oźnicki z J arnic dwie nagrody 
rs. 100 i 25. 
'V tlziaJe bydła rogatego spotkaliśmy także dużo firm 
znajomych nam z wystaw poprzednich, nowych było jak na 
lekarstwo. Prawie wszystkie rasy, począwszy od najkosztow- 
niejszej holenderskiej aż do krajowej lecz krzyżowanej z za- 
graniczną, były dobrze przedstawione, a krowy polskie pana 
Przyłubskiego z Zator, w Pułtuskiem, nasłuchały się najwiCjcćj 
komplementów. N agrodzcni w tym dziale zostaJi: medalem 
zlotym p. St. Cicchanowski; sJ'ebnzemi p. p. '\Vł. Przyłubski, 
A. Schurr, Al. hl'. Jezierski, Konst. lVIu'szy6,ski, \V.l:3uski, 
Karol hr. Zamojski (2 medale), Karol Dittrich; listami po- 
clzu:alnemi p. p. K. hr. Platerowa, H. Szneider, Z. Boenisch. 
Dział owiec świecił pustemi klatkami-kilkunastu wy- 
stawców nie dopisalo. Gdyby ajent pruski to widział, dałby 
zaraz znać swemu rządowi, że na owce u na
 zaraza; rzeczy- 
wiście, klatki w pierwszych dniach wystawy wyglądały jak 
po epidemii. 
Nie brakowało przecież i tu okazów godnych nagrody, 
chociaż żadnćj nowej owczarni zarodowej na horyzoncie wy- 
stawowym nie dojrzeliśmy. Jak zwykle tak i w tym roku 
pierwszeilstwo było przy St. hr. Aleksandrowiczu, któremu 
potwierdzono medal zloty z roku zeszłego; medale s7'ebJ'Jle 
otrzymali p. p. Jan Górski, Reinhold Riebold; li
;ty jJoclumlne 
R. Gieppner, br. lVIaltzahn i hl'. Schaffgotsch dyplomy uzna- 
nia. \Vięc odznaczyły się tylko dwie owczarnie istotnie miej- 
scowe, pruwadzone przez właścicieli polaków. 
Do działu trzody chlewnej stanęło właściwie konku- 
l'entów tylko dwóch. 'Vzorowy przykład, jaki dała w 1'. z. 
,rlaścicielka Prażmowa p. Ryksowa, nikogo z ziemianek 
nio zachęcił - ani jedna z }larl nie powiedziała: i ja 
przHkonam '\Varszawę, żę jestem filarem gospodarstwa! 
Chlewnia p. Ryksowej i chlewnia hr. J ezierskiego-oto 
wszystko, co sędziowie mieli do ocenienia. Był wprawdzie 
jeszcze jeden i drugi i trzeci konkurent do nagrody, ale 
okazy ich dowodziły tylko dobrych chęci. Spotkaliśmy się 
także z ową rasą chińsko-polską, która roku zeszłego wy- 
wołała pytanie: czy to szczur, czy prosiak; okaz tegoroczny, 
średnio wyrosły, nikogo nie zachwycił, ale rozciął wątpli- 
woM-że to nie szczur. .Jeden opas p. 
obrowskiego był po 
bankiersku wspaniałym, wyglądał jak kasa Rotszyldowsk,a 
pełna słoniny. 
Obie chlewnie konkurujące zasługują na uznanie; pani 
Ryksowa już pochwał nie potrzebuje, rok zeszły był dla niej 
probierzem, zdała egzamin z inteUigentnej a wytrwałej pracy, 
a rozprzedanie wszystkich okazów eo do jednego, gorące 
uznanie opinii i nagrody wystawowe, niedostateczne wpraw- 
dzie, nazwisko to raz na zawsze zapisało w rocznikach po- 
stępowego gospodarstwa polskiego. Pan ,J ezierski także za-
		

/00371.djvu

			388 


BIESIADA LITERACKA. 


sługuje na szczerą pochwałę za to, że w ciągu jednego roku 
chlewnię swą potrafił tak udoskonalić i powiększyć; jeżeli 
korzyść odpowiada eleganeyi, z jaką chlewnia się prezentuje, 
to-brawo! 
'V tym dziale sędziowie, więc powagi przeciwko którym 
opoz)'cyi zakładać nie wolno, przyznali medal złoty Al. hr. 
Jezierskiemu, dwa medale srebrne pani Ryksowej. lnnych 
wystawców, t. j. dobre ich chęci, pominęli milczeniem; wyrok 
nie bardzo zachęcający. 
",V dziale drobiu przodują kury i l(aczki także pani 
Ryksowćj, a potem zaraz pana Bachnera. I tu i tam przecha- 
dzają się pompatycznie skrzydlate stworzenia, ale górą kur- 
lliki prażmowskie, górą nie tylko ilością wystawionych sztuk, 
która dowodzi, że chodowla drobiu stanowi wielką a zatem 
intratną gałęź gospodarstwa, ale także ceną nadzwyczaj do- 
stępną. TJ p. B. para kosztuje rs. 40, u p. R. para tegoż sa- 
-mego gatunku tylko rs. 10 - po jednej stronie za słono, po 
drugiej za tanio; za to drugie należy się uprzejmie podzię- 
kować, jako za rzadki przykład bezinteresowności obywatel- 
skiej. Pani lz. Ryksowa otrzymała tylko medal srebrny; 
widocznie w rachunek nie była wziętR doniosłość całego go- 
spodarstwa, ani intelligentna samodzielność na polu u nas 
zupełnie zaniedbanem. P. A. Bachner przyznano także me- 
dal srebrny. 
W tymże dziale gołębie ślicznie gruchały, w obocznym 
zaś psy łańcuchowe potężnie wyły, a salonowce piszczały 
przeraźliwie. 
Z niezmierną ciekawością szukaligmy wystawy nabiało- 
wejj,. pewni byliśmy, że zastaniemy tam skarby kobiecego 
gospodarstwa, że sery, twarogi, gomułki, masło, maślanka, 
mleko i śmietanka... udelektują nasze powonienie, oczy i po- 
dniebienie. Niestety, okropny zawód! Kobiecego gospodar- 
stwa bardzo mało - zato maszyny pracowały, a z maszyn 
tryskała śmietana. '\V ob
c parowych czynników, o sile kilku 
koni, ręka niewieśeia jest łamliwą trzciną; fabryka zabiła 
pracę domową, ale kobieta nie powinna się dać wyrugować 
z posterunku, jaki od dawna zajmuje; niech także zostanie 
maszynistką, niech się nauczy rozkazywać walcom (nb. nie 
Strausowskim). Poprosiłem o zsiadłe mleko, podano mi 
je i powiedziano, że zostało w fabrycznej mleczarni zbudo- 
wanej-zjadłem je z wielkim apetytem, bo było wyborne! 
Niechętnie, ale muszę wyznać, żę nawet lepiej mi smakowało 
niż owe mleka prosto z dzieżki, które zajadałem pod woniejącą 
lipą. Profanaeya to może taka pochwała, ale na wystawie 
nie wolno być romantykiem, trzeba dzieżkę i lipę poświęcić 
dla prawdy. 
'Vięc tylko cztery ziemianki, a między niemi znowu p. 
Ryksowa, reprezentowały działalność kobiecą w tej ważnej 
gałęzi przemysłu domowego. 1I1edale 8rrll/'ne otrzymały p. p. 
I. Ryksowa, Przyłubska, Starnowska i Plewakowa; medal 
zloty dostał się firmie męzkiej, p. A. Jcłowieckiemuj SJ'CI.Jl'/lC 
p. p. A. hr. .Tezierskiemu, K. Łęskiemu; I.J/'oll:owe p. p. hr. 
Jezierskiemu, T. Łuniewskiemu; listy podlwalne p. p. Kisiel- 
nickiemu i Hirszmanowi. 
Nadmienić musimy, że na wykład inicyatora wystawy 
nabiałowej dr. Lessera niewielu pospieszyło słuchaczy; 
wieśniaczek narachowaliśmy tylko kilka, reszta byli to 
warszawiacy i warszawianki, które doskonale są przygoto- 
wane do słuchania prelekcyi o nabiale... bo przepadają za 
śmietanką z kożuszkiem. 
'V ogóle dysputy gospodarcze, prowadzone w gronie ko- 
. mitetu i zaproszonych, nie budziły wielkiego zajęcia, ehociaż 
niejedna kwestya była zupełnie nową. I w tych konfe- 
rencyach ziemiailskich p. Ryksowa postawiła szereg pytaiI, 
tyczących się wychowu trzody nie w celach popisu i amator- 
stwa, leez dla rzeczywistej korzyści. 


Naj bogaciej prezentował się dział maszyn i narzędzi 
rolniczyeh; dział to czysto handlowy, więc handel uszykował 
się w sposób głośny, dourze reklamujący swoje zasoby. Dużo 
było firm krajowych, więcej jednak wyrobów obcych, ale 
wszędzie ceny za wysokie-niedostępne dla średniej zamoż- 
ności rolnika. '\Vidzieliśmy proste widły za pięć ruhli- 
jakiegoż to nawozu wart taki najzylbrowy widdec! 
Niepompatycznie wygląda w moim opisie wystawa-o 
ale nie mogłem być wymowniejszym, chociaż chwalić z góry 
postanowiłem. Nie wyciągam z tej niemożności złych progno- 
styków, być może wystawa przyszłoroczna będzie lepszą, 
a nad sposobami ulepszenia jej komitet po
yinien przez rok 
eały dobrze się namyślać-zwijać zaś ąhorltgiewki przed ter- 
minelIl sześcioletnim nie ma prawa. Ze mamy wystawy, to 
wielka zasługa Towarzystwa '\V. K., a wytrwanie do kOllca 
zasługę tę stokroć powiększy. 
Rysunki, jakie pismo nasze pomieśei, jeszcze raz wysta- 
wę tegoroczną czytelnikom naszym przypomną, a teraz kUll- 
ezymy przechadzkę po placu Ujazdowskim uprzejmie dziękując 
komitetowi i wszystkim, którzy, chociaż im w domu wygodnie, 
dworno i wesoło, przybyli jednak do 'Varszawy i oddali 
pracę swoję pod sf!d SlJółobywateli. Tym co nie mogli przy- 
jechać-nieezynimy wyrzutów, lecz ziemiano:ll, którzy mogli 
a nie stanęli do popisu, nie dbając o spólną pracę, o postęp 
ojczystego rolnictwa, o nagrodę w swej stolicy - posyłamy 
wici lJod adresem: "sobkowi". 


,....'('fJ. 


MO'C MAj'O'
V A 


POWIEŚĆ 


przez 


J. I. KRASZEWSKIEGO. 


(Dalszy ci,!!}.) 


Pomimo lat upłynionych i zmiany, jaką olle i'prowa- 
dziły na twarzy zestarzałl'go Karola, mimo zarostu-poznał 
go od razu. 
Karol wyczytał to w jego bladości, przerażeniu i drżą- 
eych wargach. 
Nie było innego sposobu jak upartem kłamstwem sta- 
rać 
;ię zachwiać Bogusława. 
Troehę niepewnym głosem odpowiedziawszy na pozdru- 
wicnie, Karol skłonił się zimno i zapytał z kim ma honor. 
Bogusław, posłyszawszy dźwięk mowy, tl
llI mocniej 
utwierdził się w przekonaniu, że ma przed sobą tego, który 
uchodził za nieboszczyka, a on żonę jego poślubił. 
Nie mÓgł przemówić, pot mu się lał z czoła. 
- Kto pan jesteś? zawołał ,,,reszcie. Oczy mnie nie 
mylą-poznaję-tak... 
Karol spojrzał ostro na niego i odparł zimno. 
- :Mylisz się pan, nie mam przyjemności go znać. 
Być może, iż go uwodzi jakieś podobieilstwo, o którem mi 
już tu wspominano. 
- Podobieństwo! lJodobieństwo! począł Bogusław ca- 
ły drŻący jeszcze, ale to nie żadne jakieś podobieilstwo- 
to... eoś takiego... 
Spojrzeli sobie w oczy ostro, Karol się zmarszczył. 
- .Mogę lJanu ezem służyć? spytał.
		

/00372.djvu

			BIESIADA LITERACKA. 


- Szklanką wody-odezwał się padając na ławę Bo- 
gusław i mierząc go ciągle oczyma. 
Karol zawołać cheiał starego Jakóba, lecz wnet mu na 
myśl przyszło, że przytomność jego tutaj podejrzenie uc;:zy- 
niłaby niemal pewnością. Ruszył się więc sam, aby zapo- 
biedz ukazaniu się sługi, gdy ten, nie wiedząc kto przybył 
a słysząc głosy jakieś, nagle się ukazał w ganku. 
Chciał się już cofnąć, zobaczywszy.niespodzianego go- 
ścia tego, ale było zapóźno. Bugusław widział go i poznał. 
ObecnoŚĆ starego była tak wielkiego znaczenia, że nią jak 
piorunem rażony Karol skamieniał. 
Nastąpiło luilczCl1ie grobowe. 
Słyehać tylko było przyśpieszony oddech Bogusława, 
który ezuł jakby się pod nim rozstępowała ziemia i rzeczy- 
wistość zmieniała w jakiś sen okropny, w zmorę straszną. 
Nie był to człowiek, któryby do tragicznych wypad- 
. ków dorosł siłą ducha i męztwem; mógł tylko najtragiczniej- 
sze położenie dla siebie sprowadzić do naj powszedniej szych 
rozmiarów-bo by mu nie podołał inaczej. 
\ 
W tej chwili nie mógł przemówić, czuł się jakby olJłą- 
kanym, myśl jego cofała się wstecz do pogrzebu żony, do 
zniknięcia Jakóba... Nie wątpił, że Bolek znał i wiedział 
kogo miał u siebie, a przed nim tylko ukrywał lJowrót Ka- 
rola. Chciał coś wyjąknąć, słowa mu zamierały na ustach. 
Karol zrezygnowany, zadumany stał przed nim z ja- 
kąś dumą i goryczą w twarzy. Czekał aby się odezwał. Dłu- 
gi jednak czas upłynął, a Bogusław, oddychający ciężko, 
ocierający pot z ezoła-nie zebrał się na jedno słowo. Czuł 
się winowajcą względem tego nieszczęśliwego a razem nie- 
winnym, litość miał nad nim i żal do niego, że mu życiem 
swem pokój zakłócił. 
.Takób, który mimowolnie stał się zdrajcą, usunął się 
rJzpaczający... Karolowi przeszło błyskawicą przez myśl, 
że stary sługa gotów był powtórzyć to, co już raz w obronie 
pana wykonał na Surażu. Nie mówiąc jeszcze nic, na dany 
znak przez niego, weszli do izby. Karol przechodząe ujrzał 
starego sługę wyglądającego przez drzwi i dał mu znak su- 
rowy, aby się nie ukazywał. 
Zamknęły się drzwi. 
- Ocaliłeś się więc - ocalałeś - poezął Bogusław. 
Urzędowa wiadomość o ślllierci była... 
- Fałszywą-odparł Karol zimno-jak widzisz. Nie 
bęrlę się zapierał dłużej, sądzę, że ty mnie pn,ecier. nie wy- 
dasz. Nie pokazywałem się tu, dopóki ona żyła, abym wa- 
szego życia nie zatruł. Ona nie wiedziała o mnie... 
- Poznałem cię na pogrzebie-wtrącił nagle Bogu- 
f'ław-starano się we mnie wmówić
 że mi się przywidziało... 
O Boże! co za historya!! 
Załamał ręce i spuścił na piersi głowę. 
- Dla ciebie-przerwał Karol-jest ona przykrą tyl- 
ko, dla mnie była niewysłowioną męczarnią. Widzisz je- 
dnak, żem ją nlęz11ie znieść umiał... Nie będę ci czynił ża- 
dnych wywówek, w oczach moich jesteś niewinnym, nie 
mścij się na nmie, że żyję i nie zmusz:1j, abym się od dziecka 
oddali!. 
Bogusław po chwili wahania wstał i podał mu dłoń 
drżącą. 
- Bóg widzi.-rzekł żałośnie-nie jestem winien. 
Chciałem być jej opiekunem, byłem ojcem dla sieroty.... Nie- 
stety-ani ona ze mną, ani ja z nic1 nie mogłem być szczę- 
śliwy. Bóg miał litość nad nami i nad tą biedną, biorąc ją 
z tego świata... 
.- 
Głos mu drżał-padł znowu na siedzenie. Zamilkli. 
Oba cierpieli zarówno, z tą tylko różnicą, że tępsza natura 
Bogusława nie dawała mu uczuć całej tragiezności tego po- 
łużenia i wszystkich następstw jego. Karol myślał tylko nad 
tem jak się oddalić z tych stron, w których życie dla 11iego 


389 


stawało się niemożliwem, stykanie SIę ciągłe z Bogusławem 
nieznośnem. 
.Jakby dla wyzwolenia ich obu, koń Bolka ukazał się 
przed gankiem; Bolek wołał na .J akóba aby przyszedł konia 
odebrać. Przerażony starzec zbliżył się do przybyłego nie- 
my, ukazując rękami na pokój do którego wszedł był Ka- 
rol ze swym gościem. Nie mógł nic powiedzieć więcej nad 
imię-pan Bogusław. 
Bolek zeskoczył szybko z konia i wpadł jak burza do 
pokoiku, wprost na Bogusława. Chciał mu czynić wyrzuty, 
lecz zobaczywszy go przybitym, z oczyma załzawiollemi- 
poruszył tylko ramionami i rzucając na stół czapkę, za- 
wołał. 
- Przeznaczenie!! 
Bogusław począł się tłumaczyć, że nie ciekawość na- 
trętna go tu sprowadziła, ale wdzięezność dla nieznajomego 
człowieka, o którym mu Klarcia tyle mówiła. 
- Stało się, przerwał nagle Bolek-ale, mój Bogu- 
sławie, ja cię znam, jesteś wrażliwym, masz przyjaciół przed 
którymi, jak przed Zbąskim, nie potrafisz zachowa£; tajemni- 
cy. Jeśli nie wydasz się z nią dobrowolnie, wyczytają ci j:! 
z twarzy. Pomyśl, jakie to za sobą może następstwa sprowa- 
dzić? 
Bogusław, posądzony o wielomówność, żywo począł się 
bronić, obrazając tem, że w nim wiary 11ie miano. Potrzeha 
go było uspokoić, złagodzić rozdrażnienie, a że wieczbr nad- 
chodził i Karol okazywał jak mocno był poruszony i znęka- 
ny-Bolek zabrał z sobą Bogusława, zostawując go sa- 
mym. 
Podali sobie ręce w milczeniu. 
Zaledwie pozost
ł sam, Karol pacU na ::oiedzellie, twarz 
kryjąc w dłoniach. Zal mu okrutnie było opuśei(: swe dzie- 
cię, ale chciał się dla niego na przyszłość zachować i lIlial 
zamiar oddalić. 
Dokąd? sam nie wiedzial jes
cze. Chociaż mógł z zu- 
pełnym sumienia spokojem rozporządzać własnym mająt- 
Idem, który dla córki był przekazany, nie chciał go tknąć 
wcale, raz się zrzekłszy. Z owych tysiąca rubli, które nlll 
przyniósl J akób, mimo największej oszezędności, pozosta- 
wało niewiele. Z tą resztką grosza myślał się udać do War- 
szawy, i tam, pewnym już będąe, że go nikt nie pozna, starać 
się bodaj o naj lichszą posadę, do której służbowe papiery 
Ciesielskiego dawały mu pewne prawo. 
Zatopi0nego w tych myślach i bolejącego nad tem, że 
mu przyjdzie spokojną Pustelnię opuścić, zastał przyclw- 
dzący ze światłem Jakób, który wsunął się nieśmiało, jak 
winowajca. Spojrzał na pana, szukając wyrazu gniewnego 
na jego twarzy. KaTol położył mu rękę na ramieniu i rZf'kł 
łagodnie: 
- Napróżno, mój stary, człowiek walczy z przeznacze- 
niem. Sądziłem, że mi tu wolno będzie zostać i patrzeć na 
dziecię-niestety- trzeba się wygnać znowu i iść gdzieś 
bezpiecznego szukać kąta. 
- Ależ ten Bogusław! on lJana nie zdradzi! krllyknął 
Jakób obruszony. 
- Dobrowolnie z pewnośeią - nie, odparł Karol, ale 
za jego nieostrożność i lekkomyślność ręczyć nie podobna. 
Ani Bolkowi, ani dziecku nie chcę być powodem troski 
i zmartwień. Precz ztąd muszę... tak! muszę. 
J akób nic nie odpowiedział, postał chwilę z załamane- 
mi rękami i zadumany cofnął się cło izby czeladnej. Usiadł 
na ławie w kącie, ukrył twarz w ną,mulonych dłoniach 
i płakał. 
Dodnia nazajutrz Bolek już był na Pustelni i zastał 
Karola na nogach, niespokojnie przechadzającego się po 
izdebce. 
- Zmiłuj się, ruzpoczął od progu, żadnych tylko 
desperackieh kroków nie przedsiębierz. Bogusła.w będzie
		

/00373.djvu

			390 


BIESIAD.A LITERACKA. 


, 


milczał dla samego siebie, dla pamięci nieboszc7.ki, którą 
kochał. Możesz być spokojnym - w położeniu nic się nie 
zmieniło. 
Chociaż Karol potrząsnął na to głową, Bolek mówić 
mu nic nie dał, dobywał z kieszeni papier, który przywiózł 
z sobą. 
- Nie dajemy ci SlJokoju-rzekł-Lo ja z nowym 
przybywam interesem. 
- Do mnie. 
- Tak jest-rzekł Bolek. 'Wolę ci odrazu o tem po- 
wiedzieć, abym później, gdy, da Bóg, przebolejesz i zapomnisz 
o tej przygodzie, znowu cię powtórnie nie wzruszał. 
Bolek milczał chwilę. 
- Petrowicz pisze do mnie-dodał, list rozkładająe- 
abyś co rychlej przybył do niego dla sprawy ważnej. 
- Ja żadnej w świecie slJrawy mieć nie mogę-zawo- 
łał Karol. Czego Petrowicz może chcieć odemnie, chyba 
jeszcze jąkaś pretensya z dzierżawy tego nieszczęśliwego 
Olsz... 
- Nie-odparł Bolek-wcale o eo innego idzie, a że 
nie tyle jest to twoim interesem jak Klarci, spodziewam się, 
że dla niej uczynisz ofiarę. 
Nic 'nie rozumiejąc, Karol stal, oczyma wyzywając, aby 
mu przyjaciel wytłumaczył o co iść lllogło. 
- 
łuchaj-dodał bolek. Tego się zapewne domy- 
śliłeś, że Petrowicz cię poznał odrazu. Poczciwy człowiek 
zna interesa wasze, wie w jakim stanie objęła je nieboszczka 
po tobie, i że ich Bogusław nie poprawił. Klarcia byłaby 
prawie ubogą, bo długów cięży wiele na majątku. 
, - "\Yiem o tern-rzekł spokojnie Karol-ale ubóstwo 
Klarci nie wydaw'ało mi się tak wielkiem nieszczęściem... 
Chciałem ją i byłbym wychował tak może, aby lJosagu nie 
potrzebowala... 
- Ale Klarcia go mieć może i bardzo nawet znaczny, 
jak się okazuje. 
- Zkądże? 
- Trochę za śmiało souie postąpił może Petrowiez- 
eiągnął dalćj Bolek-ale znał dobrze z kim miał do czynie- 
nia. Stryj twój, któremu podobno zwierzył tajemnicę, czło- 
wiek starej daty a gorących ilCZUĆ, tak został wzruszonym 
nieszczęściem twem i położeniem, że gotów jest zapominając 
uraz dawnych cały majątek Klarci zapisać - a ciebie jako 
Ciesielskiego naznaczyć opiekunem i wykonawcą testamentu. 
tJtarzec z łóżka już nie wstaje; Petrowicz czeka na ciebie 
i musisz z nim jechać... 
Słuchając Karol stał wzruszony, trochę gniowny z po-- 
czątku, W koilcu ułagodzony tern, że o dziccko chodziło. 
- Mój Bolku drogi-rzekł-niepodobieilstwem praw- 
dziwem jest, ażeby wszystko to co mnie tu spotyka nie wysta- 
wiło na sztych-nie zdradziło. .J est to już i tak istotnym 
cudem, że dotąd zostałem swobodny. Nie trzeba wyzywać 
losu, ja muszę się ztąd oddalić. Niech stryj zapisuje co chce 
Klarci, pojadę mu podzigkować za to, ale opieki jawnie 
przyjąć nie mogę... wytknęłaby mnie palcem... 
- Rozmówisz się o tem z Petrowiczem i ze stryjem- 
odezwał się Bolek-tymczasem kazałem bryczkę i konie 
przygotować-jedź... 
Ta myśl, że o Klarcię chodziło, skłoniła Karola do 
posluszeilstwa. Nie opierał silt). Z niepokojem w duszy 
jednak, nie czując się bezpiecznym, myśląe o sposobie wy- 
rwania się ztąd, pojechał popołudniu do powiatowego mia- 
steczka. 


(Dalszy ciqg nastqpi.) 


OBCHÓD WIKTORII WIEDEŃSKIEJ PRZED STU LATY 


, 


W WILNIE. 


liArIS.\I, 


PIOTR CHMIELOWSKI. 


"\V obec ogólnego zajęcia, jakie obudza zbliżająca się 
pamiątka 200-letniej rocznicy wiekoponlllego zwycięztwa 
pod 'Wiedniem, nie będzie podobno bez interesu dla spółcze- 
snych czytelników przypomnienie, jak też przodkowie nasi 
pamiątkę tę przed laty stu święcili. Przypomnienie takio }J(j- 
łączy węzłem sympatycznym obecność z przeszłością. tak od 
niej lJod wielu względami odmienną. 
Istotnie przed stu laty kraj nasz wyglądał inaczej. By- 
ło to wprawdzie w 11 lat po pierwszym rozbiorze; granice 
i ludność Rzeczypospolitej były znacznie uszczuplone; mimo 
 
to pod względem .przestrzeni Polska mogła się mierzyć 
z pierwszorzędnemi pailstwami Europy, a naród, obudzony 
strasznym gromem z letargu, zaczął w intelligentnych przed- 
stawicielach swoich myśleć na seryo o powetowaniu szkód 
długoletnią bezczynnością i bezmyślnością sprawionych, 7a- 
czął dążyć do odrodzenia. Umysły się ożywiły, serca się za- 
paliły gorącą miłością ojczyzny, zagrożonej w swym bycie 
ale przedstawiającej jeszeze dużo środków do poprawienia 
choćby wewnętrznych tylko stosunków. 
Dla podsycania takiego nastroju w narodzie najwa- 
żniejszym niewątpliwie środkicm było ciągl"e poczueie grozy 
położenia a zarazem poczucie potrzeby jej usunięcia. Na 
wielu też polach pracy społecznej widzimy usiłowania po- 
ważne, mające na celu podniesienie dobrobytu materyalne- 
go i poziomu umyslowego, jako potężnej dźwigni rozwoju 
społeczellstwa. lVIianowicie doniosla sprawa wychowania zna- 
lazła w niezapomnianej Komisyi Edukacyjnej nie tylko wy- 
mowną ale i praktycznie czynną przedstawicielkę, starają- 
cą się wszystkiemi siłami wprowadzić w czyn zasadę, że od 
wychowania i wykształcenia młodzieży zależy przyszłość 
narodu. 
Nie dosyć atoli było przypominać sobie nieustannie 
konieczność pracy, wypadało też wytwarzać poczucie siły do 
niej, gdyż zwątpienie o tej sile, niezbędnej do przeprowadze- 
nia wielkiego zamiaru odrodzenia,. mogło wszelkie usiłowania 
sparaliżowaó. ,T ednym ze środków obudzenia ufności w swe 
siły były wspomnienia świetnych czynów, dokonanych przez 
przodków, czynów, które swoim imponująeym charaktel'em 
oddziałać mogły na serca i wyobraźnie, zapalnjąc je do chę- 
ei zrównania się z tymi ziomkami, co ich niegdyś dokonali. 
Pamiątka stuletnia odsieezy wiedeilskiej wybornie się 
nadawała do takiej przykładowej dla spółczesnych nauki. 
Postanowiono ją obchodzić uroczyście. 
Kto był inicyatorem tej myśli, czy sam król, czy kto 
z jego najbliższych doradców i przyjaciół, nie wiemy; to 
wszakże niewątpliwą jest rzeczą, iż Komisya Edukacyjna, 
dbająca o zużytkowanie wszystkich możliwych sposobów 
wdrożenia, w umysły młodzieży poezllcia obowi:}zkówobywa- 
telskich, myśl tę naj skuteczniej w czyn wprowadziła, poleca- 
jąc wszystkim szkołom Rzeczypospolitej uczcić odpowiednią, 
uroczystością bohaterskie z przed stu lat wspomnienie. 
:Michał książę Poniatowski, jako biskup natenczas płoc- 
ki, później prymas, zastępczo prezydujący w KomisyiEdu- 
kacyjnej rozpisał d. 7 lipca 1783 roku "list okolny do zgro- 
madzeń szkolnych", przypominający im "okoliezność ehwały 
tćj krwi, która w nas płynie", to jest pamiątkę stuletni;} 
"odniesionego zwycięztwa pod 'Wiedniem przez .T ana lU 
nad mocą ottomailską, dnia 12 września, roku 1683". Po- 
budkę do uroczystego tćj pamiątki obchodzenia wskazuje 
hią,zę Michał wtem przedewszystkiem, że w niej znaleźć
		

/00374.djvu

			BIESIADA LITERACKA. 


możemy pot.ężne "do podniesienia na
 do podobnej chwały 
zasilęnie". "Komuż bardziej tak chwalebne ojczyste myśli 
wpajać powinniśmy,-mówi dalej -jeżeli nie szkolnej mło- 
dzi, jeżeli nie synom (1jczyzny, z którymi te wzrastać powin- 
ny?" Bliżsi walecznych przodków następcy nie potrafili pia- 
stować i doehować zaszczytu męztwem i cnotą nabytego; 
zostawili siebie i naród losowi. Spostrzegli
my się dopiero 
po "dokonanem na nas nieszczęściu." O walce zewnętrznej 
nie l1.lOŻemy teraz już myśleć, potrzeba się innych chwycić 
środków, ażeby do reszty nie zginąć. "Jeżeli teraz-mówi 
księżę JYIicliał-w ludzkiej nie jest mocy dawnym ciosem sił 
osłabionych ożywić, tedy przynajmniej powinno być m\'szą 
usilnością w potomkach naszych zostawić ojczyznie brolt }'o- 
zmllll, którą przez obywatelską i baczną młodzi edukacyą 
przygotować należy?" A zwracając się do owej świetnej pa- 
miątki, która mu slowa powyższe natchnęła, dodaje: "Może- 
myż znakomitszy przykład waleczności i enót obywatelskich 
wystawić młodzi polskiej, jak przypominując wielkie dzieła 
króla polaka Jana III; jak wystawująe na wzór zostawione 
nieśmiertelności w obywatelstwie i na honie czyny jego." 
Zaznaczywszy następnie, że zwycięztwo wiedeilskie 
"najznakomitszą jest cfchą dawnej chwały polskiej'
, kreśli 
w głównyeh zarysach obraz Sobieskiego jako obywatela 
i króla, ażeby dać wzór do mów, które miały być w czasie 
obchodu wypowiedziane. Zaleca nadto, ażeby mówcy Ul
ie- 
jętnie ukazali dawną polaków edukacyą, przez któn1 przod- 
kowie nasi układali się na dobrych obywatelów i wojowni- 
ków, kochających szczerze religią, ojczyznę, król
 dochowu- 
jących przyjaźni, dalekieh' od oułudy, pry,raty i zbytku, 
a stawali się w swych domach rządnymi i pracowitymi; ale- 
by potrafili wszystko to do uczącej się teraz młodzi, "rzuca- 
jąe na serca ich nasiona cnót podobnych i męztwa, jakie .Ja- 
na Sobieskiego prowadziły przez wszystkie stopnie do koro- 
ny, jakie utworzyły innych poprzednictwelll chwały przy- 
świecających mu polaków"... 
Powołanie się na taki przykład tem było potrzehniej- 
sze, zdaniem prezydującego w Komisyi Edukacyjnej, że lu- 
bo system wychowania znacznie się wydoskonalił, niema 
przecież w młodzieży tego surowego a poważnego pojęcia 
obowiązków, jakie w dawniejszych, choć mniej oświeconych 
wieków umysły wszystkich przejmowalo do gruntu. Szło na- 
turalnie księciu Michałowi o to, ażeby przy zdarzonćj spo- 
. sobności, llWjąC
j silnie się wrazić w lJamięć młodocianą, 
zagrzać serca milośch1 placy dla kruju. \Vyrazit. tę chltć 
w formie utyskiwania: "Cóż teraz po doskonalszej naszych 
wiekach edukacyi, kiedy młodzież, chociaż chwalebne wziąw- 
szy od niej prawidła świętej yeligii, cnoty, maksym obywa- 
telskich, puszczona potem na wolność i widok złych przy- 
kładów próżnowania, nieuszanOWalliB. rodziców i krewnyeh, 
miękkości, swywoli, wytworności, mód rozmaitych, nierze- 
telności, płochego tonu, w też same zdrożności ślepo wpada; 
kiedy teraz, zamiast dawnego hasła cnoty i męztwa pola- 
ków, brzmią tylkó w uściech słowa wymyślne, lub najlepsze 
opacznie tłumaczone i na hołd samej tylko lekkomyślności 
oddanet" 
Jeżeli młodzież grzeszy przez krew kość i 19nienie do 
wszystkiego, co nowe, to rodzice znowuż grzeszą przez zgubne 
uprzedzenie do niektórych zajęć i osób, przedstawiających 
się ,w ludzkiem mniemaniu, ale za to wielki pożytek krajowi 
przynoszących. Mowa tu o przesądach staroszlacheckich 
względem rzemiosł i handlu. "Lubo i teraz-mówi książę 
Michał-w innych pa(lstwach rękodzieła, kunszta i piękne 

tuki obszerniej jak przedtem wydoskonalone czynią onym- 
że zaszczyt i pomnażają bogactwa; atoli u nas są jeszcze 
niechętni krytyey, powstający na usiłowania Komisyi i in- 
nych dobrze myślących, którzy zachęcają młódź obywatel- 
ską do brania znajomości różnych sztuk i wynalazków, aby 
poznawszy ich użyteczność, umieli rozszerzać i wprowadzać 


391 


do kraju te dary przemysłu ludzkiego; mniej uważni sądzą 
nadto być upodleniem
szlachetności tę tak potrzebną obywa- 
telowi wiadomość, gdy tymczasem przez wysyłanie pieniędzy 
za granice na sprowadzenie robót róznych, kraj się uboży"... 
Życzeuiem tedy prezydującego w Komisyi Edu.lmcyj- 
nej, ażeby we wszystkich szkołach ówczesnej Rzeczypospo- 
litej przewodniey młodzieży wyzyskali uroczysty obchód pa- 
miątki zwyeięztwa wiedeńskiego, na wpojenie w serce i umy- 
sły Uj młodzieży uczucia patryotyzmu zastosowanegb do 
okoliczności, a w serca i umysły rodziców czci dla w8zelkilJ 
pracy pożytecznij bez żadnego wyjątku, bez żadnego podzia- 
łu na pracę przystającą i nieprzystaj:1cą szlachcicowi. 
(Dalszy ciąg nastqpi.) 


N'APOLEON ORDA. 


Żułnierz i artysta już nazawsze pożegnał swych towa- 
rzyszy - zwloki czcigodnego obywatela spoczęły w grobach 
rodzinnych w Janowie, w Grodzieńskiem, dokąd ś. p. Orda 
sam wskazał drogę kiedy ezul, że już mu wędrówkę po ś
,'ie- 
cie skoilczyć przychodzi. Kochał on jednako całL1 swoję zie- 
mię - ale zawsze tęsknił do tej ojczyzny malutkiej, co 
chodzi krok w krok za człowiekiem, i ciągle mu szopce: 
wracaj zkądeś wyszedł! 
l stało się zadość woli starca; jak z Paryża wyrwał się 
na rodzinną Litwę, bo dłużej tęsknoty znieść nie mógł, tak 
i z \Varszawy kazał wywieźć swe cialo do skromnych, m- 
cisznych grobów rodzinnych, chociaż Powązki dałyby mu 
grób ,,'spanialszy. \Volał cmentarz wiejski, zarośnięty trawą 
dziką, ocieniony sosną i brzozą, pusty i gluchy... niż stołeczny 
gwar i przepyeh. 
O żywocie siedmdziesięcioletniego starca grub:1 księgę 
można by było napisać; nie zostawił on żadnych pamiętników, 
lecz zapewne ci co go otaczali spiszą zajmujące opowiadania- 
upominamy się o nie, bo mężów takich jak ś. p. Orda coraz 
mniej: służył on eałe żyeie ideałowi, który wymaga poświę- 
cenia dla ojczyzny. Urodził się w r. 1807 w \V orocewiezach, 
w Kobryńskiem. \Vyższe nauki kończył w uniwersytecie wi- 
leiIskim, na którym należąc do towarzystwa młodzieży "Zo- 
nanów" doświadczył dokuczliwości piętnastomiesięcznego 
więzienia. \V roku 1830 znalazł się w szeregach honorowej 
gwardyi konnej, a następnie przeszedł do pół ku strzelców; 
w bitwie pod Kockiem otrzymał krzyż Virtuti militari. Ohleb 
żołnierza spożywał do 1833 roku. Portem dla rozbitków był 
Paryż - inni ginęli odrazu w rozpaczy, lub powoli marnieli 
w bezczyn ności i oezekiwaniu, lecz Orda od pracy przeszedł 
zaraz do pracy, nie mógł jednego dnia przepędzić z założo- 
nemi rękami, a że miał zdolności do muzyki, został uczniem 
Szopena, zarabiając na utrzymanie swoje dawaniem lekcyj. 
"\V tym ,nowym zawodzie różnie się powodziło b. żołnierzowi, 
lecz ogień szlachetny nie gasł w tej duszy czystej, mężnej, 
wierzącej; Orda bogacił umysł i talent pracą nieustanną, 
wędrówkami po świecie, a serce hartowało się pod wpływelll 
tęsknoty do kraju, która go w najpomyślniejszych nawet 
okolicznościaeh na obczyźnie nie opuszczała. 
Orda nio zasłynął wprawdzie w świecie artystycznym 
jako pierwszorzędny talent muzyczny, chociaż utwory jego 
a szczególniej polonezy i "Gramatyka muzyki"majt1 wyższą 
wartość artystyczną i pedagogiczną; nie zasłynął także jako 
artysta malarz. Przy talencie był nadzwyczaj sholl1nym, nie 
przeceniał swyeh zdolności, uważając je tylko za środek do 
służenia jaknajlepicj swoim; dlatego też ś. p. Orda przed- 
stawia się nam w wspomnieniu przedewszystkiem jako oby- 
watel nieskazitelnej prawości, który gdzie stąpnął niósł za- 
chętę do wytrwania, z czem się odezwał budził ducha, pod- 
nosił serce, każde jego spojrzenie w przeszłość i przyszłość
		

/00375.djvu

			OBYWATELSKA. 
Sr..UŻBA
		

/00376.djvu

			- 


\. 


"'-Sc;:";'::'
""C:-;
"'f-':i>:'<'::-'-:
-''''''
';'



(
 1 

:: =.:-.- 
-
 :; '" 
-
":: 
i 


'.' 
.-fI!t. .-' 
" 
 \ i , ; , ; \ 
 \ :: :, : , , , ' , ' . ' , 
 , - , ' . .
 . 
 " 
 A< .- 

i<.. 
'
i .

 
" .,y;,,-", 'c :


\
:;_?-:j
\
__ 
':\ 
 I\ 
 (\',i
 ":- ' 
 ' :; ' 
 ' :
 ' ''' ' . ;
 ,. ' , "' . .: " . _,o .,
 ,,', ':' 
1'..",- - '>;.';,;--


.-a;:.-
,;.. 

; I _ 
I , ' -"'O =-"""'--
 = . k l ;;;;:A
-:,.:.: J
 ' ; ' 1:- . > -
ji, ,
 , " : > <
: , i"
 . - . Ii- 
: ,,;::: ""'" , ."", 'c _ o 
_ 
:-r$_'
_ ...
\ \'łf.i 
\11 ' , , ' z ., . "



, 
-. Io-i- 
; £.
 _ 
'..'JO

. ",..:r.:" -0"'-) - I I1I111 r[il\':' . 
' I I\' 'O', :fi-" ,","" u..
,,!'
'; ..../1' ",'c"":\I::
";" ..,,>\'11';\" 
,o'. \',
,' ""
""'111..\ ..:",,
:;;
. ....1IfI1 ,.;] '11M 
:,',. 
'" "-J.i;.c,.",I" 'h 

' ,


 I,', "'1 
"
,'" ',\' "";""",,, '. ,.:1,'. ., 
'\"1:': , i '
:
i
n\
\,\"" '\' 
 ,'-<"1 Ji:;

 ł 
:
;,\,t\;

1
' <
:)L
.,
 \
l* 
,
,
'J 1.'h\
l;'J
';

 
 :
" II' '':''

:r\

 . 
 !. " , II 
 
 
_ , ,1 = _ . 
;


 
' ' 
" ,11 , ,1\ \
 ':, '\);"", .')\
\,:

,,

y;, ,,;),,\.. . 
 ; I ' 
"'\
" 'ot';,1 
 !;,' ' , '!J\ '=> .. 
 .
-2, . 
 
. 11!!1, 
,
" ....''''
\'','
.,;,..\'''\\,"'j:..\1'''!r" " J ''\
''''' \ ' ,

,1H
'J""\ l' ,;:
,I"" I \:,j:,. "'/
fibt,,,,,";,111\ ',,''''J; 
. ',,,,,' :./,
 ", :' 
1'.''1
'" -' 'I' -- . 


r' 
I 
L, 
I"
: 
!. - 


'i*
 l:" ;1:. 
. 
.. 


t
l
 

 3
11': 
.".:. -
-

::P., .
.
, ,
!4: " . 
 

, --";.-,.: x", \ ,
 ł 

:;1'
*:- ,l! 
 --:" <: '/.f" h;." 
, 
.f, , . ,i , '.; , ', , 

:. i\ .
 -: 6- 
 
- 
_
; 
:t,. 
 sf 
"i
 
';.-. 


, 
łif. 
F>--- 


; 

 


:-
.r::",':. .
;;.

' 
-,
, 

 - Ą;:" :... {
" 

-
. _ 


-
 ;;
 . :, . ' ; .
 . , . 
 . : , ' , 
 " , 
 : , , : : 
:i ,. 
'
-.c 
 
..'-':,:;:- 


-:;

.
 ',:'



 
, J;
::;1

F
 

,;: -:-p.
:;;- 
,
, 
......- 
;:'-:- 



5'. 


,,
,. 
;:
 


.. 

 
".;....
 
;.-
"': 
:
..- 


d 
-,j 


.. 


,') 


". 


.;
 


0.., 


'¥' 
'
 
-".' 


1>'- 

l > 


./.._.i 
, .... "
 


'Y' 
.,' 


 
'1ł 
.;0'-:' 

J 



 
It.."" .. 

 



 

 


;

%
'
t j, 
.:-
-. 



 
- 
_
. 
o
 




' 


,.1.: 
", 
I", 


ł-... ._....

,,,.: 



 
't!
: 


- 

 


.'r-:; 

}. 
.." 
!'..:o. 


 


_

co 



--- 


-, 
- 
 
,\
 
----- 


''':--:::
-
:.:;' 


'1,',"'\\'. 


.NA SUTEJ STRAWIE. 


fi' 


J\ 
')J" 
-v:.." . 

f
-d:
 



 
1
-' i 
:, I 
, y'- J ' 
.

:
 

 ' . 


-
\ 


:J 

 
 1 



 


I 
I 




$ 

.. 


,
w 
;::; 
 I 


;:
 
;;-: 

 
.

 


.:
 


:-
T 
::w
.
 
-,.::.
 - 
='0.- , 


T'? 


-;J; 


;-o:..:J;-
 


f,

=,
1
		

/00377.djvu

			394 


BIESIADA LITERACKA. 


było hasłem do nieustannej pracy. Aktem jego sumienia 
obywatelskiego jest "Gramatyka polska" dla francuzów; 
książkę tę napisał dla syna swego, urodzonego z matki fran- 
cuzki. G ramatyka była zarazem upomnieniem dla tych ro- 
dzin polskieh, które na obcyźnie łatwo zapominają o tern, co 
Rą winne ziemi własnej. Aktem wiernej służby Ordy dla 
kraju, służby do samego groJm, to jego album widoków, ze- 
brane w ciągu dziesięcioletniej wędrówki po szlakach od pół- 
nocy do południa, od wschOllu do zachodu. Skarb to wielki, 
jedyny: dwory, pałace, chaty, ruiny, kościoły... zeszły się 
w tej księdze wspomnień. Teraz już i ogień nie tak straszy, 
nie zniszczy nam przynajmniej wspomnienia. Aktem prawdy 
jego słów, był wpływ jaki wywierał na tych co go otaczali. 
"\V "\Varszawie, wracająe z wędrówek, odpoezywał i dni 
trawił na dopilnowywaniu robót litografieznyeh, na zimę 
odjeżdżał do Piilska, gdzie było prawdziwe ognisko ducho- 
wego światła. 
'V cichem pińskiem ustroniu znalazłeś wszystko, co dać 
może dla umysłu świat szerszy: znalazłeś wyborowe książki, 
intelligentne towarzystwo, sztuki piękne... Ogniska tego 
strzegł duch ś. p. Heleny 
kirmuntowej, znakomitej rzeźbiarki 
szachów historycznych, a siostrzenicy Ordy. 
./ Aktem jego ofiarności jest zapis uczyniony dla biednej 
młodzieży kształcącej się w gimnHzyum piilskiem. Aktem 
czci ziomków clla zaslug Ordy było odprowadzenie zwłok 
jego na dworzec kolei żelaznej i wieniec z napisem: ,)vIala- 
lzowi widoków ojczystych-rodacy". 
Ordę nazywamy artystą-obywatelem, bo też to nie był 
kosmopolita dla którego Tuskulum lub Panteon rzymski 
droższy jest nad wszystkie piękności ojczyste-on wolał piń- 
skie zacisze, wolał katedrę wileńską z grobem świętego króle- 
wicza i Zniczem, wolał 'Vawel niż potężne mury, które rzym- 
skim legionom służyły za tarczę. Czuł on siłę tych olbrzymów, 
majestat, podziwiał ich budowniezych ale kochał prawdziwie 
tylko to co swoje... To też kiedy Orda zaszczycił kogo odwie- 
dzinami, witano go jak męża, którego podejmować jest 
obywatelskim zaszczytem. On swój album cenił skromnie: 
to pamiątka-mówił-to elementarz, który skończyć ktoś 

nny, kiedy mnie nie stanie, koniecznie powinien. 
O tym elementarzu mówił do ostatniej chwili życia; usta 
ledwie już szeptały, ręka już nie mogła się dźwignąć, 
a 'jeszcze starzec wskazywał trakty i gościńce, których prze- 
mierzyć własną stopą nie zdążył. Z tem napominaniem, z tą 
prośbą, nie tracąc wcale przytomności, wszedł czcigodny 
pracownik na gościniec, który wiedzie do światów niezmie- 
-rzonych... N. 1'. 


SŁUŻBA OBYWATELSKA. 


I 
Z obowiązku honorowego, nakazanego troskliwością 
o Lezpieczeilstwo miasta lub wsi, strażacy wolontaryusze ra- 
tują budynek zagrożony, narażając się na niebezpieczeństwo 
nieodłączne od każdego większego pożaru. Artysta Józef 
Ryszkiewicz uogólnił swoję kompozycyą, rzucając ołówkiem 
płomiefl na jakiś stary, śliczny swą zeszłowieczną strukturą 
dworek podmiejski, kryty gontami, o ścianach modrzewio- 
wych, a jak pieprz wysuszony. Uniform strażacki jest zro- 
biony podług wzoru rysunkowego, nadesłanego nam przez 
· p. Adamczewskiego, członka straży ogniowej piotrkowskiej, 
która należy do najcelniejszyeh humanitarnych sto warzy- 
szeil. Obrazek ten, pełen prawdy i siły, niech będzie pamiąt- 
ką dla każdego z tych dzielnych ludzi, którzy pod hasłem 
"w imię obywatelskiego obowiązku" niosą swój czas, siły 'a czę- 
sto i życie dla uratowania mienia spółobywatela. Obowią- 
zek nic pozwala się IJytać, czy ten którego ratujemy jest 


nam wrogiem czy przyjacielem - nie o jednostkę bowiem 
idzie ale o bogactwo kraju, które zawisło od dobrobytu je- 
dnostek. 
'Wszystkim, co się przyłożyli do zakładania straży 
ochotniczych po miastach i po wsiach społeczeilstwo jest 
wielce obowiązane; tym hufcom ochotników oderwanym 
w chwili niebezpieczel1stwa od warstatów, stołów biurowyeh, 
lub od pługa zawdzięczamy już miliony uratowane; gdzie 
taka straż 
stnieje, tam miasto śpi spokojniej, a Opatrzność 
w postaci S-go Floryana nie jest wyszydzana bezradnością 
ludzką. Do dziejów Kalisza należy sbwa założenia pierwszej 
straży ogniowej ochotniczej, za nim poszły "\Vłocławek, Płock, 
Zegrz, Łęczyca, Częstochowa... straże Piotrkowa i Ostrołęki 
należą do najmłodszyeh ale wzorowo organizowanych, w nich 
służy prawie cała intelligencya miejscowa. Piotrków po- 
siada nawet kalendarl'; strażacki, w którym historya straży 
w Królestwie Polskiem szczegółowo jest opowiedziana. 
'V ogóle straży posiadamy blizko siedmdziesiąt,-a jest to 
zaledwie cząstka ilości niezbędnej dla bezpieczeilstwa kraju. 
Z przykrością dowiadujemy się z pism prowincyonalnych, 
że niektóre straże są zagrożone w swych niewinnych przywi
 
lejach, a mianowicie, że nie mogą nadal używać uniformu 
strażackiego, ani nawet prostej bluzy podczas obchodów uro- 
czystyeh, uczt koleżeńskich, narad nad dobrem służby i t. p. 
zgromadzeń czysto ekonomicznej lub towarzyszkiej natu- 
ry. Ze zdjęciem 
luzy, któm równała powierzchownie intel- 
ligentnego członka straży z poczciwym prostaczkiem, boga- 
tego z ubogim, zginąć musi bohaterstwo służbowe, obowi:!- 
zek honorowy zacznie męczyć, uboga suknia wstydzić, a za 
pracę i poświęcenie ludzi, którzy bronie! tylko cudzego mie- 
nia, bo swojego najczęściej nie posiadają, nie będzie żadnej 
szlachet!liejszej nagrody. Niepodobna zaś żądać, aby czło- 
wiek prosty, pozbawiony nawet towarzystwa z zamożniejszym 
kolegą, zadawalniał się, samem poczuciem idealnem-potrze- 
ba mu także bodźca zewnętrznego. Strażacy powinni bronić 
swych przywilejów, zresztą bardzo skromnych, bronić mun- 
duru, który nie znosi najmniejszej plamy uwłaczającej hono- 
rowi, nie pozwala na żadną wyższość nad kolegami, oprócz 
tej jaką zapewnia głosowanie. 
Nie pomogą ani towarzystwa ubezpieczeil, które, porozu- 
miewając się z sobą, z każdym rokiem składki podwyższają, 
nie pomogą lamenty i skargi na srogie losy, jeżeli sami 
mieszkańey miast i wsi nie stawią czoła pożarom. Straże 
ochotnicze nie tylko ratują mienie, ale zarazem lJUdzą w lu- 
dziach poczucie :"zlachetniejsze niż samolubne pilnowanie 
tylko swojego progu. "Co tobie dziś, to mnie jutro" w ta- 
kiem wzajemnem dopomaganiu sobie znajduje praktyczne 
zastosowanie, jest to jedna z niewielu dróg ekonomicznych 
prowadzących <'lo zgody, wykluczająca wszelką zawiść i ra- 
doŚĆ z nieszczęścia ludzkiego. Drogi takie powinniśmy roz- 
.szerzać, przedłużać, pielęgnowa(;. 


TV. 


. , 
STRAZ OGNIOWA AMER YKANSKA. 


Jesteśmy w N owym Yorku pośród nocy zimowej. 'Vi- 
cher hula, świszczy po osamotnionych ulicach i uderza w ch"u- 
ty telegrafiezne jak w struny arfy powietrznej. Już tylko 
spóźniony przeclwdzeil brnie po śniegu skrzypiącym, który 
wicher pod nogi mu mieeie. Nagle przechodzeil się wstrzy- 
mał. Wydało mu się jakgdyby w oknie w przeciwległej ka- 
mienicy mignął płomyk czerwony i zagasł. Byłożhy to złu- 
dzenie wzroku?-bynajmniej, w oknie zaczerwieniło się zno- 
wu, ale ani żywej duszy nie widać w ciemnym budynku. 
"\V dwóch potężnych skokach przesadza ulicę, pędzi 
na schody, pociąga za wszystkie cztery dzwonki domu, 
grzmiącym głosem wola: pożar! i zbiega, co żywo <'lo na,jhliż-
		

/00378.djvu

			BIESIADA LITERACKA. 


395 


szego słupa telegraficznego, do którego przytwierdzona jest 
{tl'e-hox, skrzynka pożarowa. Skrzynka objaśnia go, gdzie 
znajuuje się klucz do zrobienia alarmu. Klucz ten złożony 
jest zwykle w najbliższej aptece; każdy' zresztą policyant 
nosi przy sobie klucz alarmowy. Dość ręką nacisnąć by 
straż zaalarmować: sygnał odzywa się na gongu każdego 
oddziału straży i w tejże chwili wszystko co żyje śpieszy na 
ratunek. Niespodziewana wieść napręża nerwy, zaostrza du- 
cha, hartuje siłę. '\Vszyscy powskakiwali piorunem na si- 
kawki i z szalonym turkotem pędzą, cwałują, że aż się iskry 
z pod kół sypią. 
Już ujrzeli łunę pożaru na niebie, ale jeszcze plac 
walki daleko. Czy też będziemy pierwsi? pytają się straża- 
cy; czy prześcigniemy sikawkę tę i tę, która o dwie sekundy 
powinna nas była UIJrZeazić? Ten i ów chce zdobyć się na 
coś nadzwyczajnego dla zyskania wzmianki zaszczytnej, 
a może upragnionrgo awansu. Całą straż howiem ożywia 
gorące współ/.awodnictwo, wpływające niezmiernie na szyb- 
kość i energiczność ratunku. Ledwie stanęli już przykręco- 
no kiszkę, już strumienie wody pasuj ą się z płomieniem. 
vVe dwie i pół minuty od chwili jak ów osamotniony przecho- 
dzieil podał sygnał alarmowy przy słupie telegraficznym, 
już sikawki strażackie pracują. Ten salll alarm rozległ się 
na wszystkich stacyach policyjnych i pobudził do działania 
czuwających sierżantów. '\V niespełna kilka sekund zbiega 
się na miejsce pożaru policya., opasuje je kołem, by niedo- 
puścić złodziei i tłumu mogąc,ego lJrzeszkadzać straży. 
Nowy York opasany jest 	
			

/00379.djvu

			396 


BIESIADA LITERACKA. 


. 


Klemencya otarła łzę zwisłą na ciemnych jej rzęsach 
i wybiegła, zasyłając ręką całus ojcu. 
Kiedy powróciła, szmer jakiegoś głosu przejął ją drże- 
niem: wzruszona i zaciekawiona stanęła za drzwiami, które 
właśnie miała przestąpić. 
Drzwi były tylko przymknięte i pozwalały dostrzedz 
rozmawiające osoby. Z pięknych rysów młodego oblicza, 
a zwłaszcza z Żałobnego stroju, domyśliła się zaraz, że roz- 
mawiający z ojcem był Sauvaitre. 
Miała sposobność poznać go i osądzić nim stanie sama 
przed nim. 
'Widok Lucyana potwierdził tylko jej obawy. Lucyan 
wydał jej się tym więcej doskonalszym, im mniej w tej chwili 
miał do tego pretensyi. 
Było to w końcu czerwca 1870 r., a wieści o wojnie 
z Prusami zaczęły już niepokoić pewne umysły. Trudnoż 
było dwom ludziom ożywionym na pozór jednakowym pa- 
tryotyzmem nie wdać się trochę w politykę i nie zapomnieć 
na chwilę o osobistych swych sprawach. 
Klemencya, dla której rozmowy t-ego rodzaju były doŚĆ 
obce, z głębokim podziwem słuchała słów pana Sauvaitre'a, 
tchnących gorącą i wyniosłą miłością ojczyzny. Lucyan 
wyrósł w jej oczach na bohatera. 
Przysłuchiwałaby się dłużej, ale w tejże chwili poru- 
szenie pana Dorny przypomniało jej, gdzie się znajduje. 
Nim jednak zdołała się cofnąć, ojciec otworzył drzwi na 
oścież. Twarz Klemencyi oblała się ogniem, czuła całą śmie- 
szność swojego położenia, chciała uciec ale zmięszanie przy- 
kuło ją do miejsca. 
Pan Dorny sam się zakłopotał, ale zaraz odzyskał zimną 
swą krew i zawołał, wprowadzając córkę za rękę. 
- Doskonale się składa!-córka moja nadchodzi wła- 
śnie w chwili, gdy miałem pójść po nią by ją panu przed- 
sta wić. 
Klemencya tak hyła zmięszana, zmyślenie ojca bowiem 
nie mogło nikogo oszukać, że pozwoliła się pociągnąć aż 
na środek salonu, nie śmiejąc podnieść oczu na pana Sau- 
vaitre'a. 
N a twarzy Lucyana przemknął uśmiech ironiczny, ma- 
lujący dno jf'go myśli, a jednocześnie wzrok jego sposępniał 
pod wrażeniem żalu, czy zgryzoty. 
Ale nikt z obecnych przejścia tej chmury nie dostrzegł. 
- Ouecność panny Domy uszczęśliwia mnie do tego 
stopnia-pośpieszył oświadczyć-iż wdzięczny jej jestem, że 
sama raczyła uprzedzić życzenie papy i moje. 
Komplement ten, będący apostrofą do niefortunnego 
wejścia Kleillencyi do salonu, zakłopotał ją bardziej jeszcze 
i onieśmielił. Ale pan Lucyan me zdawał się o to wcale 
troszczyć, zaraz bowiem skierował rozmowę na dyspozycye 
pana Dorny w przedmiocie swego małżeństwa. 
- 'Wiadomo panu-odpowiedział Dorny-że ułoży- 
liśmy z ojcem pańskim, aby związek ten zawarty został za- 
raz po przybyciu pana. Ponieważ wszystko już jest przygo- 
t?w
ne, nic nie przeszkadza abyś jutro jeszcze był mym 
ZięCIem. 
Dobrze więc-rzekł powstając Sauvaitre. Nie bę- 
dę mniej szczerym w interesach od kochanego teścia; mam 
nadzieję, że panna Domy wybaczy nam ten pośp16ch, przez 
wzgląd na szczerą moję chęć zapewnienia jej szczęścia 
w przyszłości. 
Klemencya bąknęła jakąś odpowiedź-ale słowa za- 
marły jej na ustach. Nie ochłonęła je:ozcze z wrażenia, 
gdy podnosząc oczy przekonała się, że samą jest w salonie. 
Biedną dziewczynę ogarnęła wówczas rozpacz. vV spar- 
ta łokciami o stół, ukryła twarz w dłonie i zaczęła płakać, 
jakby w przeczuciu ciosu mającego w nią ugodzić. 
Domy wrócił właśnie w chwili wybuchu tej niezrozu- 
miałej boleści. 


- vVidzisz, dziecię-rzekł stojąc w progu-że wszyst- 
lw idzie pomyślnie; jutro będę już najspokojniejszy o los 
twój. 
Chciał mówić jeszcze, ale płacz córki go powstrzymał. 
- Co ci?- spytał obejmując ją tkliwie.-Miałżeby 
pan Sauvaitre tak przykre wywrzeć na tobie wrażenie? 
- 'Vięc nie rozumiesz, ojcze? Małżeństwo to wstrę- 
tne dlań może, jest interesem, który rad by jaknajśpieszniej 
załatwić, niby coś przykrego, czego się pozbyć trzeba. 
Domy uśmiechnął się. 
- Bądź rozsądna, Klemencyo. Chcesz-że aby pan Sau- 
vaitre ukląkł, jak kochanek, u twoich stóp od pierwszego 
widzenia? 
- Nie, na to nie liczyłam; ale jakkolwiek mogłam 
wydać się śmieszną, nie upoważniłam go jeszcze do trakto- 
wania mnie jak rzeczy, a raczej jak naiwnego dziecka, doło- 
żonego do umowy małżeńskiej. 
- Ta! ta, ta, co też ty souie zaraz wyobrażasz! Daj 
rzeczom iść swoim trybem, nie troszcząc się o nie w tej 
chwili. Masz całą przyszłość przed FObą na zatarcie w mężu 
tego pierwszego wrażenia, które zresztą nie wydało mi się 
tak niekorzystnem. Jutro okażesz mu się czem jesteś, lw- 
chającą i dobrą dziewczyną, nie tak naiwną jak sama my- 
ślisz o sobie, a po upływie tygodnia mąż twój ubóstwiać cię 
będzie. 
Klemencya potrząsnęła głową z niedowierzaniem. 
- Przyjmuję od ciebie, ojcze, te słowa pociechy,-od- 
powiedziała cicho prawie,-ale choć mało mam doświadcze- 
nia, sądzę, że wrażenie pierwsze jest naj trwalsze. 
- A jakież wrażenie sprawił na tobie twój przyszły? 
Panienka zapłoniła się i spuściła oczy. 
Odpowiedź ta była zbyt wymowną. Ojciec nie nale- 


gał. 


Uśmiechnął się znowu, ujął Klemencyą za rękę. 
- Idziesz więc za niego bez żalu?-spytał. 
- Poszłabym zań z radością, gdyhy czuł dla mnie to 
samo, co ja dla niego uczuwam. 
- Któż mówi ci, że nie czuje tego? 
- '\Vszystko, mój ojcze. 
Domy nie posiadał żadnej wprawy w rozbiorze uczuć 
kobiety i rad był uniknąć starcia bronią, którą walczyć nie 
umiał. '\V ziął więc Klemencyą łagodnie 
m rękę i poprowa- 
dził do fortepianu. 
- Obetrzyj łezki i zagraj mi jeden z tych pięknych 
kawałków, jakiemi zachwycała mnie twa matka, gdyś była 
dzieckiem.. . 
Klemencya usiłowała przypomnieć sobie. 
- Nie jestem tak wprawna jak moja matka, sprouuję 
zagrać ci coś nows.zego, choć wątpię czy cię zachwycę. 
Siadła i zaczęła przebierać palcami: ale z fortepianu 
płynęły dźwięki smutne, bezsilne, nie przemawinjące do 
duszy. 
Domy słuchał ich, pochylił głowę i-usnął. 


* 


* 


* 


Nazajutrz odbyła się ceremonia zaślubin. Lucyan był 
jak wczoraj zhllno grzeczny; rzuciwszy ledwie okiem na isto- 
tę której nadawał nazwisko, wszedł do domu pana Dorny 
z tytułem męża jego córki. 


Nazajutrz rano Klemencya zeszła sama. 
Gdzieżeś podziała męża?-spytał Dorny skwapli- 


wie. 


Męża? ależ ja cieuie powinnam spytać o to, ojcze. 
Sądziłam, że znajdę go z tobą przy śniadaniu.
		

/00380.djvu

			BIESIADA LITERACKA. 


397 


wyjść musiał za jakim materyalny, którego możliwe uIJrzyjemnienie uważam sobie 
za obowiązek. 


- Nie wiuziałem go wcale; 
interesem i Ilieba\\'em pmnóci. 
Klemencya usiadła smutna w kąciku-czekała. 
O której godzinie oIJuścił cię?-spytał ojciec. 
Ależ ja nie widziałam dzisiaj pana Sauvaitre'a. 
Lecz wczoraj wieczór odprowadził cię. 
Nie, ojcze, wczoraj wieczorem, zaraz po obiedzie, 
odeszłam do siebie razem z Toinettą. 
- I od tego czasu nie widziałaś się z mężem?-spytał 
Dorny z pewnem niedowierzaniem. 
- Nie, ojcze, nie widziałam się z nim. 
Teraz Dorny uczuł ogarniającą go rozpacz: boleść ja- 
kićj doświadezał była tem dotkliwszą, iż za nic w świecie nie 
zwierzyłuy obaw swych córce. 
Teraz dopiero przyszło mu na myśl, że Lucyan był mu 
zupełnie obcy, że słyszał o nim tylko od ojca, (lobrego swe- 
go przyjaciela, któremu ufał najzupełniej: ale tego zaślepić 
mogła miłość ojcowska. 
Przypomniał sobie obojętność widoczną Lucyana dla 
Klemencyi i przypisał to miłości dla innej kobiety, dla 
której poświęcił lekkomyślnie szczęście, jakie on mu zgo- 
tował. 
Dzień prawie upłynął na trwożnem oczekiwaniu. Oj- 
dec i córka tając obawy unikali się, by nie zejść się z sobą 
w jednakowych domysłach o Lucyanie. 
O czwartej godzinie Dorny stracił wszelką nadzieję 
. powrotu zięcia i postanowił zrobić to, czego nie chciał jeszcze 
zrobić rano. Udać się poprostu do hotelu w którym Sa u- 
vaitre stanął przedwczoraj. Przybywszy na miejsce biedny 
ojciec powziął pewność, że Lucyan opuścił Paryż. 
Zrozpaczony, niepewny czy wyznać straszną tę wia- 
domość córce, Dorny nie miał odwagi wrócić natychmiast 
do domu, wolał czekać, szukać nawet niepodobieństwa. Czuł, 
że wiadomość o tern ugodzi śmiertelnie w serce dziecka, 
którego instynkt nie omylił. 
"\V tych myślach błąkał się czas jakiś po mieście, wy- 
pytywał, wracał do hotelu gdzie mieszkał Lucyan, wreszcie 
postanowił wrócić do córki, by pocieszać ją albo z nią 
płakać. 
VV chwili gdy wchodził do domu, przyniesiono list od 
Sauvaitre'a adresowany do Klemencyi. 
Domy rzucił się na1'l jak na zdobycz. 
Nie zdołał go jeszcze prz0czytać, gdy Klemencya, do- 
wiedziawszy się o powrocie ojca, weszła do jego pokoju. 
List otwarty, jaki ojciec trzymał w ręku, zwrócił na- 
przód jej uwagę. 
- Od niego!-krzyknęła. 
- Od niego, chciałem jednak przeczytać go sam na- 
przód, a potem może nie oddałbym go tobie. 
- Czytaj, czytaj prędko, ojcze; ponieważ wiem, że list 
jest, powinnam, chcę wiedzieć wszystko. 
Dorny wahał się chwilę, potem drżącą od wzruszenia 
ręką oddał list córce, mówiąc: 
- A więc przeczytaj sama, list adresowany do ciebie. 
Klemencya wzięła papier bez wahania i pomimo nieda- 
jącego ukryć się wzruszenia, odczytała głosem prawie pe- 
wnym te słowa: 


"Pani. 
Iuąc za głosem ostatniej woli ojca, spełniłem obowią- 
zek, od którego sumienie uchylić mi się nie pozwalało. Da- 
łem pani nazwisko, ale pragnę zachować swobodę osoby mo- 
jćj i serca. Być może w przyszłości powrócę, by kochać panią 
i prosić o wzajemność. " 
Dziś nie mam odwagi skalać mych ust kłamstwem: że 
ją kocham. Człowiek pewny ma polecenie zapewnić jej byt 


Lucyan Sauvaitre." 


Klemencya podniosła na ojca wzrok, w którym mignęła 
błyskawica. 
- Nikczemnik!-szepnął Domy. 
- Pokochałby mnie, gdybym mu się była przedsta- 
wiła w innem świetle! 
- Mniejsza o to!-odparł ojciec z wściekłością, której 
nie myślał hamować.-Mniejsza o to. Dziś jeszcze zażądam 
unieważnienia tego nienawistnego zwią;zlm, który nie może 
krępować cię na zawsze. 
Klemencya położyła rękę na ramieniu ojca, zabierają- 
cego się powstać. . 
- Ojcze, jako najbardziej interesowana, mam przecIeż 
prawo podnieść mój głos w tej smutnej sprawie. 
- Zapewne, sądzę jednak, że zdanie twoje nie będzie 
różne od mego. 
- Owszem, jest ono zupełnie odmienne od twego. .Te- 
żeli rzeczywiście dobrze mi życzysz, jeżeli nie chcesz uczy- 
nić ze mnie istoty naj nieszczęśliwszej na ziemi, nie żądaj 
prawnie unieważnienia mego małżeństwa. Nosić będę do 
końca życia nazwisko Lucyana Sauvaitre'a. 
- Ależ, dziecię nieszczęsne, nie mówiłabyś inaczej 
gdyby nędznik ten miał czas i wolę zjednać to serce, którem 
wzgardził nikczemnie, gdyby uczynił coślwIwiek by cię przy- 
wiązać do siebie: mówisz jakbyś go kochała. 
Klemencya spuściła na chwilę oczy pod spojrzeniem 
oJca. 
- A gdybym go też kochała, cóżbyś doradził mi zro- 
bić? -spytała. 
- W takim razie nie pozostałoby ci nic jak czekać 
i płakać-od parł oj ciec. 
- Będę więc płakała i czekała, ojcze-odpowiedziała 
opuszczona żona. 


(Dalszy ciąg nastąpi.) 


LISTY 


POLITYCZNE. 


Gabinet wł()ski, irredentyści i liga potrójna. - Zmiana w postawie 
Włoch względem Frahcyi.-Zja<;d w Gasteinie.-Wyprawa tonkińska 
i uzbrojenia francuzkie. - Walka w Albanii.- Antagonizm angielsko- 
francuzki.-Jak Egipt kocha anglików.-Holandya i Atchin. 


Niezwykłe ma szczęście obecny gabinet włoski pod 
przewodnictwem p. Depretisa. Utrzymuje on się przy władzy 
tak długo, jak się to już oddawna żadnemu we vVłoszech 
nie udało ministerstwu, a nawet coraz bardziej ustala się 
i wzmacnia na swem stanowisku. Taldem wzmocnieniem 
dlań były świeże wybory do rady municypalnej rzymskiej, 
które wypadly w duchu rządowym. 
"\Vłaśnie, atoli wobec tego powodzenia, zbyt miękkie po- 
stępowanie rządu włDskiego względem irredentystów wywo- 
łuje niezadowolenie w rządzących sferach niemieckich, które 
stało się powodem oziębienia stosunków między "\Vłochami 
a dwoma dawniejszemi członkami ligi potrójnej. 
Jakoż, kiedy zjazd cesarzów "\Vilhelma i Franciszka 
Józefa w Gasteinie jest rzeczą pewną, o przyjeździe tam 
króla Humberta nic nie słych?-ć, a znaczącą także jest zmia- 
na tonu prasy włoskiej względem ]'rancyi. Zapomniano 
jakoś na tę chwilę we 'Vłoszech o Tunisie, a nie brakło 
wyrazów życzliwo
ci dla przedsięwzięć fraucuzkich) mianQ- 
wicie dla wyprawy Tonkiilskiej.
		

/00381.djvu

			398 


BIESIADA LITERACKA. 


Tymczasem wyprawa ta idzie swoją drogą, ale drogą 
dziwną. "\V szystkie francuzkie źródła zapewniają solennie, 
że nie tylko Chiny ale nawet cesarz Anamu nie chce wojny 
i nie myśli o niej wcale; że układy między p. 'l'ricou a jene- 
rałem chilIskim Li są na najlepszej drodze, że, jednem sło- 
wem, wszystko idzie niby przyspieszonym krokielll ku poko- 
jom. Zdawałoby się, że wysłanie p. Tricou jest dostateeznćm 
do załatwienia tej sIJrawy, a tu przeciwnie, uzbrojenia fran- 
cuzkie, mianowicie na morzu, coraz większe przybierają roz- 
miary: cała prawie flota jest już na stopie wojennej, a dwie 
wielkie eskadry francuzkie pływają po wodach azyatyckich. 
KorIJus wojska lądowego przeznaczony na tę wyprawę wy- 
nosić ma 10-15 tysięcy ludzi, którą to cyfrę, w razie wojny 
z Chinami, o wiele podnieść wypadnie. 
"\Valka w Aluanii przerwana chwilowo, rozpoczęta po- 
tem ponownie, teraz znów ucichła; obie strony odpoczywają 
i wzmacniają si
. Rezultatu walki dotąd określić niepodobna. 
Haiisz basza poraził górali, ale z dość drogo okupionego zwy- 
cięztwa korzystać nie mógł, gdyż pokonani cofnęli się w góry, 
gdzie ich turcy ścigać llie są w stanie, tembardziej, że cierIJią 
na brak amunicyi, w skutek wylecenia w powietrze fabryki 
IJrochu w Skadarze. 
Turcy ostatecznie, jeżeli się nikt trzeci do tego nie 
wmięsza, pokonają albańczyków, ale jak się wobec tej walki 
zachowa Austrya? .Między stojącymi pod bronią albańczyka- 
mi główną rolę odgrywa tamtejsza ludność chrześciańska, 
taż sama, która już po dwakroć zgłaszała się do Wiednia 
z petycyą, aby ją wzięto w opiekę; Austrya więc, jezeli 
ma rzeczywiście jakie widoki na półwyspie Bałkańskim, 
ludności tej opuścić w tej chwili nie może i coś dla niej 
zrobić musi. 
Anglia pogodziła się pozornie z polityką kolonialną 
Francyi; władczyni Madagaskaru rząd angielski doradził, 
żeby uczyniła zadość żądaniom francuzkim, a na wyprawę 
tonkiilską patrzy przez szpary; jednak antagonizm między 
temi dwoma krajami, po staremu, przy lada sposobności 
wybucha. 
Obecnie naprzykład niebo sąsiedzkiej zgody zachulU- 
rzyło się z powodu jakiejś drobniuchnej wysepki, obok wy- 
spy Jersey położonej na Kanale, przy której to wysepce fran- 
cuzi roszczą &obie prawo do rybołóstwa. Otóż pretensya ta 
wywołała skargę do rządu angielskiego, który "poważnie za- 
stana wia się nad tą lny estyą" . 
"\V Egipcie niechęć do rządów angielskich wzrasta. 
Dzienniki arabskie wyraźnie wzywają anglików, żeby się wy- 
nosili jak najrychlej, gdyż zjadają tylko dochody kraju i są 
dla niego największym ciężarem i najstraszliwszem nieszczę- 
ściem. 
Holandya nowe ofiary będzie musiała znów ponieść dla 
utrzymania swoich osad w Azyi wschodniej, na Sumatrze. 
Zdawało się, że już nareszcie skończyła się kosztowna wojna 
od tylu Jat się ciągnąca, zawiązane układy rokowały 
rychły pokój, tymczasem ouecnie dochodzą wiadomości, że 
atchińczycy, zaopatrzywszy się w uroń ulepszoną, rozIJoczęli 
kroki wojenne. Uparci holendrzy, którym się chyba posia- 
danie Atchinu takj.m kosztem nie opłaci, ściągnęli już z .T 3- 
wy znaczne posiłki i wojna rozpocznie się na nowo. 


KALENDARZYK. 


Bitwa pod Beresteczkiem. 


Zborowska ugoda z Chmielnickim, wymuszona koniecznością, 
nie mogla na dlugo zapGwnić spokojności krajowi. Warunki jej sta- 
nom Hzeczypospolitej wydaly S;\), i slusznie, uciążliwemi i upokal'la- 


jąccmi, a nie zadowalnialy jeszcze rozzuchwalonych }Jowodzeniel1l ko- 
zaków. Mi\)dzy inne mi, cyfra 40,000 rejestrowych kozaków, dozwo- 
lona ugodą, zdawala si\) szlachcie o"romną i zbyt groźną; a tymcza- 
sem Chmielnicki z górą 80,000 zrejestrować musial, a jeszcze koza- 
ctwo krzyczalo na zdrad\) i odgraż"lo sig Chmielnickiemu, że sobie 
kogo innego znajdzie na jego miejsce. Zresztą Chmielnicki ciągle 
prowadzil nowe konszachty, to z tatarami, to z Turcyą, to z Rako- 
czym, to z innemi ościennemi parIstwami, rując to dumne, to nik- 
czemne na przyszłość zamiary. 
Tak dlugo trwać nic moglo. Myśl stanowczej rozprawy z Jw- 
zakami dujrzewala w królu i narudiie; wujenne stronnictwo brało 
górę; zwolennicy dalszych układów i drogi pacyfikacyjnćj w ogólno- 
ści uosabiali sig już tylko wylącznie prawie w Adamie Kisielu woje- 
wodzie braclaw
kim i Jerzym OssoliiIskim kanclerzu koronnym. 
Sejm, poczęty w grudniu lU50 r" rzadką odznaczyl się gorliwo- 
ścią i zgodnością. l'rzez cały czas obie izhy obradowały razem; 
król, pod koniec, przez 34 godziny ani Ila chwil\) nie opuszczał sali 
obrad. Uchwalono zwiększone pobory, pospolite ruszenie, oraz 30,000 
z:iciągu cu,lzoziemskiego. 
VI' kwietniu 1651 r. król przyhywszy do Lllhlii1a wydal trzecie 
wici Ila pospulite ruszenie, a d. 27 czerwca t. 'f'. stanął obuzem pod 
Beresteczkiem, Imd rzcką Styrmu, na czele nieprakt.ykow:mej dotąd 
w Polsce i w ogóle niezwykłćj wówczas siły 100,000 lu(l?i wynoszącej. 
Ogromniejszą jeszcze pot.ęgg wywiódl w polp Chmielnicki. bo 350,000 
kuzaków i tatarów, a trzechdniowy bój pod lleresteczkiem-2b', 1.') i :JO 
cze'wca 1651- jest bodaj nie największą bitwą w dziejadl wojennych 
XVII wieku. 
Król sam sprawował naczelne dowództwo, a zarazem dowol1zil 
osobiście środkiem armii pulskiej, złużonym z piech(jty i artyieryi 
pod wodzą Przyj emskiego; lewe skrzydlo prowadzili KalinO\vski i Wi- 
śniowiecki, prawe Potocki. Przez dwa pierwsze dni po:acy trzymali 
si\) odpornie, z rozmaitem szcz
ściem potykając się z przeciwnikieu.. 
:Na radzie wojennej w nocy z 29 na 30 odbytej przeważylo zdanie 
króla i Wiśniowieckiego, aby nazajutrz wstgpnym uderzyć bujem. 
Jakoż nazajut.r;< wywiódl król wszystkie sily z oh ozu; czekal też 
w pogotowiu i nieprzyjaciel. Okolo południa książg Jeremi odciął 
kozaków od tatarów i tem zapewnil zwycięzt.wo. Chmielnicki chcąc 
powstrzymać pierzchających tatarów, pociągnięty ich nawałą, kil 
Krzemieńcowi uchodzić musiał. Kozacy, hez hetmana pozostali, zam- 
kn\)li się w taborze i bronili zacigcie. 
Niesnaski w ohozie królewskim, do kt.órych Jerzy Lubomirski 
fatalny dal przykład, l1ie dozwoliły dokunać ostatecznegu pogromu 
kozaczyzny. Kozacy zyskali czas na okopanie sig silniejsze, a na- 
reszcie na tajemną w nocy ucieczkę z obozu, którą za późnO spo- 
st.rzeżono. Aby osią
'nąć korzyść z świetnego zwycięztwa, król chciał 
prosto ciągnąć do H5jowa, ale lubo już po bItwie nadeszły zna- 
czne siły pospolitego ruszenia, szlachta uznała, że d{)konawszy tej 
przechadzki spełniła swój ohowiązek, zatg
chniła do domu, pilno jej 
się zrobiło do żniwa-i po staremu rozlazła się, zostawiając zrozpa- 
czonego króla z garścią kwarcianych. ]'iie bylo co począć-Jan Ka- 
zimier'z mu;iał wracać do \Yarszawy. 


33G) ODl)OWIEDŹ na pytanie: Jak się dohywa gutaperka? 
Gutaperka jest gumą podobną do kauczuku i otr7.ymuje się 
z drzew rosnących na archipelag'u wysp Mala.jskich. Anglicy pierwsi 
sprowadzili ją do Europy w r. Hi43. Pierwotnie wydobywanu guta- 
perkę w sposób iście barbarzyński, ścinano bowiem pnie drzew 
i zwalano je by wypływ gumy ulatwić. Gdyby system ten prf1kty- 
kowany byl dotąd, to nie pozost,ałohy już ani jednego drzewa; 
w ciągu trzechlecia ścięto przeszlu 270 tysięcy stóp pni gutaperko- 
wych. . 
- Teraz gutaperka wydobywa się w podobny sposób co kauczuk. 
Robi si\) caly szereg naci\)ć wzdłuż pnia i zbiera się suk wyplywający 
przez kur\). W ten sposóh jeden piei! służyć może na długie lata. 
Jak tylko sok zaczyna krzepuąć, ugniata si\) go w ręku i wszystką 
wod\) wysącza. \'\'ygniecione brylki mięszają się i prasują następnie 
w formach, nadających im kształt krążków luh tabliczck spłaszczo- 
nych. Zbiera się ją, powt.órnie oczyszcza, rozmi\)kcza w ciepłej wo- 
dzie, a nakoniec cylindrami wyciąga na pł:iskie tabliczki. Po tych 
operacyach gutaperka staje się t.rocl1\) cięższą ud wody, giętką i ela- 
styczną jak skóra. Mięknie w temperaturze 50 st.opni, a przy 100 
stopniach daje się łatwo rozciągać i urabiać dowolnie do putrzeh 
Gutaperka jest zlym przewodnikiem ciepla i elektryczności. Ta 
ostatnia własność pozwala używać jej pr7Y izolacyi drutów telegrafi- 
cznych. Mięazy innemi wyrabiają z niej rękawiczki dla operat.orów, 
och
'oniające rękę od wplywu materyj szkodliwych. \'1' tym oolu wulka- 
nizlIJ0 gutaperkę, mięszając ją z siarką. 


337) ODPOWIEDŹ na pytanie: Czy włosy mogą posiwie. odrazu? 
Wielu lekarzy, a między niemi Davy i Kaposi, uważają za bajki 
opowiadania o wypadkach posiwienia w ciąg'u j!c'dnej nocy. Pumimo 
to powtarzające si\) nowe fakta nie pozwalają wątpić o możliwości 
naglego osiwienia. 
Zmianę tę barwy wlosa ohjaśniamy zwyklc silnem wzruszeniem, 
a glównie wielkielll przerażeniem. Wypadek Maryi Antoniny cytowany
		

/00382.djvu

			BIE
lAlJA LlTERACKA. 


399 


jest jako przykład uderzaj'1cy i autentyc.zny; w
adomo, że włosy 
tkj nieszczęśliwćj kohiety zhielały zupe!me w CIągu jednej nocy. 
Niektórzy pisarze ohjaśr:iają 
o w ten 
posóh, że królowa 'podcz
s 
uwięzienia swego w l'onCIergene pozhawIOną hyła ko
metykow, k
o- 
remi farl10wała na czarno włosy z natury k910ru popIelatego. Po me- 
waż jest to tylko }Jroste przypuszczenie, wolimy więc przyjąć za 
prawdę opo
\'iadanie historyków u
:z:ymujących, że skutkiem mę?zarl}
 
moralnych l fizyc
nych rzeczywISCIe straszliwych, włosy kroiowej 
zmieniły nagle swą harwę. 
Siwienie ohja,
ić się jeszcze może w młodym wieku po cięż- 
kiej chorohie, luh wielkiem nieszczęściu. Sprawdzono również, że 
włosy hieleją niekiedy przedwcześnie u osóh cierpiących na migreny, 
ncwralgie nerwów, twarzy i śkóry na głowie. 
Lekarz angielski l'arry, hędąc w ohozie podczas powstania 
wIndyach, hył świadkiem nagłego osiwienia. Pomiędzy jeiiCami znaj- 
dował się pewien cypaj z armii hengalskiej. Stawiony pr!'ed sądem, 
drżał na całem ciele, przerażenie i rozpacz malowały Się na je/!,0 
twarzy. Sierżant, któremu porucz{)no więźnia, zauważy t pierwszy, że 
ten siwieje. \V ciągu pół godziny cza,rne jak hehan wlosy więźnia 
przyhrały kolor siwy, jednostajny. 
Ten sam lekarz opowiada o pewnej młod
j kohiecif', oczeku- 
jącej powrotu narzeczonego; w chwili gdy go się ,lJajbardziej spodzie- 
wała, otrzymała wiadomość, że n,a,rzeczony jej. 2g
n:Jtt n
 morzu. Prze- 
czytawszy list straciła przytomnosc, padła na ziemię llezała w zemdle- 
I]iu przez pięć godzin. . 
Nazajutrz siostra jej dostrzegła, że CJemne włosy nieszczęśliwej 
lJiałe hyły jak batystowa chustka, brwi tylko i rzęsy zachowały barwę 
pierwotną. 1'0 pewnym czasie hiałe włosy wypadły, a na miejsce ich 
porosły czarne. 
Przyjąwszy te fakta, czy jesteśmy w możności powstrzymać 
siwienie i powrócić włosom kolor ich pierwotny? Zdaje się, że nie. 
Owe howiem zachwalane pomady i kosmetyki przeciwko siwieniu, 
łysieniu i wypada,niu włosów, dotąd są tylko skuteczne... w reklamach. 


338) Jaki wpływ wywiera wstrząśnienie na zarodek w jajku 
kurzem? 
PYTANIA: 
33!J) Jakiemi manowcami dosta
ą się do nas rozmaite 
choroby! 


G-.AZiETX..A. 


Do sz. zarządów instytucyj fiiantropijnych. Członkowie tych insty- 
tucyj, zamieszkali w stronach odległych od \Varszawy, npraszają za 
posrednictwem naszem o przypominanie im przez pisma publiczne 
terminów wnoszenia wpisów i składek. Niejeden pomimo najszczer- 
szej chęci chyhia obowiązaniu honorowemu z powodu z9.pomnienia 
co przy różnych zajęciach, oddaleniu, innym kalendarzu i podróżach 
jest rzeczą zupełnie usprawiedliwioną. 
Dziwolągi. \Vyjątek z listu do nas. "Niesłusznie sz. autor kro- 
niki "Z Warszawy" potępił "Nieznajomego prostaczka" z "Ogrodnika 
Polskiego"-kto nie wierzy, że u nas specyalistę ogrodnika, pszczelarza, 
agronoma i t. p. uważają za człowieka niższej kondycyi, którego sadza 
się na szarym końcu stołu, to niech przyjedzie w nasze strony (guh. 
Wołyńska), a zaprowadzę go do kilkunastu dumów w niew!elkim pro- 
mieniu, gdzie takie nadzwyczajności sprawdzi naocznie. \V domach 
tych, tak zwanych "arystokratycznych", nauczyciele i nauczycielki (nh. 
polki) nie dostają leguminy, ani czarnej kawy po ohiedzie, a do prze- 
kąsek złożonych ze słodyczy albo z zagranicznych przysmaków nigdy 
nie są zapraszani. Nigdzie nie spotkacie takich średniowiecznych 
obyczajów jak na naszych czarnoziemach-widocznie u nas jeszcze 
chleh ludzi bodzie, magnaci nie pracując a tylko spekulując wspólnie 
z żydami, nie nauczyli się szanować uczciwego mozołu. U naszego 
ziemianina, a właściwie spekulanta "cukrowara" arogancya gTani- 
cząca niel'az z harharzYI1.stwem jest rzecz'1 naturalną. Prostaczek 
skarżąc się na wołYI1.skich magnatów miał racyą". 
Może na wołyilskich tak zwanych "cukrowarów" zgoda-ale nie- 
słusznie "prostaczek" potępił w czambuł wszystkich ludzi bogatych. 
Nr. II z r. b. pisma technicznego popularnego "Inżenieryi i Budo- 
wnictwa" wyszedł z druku i zawiera: A. L. Suligowski: Uwagi o do- 
tychczasowem wykonaniu robót kanalizacyjnych i wodociągowych 
w m. \Varszawie (d. c.). M. Girdwoyń. Nowa łódź rybacka jeziorowa 
(wyjątek z 2-go wydania łodzi ryhackiej dla naszych jeziór i stawów). 
Józef łJuhieilski: O sposobach obliczania wymiarów kotłów parowych, 
rusztów, kominów i t. d., przy zachowaniu oszczędności materya!:u 
opałowego. (d. c.l. Nasypywacz węgli. System Struplera. A. S. Pro- 
jekt wytwarzania elektryczności w kopalniach węgla, kamiennego. 
Konkurs na projekt hudowy kaplicy grobowej dla 6. p. Karola Schai- 
blera. Bibliografia: St. Szafarkiewicz: Teorya ruchu kolejowego har. 
M. Gostkowskiego (d. c.). Różności techniczne. Kronika bieżąca. 
Skrzynka do zapytail i odpowiedzi.-Zużytkowanie siły wiatru celem 
dostarczenia regularnej sity, którą możnaby poruszać drobne maszy- 
ny gospodarcze.-J\1otor wodny Ożdżeńskicgo.-Sposóh usunięcia z JllU- 
J;ów gryzącej pleśni. Ogłoazenia. Rysunki na pl. 12. "W dodatku dla 
Slusarzy" F. lL l\-1artynowski: Z dziejów polskiego ślusarstwa (c. d.).- 


J. \Volt1Ieim: Sposób rozpoznawania gatunków żelaza za pomocą kwa- 
sów (dokOllczenie).-F. K. Martynowski: Objaśnienie rysunków (do- 
kOl1.czenie).-Drzwi żelazne w zamku królewskim na \Vawelu w Kra- 
kowie.-J. W.: Reflektor do łyżwy odlewnćj.-Odczyty o żelazie (do- 
kOllczenie).-Różnośei techniczne.-Bibliografia.-Skrzynka do zapy- 
tań i odpowiedzi.-Odpowiedzi Redakcyi.-Ogłoszenia. 
P. C. P. K. Jasieński w S. Terazjeszcze ceny oznaczyć nie możemy; 
plan mamy obszerny, lec;; kwestya czy nam się powiedzie urzeczy- 
wistnić go w całości. N;e chcąc nikomu robić zawodn wstrzymujemy 
się z o
łoszeniem prenurneraty; musimy naprzód hyć sweg'o zupełnie 
pewni. Za slowa uznania dzięki.-IV!... L. w L... Znać) 
e to p.ierwsza 
próba, ale udatna. Cel szlachetny, me brak naturalnosCI, zad
zo tyl.ko 
miękkości w charakterach, zanosi się na to, że wszyscy będą amolanu- 
brak kontrastów. Nie wiemy jak dalej robota pójdzie, namawiać do 
niej na swą odpowiedzialność nie chcemy, radzimy zapytać się samej 
siebie: czy jest zapał, nauka, wiara w siebie-czy też to tylko chwi- 
lowa zachcianka. Jedynie w pierwszym razie warto C7aS poświęcić 
pracy literackiej.- Dobremu młodzieńcowi. Mimo starania, listu, pier- 
wszego już odnaleźć nie mogliśmy, a zatem i tytułów dzieł nie umiemy 
zacyto
ać. :Najlepiej jeżeli pan osobiście przyhędziesz d.o nasz
j re- 
dakcyi i przedstawisz swuje życzenia, wówczas rada będzie łatvłlejs7;a 
i praktyczniejsz:;,. 
ie wiedz
? j.akie )est .n
ukowe p.rz
gotowar:Ie 
czytelnika, moglibysmy poradzIe dZIeła mewłascl\ve, a moze I za drogIe. 
Dż'iękujemy za zaufanie.-P. Prószyński w Stankach. l.!iesiadę wysyłamy 
regularnie do Bong-Kong w Chinach. })rosimy od nas załączyć życzenie 
szczęśliwej podróży,podziękę za tęsknotę do polskit'go s.łowa i uprzejmą 
prośbę, ahy i pismo nasze mogło korzystać z wraże{J l spostrzeżeń ze- 
branych w czasie błędnej drogi po oceanie J:o'pokojnym.. Każdą kar
kę 
od szanownej podróżniczki przyjmiemy z wdzięcznośCIą; mamy OPISY 
podróży dokonanych przez polaków, ale podróż po morzu opisana 
przez polkę hyłaby zupełną nowością. Bardzo, bardzo prosimy.- 
P. F. P. w Mysowie. Odpisaliśmy, Dodatek wysłany. Z:r pośrednictwo 
uprzejme dzięki.-P. Leon IInicki w Łom. Prosimy o wiadomość dla, 
kogo i na jaką stacyą sz. pan zaprenumerował Bicsiadę.-P. Emilian 
Benisławski w D. Biesiadę wysyłamy regularnie. Prosimy reklamować 
na poczcie.-P. Bartkowski w Nawodzicach. Wszystkie premia wysłaliśmy. 
Rs. l w liście nie było. - P. Eleonora w Jarm. w P. .Popiersie.- 
P. L. w Tomaszowie. Na ()o się zapuszczać w tak szerokie domysły, 
naj prawdopodobniej panna K... obcięła sohie warkocz, bo był hrzydki. 
Pomiędzy krótkowłosemi pannami, powodującemi się niby rozumem 
emancypantki, nie znajdzie sig prawdopodobnie 
ni jedna, którahy 
miała czego żałować. Nawet najmądrzejsza kobieta uszanuje swe 
włosy... jeżeli rzeczyv.>iście warte są tego.-Wet za wet. (P. S. w łJowiczu). 
\V zamian za zapytanie pańskie: dlaczego słoma żytnia nie pnie się 
wysoko jak chmiel, dajemy inne, lecz więcej poważne: dlaczego żaba 
nie ma ogona? 


Ze !;karbca pmwd. Stokroć łatwiej być mądrym ella ludzi niż 
dla siebie. 


JVarszawa,d.14czerwca 188.1 r. 5% Listy Zast. (za rs. 100) 100.35.- 
Listy Zast. ser. II lit. ,A. 100.35. Listy Zast. ser. III lit. A.lOO.-Listy 
Zast. M. War. I ser. 95.75.-List y Zast. M. War. II ser. 9385.- Listy 
Zast. M. Warszawy lU ser. 93.50. Listy likwidacyjne Król. Pols. 88,20. 
Marka niemiecka k. 50; złoty rCllski k. 85; frank k. 41. . 
Targ Warszawski. Za korzec: Pszenica rs. 9.&0,- Zyto rs. 5.40.- 
Jęczmień rs. 5. Owies rs. 3.50. - Groch polny rs. 8. . 
- na stacyi Praga. Za pud: Pszenica rs. 1.51. - Zyto k. 96.- 
Jęczmień k. 97.-0wies k. 99.-Groch rs. 1.22.-Gryka k. 93. 


R E B U S. 



q
 
((JJł C f I 

 7' 
 Z ,,'<. f1/Ą1' 
M Y 
 . Ę . (:::
' ;'PRlYJACIIL!::. 
A/"
 
'II , Co:> 
: (/( ,.J 
 
;/. [ił, . ;{

'jJ

' . 


Re
lls z N,.. SW. Człowiek proaty opiera swoje zdanie tylko na 
tem co widzi.
		

/00383.djvu

			11111'11111111'11 i! 1 1 'I
II 
IIII ,1111' 


I'" -=- ,:
;i; 
 :'
 


 - >
,
 
(';'j\\I! 
":' =' 

!: - 
- ". 
 

 
---
 
-----
 
-.......... 
-'-'..... 


I 

-- I 
I 
- i 
! 
---ł 


. 


STRAŻ OG:t-UOW A AMERYKAŃSKA. 


OD 


REDAKCYJ. 


. 


W kwartale III-cim, po ukOl1czeniu powieści J. L Kraszewskiego Noc Majowa, drukować będziemy opo- 
wiadanie E. Orzeszkoa:ej Panna Antonina, humoreskę Jordana Na granicy, nowellę L. Tato.mira Szarotka. 
W dodatku, SkOl1cZYWSZY w kwartale II-gim powieść historyczną Z burzliwych czasów, pomieścimy po- 
wieść także historyczną Cola di Rienzi, w której przedstawione są w spos6b dramatyczny a ze ścisłością histo- 
ryczną przygody trybuna Rzymu, ulubie1'ica ludu i tyrana. 
Jeżeli pracownia zagraniczna, której powierzyliśmy wykonanie portretu olejnego Jana III Sobieskiego, 
dotrzyma umówionego terminu, wówczas prenumeratorowie, którzy już wnieśli lul;>. wniosą całoroczną 
prenumeratę, otrzymają portret, jako premium bezpłatne, jeszcze w kwartale III-cim. Inni zaś prenumeratoro- 
wie otrzymają go dopiero po wniesieniu opłaty za kwartał IV r. b. Na opakowanie i porto portretu należy 
dołączyć kop. 50. 
Posiadamy jeszcze niewielką ilość egzemplarzy portretu Adama Mickiewicza, z pierwszego wydania, po 
rs. 1 dla naszych prenumeratorów; z przesyłką oddzielnie rs. 1 kop. 50. 
Upraszamy o wczesne odnawianie prenumeraty, wyraźne wypisywanie adresów, oraz przesyłanie 
pieniędzy na Biesiadę i inne wydawnictwa nasze wprost pod adresem: 
Redakcya Biesiady Literackiej w Warszawie, Chmielna Nr 8. 


. 


Cena Biesiady Literackiej z Dodatkiem powieściowy," w Warszawie: rocznie rs. 6 kop. 50; półroczme rs. 3' kop. 25; kwartalnie rs. l kop. 63. 
" na prowincyi i w Cesarstwie: rocznie rs. 8; półrocznie rs. 4; kwartalnie rs. 2. 
" bez Dodatku powieściowego w TVarszawie: rocznie rs. 5; półrocznie rs. 2 kop. 50; kwartalnie rs. l kop. 25. 
" na pTowincyi i w Cesarstwie: rocznie rs. 6; półrocznie rs. 3; kwartalnie 'rs. l kop. 50. 
Prenumerata za granicą jest taka sama; potrzeba tylko ruble i kopiejki zamienić na monetę obcą, przyjmując kop. 50 za markI), 
a kop. 80 za zloty reński. Prenumeratę nadsyłać można wprost do naszej redakcyi w monecie obcej. 
Cena numeru pojedyńczego kop. 15, z Dodatkiem kop. 20. 


Treść numeru 390 Biesiady LiteTflckiej, illustTac:/ji warszawskiej: Z \Varszawy.-Noc majowa, przez J. l. Kraszewskjego (d. c.)-Obchód wiktoryi 
wiedeńskiej przed stu laty w Wilnie.-Napoleon Orda.-Służba obywatelska.-Straż ogniowa amer'ykańska.- Zona Renegata, powieść Nelly 
Lieutier (d. c.)-Listy polityczne.-Bitwa pod Beresteczkiem.-Odpowiedzi naukowe na pytania: Jak się dobywa gutaperka?-Czy włosy mogą 
posiwieć odrazu? - Pytania naukowe. - Ze skarbca prawd. - Sprawozdanie handlowe.-Gazetka.-Od Redakcyi.- R,'l/sunki: Napoleon Orda. 
(Rysował Buchhinder).-Sł1hba obywatelska. (Rysował J. Ryszkiewicz).-Na sutej strawie. (KrajobrązLeermana).-Straż ogniowa ameryka11ska.- 
Rebus.-"Dodatekpowieściowy" ,zawiera Z bu rzliwych czasów. Tom II, arkusz 14. 
AOSBOJIeHO IJ,eHsyPolO. BaplI!'iBa, 7 11088 l8831' .-=!3i esi ada L
erack a wychodZł-'wkai iiŁPi ątek.-Druk Emila Skiwski e go, Chmielna Nr 20. 
Biuro Redaktora i Wydawcy Wtadystawa .MaLeszewskiego: Ohmielna Nr 8.